yt kanał misji
Archiwa

Wywiad z Merkuriusza

Z ojcem Dariuszem Godawą OP kierującym Misją w Bertoua, oraz Katarzyną Rubel, przedstawicielką Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca, rozmawia Mariola Zdancewicz

Jak znalazł się ojciec w Kamerunie?

DG: O wyjazd do Kamerunu poprosiłem swoich przełożonych będąc jeszcze w nowicjacie w 1988 roku. Właśnie wtedy wrócił do nas z Afryki nasz prowincjał poszukujący braci, którzy byliby chętni wyjechać. Zgłosiłem się i przez cały czas pobytu na krakowskim studentacie trwałem w postanowieniu wyjazdu. Do Kamerunu wyruszyłem już w trzy tygodnie po święceniach – w 1993 roku.Planowaliśmy założyć tam centrum formacji katechistów w diecezji Bertoua. Brakowało jednak środków do realizacji tego zamysłu. Ja opiekowałem się parafią św. Piotra i Pawła, a dwaj współbracia prowadzili kursy dla katechetów jeżdżąc do różnych wiosek w całej archidiecezji. Byłotak do roku 1996. Około cztery lata później, w odpowiedzi na lokalne potrzeby, zrodził się pomysł otwarcia domu dziecka. Nie mieliśmy wtedy jeszcze odpowiednich zabudowań, więc na początku dwudziestkapiątka dzieci zamieszkała na plebanii. Pod nazwą Foyer St. Dominique sierociniec funkcjonuje od stycznia 2002 roku.

A w jaki sposób Pani zaangażowała się w działalność Misji Kamerun?

KR: Zupełnie przez przypadek. Pojechałam do Kamerunu na wakacje i tam trafiłam do Domu Dziecka prowadzonego przez ojca Dariusza, który działał tam już od kilkunastu lat. Wpadłam wtedy na pomysł warsztatów plastycznych i spędziłam kilka dni z dziećmi rysując. Finałem warsztatów był pierwszy, spontaniczny wernisaż w kościele. Pomyślałam, że warto byłoby poszukać jakiejś innej formy wsparcia dla tych dzieci. W Bertoua pomagało grono sprawdzonych przyjaciół ojca Dariusza i wolontariuszy, którzy trafili tam dzięki stronie internetowej Misji Kamerun. Ich działania nie miały jednak formy prawnej. Postanowiliśmy więc założyć stowarzyszenie i w ten sposób sformalizować działalność istniejącej już grupy ludzi. Zależy nam na tym, aby osoby, które chciałyby wspomóc finansowo misję, miały pełną jasność tego gdzie trafiają i na co są wykorzystywane ich pieniądze. Stowarzyszenie działa wyłącznie w oparciu o osoby zaangażowane, które chcą pomóc nieodpłatnie, z potrzeby serca.

Co skłoniło ojca do założenia Domu Dziecka?

DG: To co widziałem we własnej parafii, a więc dzieci osierocone lub takie, które pochodziły z wielodzietnych rodzin poligamicznych, i których rodziców nie było stać na wysyłanie potomstwa do szkoły. I ja się takimi dziećmi zająłem. Chciałem przede wszystkim dać im możliwość chodzenia do szkoły.

Jak wygląda typowa sytuacja rodzinna w Kamerunie?

DG: Rodzina kameruńska niewiele ma wspólnego z naszym polskim wyobrażeniem. Mamy tu najczęściej do czynienia z poligamią. Mężczyzna posiada kilka żon, z każdą z których związany jest co najwyżej węzłem tradycyjnego obrzędu ślubnego. Co ciekawe Kameruńczycy twierdzą, że poligamia pojawiła się po przejęciu władzy przez białych kolonizatorów i przypisują jej rozpowszechnienie wpływowi luźniejszych, europejskich obyczajów. I faktycznie wśród rodzimych plemion Kamerunu – Pigmejów Baka – monogamia jest ściśle przestrzegana. Należałoby się zastanowić, czy takiego wpływu nie wywarła raczej obecność 25% populacji muzułmańskiej. Jak wiemy w islamie dozwolone jest posiadanie więcej niż jednej żony. Wśród samych Kameruńczyków powszechne jest przekonanie, że kobiet jest proporcjonalnie więcej, stąd wielożeństwo jest konieczne, aby zapewnić wszystkim kobietom zamążpójście. Statystyki nie potwierdzają jednak tego przekonania. Poligamiczny model rodziny powoduje szereg konfliktów wewnątrzrodzinnych. Pomiędzy żonami tworzy się konkurencja, która podsyca zazdrość o małżonka i jego względy. W przypadku śmierci ojca rodziny niewielki spadek (rzędu 10 euro) staje się ością niezgody i doprowadza do takich skrajności jak otrucie konkurentów do dziedziczenia. Tutaj jest to na porządku dziennym, a każda śmierć ma swojego winnego, którego trzeba znaleźć i ukarać, najczęściej bez udziału czynników oficjalnych.

Sytuacja dzieci w takich rodzinach jest zapewne trudna?

KR: … zwłaszcza, że mamy tu do czynienia z zupełnie innym podejściem do dzieci. Możemy to dostrzec choćby przy okazji tak prozaicznej czynności jak posiłek – dziecko je na końcu, pożywiając się tym co zostało. Tym dzieciom brakuje podstawowych rzeczy. Uczęszczanie do pierwszych klas szkoły jest darmowe, ale tylko w teorii. Żeby chodzić do szkoły dziecko musi mieć przede wszystkim, specjalny mundurek i parę butów, do tego dochodzą opłaty związane z komitetem rodzicielskim. Są to niebagatelne wydatki dla rodzin, które często nie są w stanie zapewnić potomstwu nawet wody i pożywienia. Ojciec Dariusz udziela pomocy najbiedniejszym rodzinom, chcąc umożliwić im wysłanie dzieci do szkoły, lecz środki te bardzo często zamiast na edukację, przeznaczane są na coś zupełnie innego. Dlatego wstępnie opracowaliśmy system stypendialny, który miałby zapewnić dalszą edukację tym, którzy osiągają dobre wyniki w nauce, a najważniejsze, tamtejsze dzieci chcą się uczyć. Zdają sobie sprawę z tego, że jest to jedyny sposób, żeby wyrwać się z biedy. Kapuściński w swojej książce także zwracał uwagę na to, iż afrykańskie dzieci częściej proszą bogatych przybyszów nie tyle o jedzenie, co o ołówek czy długopis…

M: Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca wyznacza sobie za cel promocję edukacji i równouprawnienia. Jak wygląda sytuacja kobiet w Kamerunie?

DG: Kobiety uznawane są za osoby niższej kategorii, dlatego, że nie przedłużają rodu.

KR: Dziewczynka już od urodzenia się nie liczy. W wieku kilkunastu lat wychodzi za mąż i odtąd należy do rodziny męża. Dlatego w dziewczynki się po prostu nie inwestuje. Nawet w takich rodzinach, które stać na edukację dzieci, kończą one zazwyczaj swoje kształcenie na szkole podstawowej (edukacja jest obowiązkowa do 11 roku życia), jeśli w ogóle do niej uczęszczają. Oficjalnie prawo kameruńskie gwarantuje równouprawnienie, takie samo prawo do własności, do dziedziczenia itd. W praktyce stosowane są jednak stare tradycje. Sytuacja kobiet jest dramatyczna. Urodzenie dziewczynki może być podstawą do rozwodu. W tej sytuacji dzieci należą do ojca, a kobieta zostaje bez niczego, bo też do niczego nie ma prawa. Nawet do wyboru męża.

DG: Tak jest nie tylko w przypadku ubogich, lecz także u bogatych, przedsiębiorczych plemion jak np. Bamileke. Kobieta z Bamileke nie może wyjść za mężczyznę z innego plemienia. I nie ma tu znaczenia jej wykształcenie, bo ono nie wpływa w żaden sposób na wysokość posagu. Kobieta w tej kwestii nie decyduje. Jeśli się nie zgodzi, to zostanie otruta.

KR: Zresztą bardzo niewielu kobietom udaje się uzyskać jakiekolwiek wykształcenie. Dlatego tak bardzo staramy się pomóc Jacqy, która z niesamowitą siłą ducha kontynuowała naukę, pomimo bardzo trudnej sytuacji rodzinnej. Ojciec Jacqy opuścił rodzinę i uciekł do buszu, a matka później została otruta. Dziewczyna razem z młodszym bratem, Mariusem, trafiła w końcu do Foyer St. Dominique, gdzie dzięki ciężkiej pracy udało jej się zdać maturę. Tam jest to bardzo trudny egzamin. Mało kto, zwłaszcza wśród dziewcząt, ma szansę dojść do tego etapu. Studia są już naprawdę rzadkością.

DG: Takie traktowanie kobiet zostawia głębokie ślady w psychice. Kiedy przyjechaliśmy z Jacqy do Polski, zwracało uwagę to, że zawsze szła jakieś trzy kroki za mną. Nie mogła przyzwyczaić się do chodzenia tak normalnie obok – na równi ze mną.

M: Kim jest Jacky?

DG: Jest pierwszą wychowanką naszego Domu Dziecka. Staramy się zebrać fundusze i umożliwić jej studiowanie w Polsce. Pragniemy, aby jej przykład pokazał innym naszym wychowankom: Zobaczcie, macie szansę zdać maturę i studiować! Nawet za granicą.

KR: Jacqy zdecydowała się studiować położnictwo – są to dwustopniowe studia zawodowe. Chce wrócić potem do Kamerunu i wykorzystać zdobytą wiedzę. Jako położna posiadać będzie niezwykle cenne umiejętności, których wykorzystanie nie jest tak bardzo zależne od zaplecza technicznego i farmaceutycznego, o które w takim kraju trudno.

DG: W Kamerunie zazwyczaj położną jest po prostu babcia. Jacqy po studiach w Europie raczej nie będzie odbierała porodów. Jej zadaniem będzie przede wszystkim przekazanie swojej wiedzy.

M: Starają się Państwo zapewnić edukację młodym Kameruńczykom, którym zdobyte wykształcenie pozwoli poprawić sytuację w rodzinnym kraju?

KR: Nie chcemy niczego narzucać. Więzy rodzinne są jednak często tak silne, że nawet Kameruńczycy po studiach za granicą wracają do ojczyzny. Mają szansę odciąć się od przeszłości, lecz tego nie robią. Jako stowarzyszenie staramy się o studia dla Jacqy, ale ona nie ma żadnego formalnego obowiązku, żeby wrócić do Kamerunu. Wszystko zależy od niej. Chodzi o to, żeby była szczęśliwa i miała szczęśliwe życie.

DG: Chociaż z drugiej strony być może z daleka będzie mogła więcej zrobić, niż na miejscu – w Kamerunie. U nas w stowarzyszeniu przydałby się ktoś, kto zna afrykańskie realia i zajmowałby się kontaktem pomiędzy Polską a Kamerunem. Decyzję pozostawiamy Jacqy.

M: Ilu wychowanków jest obecnie we Foyer St. Dominique i jakie będą ich losy?

DG: Aktualnie mieszka u nas 24 dzieci. Ich losy są różne, nie zawsze szczęśliwe. Dziewczyny, które trafiają do nas w wieku 14-16 lat rzadko zagrzewają u nas miejsce. Zdarza się, że zachodzą w ciążę i wtedy nie mogą już mieszkać w Domu Dziecka.

KR: Są jednak też wychowankowie, którym udaje się zakończyć edukację. Dzięki pomocy ojca Darka zdobywają zawód i samodzielność.

M: Czy to prawda, że Domowi Dziecka w Bertoua pomagają tylko Polacy?

DG: Tylko i wyłącznie. I można powiedzieć że są to tylko osoby prywatne.

KR: Czasem nawet nie wiemy kto nam pomaga, bo niektórzy wpłacają anonimowo pieniądze na konto stowarzyszenia. Pomocy udzielają nam głównie ludzie, których znamy osobiście. W operacjach prawnych całkowicie bezpłatnie pomaga nam zaprzyjaźniona KNTM Kancelaria Radców Prawnych. To dzięki nim oficjalnie staliśmy się organizacją pożytku publicznego. Wspierają nas też inne instytucje. W Poznaniu jest to choćby biuro podróży Logos Travel Marka Śliwki. Kiedy będąc w Warszawie przygotowywaliśmy wernisaż, firma Fremantle Media Polska, użyczyła nam swojego biura i sprzętu komputerowego. To dzięki tym ludziom, którzy pomagają nam z własnej dobrej woli, stowarzyszenie może funkcjonować.

Pozdrowienia z Misji Dominikanskiej w Kamerunie