yt kanał misji

Archiwa

Jola z Niemiec

Przygody Joli – część 1

——————————–

3 marca 2005 miał być wielkim dniem. Dniem lądowania w Afryce! Już w „przednoc” wyjazdu słuchałam z niepokojem dramatycznych komunikatów o burzy śnieżnej, zatorach na drogach, poblokowanych autostradach..

Krótko po drugiej w nocy szwagier zabrał mnie i pojechaliśmy na lotnisko. Bez przygód, choć w głębokim śniegu dotarliśmy do Hannoveru. Sytuacja była zła, ale na szczęście nie tragiczna. Szybko przeszłam przez kontrole Straży Granicznych i bezproblemowo „zaczekowałam” się do samego Kamerunu. Nie dostałam niestety miejsca przy oknie, z czego byłam bardzo smutna. Tak bardzo chciałam patrzeć na Saharę!! Ale i tak wszystko szło jak z płatka…jakoś za dobrze…

Rzucili mi się w oczy dwaj wagabundzi. Byli ubrani, podobnie jak ja, tylko i wyłącznie w rzeczy „funkcjonalne”. Podejrzewałam, że mamy podobny cel podroży. Moje rozmyślania przerwał komunikat. Nie możemy wystartować. Nie mamy zgody z Paryża, ponieważ sytuacja na CDG jest tragiczna. Powiało grozą! Zaczęłam w panice liczyć godziny i stwierdziłam, że być może zdążę jeszcze się przesiąść w Paryżu… Po godzinie oczekiwania, wszyscy, którzy mieli dalszy lot z Paryżu zostali poproszeni o opuszczeniu gate (bramki). Z samolotu przywieźli nasze bagaże. Jednym słowem: lot trzeba przełożyć. Nie polecimy dziś. „Ładnie się zaczyna” – pomyślałam tylko. Szwagier odjechał, Axel w pracy, jak się dostanę z powrotem do domu???

Stanęłam na końcu dość długiej kolejki i zaczęłam się przysłuchiwać o co wykłócają się „moi wagabundzi”. Kątem ucha wychwyciłam „Yaounde” i zdecydowanie zagadnęłam ich dokąd lecą. Okazało się, że lecą również do Kamerunu, a wiec postanowiliśmy trzymać się razem. Następny, proponowany lot Air France był za dwa dni!!!! Wagabundzi stwierdzili kategorycznie, że lot z Paryża jest również opóźniony. Ich koledzy lecą z Frankfurtu, wszyscy mieli spotkać się w stolicy Francji i na lotnisku we Frankfurcie podano takie właśnie informacje. Pani z Air France dala za wygraną i powiedziała, że sprawdzi te informacje, jednakże na wszelki wypadek zrobiła nam rezerwacje na następny lot w sobotę.

Czas nerwowego oczekiwania spędziliśmy na zapoznaniu się. Bjoern i Christian lecieli w odwiedziny do kolegi Markusa, który studiuje teologie w Yaounde. W Paryżu mieli dołączyć Mattihas i Janine, którym bliżej było do Frankfurtu niż do Hannoveru. W końcu do poczekalni wleciała pani i powiedziała, że lecimy! Lot w Paryżu faktycznie jest opóźniony! Więc znów „czekowanie”, bagaże na taśmę. Byłam spocona jak szczur, ale szczęśliwa, że coś się dzieje!!! Żartowaliśmy ze studentami, że mamy przedsmak Afryki.

Po lądowaniu zagubili się moi studenci. Postanowiłam spojrzeć na monitor, o której mam wreszcie ten odlot i ze zdziwieniem nie znalazłam lotu do Kamerunu. Pomyślałam, że jest widocznie przełożony na jeszcze dalsze godziny. W tym momencie stanęli za mną Bjoern i Christian, którzy poinformowali mnie, że samolot już odleciał… poczułam się niesamowicie bezsilna. Bez bagażu! Bez zmiany bielizny!! Z ciężkim plecakiem wyładowanym prawie tylko i wyłącznie lekarstwami dla O.Darka i dzieci z misji! Zaczęłam żałować, że zdecydowałam się polecieć do Paryża, mogłam, kurka wodna, poczekać do soboty!!

Rozpoczęliśmy poszukiwania parki z Frankfurtu. Przylecieli oni wcześniej i nawet widzieli przez chwile samolot do Yaounde… mogli mu niestety tylko pomachać. Cieszyli się na nasz widok, bo byli przekonani, że my jednak zdążyliśmy i będą musieli lecieć sami. Ustawiliśmy się w dlugaśnej kolejce do Informacji Air France. Takich poszkodowanych jak my było wielu. Każdy petent był załatwiany godzinami. Ludzie podenerwowani. W poczekalni ciągnęło jak w Irkucku na dworcu. Zaczęłam drętwieć z zimna! W końcu stanęliśmy przed miłą panią, która chciała rozmawiać tylko po francusku. Na szczęście Bjoern władał trochę tym językiem.

Okazało się, że następny lot do Yaounde, czyli w sobotę, na który początkowo mieliśmy rezerwacje jest pełny!!!! Następny w poniedziałek!!! Zaproponowała nam wobec tego lot do Johannesburga (!!!!!!!), stamtąd do Nairobi i kenijskimi liniami lotniczymi dalej do Yaounde. Roześmiałam się i powiedziałam, że na taką opcje nie zgadzam się absolutnie! Studenci byli mojego zdania. Wobec tego pociągiem do Brukseli. Nocleg tam na własną rękę i rano samolot do Yaounde. Prawie przystaliśmy na ta opcje, klnąc „globalizację” („niby globalna wioska, a do głupiej Afryki nie można się dostać!!”), gdy pani się przypomniało, że nie mają więcej umowy z Sabeną.

Zostaliśmy znów na lodzie… i nie wiedzieliśmy co dalej. Pani z Air France była też bezradna. Pomógł przypadek! Spotkaliśmy Kameruńczyka Johna, który też nie miał jak dostać się do rodzinnego kraju. Zaproponował on nam lot do Douali, która jest stolicą gospodarczą Kamerunu i która ma codzienne połączenia z Europa.

Naczytałam się wiele złego o Douali! Zaśmiecone lotnisko, 98% wilgotność powietrza, klimat absolutnie nie do wytrzymania dla Europejczyka!! Wysoka kryminalność!! Każdy przewodnik odradzał pobyt w tym mieście, a już dla podróżujących po raz pierwszy do Afryki szczególnie!! Mimo tego opcja lotu „już” następnego dnia wydala się BARDZO pociągająca.. John zapewniał, że z Douali jeżdżą expresowe autobusy do Yaoundy, ale nie wierzyliśmy mu ani na słowo. Byliśmy wystarczająco oczytani i braliśmy poprawkę na wszystko co mówi Afrykańczyk, co zresztą się potwierdziło…

Pani z Air France odetchnęła z wyraźną ulgą, wydrukowała nam wejściówki na pokład i zdobyłam nawet miejsce przy oknie! Ucieszyłam się, że tyle dobrego z tych przygód, że zobaczę przynajmniej Saharę!!! Dostaliśmy również super hotel, oczywiście na koszt linii lotniczych, choć szukanie wolnych miejsc trwało bardzo długo i Bjoern zaczął żartować, że zaproponują nam na pewno hotel w Hannoverze, dokąd mają tanie loty! Uśmialiśmy się, bo co nam pozostało??? . Uuuuf! Dostałam wreszcie pokój, normalnie dla dwóch osób. Z wielgachnym łożem i wanną!!! Żyć nie umierać ? (…jakoś nie wierzyłam w lot następnego dnia. Zrobiłam sobie herbatę, plądruję mini-bar, kąpię się w gorącej wodzie, nacieram ramiona woltarenem. Bez skrupułów wykorzystuję wszystkie poduszki i kołdry. Mam wrażenie, że ktoś się ze mnie nabija. Taki luksus przed Afryką??? Chyba po to, aby kontrast potem był jeszcze większy ? )

Przepakowuje plecak. Będę miała jutro przedsmak Afryki. Musze ubrać całkowicie przepocone ciuchy.

04.03.2005

(w samolocie)

Lecę! Nie mogę jeszcze w to uwierzyć!! We wspomnieniach zostaną mi cudnie, ośnieżone Alpy, bliskie na wyciągniecie ręki!! Przelecieliśmy już Saharę!! 3 godziny rożnych odcieni żółtości! Jestem zachwycona!! Jest godz. 15.17, zostało jeszcze jakieś dwie godziny lotu. Oglądam 2 cz. „Bridget Jones”. Wyschnięte rzeki i spalona ziemia w dole działają na moja podświadomość. (Wołam stewardesę, bo BARDZO zachciało mi się pić ? Towarzystwo w większej części czarne. Ubrane dosyć dziwacznie, biorąc pod uwagę „europejski standard”. Domyślam się, że u krewnych w Afryce zrobią duże wrażenie. Są oni elegancko ubrani, w kolorowe garnitury. Na pewno będą zadawać szyku. Jem pyszny obiadek z przystawkami (mozarela i suszone pomidory), kurczaka z kaszka kuskus, ciasto, sery, wino – w końcu to Air France. Przelatujemy nad Niamey (Niger), który znam tylko z literatury. Nie chce mi się Wierzyc, że jestem już w głębi Afryki!!! Nie zdaję sobie zupełnie z tego sprawy!! Tyle, że słońce mocno przygrzewa przez szybę i jest mi bardzo ciepło. Modlę się, aby mój bagaż doleciał razem że mną, choć podświadomie czuję, że jest inaczej. Nie martwię się tyle o bagaż co o formalności i utrudnienia. Języka też nie znam… Wylecieliśmy z chmur. Jak okiem sięgnąć wszędzie spalona żółtoczerwona ziemia. Zastanawiam się, czy ktoś tam na dole żyje??? Przecież to niemożliwe w tych warunkach!!

Wlatujemy znów w chmury. Robi się bardzo ciemno i niemiło. Nagle samolotem trzepnęło! Ale jak! Ludzie zaczynają krzyczeć histerycznie. Bardziej przestraszyłam się tego krzyku niż trzepnięcia. Już tak mam, że w momencie największego zdenerwowania zachowuje absolutnie zimna krew. Dosłownie i w przenośni. Czuje jaki mam zimny czubek nosa. I lodowate dłonie.

W końcu wylatujemy z chmur i zbliżamy się do lądowania. Jestem oszołomiona widokiem!! Niesamowicie gęste i BARDZO zielone lasy jak okiem sięgnąć. Wiem, że jest jedna definicja zielonego. Zielone to zielone i basta. Trzeba to zmienić!!! Proponuje nowa nazwę: zielony tropikalny ?

Las poprzecinany jest rzeczkami o brązowej wodzie, dymią się cale połacie, na „uwolnionych” od chaszczy powierzchniach dzieci grają w piłkę. Jak okiem sięgnąć boiska do piłki nożnej, dym i zieloność.

WYSIADAMY! W „rękawie” w Paryżu było mroźno. Rzuciłam ze śmiechem do studentów, żebyśmy pooddychali po raz ostatni orzeźwiającym powietrzem. Po opuszczeniu kabiny samolotu ZATYKA MNIE! Byłam przygotowana na gorąco, na duszność, ale to przerasta moje wyobrażania!! Sauna to nic w porównaniu! Łaźnia parowa to też nic! Mam wrażenie, że oddycham przez watę, nie mogę złapać powietrza. Duszny upał dosłownie zwala z nóg! Duchota jest podbarwiona nieznanym, egzotycznym zapachem..nie potrafię go jeszcze sprecyzować. To sa wiec te słynne tropiki ????????????? Boże! Gdzie ja jestem????!! Welcome słynna Douala! W ciągu paru sekund jestem mokra! Nie wiem jak ludzie mogą egzystować w takich warunkach! Obserwuje czarnych. Cierpią tak samo jak ja. Pracownicy na lotnisku sa również ZLANI potem. Jasne! Do czegoś takiego nie można się przyzwyczaić!!

Mimo to kontrola „żółtych papierów” (świadectwo zdrowia – z wpisanymi obowiązkowymi szczepieniami, którym trzeba się poddać przed przyjazdem do Afryki – jest koloru żółtego) przebiega bezproblemowo, dwie czarne zostały zatrzymane. Widoczny jest swoisty rasizm wobec swoich żyjących w Europie.. celnik uważnie ogłada mój paszport, stempluje, głęboko i uważnie patrzy mi w oczy. Patrzę spokojnie i obojętnie. Kiwa, że mogę iść dalej. Przechodzę do hali. Czasy rozkwitu zostawiła już dawno za sobą. Nie ma klimatyzacji. Jest tak samo jak na zewnątrz. „okna” sa bez szyb. Robi się ciemno i zwabione światłem, nadlatują roje moskitów. Na taśmę zaczynają wjeżdżać pierwsze bagaże i mojego oczywście nie ma! Przeczucia potwierdziły się! Już wiem, dlaczego nie chciałam lecieć z Air France! Moi studenci też goli i weseli. Spędzamy godziny na lotnisku. Pracownicy biegają, szukają i oczywiście nic nie znajdują. Podświadomie cieszę się, że nie tylko mój bagaż zaginął. Nie wiem co zrobiłabym gdybym miała zostać sama… brrrr…ciągle ktoś do mnie podchodzi, cos mi proponuje. Odpowiadam niezmordowanie „Non, merci”, choć nie wiem o co chodzi. Po studentów wyjechał ich kolega z Yaounde bierze mnie w ramiona i mówi że śmiechem: „Witamy w Afryce!”. O yeah! Postanawiam sprawdzić, czy po mnie też ktoś wyjechał, zgodnie z obietnica O.Darka i wychodzę na zewnątrz. Celnicy od bagażu znudzeni już poszli do domu. Można wynieść bezkarnie pół lotniska. Z daleka macha mi 17-letnia Yvette. Trzyma wyrwaną z zeszytu kartkę papieru z moim imieniem. Kiwam do niej i do żołnierzy na zewnątrz, pokazuję na migi aby ją wpuścili. Yvette ściska mi rękę i mówi ślicznym niemieckim: „Serdecznie witamy”. Wchodzi z nią 27-letnia Marianne, katechetka z misji. Formalności przedłużają się. Z dziewczyn też leje się pot. W końcu mogę wejść do biura i zaczynam doceniać uroki cywilizacji! Jest klima!!! Wdycham cala piersią powietrze. Tankuję siły na opuszczenie lotniska. Urzędnik wystawia mi protokół o zaginięciu bagażu. Mowię mu, żeby wysłali walizkę do Yaounde. Obsługuje on bardzo stary komputer, coś tam wstukuje jednym palcem, a ja nie wierzę, żeby miał jakiekolwiek połączenie ze światem i że kiedykolwiek zobaczę moje rzeczy. Zostawiam moje dane, numer telefonu, pod którym jestem w Kamerunie. Nie wiem po co, bo przecież i tak nikt nie zadzwoni. Niby jutro wieczorem będę mogła odebrać walizkę na lotnisku w Yaounde. Tym lotem miałam przylecieć, gdybym została w Hannoverze….. Temperatura na zewnątrz jest powalająca z nóg! Marianne jest bardzo niespokojna. Dzwoni O.Darek i mówi, że po zapadnięciu zmroku w Douala jest bardzo niebezpiecznie. Nie podnosi to mego nastroju. Ze zdenerwowania zaczyna boleć mnie brzuch. Lotnisko już dawno opustoszało. W końcu i my zbieramy się do wyjścia. Żegnam się że studentami, Markus ostrzega mnie, abyśmy nigdzie nie podróżowały po nocy. Mój nastrój jest całkiem do bani. Jestem bliska paniki. Pytam Yvette co robimy. Odpowiada zdecydowanie, że jedziemy do Yaounde. Po czym patrzy na mnie uważnie i pyta: „Boisz się?”. TAK ! – prawie krzyczę. W odpowiedzi słyszę śmiech. No cóż. Afryka !. Chciałabym być przynajmniej czarna!!!!! Boje się okrutnie. Z drugiej strony chcę jak najszybciej opuścić to straszne miasto!! Jedziemy taksówką na „dworzec PKS”. Wszędzie pachnie DYMEM, pieczonym mięsem, grillowanymi rybami i…. czymś zupełnie nieznanym i nie określonym… Podoba mi się ten zapach!!! Dojeżdżamy do dworca. Nie widzę żadnego napisu, ale wszyscy widocznie wiedzą, że to tu, bo stoją tłumy z bagażami. Mamy wielkie szczęście, bo bus jest prawie pełny i zaraz ruszamy. Pan sprzedający bilety dyskutuje z Marianne. Nie wiem o co chodzi – pokazuje na mnie. Cos mu się nie podoba. W końcu Marianne daje mu wypitą do połowy butelkę coca-coli i możemy wsiadać! Autobus jest bardzo zniszczony, z siedzenia wystaje sprężyna, dziewczyny wciskają się obok mnie. W autobusie jestem jedyną białą. Pasażerowie lustrują mnie dokładnie, lecz nie natarczywie. Leje się ze mnie pot. Z nich również. Wachlujemy się. Yvette mnie pociesza, że w Yaounde jest inaczej. Wierzę jej na słowo. Po przedsionku piekła może być tylko lepiej! Moja białość aż razi, ale w duszy jestem już Murzynem. Siedzę cierpliwie i czekam. Co ma być, to będzie. Po co się denerwować ??? Jak autobus ruszy to będzie jechał. Jeśli nie, to stoimy i czekamy dalej. Ha! Ruszamy! Powiewek wiatru! Rozsądek nakazuje mi założyć kurtkę, owinąć się szczelnie. Ale jestem tak spragniona „chłodku”, że nie myślę o ewentualnym przeziębieniu, za co bardzo odpokutuję.. ale to będzie potem. Kiedyś tam. Teraz najważniejsze jest, że jest trochę chłodniej! Kierowca jeździ po mieście, trąbi, nawołuje pasażerów. Dziwne. Wydawało mi się, że autobus jest pełny, ale widocznie nie wg. standardów afrykańskich. Kierowca zatrzymuje się i idzie do pobliskiego baru na posiłek. A my ??? My się POCIMY!!! W końcu pasażerowie zaczynają nawoływać kierowcę, wyzywać go. Przychodzi powoli, żuje jeszcze coś, ale w końcu ruszamy. Mdli mnie trochę. Autobus zarzuca na wertepach. Biorę tabletkę i przysypiam. Yvette przytula się do mnie i kimamy! Budzą nas tylko policyjne kontrole, ostre światło stawia na nogi. Przykrywam się kurtką i udaje murzyna. Obserwuję, że popaduje deszcz, przez to robi się jeszcze bardziej duszno. W końcu bus stanął na dobre, a moja mała tłumaczka informuje mnie, że dojechaliśmy do stolicy. Wychodzę na zewnątrz. Nie widzę żadnych domów, jakieś pola i jak zwykle czuję dym. Wsiadamy do jednej z oczekujących taksówek i jedziemy do hotelu. Taksówkarz trąbi parę razy, wychodzi zaspany strażnik, Mariannę idzie do środka i wraca z hiobową wieścią, że nie ma wolnych miejsc. Jestem już tak przyzwyczajona do złych wiadomości, że nie robi na mnie wrażenia to, że jest druga w nocy, że nie mamy gdzie spać, że po ulicach grasują gangi. Taksówkarz jest bardzo miły, wiezie nas dalej i nie chce zostawić samych. Przy kolejnym hotelu Marianne wychodzi i mówi, że miejsca są. Zaspany portier prowadzi mnie do pokoju. Jest bardzo zniszczony, ale za to nawet z łazienką, co mnie bardzo cieszy i dosyć czysty. Dziewczyny będą spać piętro niżej, wiec zostawiają mnie samą. Najpierw dokładnie zaglądam w każdy zakamarek. Zaglądam nawet pod łóżko. Otwieram rozwalającą się szafę. Balkonu nie otworzę (KOMARY!!), choć jest bardzo gorąco. Śmierdzę jak skunks! Koszulka, bielizna, skarpetki sa tak mokre, że mogę je wykręcać! Jedynie spodnie zdają egzamin. Zdążyły już wyschnąć na mnie. Piorę majtki i koszulkę kawałeczkiem mydła leżącego na umywalce i wchodzę pod lodowaty prysznic. Ciepłej wody oczywiście nie ma, ale nie liczyłam na to ani przez chwile. Czuję się zdecydowanie lepiej i wreszcie mogę wyciągnąć się na łóżku! Poduszki są twarde, więc biorę pod głowę mojego polara. Jak dobrze czuć cos swojskiego!! Zasypiam w końcu.

Budzi mnie zdecydowane pukanie. Wchodzą dziewczyny. Mówią, żebym się szykowała i idziemy na śniadanie. Jestem zapuchnięta z gorąca, ale wszystko to nic w porównaniu z wilgotnością w Douali!! Wskakuję szybko pod prysznic. Bielizna zdążyła już wyschnąć. Koszulka jest nadal mokra i zdecydowanie śmierdzi. Nie mam wyboru, wiec ją wkładam. Przewiązuję torbę na brzuchu, łapiąc niezadowolone spojrzenie Marianny. Ruszamy!

Chaos, kolorowe ciuchy, SMRÓD z rynsztoków, dzieci przewiązane w chuście, banany, ananasy, papaje na ulicy. Kolorowo (znów o nową definicję kolorowości poproszę ;)), zielono, GŁOŚNO, kurz i spaliny oto jest Afryka i taką ją znamy z obrazków. Idziemy spory kawałek i nie widzę ani jednego białego. Ludzie wytykają mnie palcami i krzyczą na mój widok „La Blanche”. Śmiać mi się chce, bo wiem już jak czuje się Murzyn w Europie. Próbuje nie łapać kontaktu wzrokowego i nie reagować na zaczepki. Dziewczyny prowadzą mnie jak ochroniarze. Marianna idzie przodem, ja za nią, Yvette osłania mnie z tylu. Zaczynam przeklinać moją białą skore! W końcu dochodzimy do hotelu. Naprzeciwko drużyna rozgrzewa się do meczu. Podziwiam ich jak w takim upale maja ochotę na taki wysiłek. Ledwo dycham. Jest wcześnie rano, a gorąco już daje się we znaki. Na śniadanie podają nam smażone omlety z cebulą, świeżutkie bagietki i dżem truskawkowy. Tak mi zbrzydł zapach smażonego, że moja porcje oddaje dziewczynom. Zalewam gorącą wodą Neskę. Drugiej filiżanki z mlekiem w proszku nie tykam. Za to Yvette się rozkoszuje i wrzuca do mleka parę kostek cukru. Z powrotem jedziemy taksówką. Jestem za to bardzo wdzięczna, bo nie przestawiłam się z zimy na klimat zdecydowanie bardzo letni, zmęczenie daje mi się we znaki, krążenie świruje a przede wszystkim zmęczona jestem ogólnym zainteresowaniem. O. Darek. Rozmawia z Marianne i mówi do mnie, że one boją się chodzić że mną. Musze torbę zostawić w hotelu, a pieniądze dać Marianne. Czuje się niepewnie. Drzwi do pokoju można otworzyć na pych, nawet nie trzeba specjalnie kopnąć w drzwi. Boję się kradzieży, ale zapewniają mnie, że mam zabrać tylko paszport i idziemy na targ. Muszę koniecznie kupić koszulkę, bieliznę na zmianę i jakieś gumowe klapki. W martenach za kostki długo nie pociągnę. Z tęsknotą myślę o koszulach funkcjonalnych, które są gdzieś w Paryżu???? Ruszamy i znów ten obraz jak z książki: kolorowa ulica, zgiełk, hałas, trąbiące samochody, kosze, torby na głowach i nieśmiertelne „MADAME BLANCHE!!”, do którego już się przyzwyczaiłam. Co chwila ktoś łapie mnie za rękę. Niektórzy są bardzo agresywni i wyraźnie szukają zaczepki. Marianne ostro na nich pokrzykuje. Widzę, że chyba też ma dosyć. Kupujemy szybko to co potrzebne i do taksówki! Po drodze dosiada się bardzo młoda kobieta z może rocznym bobasem. Mały nie spuszcza że mnie wzroku. Wpatruje się we mnie wielkimi, rozszerzonymi, czarnymi oczętami, w których maluje się niesamowite osłupienie!!! Matka się śmieje i zagaduje coś do Marianne. Z potoku słów wyławiam dobrze mi znane „blanche”. Malec nigdy nie widział białego człowieka;))

W hotelu włażę pod lodowaty prysznic. Trochę boli mnie żołądek, nie ma czym oddychać, ale nie jest aż tak bardzo wilgotno! Po Douali nieprędko coś mnie wzruszy! Leżymy na łóżku. Mariannę rozłożyła się na kaflowej posadzce. Myślę, że to niegłupi pomysł. Jednak trochę obawiam się o moje nerki. Yvette ogląda „Mangas” i ślicznie podśpiewuje po francusku. Wypytuje mnie co jemy w Europie, czy mam męża i dzieci. Widzę, że tak jak my postrzegamy Afrykę jako całość, tak Afrykanie postrzegają Europę.

Wieczorem jedziemy na lotnisko. Idziemy do restauracji. Jest klimatyzacja, lotnisko jest nowsze i o niebo czystsze niż w Douali, więc podoba mi się wszystko. Toalety w restauracji są czyściutkie. Jestem pozytywnie zaskoczona.

Wychodzimy na zewnątrz. Mamy jeszcze mnóstwo czasu. Myślę o tym, że gdy przyleci walizka (w co intuicyjnie nie wierzę !!!) ruszymy w nocną podróż przez dżunglę do Bertoua. Robi mi się jakoś tak dziwnie w żołądku. Obawiam się trochę o tę jazdę po wertepach i do tego w nocy…ciągle się zastanawiam, czy nie poprosić O.Darka abyśmy zostali jeszcze dzień i jechali dopiero na następny dzien.

Zaczyna robić się niewesoło. molot wylądował, próbuję przedrzeć się przez tłum. Żołnierze blokują przejście. Pokazuje zaświadczenie z Douali. Celnik patrzy znudzony, lustruje mnie od stóp do głów i wreszcie skinieniem ręki pozwala wejść. Pokazuję na Yvette, lecz on stanowczo ją odpycha. Wchodzę sama. Wjeżdżają bagaże. Mojego oczywiście nie ma ! Stojący obok biały mężczyzna zaczyna dyskusję z pracownikiem Air France. Domyślam się, że jego walizka też nie dotarła. Wtrącam się do rozmowy i okazuje się, że Włoch też wczoraj przyleciał do Douali i jego bagaż też gdzieś wędruje po świecie. Włoch jest bardzo miły, tłumaczy mi z francuskiego na angielski to co mówią znudzeni czarni pracownicy Air France. W końcu przychodzi celnik i mówi, że jego walizka się znalazła ! Ale mu zazdorszczę !! Bardzo niemiła murzynka mówi do mnie, żebym zadzwoniła w PONIEDZIAŁEK (jest sobota), wtedy może przyleci mój bagaż. No teraz już wierzę, że jestem w Afryce! Nikogo nie obchodzi, że muszę jechać dalej, że koczuję w stolicy. A teraz przede wszystkim musimy dostać się do miasta!! Lotnisko leży jakieś 35 km za Yaounde. Na zewnątrz ciemna noc i Włoch proponuje, że nas odwiezie!! Dzwoni O.Darek i zdecydowanie mówi, że mamy natychmiast wyruszyć do Bertoua, wyśle kogoś później po walizkę. Muszę załatwić upoważnienie. Oddaję telefon Włochowi i panowie obmyślają plan działania! Mam wszystkie kwity oddać Massimo! On pracuje w Yaounde i będzie co wieczór jeździł na lotnisko sprawdzić, czy nadeszły moje rzeczy! Zaczynam wierzyć w Opatrzność i wierzę, że spotkałam anioła!! Kamień spada mi z serca!!! Nie musze jeździć więcej na lotnisko! Massimo wychwytuje z naszej rozmowy „Bertoua” i pyta z niedowierzaniem czy mamy zamiar w nocy jechać do Bertoua. Potwierdzamy, na co on stwierdza stanowczo, że nie ma mowy! Zawiezie nas do swojego hotelu, mamy się tam przespać, o nic nie martwic i jutro po śniadaniu możemy ruszyć WRESZCIE do Bertoua! Czuje się jakby mi ktoś z pleców zdjął furę kamieni!! Dziewczyny też się cieszą!!! Wchodzimy do hotelu, dziewczyny chichrają. To luksusowy hotel! Marianne obdzwania krewnych i opowiada z podziwem coś. Wychwytuje z nabożeństwem powtarzane co chwile słowo TROPICANA!!! (dzielnica gdzie mieście się nasz hotel). Odkrywam klimatyzację. Włączam ja na maksa, ustawiam się pod nią z wyciągniętymi rękoma. Dziewczyny pękają że śmiechu!!! Yvette wchodzi do łazienko. Po raz pierwszy widzi wannę!! Vivat cywilizacja:)

Rankiem z balkonu mam okazje bezpiecznie oglądać kameruńskie życie codzienne. Pranie w miskach przed glinianymi chatkami, gdzieniegdzie widzę umięśnionych młodzieńców uprawiających poranne biegi. Ludzie myją obtłuczone z wszystkich stron auta. Robię parę zdjęć i schodzimy na śniadanie. Kelnerka jest znudzona. Przypominają mi się restauracje w Polsce z czasów ciężkiej komuny. Dopiero gdy chwalę, naprawdę wyśmienitą kawę, rozjaśnia oblicze w uśmiechu. Zabieramy rzeczy i wychodzimy w upał.. jedziemy na dworzec. Marianne ma gęsią skórkę, trzęsie się z zimna mimo gorąca i mówi, że boli ją brzuch. Martwię się o nią. Na dworcu, najpierw szukamy „toalety” dla Marianne. Jest to dziura w betonie, nad którą krążą stada much. Trzymamy z Yvette parę desek, które robią za drzwi, aby ja osłonić. W końcu wsiadamy do małego busika i czekamy aż się zapełni. Moim zdaniem on jest już pełny!!! Do okien podchodzą sprzedawcy. Towar mają ułożony na głowie i proponują nam różne rzeczy. Napoje, banany, orzeszki ziemne, zegarki, „złotą” biżuterię, radyjka etc. Kupuje futerał na telefon, Yvette nabywa kurtkę. Na dach ląduje coraz to więcej bagażu. Jest już tam motocykl i „wózek inwalidzki”, kiście bananów, skrzynie, torby i walizki. Nie mam pojęcia jak ruszymy z miejsca, ale WIERZĘ (chce wierzyć) w doświadczenie kierowcy i mam wielką nadzieję, że nie ma on skłonności samobójczych… jestem jak zwykle jedyną białą, ludzie patrzą na mnie ciekawie, lecz życzliwie. Uśmiecham się, oglądam towar oferowany przez sprzedawców, z grubą mamą przymierzamy bransoletki i wybuchamy śmiechem. Kameruńczycy to bardzo wesoły naród. Do busika wsiada matka z dwójką malutkich dzieci. Są one bardzo brudne i obdarte. Chłopczyk ma może niecałe dwa latka, dziewczynka z roczek. Dziewczynka płacze, co wywołuje duże zniecierpliwienie i utyskiwanie mężczyzn. Kobieta milczy. Chyba nie zna francuskiego. Na pewno nigdy nie chodziła do szkoły. Na twarzy jej maluje się duma. Trzyma przy piersi dziewczynkę, która się poci!! Ale jak! Nigdy nie widziałam, tak spoconego dziecka! „Woda” wychodzi jej wszystkimi porami. Myślę, że dziecko ma gorączkę. Chłopczyk siedzi obok mnie i ciekawie się wpatruje. Ma w ręku woreczek z wodą i co chwila pociąga z niego łyka. Jest bardzo poważny i się nie uśmiecha. W Afryce dorasta się wcześnie. Uczę się od niego cierpliwości. Podziwiam stoicki spokój. Europejskie dziecko wydzierałoby się już w niebogłosy. Robi się dwunasta. Słońce przygrzewa coraz mocniej. Pomocnik kierowcy zagłada do środka, liczy pasażerów i mam wrażenie, że niedługo ruszymy… biegnę do dziury z betonem na ostatnie „siku” i w końcu jedziemy! Bus trzeszczy i kwiczy. Jest załadowany do granic niemożliwości. Czeka nas 140 km asfaltowej drogi i ponad 250 polnej przez busz… Modlę się i wierzę, że dojedziemy cało i zdrowo, choć rozsądek mówi mi co innego.. Jestem już trzeci dzień w Afryce i jeszcze nie dotarłam do Bertoua… Zdaję się całkowicie na Opatrzność!

Część 2 – Jazda do Bertoua

No to jedziemy! Mamy przed sobą najpierw 150 km asfaltowej drogi! Busik MKNIE jak zwariowany, kolebie się na boki, trzeszczy, wydaje dziwne dźwięki, powiew wiatru z otwartych okien omiata nas przyjemnie. Na złamanie karku bierzemy zakręty, wyprzedzamy dziko pojazdy przy dźwiękach klaksonu, a ja w swojej naiwności myślę o tym, że w końcu asfalt mógłby się skończyć, to kierowca zwolni jazdę!!!

Co jakiś czas zatrzymujemy się na posterunkach kontrolnych. W tym samym momencie nadbiega stadko dzieciaków, trzymających obrane i poporcjowane części ananasa w woreczkach, prażone orzeszki ziemne. tysiące rączek wciska się przez okna busa i proponuje posiłek. Kierowca decyduje się na ananasa i ruszamy dalej. Jest bardzo gorąco i każdy postój to tragedia! Bus nagrzewa się błyskawicznie, nie ma czym oddychać. Jesteśmy upchnięci jak sardynki, każdy ciężko oddycha. Wypacam resztki wody w organizmie. Pociągam małymi łykami wodę z butli. Nie muszę się martwic o niemożliwość skorzystania z toalety. Wszystko wypocę. Mamy przed sobą daleką drogę i staram się pić dużo, bo krążenie i tak mi strajkuje. Po prawie trzech godzinach wariackiej jazdy z klaksonem dojeżdżamy do miasteczka Ayos.

Kierowca zjeżdża na bok, wszyscy wychodzą, leniwie przeciągają się w upale i kurzu, jedynie muzułmanin bez nóg zostaje w pojeździe. Ludzie z wioski zbiegli się, stoją i patrzą na nas. Jestem znów w centrum uwagi, więc biorę Yvette pod rękę. Chcę należeć do ich wspólnoty. Cholera! Nie chcę być biała! Nie chce aż tak się odróżniać!

Dziewczyny prowadza mnie pod wiatę, która służy za restaurację. W garnkach, różnych kotłach gotują się potrawy. Marianne zagląda to tu, to tam, w końcu zamawia porcje. Nie wygląda to zachęcająco, ale pachnie smakowicie. Wielkie kawałki ryby w sosie własnym z cząstkami papryki. Kręcę głową na nie, ale dosiadam się i przyglądam jak ludzie się posilają. Podłoże usiane jest ościami. Ludzie wypluwają je po prostu pod nogi. Pod stołami koczuje mnóstwo strasznie chudych kotów, które polują na lepsze kąski. Ich cierpliwość jest rzadko nagradzana. Ości są wycackane do białości, dopiero po tym lądują na ziemi. Proszę Marianne aby kupiła mi banany. Nie chcę ryzykować rozwolnienia w podroży. Nie wiem jak długo będziemy jechać, więc banany wydają mi się najlepszym rozwiązaniem. Marianne krzyczy na chłopca, który nieśmiało podchodzi, ale szczęśliwy i stremowany ofiarowuje mi do wyboru różne kiście. Uśmiecham się, aby go trochę ośmielić, wybieram, co ładniejsze. Mały dostaje pieniążek i w podskokach leci do mamy, ciesząc się i głośno coś opowiadając. Sprzedał banany białej! Będzie miał, czym szpanować przed kolegami! Nie przepadam za tym owocem, ale te są słodkie, dojrzale, no i to prostu „z drzewa”. PYCHA!!!

Idziemy w kierunku busa, są już wszyscy- możemy jechać. Cieszę się na dalszą jazdę. Byle do przodu! Zaraz za zakrętem oczy stają mi w słupki!! TO NIEMOZLIWE!!! PO TYM????? Po czymś takim będziemy dalej jechać?????? Wertepy, wąska polna droga, bo bokach głębokie rowy, bez żadnego pobocza!!! Nie chcę myśleć, co będzie, gdy kierowcy „omsknie” się koło. Przecież się zabijemy!!! Co gorsza droga idzie ostro pod goórę !! Tylko ja wydaję się być zszokowana. Yvette mówi spokojnie „schlechte strasse” i patrzy spokojnie przed siebie. W krótkim momencie paniki chce mi się płakać. 7 godzin jazdy po takiej drodze?????? Mam cały czas nadzieję, ze coś źle zrozumiałam.

W buszu nie mamy zasięgu. Nie można nigdzie zadzwonić, „gdyby co”. Staram się nie dopuszczać do złych emocji, ale właśnie jedziemy z góry!!!!!!! Kierowca pędzi na złamanie karku!! Jestem przerażona, a jeszcze z naprzeciwka nadjeżdża ciężarówka wyładowana drzewem!!! Łapię się za przednie oparcie, zamykam oczy i głośno odmawiam „Pod Twoja obronę”. Wierze, ze P. Bóg nie pozwoli mi tak głupio umrzeć w rowie, w dżungli!!! Mam nadzieje, ze te góry się skończą i po płaskim w razie wypadku mamy większą szanse na przeżycie!! Ale na takie rozmyślania nie mam za wiele czasu, bo minięta ciężarówka zostawia taki tuman kurzu, ze kaszlemy i krztusimy się wspólnie. Przykładam do ust chusteczkę, która momentalnie robi się czerwona. Jestem już dokładnie pokryta czerwonym pyłem! Przecieram okulary z kurzu, aby coś widzieć i kolebiemy się dalej! Wyjeżdżamy wreszcie na „prosta” drogę, jedziemy bardziej po płaskim, od czasu do czasu kontrole. Kierowca uiszcza opłaty, do okien pchają się rączki z ananasami, wokół gliniane chatki, śmieszne, małe świnie biegające w obejściach, machające do nas, nagie dzieci. Wrosłam juz w krajobraz. Mam wrażenie, ze znam to wszystko!!

Nagle w głębokim lesie STOP! Na drodze stoi bus podobny do naszego i równie jak nasz wyładowany! Pękła mu ośka i stoi rozkraczony. Zatrzymujemy się i musimy zabrać wszystkich ludzi i bagaże. W dżungli nie zostawia się nikogo, a ja zastanawiam się, w jaki sposób ludzi z dwóch załadowanych busików uda się upchnąć do jednego!!! Jako pierwsze zostają przeładowane bagaże.

Korzystam z okazji i wskakuje miedzy drzewa. Jestem zachwycona ciszą i różnymi, nieznani dźwiękami! Fruwają, wielkie kolorowe motyle, bzykają owady. Jak ślicznie!!! Tylko muszę chować się do cienia. Słońce jest niemiłosierne!!

Marianne zorientowala się, ze brakuje jej torebki! Robi głośną awanturę. Kierowca twierdzi, że na pewno jest gdzieś na dachu pomiędzy bagażami.

W końcu możemy wsiadać…. mam plecak między nogami, jestem ściśnięta. Dobrze, ze siedzę przy oknie, więc łapię jak ryba wyrzucona na piach powietrze. Mogę poruszać jedynie palcami w czubkach buta. Znów nachodzą mnie czarne myśli. W razie wywrotki zadusimy się na nic…. bus trzeszczy bardzo niebezpiecznie. Myślę, ze do pęknięcia „naszej” ośki też niedaleko. Zdecydowanym plusem całej sytuacji jest to, że kierowca zdecydowanie zwolnił tempo! Przy każdym najmniejszym dole, auto robi „quik quik” i przestaję mieć nadzieję, że dojedziemy przed zapadnięciem zmroku…przestaję mieć nadzieje, że w ogóle dojedziemy!! Jedziemy dosyć wolno, wyprzedzają nas teraz busy, auta – wzniecając potworne tumany kurzu. Nie widzimy nic, machamy rękoma, a w kierowcy obudziła się ambicja i zaczął ścigać pojazd, który właśnie nas wyprzedzil!! Jedziemy wiec non stop w tumanie potwornego kurzu i dopiero dosyć spore wzniesienie przychodzi nam na ratunek. Kierowca stwierdza, ze nie ma żadnych szans pod góre….oddycham z ulgą… parę kilometrów dalej w rowie leży ścigany pojazd. Kierowca z satysfakcją ich mija. Nie zabieramy juz nikogo, ale w następnej wiosce informujemy o wypadku…

Za każdym razem, gdy się zatrzymujemy na posterunkach, dopadają mnie ataki klaustrofobii. Muszę natychmiast wyjść! Mam wrażenie, że się uduszę! Na szczęście wszyscy chcą, choć na chwilę rozprostować nogi, więc każdy przystanek się przedłuża. Stoimy, przeciągamy się. Słońce juz zachodzi, więc nie przygrzewa tak mocno. Jest mi głęboko obojętne, na którą zajedziemy. Czas PRZYSZŁY przestał dla mnie istnieć. Ważne jest TERAZ! Zaczynam rozumieć mentalność tubylczą…. co im po domach, „posiadłościach”, dobrach doczesnych, gdy w każdej chwili tak łatwo można stracić życie! Jestem przepełniona podziwem dla tych prostych ludzi, którzy żyją i radzą sobie w tak ekstremalnych, z mojego punktu widzenia, warunkach.

Zapada zmrok i mijając wioski widzimy tylko gdzieniegdzie palące się ogniska. Bez prądu, bez wody radzą sobie i żyją z pokolenia na pokolenia. Ba! Na swój sposób są na pewno szczęśliwi. Dużo się śmieją. Mam wrażenie, że żyję we wspólnocie. Dosłownie i w przenośni jedziemy na jednym wózku. Jestem pod wrażeniem i pełna wdzięczności, że mogę brać udział w ich życiu.

Niestety często robi mi się słabo i wreszcie pytam Yvette jak długo jeszcze będziemy jechać. „Ile kilometrów czy ile godzin?” – pyta rezolutnie, po czym dodaje:, „conajmniej 4 godziny”. Nie wierzę w to!! Jesteśmy cały dzień w drodze i końca nie widać! W następnej wiosce dosiada się starsza, biała kobieta i dwóch jej towarzyszy. Wymaga to niemałej akrobacji, bo miejsca NAPRAWDĘ juz nie ma! Część ludzi STOI zgarbionych, jedna kobieta siada na siedzeniu OBOK kierowcy i jedziemy dalej!! Leje się z nas w dalszym ciągu, dzieci biednej kobiety wybuchają głośnym płaczem. Dziewczynka zanosi się. Ma na pewno malarie. Ludzie są wkurzeni. Mówią cos niemiłym tonem do niej. W busie słychać tylko głośny, rozpaczliwy płacz dziecka. Wypakowuję z kieszeni glukozę, którą zawsze noszę na wszelki wypadek, ściągam z niej folię, lamię na pól tabletkę i podaję w kierunku maluchów. „FOR BABY!” – mowię groźnie, bo mężczyzna, juz wkładał sobie cukier do buzi. Niechętnie podaje on dalej białe kawałki dzieciom, które natychmiast milkną i z namaszczeniem liżą kostkę… Wszyscy patrzą na mnie z wielka sympatia i uśmiechają się. „Nareszcie słychać radio a nie ryk dzieci” – komentują. Chłopczyk się do mnie uśmiecha!! Prawie chce mi się płakać. Jestem rozchwiana emocjonalnie. Wyciągam z torby paczuszkę cukru. Wymaga to nie lada wysiłku w tym ścisku i wciskam kobiecie, która błyskawicznie ukrywa ją w fałdach sukni. Kiwa mi głową w podziękowaniu i uśmiecha się nieznacznie. Głaszczę spoconą dziewczynkę, która wniebowzięta ssie cukier. Kolebiemy się dalej, radio głośno gra, śpiewam razem ze wszystkimi „mama lecki”. Nie mam pojęcia, co to znaczy, ale pasuje mi rytm.

Na zewnątrz od dłuższego czasu jest ciemno, jestem przepocona i mokra, nic w tym klimacie nie schnie, więc wkładam kurtkę. I tak już mnie gardło boli. Jest podrażnione wiatrem, różnicą temperatur i PYŁEM. O nim nie da się zapomnieć. Co jakiś czas systematycznie muszę przecierać szkła okularów. Nawet teraz, gdy słońce zaszło mam je na nosie. Zawsze to jakaś ochrona…

Jedziemy przez busz, widzę, ze padał deszcz. Powietrze przez to jest lepsze, ale nagle wjeżdżamy w kałużę!! Czujemy się jak na lodzie!! Mokra, ubita glina jest bardzo niebezpieczna! Auto wykonuje karkołomne manewry, staje lekko w poprzek, kierowca zdecydowanie skręca i wyjeżdżamy na drogę! Uuuuf! Zatrzymujemy się w wioskach. Bus stopniowo się opróżnia. Bagażu też juz mniej, auto juz nie kwiczy, a tylko trzeszczy. Robi się luźniej. Jest nawet przyjemnie. Nawet droga jakby się poszerzyła i wreszcie po wielu godzinach, wyjeżdżamy na ASFALT!!! Cieszę się jak wariatka, śpiewam z innymi juz w głos, teraz możemy jechać nawet na koniec świata!!! Do Bertoua już niedaleko, czuje wielka ulgę! Wjeżdżamy na rogatki miasta i STOP kontrola. Tym razem żołnierze zaglądają do środka. Przyczepiają się do starszego białego mężczyzny i chcą zobaczyć jego książeczkę szczepień. Pechowo Belg nie ma jej przy sobie. Żołnierz stwierdza, że w takim razie musi go zabrać na posterunek! W tym momencie siedzący pasażerowie nie wytrzymują nerwowo i zaczynają krzyczeć, ze Kamerun potrzebuje turystów! Jeśli będzie się ich tak traktowało, nikt nie będzie chciał tu przyjeżdżać! Żołnierz spłoszony wycofuje się i …. możemy jechać dalej;))

Wjeżdżamy do miasta, a ja myślę tylko: NARESZCIE!!! Teraz (SIC!) Zaczynam się zastanawiać nad tym, jak będzie w misji, jaki będzie O. Darek. W końcu poznałam go przez internet. Może to jakiś ortodox i po dwóch dniach będę chciała uciekać??? ;)))

Do busika podbiegają ludzie, jest tłoczno, juz ktoś siedzi na dachu i podaje bagażu. Marianne ciągnie mnie za rękaw i nagle staję twarzą w twarz z O.Darkiem- „Witamy! Nareszcie! Ale masz przygody!” – padamy sobie w objęcia. „Wytrzymasz jeszcze trochę??” – pyta Darek i leci załatwiać formalności związane z kradzieżą torebki Marianne. Stoję przed pick-upem misyjnym, na pace siedzą dzieci, które teraz zeskakują, podchodzą do mnie i podając rękę przedstawiają się grzecznie. Salome próbuje mi po francusku coś opowiadać. Rozumiem, że pyta, jaką miałam podroż i cieszy się, że dobrze zajechalam. Dzieciaki wypychają Nelly, która uczy się niemieckiego i zamieniamy kilka zdań. Dziewczynka bardzo się wstydzi, wybuchamy śmiechem. Staram się zapamiętać, jak kto ma na imię. Mylą mi się czarne twarze, więc staram się zapamiętać po włosach. Jednak wszyscy są jednakowi, więc patrzę na ubrania. Dzieci odpytują mnie co chwila. Dobrze, ze pamiętam trochę twarzyczek ze zdjęć. Wybuchamy często śmiechem.

Wszystkie obawy, co do tego jak będę przyjęta, jak się z nimi dogadam, pryskają jak banka mydlana. Wiem, ze, bedzie wszystko dobrze! Dzieci są bardzo ciekawe, mile i bardzo dobrze ułożone. To wielka zasługa Ojca Darka. Inaczej wałęsałyby się po ulicach, a co starsze dziewczyny niańczyłyby juz potomstwo… w końcu Darek przychodzi, ładujemy się wszyscy do samochodu i ruszamy! Jeszcze jakieś 10 minut jazdy i stoję przed celem: POLSKA KATOLICKA MISJA W KAMERUNIE.

Przygody Joli – część 3

Gladys otwiera bramę, dzieci zeskakują z pick-upa. Jestem! Jestem! Przepełnia mnie radość! Ostoja cywilizacji w środku lasu tropikalnego! Darek prowadzi mnie do mojego pokoju. Misja jest zbudowana w kształcie litery „U” i moje mieszkanie jest na samej górze, po prawej stronie literki. Po zapaleniu światła w pokoju budzimy popłoch w karaluchu wielkości MYSZY: ” O proszę! Tu jest łazienka, a to jest karaluch!” – mówi Darek.

Cieszę się na prysznic. Mam własną łazienkę! W pokoju stoi łóżko, szafeczka i szafa. Spartańsko, ale czego mi więcej potrzeba? Nie mam żadnych rzeczy do rozpakowania oprócz paru kosmetyków w plecaku. Błogosławię pomysł zapakowania moskitiery do podręcznego bagażu.

Darek stwierdza, że najpierw muszę coś zjeść i idziemy do kuchni. Przy bagietce z pomidorami i pasztetem upieczonym przez siostry zakonne Darek zwierza mi się, że rozmyślał już o…. transportowaniu zwłok do Europy!

Tak długo jechaliście. Nie mogłem się nigdzie dodzwonić i już myślałem, że rozbiliście się w buszu – opowiada mi o swych „różowych myślach”. Tym bardziej dziękuję Opatrzności, że dojechałam cała i zdrowa.

Po kolacji dostaję na drogę latarkę i mogę udać się na spoczynek. W łazience widzę moje odbicie w lustrze i wybucham śmiechem. Widać mi tylko oczy! Jestem cała pokryta czerwonym kurzem: w nosie, w oczach, na całej twarzy mam czerwony pył. Myję się, rozwieszam moskitierę nad łóżkiem, gaszę światło, kładę się nareszcie i przyświecając sobie telefonem komórkowym (w latarce zamokły baterie) upycham szczelnie siatkę… i… zasypiam…

Budzi mnie szczekanie psów i rozmowy. Wychodzę na werandę. Życie już się toczy, a Darek pyta, czy się wyspałam. Jest bardzo gorąco i wilgotno. Minie pewnie jeszcze trochę czasu, zanim się przyzwyczaję do klimatu. W kuchni czeka na mnie jajecznica. Wsuwam, aż mi się uszy trzęsą. Jestem bardzo głodna. Chwalę głośno pyszne śniadanko. Na mój przyjazd Darek kupił nawet Nescafe. Jakie luksusy! Marianne podskakuje i klaszcze w dłonie. Cieszy się, że mi smakuje. Postanawiamy jechać na targ. Trzeba kupić coś do jedzenia. Skończyły się zapasy i… pieniądze. Przelew nie dotarł na czas.

Jedziemy do biura parafialnego wydębić parę groszy. Poznaję Ewę Gawin – świecką misjonarkę, która miała po mnie wyjechać na lotnisko. Mogę już zacząć się śmiać z moich przygód. Ewa to cudowna osoba! Deklaruje, że może pożyczyć mi parę ciuchów. Ale to wydaje mi się nieważne, a nawet śmieszne. To co mam na sobie jest OK. Mam tabletki przeciw malarii, parę innych, niezbędnych leków, moskitierę, krem przeciw słońcu, szczoteczkę do zębów i jest OK! Śmieję się sama z siebie, że tak mnie przeraziło to zagubienie bagażu. Po wariackiej jeździe przez busz cieszę się po prostu, bez zbytniej egzaltacji, że ŻYJĘ.

Idziemy na targ. Jestem oszołomiona różnorodnością oferowanych towarów. Ludzie przyglądają mi się dyskretnie. Są zazwyczaj bardzo brudni, ale ja też jestem brudna. Po krótkim marszu już pokrył mnie wszechobecny kurz. Niektóre kobiety mają tylko jeden but, albo podarte i podniszczone kreacje sylwestrowe. Na pewno z darów. Nikomu to nie przeszkadza i nikt nie zwraca na to uwagi.

Bertoua leży na granicy lasu tropikalnego z sawanną i widać wyraźnie co oferuje busz. Ananasy, banany, papaje, różne rodzaje zielska, a także… wędzone w całości małpy! Pamiętam, że widziałam taki obrazek w GEO i zalewałam się łzami. Po paru dniach w Afryce, po dzikiej jeździe przez busz, przez bardzo biedne wsie, nie robi to na mnie wrażenia. Ludzie muszą przecież coś jeść. Zabrzmi to może banalnie, ale takie są prawa dżungli. Jedz albo będziesz zjedzony… Opowiadanie TUTAJ o ochronie środowiska, o wirusach przenoszonych przez małpy graniczy z absurdem. Gdy nie ma wyboru, trzeba jeść to, co się ma. Pardon, to co oferuje dżungla.

Zwracam uwagę na chłopca w podartej koszuli. Ma może 15 lat. Jest umysłowo chory. Bełkocze coś, ślini się, ssie kawałek trzciny cukrowej.

To na pewno jego jedyne dzisiejsze pożywienie – mówi Darek. – I tak cud, że się do tego wieku uchował na ulicy.

Kupujemy warzywa, ryby, wędzone mięso. Mamy już pełne siaty. Upał wciąż nieznośny.

Wchodzimy do baru, czyli rozwalonego baraku. W emaliowanych miskach wnoszą gotowane mięso. Dostrzegam, że pokryte jest jeszcze szczeciną. Darek je ze smakiem. I na zdrowie! Mnie jednak odradza konsumpcję. Twierdzi, i wierzę mu na słowo, że przygotowanie „potrawy” nie ma nic wspólnego z higieną. On ma już żołądek ze stali i zahartowany przebytym durem, tyfusem i malarią. Marianne znów na mnie krzyczy, że muszę coś pić i jeść! Wypijam więc gęste i słodkie piwko karmelkowe. Gasi pragnienie i koi głód. Darek zamawia wino palmowe. Uzyskuje się je w bardzo prosty sposób. Wystarczy naciąć palmę daktylową i podstawić naczynie. Uzyskana w ten sposób ciecz fermentuje i – voila – wino gotowe. Mam spróbować, ale nie za dużo, bo może to się skończyć rozwolnieniem. Dostaję brudny słoik z oderwaną nalepką. Zamykam oczy, staram się nie myśleć o mikrobach i bakteriach na słoju i pociągam łyk. Wino jest białe, lekko musuje i przypomina mi w smaku sok z kapusty. Orzeźwia jednak doskonale.

W drodze powrotnej zajeżdżamy do „asocjacji” Gołąb Pokoju, w której działają Marianne i Lidia (pracownice misji). W samej Berotua jest ok. 200 „asocjacji”. Są to stowarzyszenia, kluby. Ich działanie jest właściwie niezgodne z zasadami… bankowości. Kobiety wpłacają składki i wypłacają sobie pieniądze raz na jakiś czas. Są to niebagatelne sumy, ale na taką wypłatę trzeba czasem czekać po parę lat.

Na mój widok kobiety klaszczą i śpiewają, że przygnał mnie „dzwon”. Nie wiem, jaki to dzwon pokierował mnie do Kamerunu, ale jestem szczęśliwa, że jestem z nimi. W dłonie wciskają mi motykę, to miotłę, maczetę – symbole ciężkiej pracy kobiet kameruńskich. Wykonuję symboliczne ruchy, wywołując mnóstwo śmiechu. Robimy zdjęcie.

Śmieję się i podryguję w rytm. To niesamowite, ile radości i serdeczności jest w tych ludziach! Kobiety zapraszają nas na mecz piłki nożnej, który odbędzie się wieczorem w wigilię „Dnia Kobiet” (!!!) i pytają, czy wezmę udział w defiladzie, która odbędzie się nazajutrz. Pytanie okazuje się całkowicie retoryczne. Darek informuje mnie, że szyją mi już tradycyjną kabę. Czuję się zaszczycona i podekscytowana tym „wystąpieniem”.

W południe niespodzianka – telefon z lotniska w Douali. Jestem zaskoczona, że ktoś zadzwonił. Wylądował mój bagaż! Pytają, co mają z nim zrobić. Darek nakazuje wysłać go następnym samolotem do Yaounde, a ja po krótkiej euforii znów mam przeczucie, że bagaż tym razem przepadnie na zawsze. Szkoda mi przede wszystkim tych wszystkich rzeczy, które zakupiłam i zorganizowałam (w tym miejscu specjalne podziękowania dla dziewczyn z gazetowego forum „30+”, które masowo nadsyłały mi paczki) dla dzieci z misji…

Wieczorem jedziemy na „stadion”. Nie dowierzam własnym oczom, gdy widzę rozgrzewające się KOBIETY! Kibice śpiewają i walą w wielkie bębny. Jestem zachwycona! Co za dźwięki! Niesamowita atmosfera tego klepiska (eee…stadionu – przepraszam bardzo!) udziela mi się. Żałuję, że nie ma ze mną mojego Taty! On kocha futbol, a w takim miejscu i wykonaniu to prawdziwy rarytas!

Wychodzimy wcześniej, bo jedziemy na wieczorną Mszę świętą. Odbywa się ona inaczej niż w Polsce. Inne pieśni, ludzie tańczą i grają na bębnach. Teraz wiem już na pewno, że jestem w Afryce.

Udaję się na spoczynek i widzę mojego „znajomego” karalucha. Budzi we mnie odrazę, ale i zachwyt. Jest taki wielki, porusza wąsami (?). Nie widziałam nigdy takiego „stwora”. Jednak spędzenie z nim wspólnej nocy nie wchodzi w rachubę! Mówię do niego głośno:

Przykro mi, stary, ale zaraz zginiesz.

Pokonuję obrzydzenie i walę w niego gazetą. Teraz mogę się spokojnie umyć. Spływa ze mnie czerwona woda. Dostrzegam sens mycia się w Afryce. W Europie zmywamy najwyżej zapach potu (jeśli ktoś oczywiście nie pracuje w kopalni) i odświeżamy się. W Afryce zmywamy brud! Ze ścian przyglądają mi się jaszczurki. Żywią się moskitami, więc nie przeganiam ich. Ściągam przepocone spodnie, śmierdzącą koszulkę, piorę majtki kawałkiem szarego mydła. Wielką, przydziałową kostkę dostałam zaraz przy przyjeździe od ojca Darka. SZARYM mydłem myją się dzieci, piorze się rzeczy, więc i ja myję się „mydełkiem FA”, jak nazywa je ojciec Darek.

08.03.2005 – Dzień Kobiet.

Ktoś powiedział, że to święto komunistyczne. Tu nikt nie słyszał o takich wynalazkach, ale Kameruńczycy uwielbiają defilady i wszelkie „namacalne” święta. Wczesnym rankiem ściągam ze sznurka skarpetki, które suszą się już trzeci (!) dzień i jeszcze są mokre. Przypominam, że temperatura otoczenia wynosi ponad 30°C. No, ale ta wilgotność… Rozwieszam skarpetki w pokoju. Przynajmniej jest (mała) szansa, że trochę podeschną.

Po śniadaniu jak na złość chmury rozstąpiły się i nad nami rozciągnęło się niebieściuteńkie niebo. Będzie jeszcze większa smarówa! Na mopedzie przyjeżdża Marianne wystrojona w kabę uszytą specjalnie na Dzień Kobiet. Rzuca mi reklamówkę, w której jest moja suknia. Z pewną ulgą przebieram się. Zaczynam nienawidzić butwiejącej koszulki! Jedynie spodnie są warte swojej ceny. W stu procentach spełniają swoją funkcję, niemniej zaczynają również śmierdzieć, ale w końcu będę mogła je wyprać! Dzieci śmieją się na mój widok. A Darek z aprobatą stwierdza: „No, możesz tak chodzić!”. Zauważam, że obszerny krój kaby również spełnia swą funkcję. Jest przewiewna, chroni przed upałem i wszechobecnymi insektami. W fałdach odkrywam nawet kieszeń. Zmieści się tam litrowy bidon z wodą! W kuchni Lidia próbuje różne wersje wiązania chustki i narzeka na moje gładkie, lśniące włosy. Kunsztowne wiązania bez wątpienia lepiej trzymają się na głowach afrykańskich. Decyduję się na wersję a la żołnierz Legii Cudzoziemskiej. Chcę mieć dodatkowo kark zasłonięty przed palącym słońcem.

Wyjeżdżamy. Mijamy tłumy kobiet wystrojonych w jednakowe sukienki. Darek objaśnia, że i po strojach poznać różnice w mentalności. Europejskie kobiety chcą być ubrane niepowtarzalnie, afrykańskie jednakowo. Rozróżnia je tylko kolor chusty na głowie – deklaracja przynależności do danego stowarzyszenia. Moja asocjacja nosi kolor żółty.

Rozczulają mnie małe dziewczynki, przystrojone również w sukienki.

Słońce pali niemiłosiernie. Co chwila pociągam łyka z bidonu. Czuję jak po skórze płyną mi kropelki potu, a jest jeszcze wcześnie rano. Wzbudzam niesamowity entuzjazm! Kobiety cieszą się, klaszczą w ręce, pokazują kciuka do góry. La Blanche jest jedną z nich! To słowo słyszę non stop, ludzie fotografują mnie. Nie lubię być w centrum uwagi, ale udziela mi się ich radość i serdeczność. Afrykanie są tacy inni niż „zimni” Europejczycy! Może to kwestia klimatu, ale zdecydowanie znalazłam się w innej strefie kulturowej.

Główna „aleja” jest zapełniona kobietami, przygrywa głośno muzyka, skrzyżowania są obstawione policją, w loży honorowej zasiadł gubernator prowincji i miejscowi prominenci odstawieni w garnitury i LAKIERKI. Mam wrażenie, że znalazłam się w południowych Stanach po wojnie secesyjnej. Takie to wszystko nierealne i jak z obrazka. Kobiety obwieszone są sztuczną, złotą biżuterią. Marianne wciska mi również bransoletkę na rękę, abym nie wyglądała za biednie. Modlę się w duchu, żebym nie dostała uczulenia od metalu. Przecież nie będę tłumaczyła tym ludziom walczącym o przetrwanie, co to jest alergia! Nie zrozumieliby i tak, albo uznali, że to kolejne dziwactwo białych. Ojciec Darek tłumaczy, że miejscowi uważają za śmieszne wydawać pieniądze na prawdziwe złoto! Im tańsze i bardziej się błyszczy, tym lepiej. Gdy się znudzi, to kupuje po prostu nowe. Po co wywalać kasę na prawdziwe złoto? Po krótkim namyśle stwierdzam, że nie jest pozbawione to logiki.

Stoimy w tłumie. Jesteśmy numerem 80 (!) w kolejce. Cierpię w słońcu i obawiam się, że zemdleję. Kobiety widzą to i trzymają nade mną transparenty. Cień nie istnieje. Jesteśmy przecież prawie na równiku. Jestem tym bardzo wzruszona. Pocą się wcale nie mniej ode mnie. Tyle, że ich skóra jest przystosowana do tego cholernego słońca! Mam nieść transparent na przedzie. Boże! Ledwo powłóczę nogami, a tu takie coś! Transparent wykonany jest z kawałka drewna i waży swoje. Odmowa jest nie do pomyślenia, więc koncentruję się z całych sił, aby nie upaść pod ciężarem i z wyczerpania… Jestem mokra od potu, nie mam czym oddychać… Marianne pokazuje mi grupkę stłoczonych kobiet pigmejskich. Pigmeje traktowani są jak niewolnicy i pracują często za parę papierosów cały tydzień na polu „lepszego” czarnego, czyli Bantu.

Wreszcie ruszamy! Na przedzie kobieta z flagą Kamerunu, za nią ja w rzędzie z Lidią, która ciągle psyka i pokazuje, abyśmy równały krok i do kogo obracać tablice. Po paru krokach czuję, że poruszam się jak w zwolnionym tempie, a do loży jeszcze tak daleko! NIE MOGĘ JEDNAK ZEMDLEĆ! Mobilizuję wszystkie siły i nawet udaje mi się kurczowo uśmiechać do wiwatujących tłumów. Wszyscy ciągają się za rękawy i w osłupieniu wskazują w moim kierunku. Towarzyszy temu nieśmiertelne La Blanche! Szczególny zachwyt wzbudzam w dziewczynkach w wieku szkolnym, które w ślicznych, aczkolwiek bardzo przybrudzonych szkolnych mundurkach, wykonują podskoki na mój widok.

Przy loży uśmiecham się do kamery, według wskazówek odwracam transparent, z ulgą idę jeszcze parę kroków i wreszcie koniec! Obowiązkowe zdjęcie grupowe, pojedyncze to z tą koleżanka, to z tą. Jak małpka w ZOO daję się obracać i fotografować: uśmiech, skłon, objęcie – biała tu nieczęsto defiluje z czarnymi. Darek się śmieje jak wariat, a ja zauważam, że trzęsę się z wysiłku.

Idziemy do baru się napić. Co za ulga! Miejscowi jedzą lody, Darek również, ale mnie odradza. Zresztą nie ruszyłabym ich za nic na świecie. Od przyjazdu do Kamerunu „czuję” mój żołądek. Piję pyszny sok z pampelmuse, przykładam do szyi zimną butelkę.

Wstępuje we mnie nowa energia. Ruszamy do baru, którego właścicielka jest szefową stowarzyszenia. Jest już pełny wiwatujących kobiet. Każdy podaje mi rękę życząc miłego święta. Przedstawia mi się żona ambasadora Kamerunu we Włoszech, która należy również do mojego „stowarzyszenia”. Nawet ambasador zaszczycił nas na krótko swoją obecnością. Darek proponuje mi wypicie piwa Guiness, które robi tu zawrotną karierę i pomaga na… żołądek. O tym, że ma rację, przekonałam się niejednokrotnie.

Jemy szaszłyki od przygodnego sprzedawcy, który ma towar rozłożony wprost na… papierowym worku po cemencie. Mięso jest panierowane w orzeszkach ziemnych, a ja staram się nie myśleć o moim żołądku. Każdy kęsek mięsa zagryzam połówką cebuli i mam nadzieję, że są w nich „antybiotyki”, które zabiją bakterie w nieznanego pochodzenia mięsie.

Lidia wyciąga kulkę i podaje ją w obieg. Każdy odgryza kawałek i żuje z namaszczeniem. Darek szepcze mi do ucha, że to koka. Patrzę z przerażeniem na kawałek „korzenia” i stanowczo odmawiam. Przecież nie będę się narkotyzowała! Darek twierdzi, że to nic strasznego. Nie można tego zaliczyć nawet do „miękkich” narkotyków, nie muszę się bać. Jednak w obawie o mój żołądek nie mam ochoty na dalsze eksperymenty. Wieczorem czytam w przewodniku, że popełniłam OGROMNY nietakt towarzyski. Cholera!

Po kilku leniwych godzinach spędzonych w cieniu drzewa wracamy do misji. Stwierdzam, ze zdumieniem, że koszulka powieszona rano jest wreszcie sucha!! Hallelujah!! Wchodzę pod lodowaty prysznic, woda robi się momentalnie czerwona. Myję się gruntownie w zimnej wodzie. Innej tu nie ma, ale to żaden problem. Co za odprężenie! Spływa ze mnie brud. Z niepokojem obserwuję, że dekolt, twarz i ramiona mam spalone słońcem.

Wieczorem…

Pompa się zepsuła. Nie mamy wody. Hm… Przygód ciąg dalszy. W Afryce można bez ciuchów na zmianę przeżyć bez problemu, ale bez wody? Ojciec Darek stwierdza, że nieprędko naprawią. Niby ma jutro ktoś przyjść, ale pojęcie czasu w Afryce jest bardzo względne.

Cholera jasna! – klnie całkiem nie po księżemu i bacznie obserwuje moją niepewną minę.

W końcu mówi, że podziwia mnie za stoicki spokój. Inna już na lotnisku w Douali dostałaby histerii, a ja z dwiema Kamerunkami przejechałam kraj z zachodu na dziki wschód miejscowymi środkami lokomocji. Teraz najważniejsza jest dobra organizacja. Dobrze, że mały „basen” w podwórzu wypełniony jest do połowy wodą deszczową. Będzie na codzienny użytek.

Wodę pitną trzeba zorganizować. W dzielnicy jest wspólna pompa, musimy chodzić po wodę kilkaset metrów. Każdy dostanie do dyspozycji po dwa wiaderka dziennie. Jedno z zieloną wodą na spłukiwanie „brudów”, drugie z wodą czystą do mycia. Błogosławię mój pomysł ścięcia długich włosów specjalnie na ten wyjazd. Jakbym coś przeczuwała. Dlatego może nie dziwi mnie nic? Wody tej jednak nie można pić. Należy ją przefiltrować i gotować 10 minut. Zastanawiam się, co z niej zostanie po takim długim gotowaniu?

Idziemy na kolację, którą specjalnie dla nas przygotowała Lidia. Robi się swojsko. Jemy gołąbki z nadzieniem mięsnym i… makaronem! A dlaczego właściwie nie? Smakuje super! Choć mój żołądek uciska, oj uciska… zapobiegawczo łykam Immodium.

Po wieczornej Mszy uczę się historii plemion. Żyje ich w Kamerunie ponad 200! Ojciec Darek pokazuje mi wśród dzieci różnice w wyglądzie. Faktycznie, różnią się układem głowy, drobnymi bądź wydatnymi rysami, a dzieci plemienia Kepere mają dodatkowo blizny na policzkach. Są nacinane po urodzeniu żyletką, najczęściej przez babcie. Taki to sposób upiększania.

Darek zarządza zbiórkę, bierzemy starsze dziewczyny i jedziemy na dalsze świętowanie. Chata wybudowana w polu, bez okien, służy za dyskotekę. Nikomu nic nie przeszkadza. Najważniejsze, że głośno gra muzyka. Na ziemi śpią zmęczone dzieci. Tańcuje tu każdy! Maluchy nie potrafią chodzić, trzymają się ściany i wywijają bioderkami. Starsze, bardziej nieśmiałe i przeganiane przez dorosłych, stoją pod ścianami i przyglądają się wygibasom starszych. Tyle w nich radości życia, a ja po raz kolejny zastanawiam się czego właściwie chcę? Po co ta ciągła pogoń za dobrami doczesnymi w Europie? Przecież do szczęścia potrzeba tak niewiele.

Zostaję entuzjastycznie powitana. Kobiety ściskają mi rękę i dziękują za przybycie. Przewodniczący rady parafialnej stara się prowadzić ze mną konwersację po angielsku i pyta, czy jadam jajka. Potwierdzam, na co on podaje mi jedno, obrane brudnymi paluchami. Gdy w przerażeniu odmawiam, on nie rozumie, co jest grane. Później w przewodniku czytam, że w języku Kameruńczyka nie istnieje przeszłość i przyszłość. Liczy się teraźniejszość. To wiele tłumaczy. Miejscowy policjant siedzi na parapecie i zaśmiewa się, a i ja się śmieję z mojej głupoty i strachów przed wyjazdem:

Jadę z wieloma strachami, stereotypami, z wielką obawą aby nie zachorować. Nie wiem jak zniosę klimat. Ciekawe czy potwierdzi się „mój obraz” Afryki. Postanowienie numer jeden: nie jeść mięsa, co przez podróżników kwitowane jest śmiechem. W Afryce często można jeść tylko mięso… Pocieszam się, że w dżungli będzie wystarczająco owoców. Moje wyobrażenia są na pewno bardzo naiwne. Właściwie jestem przygotowana na najgorsze. Boję się kontroli celnych, częstych lądowań, nie wiem jak sobie poradzę bez znajomości francuskiego. Właściwie cała jestem strachem.

Nie wiem, czy zabrałam wystarczająco rzeczy na pobyt? Czy starczy mi lekarstw. Mam nadzieję, że dobrze zniosę malarię. Same wahania i mnóstwo wątpliwości. We wschodnim Kamerunie popaduje już deszcz (pora deszczowa (mała) na całego zaczyna się w kwietniu, ). W mojej głowie powstaje natychmiast obraz: MNÓSTWO MOSKITÓW! Ponieważ nie ma dużo białych, pewno wzbudzę niesamowite zainteresowanie (wśród moskitów). Autan powinien mnie skutecznie chronić. POWINIEN!

Potwierdziło się jedno. Faktycznie jestem bardzo naiwna:)

Przygody Joli – część 4

Moje codzienne życie w misji

Dzwonek rozbrzmiewa o 5.30. Dzieci wstają, robią porządki, idą w pole. Uprawia się na nim maniok, banany, papaje, ananasy, trzcinę cukrową – podstawowe składniki żywienia dzieci. O 6.15 zbieramy sie w kaplicy misyjnej na krótką modlitwę. Jest jeszcze zmrok, komary tną niemiłosiernie, dookoła panuje cisza. Jest czas na skupienie i zastanowienie się. Później, do siódmej, mam czas na korespondencję.

Jeśli mamy prąd, nie pada deszcz i wokół nie grzmi burza, kontaktuję się przez Internet ze światem. O siódmej jem z ojcem Darkiem wspólne śniadanie, dzieci szykują się w tym czasie do szkoły i przedszkola. Salome smaruje dla najmłodszych bagietki z masłem.

Przenoszę się do biura misyjnego i do obiadu pracuję. Wszędzie umieszczone są wentylatory skierowane na komputery bez osłonek. Darek twierdzi, że kurz nigdy nie zaszkodził, ale wszechobecna wilgoć wykończyła mu już niejeden sprzęt.

Pracuje się przyjemnie. Od czasu do czasu ktoś do mnie zagląda, pokazuje mi coś na migi. Komunikacja bez francuskiego udaje się znakomicie. W zasięgu ręki mam wielki kubol herbaty z cytryną, z którego przed upiciem łyka zgarniam jakieś insekty. Są wszędzie, więc szybko przyzwyczajam się do ich obecności. Po napiciu się należy kubek czymś przykryć, aby robactwo nie nalazło do środka. Skaczą na mnie piętnastocentymetrowe „koniki polne”. Są przepiękne, mimo to boję się, że nabawię się jakiegoś tiku, spędzając i odganiając ciągle owady. Mam na sobie długie spodnie, koszulę z długimi rękawami, na szyi zawiązałam sobie chustę, stopy i twarz spryskałam autanem. Tak odstrojona mogę w miarę spokojnie pracować. Wkurzają mnie tylko termity, które uparcie przykrywają mi monitor komputera, lecąc do światła.

W południe jemy obiad, później udajemy się na popołudniową sjestę. Jest bardzo gorąco. Myślenie w tych warunkach jest bardzo trudne. Kładę się pod moskiterą i prawie natychmiast zasypiam.

Po południu zasiadam znów przed komputerem i pracuję do kolacji. Zmrok zapada nagle i zawsze o te samej porze, ok. godz. 18. O 21-ej idziemy spać.

10.03.2005

Jest bardzo gorąco. Chodzę w zwolnionym tempie. Na obiad jemy mięso w sosie orzeszkowym, do tego świeżo utarty piment i gotowane banany. Pycha! A wieczorem…

A wieczorem boli mnie brzuch… i to tak na bardzo poważnie. Nie tracę nadziei, że to „tylko” od ostrego jedzenia. Mój europejski żołądek jest najwyraźniej zupełnie niedostosowany. Darek daje mi lokalne tabletki. Twierdzi, że po takiej dawce szybko mi przejdzie. Nie dopytuję się o składniki. Mniej wiem – lepiej śpię.

Z Yaounde zadzwonił Massimo. Jest moja waliza! Lydia natychmiast udała się po nią do stolicy. Przy dobrych wiatrach wróci za dwa dni.

Czuję się źle. Boli mnie gardło. Przyszedł czas odpokutować jazdę przy otwartym oknie…

11.03.2005

Wstaję zasmarkana. Darek się śmieje, że przeziębiłam się w Afryce. W płucach mi rzęzi, z nosa leci, głowa pęka. Psy szczekały całą noc, a ja przestraszona opowieściami o napadach prawie nie zmrużyłam oka. Jestem zdecydowanie nie w humorze. Ale przyjechałam tu do pracy, a nie żeby mieć muchy w nosie, choć jedno wcale nie wyklucza drugiego…

Humor poprawia mi sie wyraźnie, gdy starszy mężczyzna z parafii przynosi mi prezent! Rozczulam się i dziękuję mu pięknie! Jest to zabita kura, z głową, piórami i skrępowanymi kończynami. Doceniam ten podarunek i daję dzieciom. Będą miały ucztę!

Darek opowiada mi o swoim marzeniu. Marzy mu się piernik. Taki nasz, polski. No problem! Niezawodna mama przesyła mi przepis na taki trochę „oszukany” piernik. Marianne dokupiła parę koniecznych rzeczy i możemy zabrać się do dzieła.

Najpierw trzeba utłuc cukier, który w wilgotnym klimacie przypomina bryłę, za to margaryny nie trzeba roztapiać. Leje się sama. Dzieci się przyglądają i notują. Pachnie smakowicie i swojsko. Wszystkie łyżki, miski, kubki zostają wylizane. Śmiejemy się ze zdania mamy: „Wrzuć wszystko do miksera” – nie ma tu takiej możliwości, ale za to dużo rąk do kręcenia. Postanawiam zrobić jabłecznik. Zagniecenie ciasta kruchego jest prawie niemożliwe. Ciasto przelewa mi się przez palce. Dobrze, że jest lodówka. Odstoi swoje i po drodze krzyżowej pieczenia ciąg dalszy. Jabłka są tu bardzo drogie i ojciec mówi ze śmiechem, żebym sobie podgryzała papaję, a jemu zostawiła takie rarytasy.

Duchota staje się nie do zniesienia, niebo pokryły czarne chmury. W panice wyłączamy komputery, zamykamy bramy przed rozszalałym wiatrem. Rzeczy rozwieszone fruną, łapiemy je w pośpiechu i nagle… lunęło! Chwytam za kamerę i filmuję ten huk i ścianę wody. Darek twierdzi, że do prawdziwego deszczu dużo mu brakuje. Musimy się przekrzykiwać. Nic nie słychać! Na mnie robi to mimo wszystko wrażenie. Wystawiamy na zewnątrz wszystkie naczynia, kotły i beczki. Wody nadal nie mamy, trzeba łapać okazję. Do pompy ma ktoś przyjść o 15-ej, ale jestem już doświadczoną Afrykanką i wiem, że gdy przyjdzie za tydzień, to dobrze.

Wieczorem

Idziemy na Drogę Krzyżową. Wędrujemy przez cały cartier, procesja z wielkim krzyżem, jak się należy.

Leje deszcz. Mam na sobie kurtkę z goreteksu i pocę się pod nią bardzo. Dzielę z Carolyn parasol. Rozkoszuję się tym spacerkiem! W czasie, gdy pada deszcz, jest tak orzeźwiająco! Wszechobecna zieleń spłukana z kurzu ukazuje swą krasę. Jest tak pięknie! Gdzieniegdzie lepianki, rozwalone chałupy, lecz, o dziwo, ludzie wygladaja na szczęśliwych. To nie Europa i nie ten standard.

Po przyjściu do misji czeka mnie w moim pokoju niespodzianka. Moja waliza przyjechała! Nie mogę w to uwierzyć! Oklejona, zabezpieczona przez Massimo i ubłocona jak nieboskie stworzenie. Ale zawartość nienaruszona! Rzeczy pachną!Pachną tak swojsko, domowo i… czystością. Zdaję sobie sprawę, jak bardzo śmierdzę. Wyciągam podkoszulek, który w domu przeznaczyłam do spania. Wlałam na niego odrobinę wody Axela. Jaki zapach! Ile mam rzeczy! Kiedy mam to nosić? Jestem bogata! Boże Narodzenie, urodziny i imieniny w jednym! Czuję się trochę jak osiołek, któremu w dwa żłoby dano i zdechł z głodu, bo nie mógł się zdecydować – tak i ja zamykam szczelnie walizkę. Niech sobie rzeczy popachną! Do moich brudnych spodni się przyzwyczaiłam. Chętnie zmienię tylko butwiejącą koszulkę.

Przynoszę z dworu wiadro pełne krystalicznie czystej deszczówki i namydlam się obficie. Płuczę się za pomocą kubeczka. Mycie się w pięciu litrach wody mam opanowane do perfekcji. Włosy wymyte taką wodą są mięciutkie w dotyku, a ja decyduję się jeszcze na zgolenie zbędnego owosienia tu i tam. No cóż, europejskie nawyki dają o sobie znać. Obcinam paznokcie. Tak, tak, obcinacz był w walizce, jak i maszynka. Co za skarby! Czuję się jak człowiek. Jak niewiele potrzeba mi do szczęścia… Dziewczyny śmieją się z ogolonych nóg. One dla odmiany golą sobie… głowę, a wszystko poza tym jest kaprysem i niemądre.

Zanoszę do Darka lekarstwa, herbatę, ubrania dla dzieci i zabawki. Jest wniebowzięty. Wstawiam szarlotkę do pieca, smarujemy konfiturami piernik. Częstujemy dzieci, rozdaję zabawki. Jest dużo pisków i śmiechu! Co za radość! Prawdziwe święto! A przed spaniem… a przed spaniem pisałam to i wdychałam całymi, zaziębionymi płucami cudowny zapach mojego czystego podkoszulka! I am happy!

Przygody Joli – część 5

W dżungli

Wchodzimy w gęstą, mroczną zieleń. Uderza mnie w twarz niesamowite gorąco, wilgoć i zapach zgnilizny. W lesie tropikalnym wilgotność powietrza wynosi 100 procent. Szklarnia rozgrzana w lipcowym słońcu to małe piwo! Mimo to zapinam szczelnie kurtkę, wkładam kapelusz i błogosławię pomysł zabrania go na wyprawę. Już wiem, po co Indiana Jones nosił szerokie rondo!

12.03.2005

Wstaję rano i… mam sraczkę. Zastanawiam się czy brać immodium. Rozwolnienie jest dobre na pozbycie się bakterii. Tak zaleca mój niezawodny przewodnik i doświadczeni podróżnicy. Szykuję mieszankę izotoniczną. Nie mogę dopuścić do odwodnienia, a mam wielkie plany na dziś.

Co roku w Wielkim Tygodniu odprawiany jest marsz pokutny. Organizują go siostry zakonne. Zastanawiam się, co może oznaczać „pokutny” dla tubylców – dla mnie egzystencja w tym klimacie to już niezła pokuta. Z ochotą zgadzam się jednak na uczestnictwo w marszu przez dżunglę.

Po porannych modlitwach i krótkiej Mszy ruszam z siostrami do buszu. Dwie toyoty wyładowane pielgrzymami z Bertoua pędzą po czerwonych drogach. Mam na sobie skórzane buty za kostkę, długie spodnie, koszulę, kurtkę i kapelusz z wielkim rondem. Umieram z gorąca. Jest jeszcze ciemnawo, ale upał daje się już we znaki.

Przejeżdżamy przez wioski. Wszędzie dominuje kolor czerwony pomieszany z zielenią tropikalnych drzew. Dojeżdżamy do Yoko Betougou. Oczekuje nas już szef wioski i główny katechista – Pierre, którego syn studiuje medycynę i specjalnie na tę okazję przyjechał do Yoko. Na co dzień mieszka w Yaounde, stolicy kraju. Nie mogę się nadziwić, że tak łatwo można się przestawić z cywilizacji na… erę kamienia łupanego. Wszędzie dymi ogień. Ten zapach towarzyszy mi od chwili lądowania w Kamerunie.

Student zna angielski i zabawia mnie rozmową. Cieszę się, że wreszcie mogę sobie z kimś w miarę swobodnie porozmawiać. Zauważam jednak, że student mnie… hmm… podrywa. Zaczynam opowiadać mu o moim mężu, aby nie robił sobie złudnych nadziei.

Bose dzieci stoją jak skamieniałe i przypatrują się wielkimi, nieruchomymi oczyma. Uśmiecham się do nich, co je jeszcze bardziej onieśmiela. Widać, że żaden biały, oprócz misjonarzy, tu nie dociera. Nikt nie żebrze, wszyscy są bardzo mili i gościnni. Cieszą się z wizyty i ciągle powtarzają, jak bardzo są zaszczyceni. Robi mi się trochę głupio, bo nie lubię zwracać aż takiej uwagi.

Wchodzimy do rozwalonej chałupy pokrytej blachą, krzywe ściany podparte są „pustakami” z gliny. Mam nadzieję, że chałupa nie zawali się w ciągu najbliższych minut. Dowiaduję się, że jest to… KOŚCIÓŁ! Wraz z ponad setką wiernych będę szła przez dżunglę w marszu pokutnym. Cieszę się i równocześnie ogarnia mnie strach. Droga jest niebezpieczna, między wiernymi będą szli ochroniarze z maczetami. Katecheta apeluje o rozwagę, zwraca uwagę na niebezpieczeństwa czyhające w dżungli i mówi, że… diabeł może przyjąć różne formy. Dokładnie w tym samym momencie do sali wpada becząca koza! Towarzystwo zamiera, a ja wybucham śmiechem. Za chwilę trzęsie się ze śmiechu całe bractwo!

W końcu nieźle „nastraszeni” ruszamy. Z niedowierzaniem patrzę na „wejście do buszu”. Przez takie chaszcze mamy się przedzierać? W głowie kołacze mi się niespokojna myśl, że ten marsz pokutny jest dla tubylców! Oni żyją w dżungli, więc jakie to „atrakcje” nas czekają?

Wchodzimy w gęstą, mroczną zieleń. Uderza mnie w twarz niesamowite gorąco, wilgoć i zapach zgnilizny. W lesie tropikalnym wilgotność powietrza wynosi 100 procent. Szklarnia rozgrzana w lipcowym słońcu to małe piwo! Mimo to zapinam szczelnie kurtkę, wkładam kapelusz i błogosławię pomysł zabrania go na wyprawę. Już wiem, po co Indiana Jones nosił szerokie rondo! Całą drogę strzepuję wielkie mrówy, które spadają znienacka. Zaciskam troki przy szyi, aby nic nie sypało mi się za koszulę, odkrywam przy nogawkach spodni podobne „zaciskacze”. Spodnie są super! Dopiero teraz odkrywam ich prawdziwe przeznaczenie i funkcjonalność.

Siostra jest już pogryziona przez czerwone mrówki. W tym klimacie każda ranka jątrzy się i nie chce goić. Wszędzie roi się od insektów. Raz po raz przecieram twarz autanem. Na przedzie idzie kilku mężczyzn z maczetami, którzy torują dla nas drogę, a mnie ogarnia uczucie klaustrofobii. Przez gęste konary drzew nie przebija się słońce.

Jest około dziesiątej. Słońce normalnie grzeje z całych sił, a w lesie jest ciemno, wilgotno, ale nie ponuro! Idziemy gęsiego, człapiemy w mokrych liściach i błocie. Coraz to zapadam się, zaczepiam o pędy roślin. Każdy ruch to wielki wysiłek. Za mną i przede mną ciągnie się śpiewający rozgłośnie sznur pielgrzymów. Przechodzimy parę rzeczek, trzymając się lian. Mam dobry zmysł równowagi, jestem wysportowana, ale tu wszystko jest mokre, ocieka, woda wlewa mi się do uszu. Jestem zupełnie mokra i… paruję. Pnie są obślizgłe. Boję się, aby nie wpaść do brązowej wody, w której żyją krokodyle i wszelkiego rodzaju robactwo. Udaje mi się! A za mną… plusk, śmiech i szybkie wyciąganie „topielca”. Również się śmieję, ale… z samej siebie.

Na tę „wycieczkę” zabrałam paszport. Nie wiem, kto miałby mnie tu kontrolować. Może małpy? Mam wrażenie, że znalazłam się w studio hollywodzkim! Wszystko jest tak nierealne: ogromne baobaby, drzewa żywiczne, zwisające fantazyjne liany, powalone pnie, powykręcane konary, a na nich wielkie, nieznane w barwie grzyby, latające ogromne różnokolorowe motyle. Słyszymy pohukiwania, piski, jęki – dżungla żyje i dopuszcza nas do tego niezwykłego widowiska. Przez wszechobecną wilgoć wszystko się błyszczy.

Mimo to, nie mam czasu na podziwianie. Duszny upał przywołuje do rzeczywistości. Muszę się koncentrować na oddechu, trzymać tempo, co wcale nie jest łatwe, patrzeć pod nogi, na boki, coraz to odgarniać wilgoć z twarzy, zgarniać mrówki, pająki, odgarniać kolczaste gałęzie, uważać na ostre trawy, które rozcinają mi dłonie i… pić regularnie. Bolą mnie nerki, pot drażni oczy. Wszystko, co wypijam, wypacam. Mam kłopoty z oddawaniem moczu i przez tę wyprawę boję się zaognienia sytuacji. Zaczepiam się o gumkę od spodni na krzaku, co wytrąca mnie z równowagi. Idący za mną mój „ochroniarz” błyskawicznie przyskakuje z maczetą i… w ostatnim ułamku sekundy wstrzymuje ruch. Śmiejemy się głośno! Refleks ma dobry. Konar, który mnie „przytrzymał” to nie niebezpieczeństwo, ochroniarz pomaga mi się odplątać. Przynajmniej wiem, że jest „zwarty i gotowy”.

Przechodzimy przez gniazda i drogi termitów. Tu wskazany jest pośpiech! Przeskakujemy jak antylopy, na paluszkach, gnając dalej. Siostra straszy, że gdy oblezą one człowieka, to ratunek musi być bardzo szybki, inaczej biada…

Naszą stacją końcową ma być wielka, czarna, granitowa skała. To właściwie prawdziwa „czarna wyspa” w dżungli. Afrykanie bardzo się boją takich miejsc. Związanych jest z nimi mnóstwo zabobonów i wierzeń ludowych. Szef wioski i katecheta mówią, że wejdą pierwsi. Gdyby czyhało tam niebezpieczeństwo, to oni jako nasi opiekunowie UMRĄ pierwsi. Chce mi się śmiać, myślę, że to takie żarty, jednak widzę powagę na twarzach moich towarzyszy. Komuś ukazał się duch przodka, innemu straszny potwór. Normalnie pewnie bym machnęła ręką na takie „pogańskie bajdy”, ale jestem całkiem sama w centralnej Afryce, w samym środku dżungli równikowej i robi mi się nieco… nieswojo.

W końcu możemy wejść! WOOOOOOW!!!!! Wreszcie „wolna” przestrzeń! Żegnaj klaustrofobio, podstępne mrówki i pająki! Ściągam kurtkę, mój podkoszulek można wyżymać. Słońce pali z całą siłą, ale to dobrze! Wywracam kurtkę na drugą stronę – niech podeschnie, ściągam kapelusz, mam mokrutkie włosy. Można wreszcie usiąść na rozgrzanej skale. Co za ulga! Wyschną mi rzeczy wśród wszechobecnych aloesów i innych nieznanych mi kwiatów. Ludzie zaczynają się posilać, wyciągają z chust zapasy i… niemowlaki! Robimy piknik! Na kolanach trzymam parotygodniową Baby-Rosanne, która sika mi na spodnie. Ale co tam, i tak są mokre. Odprawiamy celebracje, dziękujemy Panu…

Dwie siostry zakonne – organizatorki tego marszu – z niepokojem obserwują rozwój sytuacji. Wprawdzie ustawiono ołtarzyk z krzyżem, ale katecheta coraz to zmienia język z francuskiego na… plemienny. Szepczę do siostry, że zaraz zaczną składać ofiary duchom. Po co nieśliby banany, maniok, ananasy, różne liście, makabo, kukurydzę tą całą drogę? Siostra wprawdzie niepewnie, ale jeszcze twierdzi, że to datki dla katechety. Śmieję się pod nosem i obstaję przy tym, że właśnie bierzemy udział… w ceremonii obłaskawiania duchów, a nie w nabożeństwie! Moją teorię potwierdza to, że gdy zabieramy się do odejścia, każdy składa pokłon i „dary” zostają na skale. Siostry są zbulwersowane, zdegustowane i przyznają mi rację. Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek. Jestem rozbawiona tą sytuacją. Zabieram ukradkiem kawałek odłupanej skały na pamiątkę. Nikt nie zauważył. I dobrze, bo zmusiliby mnie do zostawienia na miejscu…

Drogę powrotną wszyscy znosimy źle. Godzina 14. Niesamowity upał w tej wilgotności. Łyk wody to natychmiastowe wypocenie. Kręci mi się w głowie, wody mam marną resztkę. Przeliczyłam się, niestety, w zapasach. Siostry także są umęczone. Musimy się często zatrzymywać. Opadliśmy z sił. Na mostach z pni mój ochroniarz musi mnie już trzymać, nie jestem w stanie przejść samodzielnie. Wszystko wiruje. Jestem tak odwodniona, że ledwo trzymam się na nogach. Dziękuję mu co chwilę za pomoc, jest mi głupio – nie dość, że biała, to jeszcze mięczak. A on w końcu mówi, żebym się nie odzywała i nie zabierała płucom tlenu!

Wreszcie wychodzimy z „zielonego piekła”! Jesteśmy znów w wiosce! Czuję napływ adrenaliny. Ktoś kiedyś powiedział, że człowiek wchodzący do dżungli równikowej czuje dwie radosne chwile. Pierwsza – gdy w nią wchodzi. Gdy chce zdobyć naturę, gdy chce wziąć udział w tym niesamowitym, pełnym zasadzek widowisku, jakim jest las tropikalny! A druga chwila – to ta, gdy się z dżungli wychodzi… Bogowie są potężni, ale potężniejsza i okrutniejsza jest dżungla. Nie dziwię się tubylcom, że nie rezygnują z własnych rytuałów i zwyczajów! Swoje spostrzeżenia zachowuję jednak dla siebie.

Zasiadamy przy ogniu, szef częstuje nas bananami. Nie przepadam za nimi, ale przysięgam, że NIC, nigdy w życiu tak mi nie smakowało! Zbieramy się powoli do odjazdu. Okazuje się, że przebiliśmy oponę, ale no problem. Miejscowi już zabierają się za zmianę koła.

W misji czeka na mnie ojciec Darek z dziećmi. Opowiadam nieskładnie o moich wrażeniach. Co za niezapomniany dzień! Dzieci przerywają mi i mówią, że jest WODA! Lecę więc szybko pod prysznic, namydlam się i… po wodzie. Łapię resztki wody w umywalce i staram się, o ile to możliwe, wypłukać szampon. Wody mam może z… pół litra. W tych mydlinach myję się cała. W kuchni smaruję bagietkę masłem i posypuję grubo solą. Do szklanki wlewam wodę, wyciskam sok z cytryny, wrzucam parę kostek cukru i garść soli! Darek pyta, czy to napój na wymioty. Fakt, smakuje obrzydliwie, ale po jakimś czasie zaczynam obserwować powrót sił witalnych. Robię jeszcze jedną szklankę takiego „koktajlu”.

Wieczorem, po zgaszeniu światła, słyszę… dżunglę. Jak w filmie przewijają mi się obrazy. Ale słyszę również dziwne głosy. Jestem pod wrażeniem przeżyć dnia i zaczynam się bardzo bać! Siadam w panice pod moskitierą i zastanawiam się, czy nie wyrzucić… kawałka skały. Wierzenia udzieliły mi się. Robię sama sobie wyrzuty, że przez własną lekkomyślność narażam się na gniew przodków! Chce mi się płakać. Jestem w panice. W końcu tłumaczę sama sobie, że jestem chrześcijanką, powinnam się wstydzić, poza tym wyjście teraz w ciemności nie wchodzi w ogóle w rachubę. Udaje mi się w końcu zasnąć. Umęczona, ale szczęśliwa, śnię o czarnej skale…

Przygody Joli – część 6

Doły i wyżyny w Bertoua

Wychodzę na zewnątrz. Słońce w całej krasie, niebieskie niebo. Od samego rana odbywają się nabożeństwa, do kościoła nadciąga młodzież, dorośli i dzieci z okolicy. Niedziela to dzień wolny od pracy i szkoły, więc trzeba go uczcić. Idę na mszę. Siadam na niskiej ławce bez oparcia. Kościół jest zapchany.

13.03. Niedziela

Jestem chora. Ciężkie zapalenie oskrzeli. Boję się zapalenia płuc. Oddech sprawia trudność, rzężę, chrypię, smarkam. Nic dziwnego. Płacę za jazdę przy otwartym oknie, alternatywnie mogłam się udusić, WILGOĆ, wszechobecny kurz i, niestety, Autan, który ciągle drażni mi drogi oddechowe, ale do wyboru mam malarię, więc… wyboru nie mam.

Wychodzę na zewnątrz. Słońce w całej krasie, niebieskie niebo. Od samego rana odbywają się nabożeństwa, do kościoła nadciąga młodzież, dorośli i dzieci z okolicy. Niedziela to dzień wolny od pracy i szkoły, więc trzeba go uczcić. Idę na Mszę. Siadam na niskiej ławce bez oparcia. Kościół jest zapchany. Dużo ludzi mnie nie zna, więc jestem jak zwykle z ciekawością taksowana. Kręci mi się w głowie, więc siedząc kładę tułów na swoje kolana, odsłaniając kawałek pleców. Nagle czuję, że ktoś nieśmiało mnie dotyka. Wodzi palcem po nieznanej mu białej skórze, dotyka włosów. Zamieram i kątem oka dostrzegam może 2-letniego malucha, który zafascynowany „bada” białasa. Widząc, że ojciec dziecka chce go zdzielić po łapach, mrugam znacząco i kiwam głową na „nie”, aby go zostawił.

Po nabożeństwie tańcuję w kółeczku, gram z chłopcami na bębnach. Czuję się jak ostatnia niezdara. Aby mieć TEN rytm we krwi, trzeba urodzić się czarnym. Marianne prowadzi mnie do kaplicy, gdzie tańczy starsza młodzież. Oczywiście chwaląc przy tym Pana. Klaszczemy w kółeczku, zostaję wyciągnięta na środek i… zwrot języka na plemienny!!! Nie rozumiem, co śpiewają, ale najwyraźniej nabijają się z mojej białej skóry i blond włosów. Co i raz ktoś podchodzi, ciągnie mnie za włosy i podszczypuje w udo! Śmiejemy się. I zmiana. Teraz „naśmiewamy” się z innego nieszczęśnika.

Upał jest nieziemski, a tu jeszcze każdy chce się ze mną fotografować! Żartobliwie zastanawiam się, czy nie zacząć pobierać opłat. Ksiądz obiecuje każdemu odbitkę. Jest wesoło i na chwilę zapominam o mojej chorobie.

14.03. Poniedziałek

W biurze misyjnym przeglądam bogatą biblioteczkę. Dominują książki o tematyce religijnej, o misjach. O. Darek się śmieje, że czytał to kiedyś, zanim 15 lat wcześniej wyjechał do Kamerunu. Teraz ma to wszystko na co dzień, sam jest w stanie ocenić sens życia religijnego wśród „dzikich”. Moją uwagę zwraca książka bardzo odbiegająca tematycznie, a mianowicie „ABC kierowcy rajdowego”. Śmieję się głośno, a Darek stwierdza z powagą, że to jedna z najbardziej przydatnych książek w Kamerunie. Jest w niej wiele cennych rad i dzięki niej wyszedł już nieraz z opałów.

O tym, że ma rację, przekonam się niedługo…

15.03. Wtorek

Czuję się źle. Czyżbym osiągnęła ten sławny dół tropikalny? Płaczę bez powodu.

Obserwuję siedzącą na ławce przed misją kobietę, która karmi niemowlę z butelki. Jest to bardzo rzadki widok w Kamerunie. Taki rodzaj żywienia wśród biedoty świadczy o tym, że matka jest chora na AIDS. Możliwość zarażenia się dziecka w ciąży i przy porodzie od zainfekowanej matki jest wbrew pozorom bardzo niska, ale pokarm matki może być dla malucha powolną śmiercią. Mleko sztuczne jest bardzo drogie i praktycznie niedostępne dla przeciętnego mieszkańca. W misjach jest rozdawane mleko z darów, ale zazwyczaj popyt przewyższa podaż. Pytam Darka, co będzie, gdy matce lub misji zabraknie pieniędzy na mleko w proszku. W odpowiedzi słyszę, że matka będzie karmić piersią. Ponad 210.000 dzieci w Kamerunie straciło oboje rodziców przez AIDS.

Smutno mi tak okropnie. Jestem przytłoczona ogromem nieszczęścia.

Widzę wszędzie okropną biedę, owrzodzone nogi, rozlatujące się gliniane chatki, chorych na AIDS. Według statystyk liczba zachorowań wzrosła po akcjach propagujących prezerwatywy. Kolejny afrykański paradoks? Tubylcy uwierzyli, że cienka gumka ma właściwości czarodziejskie i uchroni ich przed wszelkim syfem. Wstrzemięźliwość okazuje się jednak najskuteczniejsza?

W misji oprócz sierocińca znajduje się przedszkole dla maluchów i przychodnia lekarska, prowadzone przez polskie siostry zakonne. Rozmawiam z lekarką, dopytuję się, czy oni sobie zdają sprawę, co to naprawdę znaczy AIDS. W głowach wielu Europejczyków dominuje pogląd, że Afrykanie są prymitywni i myślą tylko o seksie, nie zdając sobie sprawy z możliwych konsekwencji. Lekarka zapewnia, że wiedzą doskonale. Lekarze często mają dylemat, czy informować pacjenta o zakażeniu HIV, ponieważ zachorowanie to także śmierć społeczna. W Kamerunie prawie nikt nie jest ubezpieczony. Nie istnieje system zabezpieczeń socjalnych. Oznacza to, że za wszelką pomoc lekarską trzeba płacić natychmiast i gotówką. W szpitalu chorzy są zdani na łaskę (i niełaskę) rodziny. Nie ma kuchni, nie ma żywienia pacjentów. Odwiedzający przynoszą jedzenie, myją i dbają o krewniaka. Gdy rodziny zabraknie, chory jest skazany, oprócz dolegliwości, na głodowanie.

Chorzy na AIDS, odizolowani społecznie, nie chcą umierać powoli, męcząc się w okropnych warunkach i często, dowiadując się o infekcji, popełniają samobójstwo. Potrzebna jest więc pomoc psychologiczna. Przychodnia nie ma jednak środków na taki „ekskluzywny” etat, więc często dla ich dobra (!!!) nie informuje się pacjenta o infekcji. Statystyki są wstrząsające. W ostatnich badaniach (Misja zorganizowała odczynniki i miejscowi za symboliczną opłatą mogli się przebadać) wyniki były przerażające: 74% badanych było zarażonych. W całym kraju zarażona jest 1/8 mieszkańców. Codziennie w Kamerunie wirusem HIV zaraża się ponad 600 osób. Tendencja wzrostowa.

Z listu do przyjaciółek:

Codziennie uczę się pokory. Nie myślcie o mnie: „To ta, co wyjechała do Afryki i ją powaliło!” To jest krańcowe doświadczenie. Właśnie skaczą na mnie dziesięciocentymetrowe koniki polne, czy inna szarańcza. Na szczęście nie mam lęków, jeśli to nie jadowite i mnie nie gryzie. Mieszkam z jaszczurkami, ale one wpieprzają moskity, więc to są moi przyjaciele. Już mi nie żal wielkich karaluchów i, niestety, giną bez pardonu. Wyłażę sama na Quartier, nie patrzę ciągle pod nogi w poszukiwaniu węży. Dziś po tygodniu przyszła woda i nawet zdążyłam się umyć, zanim się skończyła. Zresztą, nie ma wody, ale jest Guinness!

Naprawiam bazy danych w głównym banku w mieście, patrzę na tę biedę z nędzą i czuję, że tu wrócę. Jestem u siebie!

Już wiem, co myślicie!! Porąbało ją z upału!

Myślę, że ktoś celowo sobie ze mnie drwi (programiści Matrixu?). Zdążyłam się przyzwyczaić do dwóch koszulek i jednej pary spodni, to przyszła waliza. Uniezależniłam się od wody, a raczej od jej braku, to ciura w kranie! Takie mam małe problemiki w kraju, gdzie ludzie jeszcze mieszkają w lepiankach ze świniami.

Codziennie przewartościowuje mi się świat.

Dziś miałam straszny kryzys… Już z tego wyłażę.

Ściskam Was wszystkie mocno!

16.03. Środa

Dylematy afrykańskie:

Gdy smarkam w chusteczkę, parują mi okulary. Co to za zjawisko? Takie coś zdarza mi się w Europie w zimie, gdy mój oddech jest dużo cieplejszy od temperatury otoczenia. Czy to znaczy, że teraz jest o wiele zimniejszy?

Z listu do przyjaciółek:

Znów dopadła mnie sraczka, ale nażarłam się Immodium i innego dziadostwa i jakoś się trzymam. Pożarły mnie muszki mutumutu (niewidoczne dla oka), i zareagowałam lekko alergicznie.

PS. Dziś wody znów nie ma, ale opanowałam technikę mycia się (łącznie z włosami) w puszce wody po oleju Elf.

To byłam ja – czysta i pachnąca (wyjątkowo).

Przygody Joli – część 7

Zakupy, krawcowa i seminarium

Idziemy dalej. Wszędzie brud, upał, kurz i ten nieodłączny, specyficzny ZAPACH AFRYKI… Przy stoisku z przyprawami wybieram i przebieram. Rozkoszuję sę zapachem świeżego pieprzu. Po raz pierwszy założona koszulka Wolfskina sprawdza się w stu procentach. Chłonie wilgoć spoconego ciała i wysycha błyskawicznie.

Środa, 16.03.2005

Katar zelżał. Mogę oddychać. Po porannych modlitwach udajemy się do kuchni, gdzie czeka na nas „suto” zastawiony stół. Ojciec Darek żegna się znakiem krzyża i mówi:

Pobłogosław, Panie, ten dżemik i musztardę!

Siadamy, patrzymy na siebie i wybuchamy głośnym śmiechem. Eee tam, gorsze rzeczy się jadło, ale trzeba znów jechać na zakupy. Darek, jak zwykle, nie dostał na czas pieniedzy z Europy. Przelew gdzieś „utknął”. Wiadomo, Afryka. Tym razem jednak jest nadzieja, że wyrobiłam mu znajomości w banku. Dyrektor był wniebowzięty, że odzyskałam mu dane. Jako zapłatę dostanę samochód z szoferem (!), który odwiezie mnie na lotnisko. Ufff, odpadło zmartwienie, jak dostanę się do Yaounde. Boję się tylko, aby nie zaczęło na poważnie padać, bo wtedy zostanę odcięta od świata! Drogi będą rozmyte i nieprzejezdne. Deszcze popadują, ale i dosyć szybko wszystko wysycha… Już za sześć dni, w Wielkim Tygodniu odlatuję… Robi mi się nijako…

Aby mnie trochę rozweselić Darek daje mi dzień wolnego i każe wskakiwać do auta. Jedziemy do miasta. Wchodzimy do supermarketu – bardzo „ekskluzywnego”, jak na miejscowe warunki. Handel mają w swoich rękach Libijczycy, uznani w Kamerunie za very białych. Sklep przypomina ciemny magazyn, produkty są zakurzone, gdzieś tam przyświeca obsrana przez muchy żarówka.

Jesteśmy jedynymi klientami. Kupujemy czekoladę do smarowania na chleb. Oglądam produkty „europejskie”. Ceny przewyższają nawet czterokrotnie ceny w Niemczech. Pytam, kto tu kupuje. Słyszę, że biali krezusi z przemysłu drzewnego. Chcemy płacić, ale to nie taka prosta sprawa. Sprzedawca długo i mozolnie wypisuje FAKTURĘ! Kobieta sprawdza, podlicza, mamrocze coś pod nosem z poważną miną. Trzeci sprzedawca rzuca okiem na sprawdzoną fakturę i pakuje nam słoik w woreczek. Wszyscy siedzą przy jednym biurku! Śmieszy mnie groteskowość tej sytuacji.

Na ulicy zauważam sprzedawcę „instrumentów muzycznych”. Chcę kupić dzwony, ale sprzedawca, bezzębny Pigmej, rzuca taką cenę dla Blanche, że Darek mnie odciąga. Marianne przyjdzie za dwa dni i kupi mi te dzwonki. Jestem trochę zła i pytam:

A jak ich już nie będzie?

Darek wybucha śmiechem:

Zwariowałaś? Kto to ma kupić?

No, niby racja. Sprzedawca biegnie za mną, proponuje mi kupno spódniczki z trawy, w jakich tańczą pigmejskie kobiety. Nie chcę? To może bransolety na nogi? A może bęben? Bęben chętnie bym kupiła, ale jest takich rozmiarów, że musiałabym mieć tragarza.

Zatrzymuję się dłużej przy stoisku z materiałami. Co za kolory! Ten „przemysł” należy do islamskich sprzedawców z północy Kamerunu. Muzułmanin zaprasza mnie, abym usiadła i pokazuje przeróżne materiały. Lydia wdaje się w rozmowę i wnioskuję, że postanowiono uszyć dla mnie nową kabę! Nie mam nic do gadania. Mam tylko wybrać materiał. Wybieram i idziemy do krawcowej! O, matko!

Słaniam się. Upał ścina z nóg. Idziemy między rozwalonymi budami. Wszędzie leżą odpadki, w rowach ścieki i brudne mydliny rozkładają się w prażącym słońcu. Niesamowite, jak każdy rozkręca interes, stara się coś sprzedać lub oferuje różne usługi. W jednej budzie odkrywam zamrażarkę! Nikt mnie nie zatrzyma! Wbiegam do środka, pochylam się nad wielką lodówą i wdycham zimny zapach ryb. Co za ulga! Sprzedawca śmieje się. Ach, ci biali…

Krawcowa urzęduje w rozwalonej budzie. Ma pomalowane paznokcie tylko u lewej ręki. To zjawisko zauważyłam już wcześniej. Marianne wyjaśnia, że prawa ręka jest do pracy. Gotuje, zmywa, pierze, szyje, wobec tego bez sensu jest malować paznokcie u „pracowej dloni”. W ten sposób oszczędza się lakier!

Najpierw zaczynam targowanie. Krawcowa rzuca cenę. W odpowiedzi Marianne głośno PIERDZI! Oznacza to: „Do dupy z taką ceną!”. W końcu dziewczyny obgadały sprawę i gruba mama zaczyna mnie mierzyć. Siadam przy maszynie, aby trochę odpracować szycie kaby. Śmiejemy się głośno. Moje smutki odleciały precz!

Darek chce mi pokazać miejscowe „atrakcje” i jedziemy na lotnisko. Budynek jest w miarę nowoczesny, ale bez szyb. Nie widać nikogo. Pas startowy to zwykłe klepisko. Pytam, czy coś tu przylatuje? No, czasem. Raz na pół roku.

W drodze powrotnej u przydrożnego sprzedawcy kupujemy grilowane i wędzone mięso. Szukamy miejsca w cieniu. Lydia przynosi mięso z antylopy w pachnącym smakowicie sosie, Marianne kupiła gdzieś obligatoryjną kulę kuskusa. Jest pora obiadowa. Wszędzie płoną ogniska, każdy coś gotuje, miesza w wielkich kotłach. Przeważnie nie na własny użytek, a na sprzedaż.

Siadamy przy stole pod parasolem. Po jakimś czasie wychodzi zaspany właściciel. Przynosi nam zimne piwo. Upał jest nieznośny. Jesteśmy mokrzy. Rozkładamy nasze zdobycze na stole. Próbuję wędzonego mięsa. Smakuje niesamowicie! Pytam Darka, co to jest, jednocześnie zastrzegam, że jeśli coś obrzydliwego, to niech lepiej mi nie mówi. Darek śmieje się głośno i mówi, że w takim razie jest to WOŁOWINA. Nie wnikam więc w szczegóły i jem ze smakiem. Po drodze kupujemy pieczone na węglach makabo. Pycha! Przypominają w smaku ziemniaki. Różnią się tylko kolorem i są bardziej sypkie.

Idziemy dalej. Wszędzie brud, upał, kurz i ten nieodłączny, specyficzny ZAPACH AFRYKI… Przy stoisku z przyprawami wybieram i przebieram. Rozkoszuję sę zapachem świeżego pieprzu. Po raz pierwszy założona koszulka Wolfskina sprawdza się w stu procentach. Chłonie wilgoć spoconego ciała i wysycha błyskawicznie. Następnym razem pojadę wyłącznie z taką odzieżą! Nic innego nie ma sensu. Śmieję się, bo w Europie rękawy koszulki wydawały mi się dziwacznie skrojone. W Afryce ten „głupi krój” chroni idealnie moje spalone słońcem ramiona.

Zwiedzamy seminarium duchowne wybudowane na obrzeżach miasta. Wszędzie rozstawione są bębny i tamtamy. Płoszymy rozgrzane na betonie bajecznie kolorowe jaszczury. Darek pyta, czy nie chcę zrobić im zdjęcia. Odpowiadam automatycznie:

Eee tam. Ładniejsze mam w pokoju.

Zdaję sobie sprawę z tego, co powiedziałam i wybuchamy śmiechem. Ale to prawda!

Seminarium jest puste. Klerycy mają ferie. Wchodzimy do kościoła i jak zwykle lecę z Marianne do bębna. Co za dźwięk! Roznosi się po pustym kościele. Odstawiamy koncert na cztery ręce.

Wracamy przez dzielnice, kołysząc się po wertepach. W mieście, oprócz głównej ulicy, nie ma asfaltowych dróg. Spotykamy dzieci z misji, które właśnie wracają ze szkoły.

Kolejny dzień dobiega, niestety, końca…

Ania Warszawianka rok 2006

Przygotowania do podróży

31 października – 17 listopada 2006

( Paszporcie mój paszporcie, ach gdzieżeś ty się zapodział? )

Po raz pierwszy wyjazd zaplanowałam na październik 2005 i nawet zarezerwowałam 3 tygodnie urlopu. Niestety mój stan zdrowotny nie był najlepszy i doszłam do wniosku, że przekładam wyprawę na następny rok na drugą połowę listopada, aby przyjechać w porze suchej, kiedy będzie dużo słońca.

Największym problemem związanym z wyjazdem wydawała się dla mnie sprawa załatwienia wizy. Jako, że w Warszawie nie ma ambasady Kameruńskiej należy starać się o wizę za granicą. Albo trzeba pojechać do Francji, Niemiec, Belgii lub np. Rosji ( z czego planowałam zrezygnować) albo trzeba wysłać swoje papiery i liczyć na to, że powrócą „całe i zdrowe” ? .

Na początku października 2006 zaczęłam przygotowania. Wszystko szło jak z płatka i kolejne obawy były rozwiewane. Przede wszystkim finanse – myślałam, że się nie wyrobię, a tu tak wszystko się ułożyło, że nie było żadnego problemu. Udało mi się szczególnie z biletem lotniczym, gdyż pracownik Air France poinformował mnie o istnieniu specjalnej taryfy misyjnej. Dzięki temu, po przedstawieniu odpowiednich dokumentów kupiłam bilet taniej niż gdybym kupiła go jako zwykła turystka. Planowana data wylotu – 18 listopada.

Nie musiałam w ogóle starać się o sprowadzenie Malaronu (lek na malarię) gdyż kolega z pracy, który często podróżuje służbowo powiedział, że widział te lekarstwo w aptece na lotnisku w Szwajcarii i może mi je kupić. Pozostało jeszcze tylko zdobyć wizę, co jest zwykłą formalnością. Zdecydowałam się na aplikowanie o wizę w Wielkiej Brytanii, ze względu na to, że znam angielski, formularze są dostępne w Internecie, a w Londynie mam znajomą, która zgodziła się pomóc i osobiście zanieść paszport do ambasady. Wszystko szło jak z płatka, choć pewną obawą napawało mnie wymaganie obowiązkowego zakupu biletów lotniczych przed otrzymaniem wizy. Wysłałam dokumenty firmą kurierską, która po dwóch dniach dostarczyła je do mojej znajomej. Trzy dni później poszła ona do ambasady, gdzie w ciągu dwóch dni przyznano mi wizę. Dokumenty zostały wysłane przez firmę kurierską do mnie z powrotem 30 października. Status przesyłki mogłam śledzić w Internecie. 31go pierwszego października zobaczyłam ze zdziwieniem, że przesyłka po raz drugi została zarejestrowana w tym samym punkcie przesyłek międzynarodowych. Pierwszego listopada było u nas święto, więc się nie przejmowałam „ciszą na falach”, ale 3 listopada byłam już bardzo zaniepokojona, że nie ma żadnej nowej informacji o moich dokumentach – chociażby o wysłaniu ich do Polski. Czyżby miały się spełnić moje koszmarne przewidywania tego, że przesyłka zaginie?

I się zaczęło… Codziennie dzwoniłam ja, tak jak i moja znajoma do firmy kurierskiej. Jako, że rozmawiałyśmy z różnymi ludźmi, i jako, że z czasem coraz bardziej narastała frustracja, to dostawałyśmy strzępki różnych historii, które z początku wydawały się zupełnie sprzeczne, ale ostatecznie można chyba uznać je za w miarę spójną całość opisującą bałagan jaki nastąpił w tej firmie. ( Pisząc te słowa cały czas zastanawiam się, czy zrobić im czarny PR i podać ich nazwę ? ) Początkowe wiadomości były takie, że przesyłka gdzieś się zapodziała i w zasadzie nie wiadomo czy jest na terenie hali z przesyłkami, czy została wysłana do Polski, czy w ogóle gdzie indziej. Poza tym zgubiono więcej niż jedną przesyłkę i wszystkie są poszukiwane przez International Search Team. Było to o tyle pocieszające, że skoro zginęło więcej przesyłek, to rzeczywiście ktoś ich szuka więc jest szansa na ich odnalezienie. Niestety przez cały tydzień nie uczyniono żadnego postępu. Znajoma napisała oficjalny list do firmy z prośbą o wyjaśnienie sytuacji. W międzyczasie zdobyłyśmy bezpośredni numer do biura, odpowiedzialnego za międzynarodowe przesyłki. Ale osoby do których docierałyśmy nie były w stanie wiele nam pomóc. Z czasem dowiedziałyśmy się, że wszystko jest spowodowane zmianą procedur pracy, które nastąpiły wtedy gdy wysyłałyśmy przesyłkę. Niestety procedury te okazały się być wadliwymi. Zdecydowano powrócić do starych procedur, ale przesyłki objęte starymi procedurami spowodowały pewne zaległości, a część z nich zaginęła. Sprawdzono, że moje dokumenty nie dotarły do Polski, więc jest bardzo prawdopodobne, że są na terenie hali z przesyłkami. Pech chciał, że jest ona wielkości boiska do piłki nożnej, więc choć International Search Team robi co może, to nikt nie jest w stanie podać przewidywanej daty odnalezienia przesyłki. Bo w końcu, jak powiedziała pani z biura obsługi klienta, jeśli coś jest zgubione, to trudno powiedzieć kiedy się to znajdzie. Co prawda ta sama miła pani, nie potrafiła mi powiedzieć ani w jaki sposób logistycznie wygląda obróbka przesyłek, ani w jaki sposób International Search Team ich szuka. Zaczęłam już we wszystko wątpić, bo też domyślałam się, że pani z call center ma mówić to co chce usłyszeć klient, ma go uspokajać i tworzyć dobry wizerunek firmy, a to co się dzieje wewnątrz to już zupełnie inna sprawa. Tak więc nie byłam już pewna czy ktoś rzeczywiście szuka mojego paszportu.

We wtorek, 14 listopada moja znajoma usłyszała, że chyba raczej się przesyłka nie odnajdzie. To była strasznie dołująca informacja. Zakładając, że trzeba przynajmniej dnia lub dwóch, żeby odnaleziona przesyłka trafiła do Warszawy, perspektywa mojego wyjazdu oddalała się coraz bardziej.

W środę, 15 listopada przyszedł oficjalny list od firmy kurierskiej z przeprosinami i formularzami zażalenia do wypełnienia.

W czwartek, 16 listopada , rano odwołałam mój miesięczny urlop. Zadzwoniłam do AirFrance by zapoznać się z zasadami dotyczącymi zmiany terminu wylotu i konsekwencjami ewentualnego ponownego jego przesunięcia. Zaczęła się bardzo szybka wymiana maili z o. Darkiem na temat tego czy jeszcze czekać na odnalezienie się dokumentów, czy już wyrabiać nowy paszport i wizę (tym razem poprzez osobistą wizytę w Londynie).

W piątek, 17 listopada miałam pojechać do Air France, odwołać mój sobotni wylot i przesunąć go na połowę stycznia. Ale…

W czwartek po południu, chcąc odetchnąć na parę sekund od pracy, weszłam sobie odruchowo, tak jak przez ostatnie dwa tygodnie, na stronę firmy kurierskiej i wpisałam numer przesyłki, nie licząc na nic więcej niż wiadomość z 31 października, gdy nagle zobaczyłam wpis z 16 listopada – WARSAW!!!! Nie mogłam uwierzyć własnym oczom! Natychmiast zadzwoniłam do polskiej firmy kurierskiej obsługującej klientów tej angielskiej, bałaganiarskiej firmy. Potwierdzono, że przesyłka jest w Warszawie. Wyjaśniłam, że muszę wiedzieć czy otrzymam w piątek tą przesyłkę, bo jest tam paszport z wizą, a w sobotę odlatuje mój samolot. Pracownik firmy bardzo przejęty moją sytuacją obiecał, że przyklei do przesyłki informację, że ma być ona dostarczona do godziny 12 rano, abym nie musiała zbyt długo czekać i się denerwować. Tak więc przestawiłam z powrotem w systemie mój urlop na termin jaki był przewidywany od kilku miesięcy (gdy tymczasem mój szef w siedzibie klienta dyskutował przydział pracy na najbliższe miesiące, uwzględniając to, że mój urlop jednak będzie ostatecznie odwołany )

W piątek wziełam urlop „na spakowanie się”, ale że sama nie przewidywałam takiego obrotu spraw, byłam kompletnie nieprzygotowana do wyjazdu. W zasadzie nie miałam do końca przemyślane co powinnam wziąć, nie miałam przygotowanej gotówki, nie przekazałam obowiązków w pracy kolegom, tak więc zamiast spakowania przygotowanych od dłuższego czasu rzeczy musiałam spieniężyć kilka tysięcy Euro, zrobić zakupy i wpaść na godzinkę do pracy, żeby powiedzieć co i jak przejmującym ode mnie pracę kolegom. Po tym wszystkim (co miało mi zająć czas do południa) planowałam się spakować.

Rano wybrałam się do banku. Kolega, który akurat miał ten dzień wolny obiecał mi posłużyć jako „bodyguard” bym nie bała się chodzić sama z tak dużą gotówką (dary jakie o. Darek otrzymał od wielu darczyńców). W banku okazało się, że limit wypłat dziennych w oddziale wynosi jest mniejszy od sumy którą chciałam pobrać. Poprosiłam o banknoty w jak największych nominałach i postanowiliśmy z Tomkiem pojechać do banku koło rotundy. Myśleliśmy, że w samym centrum mają większe limity. A tu niespodzianka – okazało się że maksymalnie możemy wypłacić zupełnie śmieszną sumę, więc musimy jechać jeszcze do trzeciego banku. W galerii handlowej metra zrobiłam szybkie zakupy najpotrzebniejszych kosmetyków i znowu wróciliśmy na trasę. Tym razem kolejny bank w błękitnym wieżowcu – tam wypłaciłam całą resztę pieniędzy i wróciliśmy do domu mając sumkę „trochę” większą niż zazwyczaj biorę na zakupy.

W domu jeszcze próbowałam załatwić parę spraw i do pracy ostatecznie dotarłam na 17. Przekazałam kolegom obowiązki, ubezpieczyłam się przez Internet i ok. 19 wróciłam do domu by zacząć się pakować. Było to niebanalne zadanie, gdyż mogłam przewieźć do Kamerunu około 46 kg bagażu + podręczny, więc warto było zabrać jak najwięcej rzeczy dla misji. Zapchanie moich 2 walizek okazało się dość proste i patrząc na rzeczy które mam w pokoju, stwierdziłam, że moje walizki są ciut małe. ( No cóż, ja też jestem mała. 😛 ) Rzeczy, które czekały na zabranie to zioła i lekarstwa dla o. Darka, oraz przybory szkolne dla dzieci przywiezione przez Mariannę ( tą, która była w Bertoua latem 2006 ), trochę części komputerowych i sprzęt elektroniczny, laptop, który mógłby przydać się do zapisania afrykańskich wrażeń, a także kilka reklamówek używanych ubrań dla dzieci które otrzymałam od koleżanki z pracy i kilku znajomych.

Aby wziąć jak najwięcej rzeczy i nie rzucać się celnikom w oczy, każdy sprzęt rozpakowywałam z oryginalnego opakowania i obwijałam ciuchami. Naprawdę można tego całkiem sporo upchać do walizki, tylko że zajmuje to chwilę czasu. Ciuchy i sprzęt były w większej walizce, lekarstwa, kredki i długopisy w drugiej oraz buty i minimalna ilość kosmetyków (jak na mnie). Swoje rzeczy postanowiłam upchnąć w „bagażu podręcznym”. Od siostry dostałam niepozornie wyglądającą torbę do której upchnęłam wszystkie ciuchy (co prawda też w minimalnej ilości zakładającej regularne pranie.) Do plecaka wrzuciłam laptop i parę kobiecych „drobiazgów”, do tego torba z aparatem… i trochę się tego wszystkiego zrobiło.

Gosia (moja siostra) widząc rosnącą ilość bagażu i moje straszne tempo pakowania się wyprasowała mi ciuchy w których miałam jechać i zaoferowała się, że odprowadzi mnie na lotnisko (ok. 5 rano!). W związku z tym poszła spać bo było już koło 2 nad ranem. Ja wręcz przeciwnie – przez przejścia z paszportem zaczęłam mieć od kilku dni poważne problemy ze snem, zarówno z długim czasem zaśnięcia jak i z wczesnymi pobudkami, dlatego decyduję się powoli spakować do końca. Nie jestem zupełnie pewna czy pakuję wszystko co jest mi potrzebne, ale już nie mam siły myśleć. To co chce o. Darek jest w walizkach, mam paszport, pieniądze, malaron – to jest najważniejsze. Czego nie wezmę to najwyżej dokupię na miejscu. Ostatnią parę skarpetek wrzuciłam po godzinie 4 nad ranem. W zasadzie trzeba już było iść pod prysznic aby zdążyć na zamówioną taksówkę na lotnisko.

Podróż

Sobota – 18 Listopada 2006 – Warszawa – Yauonde

Lot z Warszawy był nieco opóźniony, wiec miałam strasznie mało czasu na przesiadkę. O 9.35 miał się zacząć onboarding, a o 10.30 planowo odlatywał samolot do Yauonde. Tymczasem do terminalu przywieziono nas tuz przed 10. Nie zdążyłam dokładnie sprawdzić na monitorze bramki, do której miałam pójść, bo musiałam zmienić terminal, a to oznaczało, że trzeba natychmiast wsiąść do kolejnego autokaru. Stwierdziłam, że jest zbyt mało czasu na wczytywanie się w monitor, a jeśli są jakieś zmiany to szybciej zmieniona będzie bramka niż terminal – tak więc najwyżej trochę więcej pobiegam. Pech chciał, że aby dotrzeć do terminalu C trzeba było objechać cale kółko, to znaczy wszystkie inne terminale D, E, F, A, B.. Tak wiec do terminalu C przyjechałam ok. 10.05.

Czekały mnie 2 kolejki. Pierwsza – “sprawdzenia płynów”. Od 6 listopada są wzmożone środki ostrożności i można mieć w ograniczonej ilości (płyny pasty i kremy) w plastikowej przezroczystej torebce zaklejonej przez celnika. Duty free można mieć w dużej (dozwolonej ilości) ale musi być w zamkniętej przezroczystej torebce, z dowodem zakupu na terenie Unii Europejskiej. Ta torebka nie może być otworzona przed osiągnięciem celu podróży.

Na lotnisku strasznie kiepsko było słychać komunikaty. Ale raz coś słyszałam o Yauonde, a potem mówili o bramce 83 (taka bramkę miałam na bilecie). Tak wiec powiedziałam obsłudze ze mówili o mojej bramce i prosiłam o przepuszczenie w kolejce ( przede mną były jeszcze 2 osoby) Zostałam przepuszczona (ktoś tam tez narzekał ze za 10 minut ma samolot) no i bieg do bramki. Przy wejściu była bramka 87, wiec 4 bramki biegnę zziajana i widzę ze przy 83 już nie ma turystów, tylko obsługa. Mała jestem to myk myk pod barierkę i pytam się gościa czy do Yauonde, a on że nie, że do Brazylii. Ja mu pokazuje mój bilet, że na mam wpisaną bramkę C83, tak więc miły pan sprawdził, że moja bramka to 87 (była to pierwsza bramka, którą mijałam a ja biedna tyle się nabiegałam). No i pędzę z powrotem, z moim “małym” podręcznym bagażem, który pewnie miał z 10 kg. Plecak HP wypchany, z laptopem ( nie służbowym), torba z ciuchami, torba z aparatem, duty free absolut raspberri(jedyne 45 zł za litr) do zalewania robaka i ewentualnego szoku kulturowego. I nagle słyszę:“miss Anna Maria Tabis – this is the last call for Anna Maria Tabis”. No to juz ostatkiem sił biegnę. Musiałam mieć taki obłęd w oczach ze kobitka wychyliła się z budki i mówi do mnie “Is that you?” Cóż, na takie inteligentne pytanie „Czy to ty?” odpowiada się raczej „Tak to ja” – bez względu na to o kogo chodziło. No, ale w każdym razie wyglądało na to, że w ostatniej chwili zdążyłam na samolot i nawet się upewniłam ze mój bagaż tez tam dotarł, czyli ze teoretycznie nie powinno być żadnych problemów z zaginięciem czy opóźnieniem bagażu. Po dwutygodniowym stresie z paszportem, cudownym jego odnalezieniu, a potem pakowaniu się przez całą i biegu na „last call”, mój system nerwowy totalnie odmówił posłuszeństwa. Gdy wchodziłam do samolotu strasznie drżały mi ręce i stewardessa z trwogą w oczach zapytała czy wszystko ze mną w porządku. Mam nadzieję, że nie wyglądałam jak terrorysta fanatyk.

Bez problemu wylądowaliśmy w Douala i pół godziny później w Yauonde. Pierwsze wrażenie na lotnisku – brakuje mi powietrza. Dopiero po chwili zorientowałam się, że tam po prostu brakowało klimatyzacji. Stanęłam w kolejce do przeglądania papierów. Zanim sprawdzą paszport i wbiją pieczątkę najpierw sprawdzają „stan zdrowia”. Pierwsza kolejka służy do weryfikacji posiadania szczepienia na żółtą febrę. Dopiero jak się przejdzie szczęśliwie ten sprawdzian staje się w następnej kolejce weryfikującej paszport i wizę. Dopiero potem można iść odebrać bagaż.

O. Darek przedostał się w jakiś sposób do miejsca, w którym odbiera się bagaże. Tak wiec ściągnął mi walizki z taśmy i pomógł nieść część bagażu. Przed nami była jeszcze jedna trudność do przejścia. Sprawdzanie bagażu. Były 2 kolejki, które zmienialiśmy by być tam gdzie mniej “przetrzepują” turystów. W końcu byliśmy prawie na samym końcu. O. Darek miał mój plecak z laptopem, gotówką w kilku kopertach, przekazanych mi w Warszawie od różnych ludzi na różne misje, oraz walizę ze sprzętem komputerowym poupychanym między ciuchami. Ja ciągnęłam małą walizkę z lekami i resztę “bagażu podręcznego” plus trochę własnej gotówki. Ostatecznie udało się nam przejść zupełnie bez żadnej kontroli. Na lotnisku przywitała mnie Marianna oraz 2 dzieci z Foyer – Hilda i Alida (7 i 8 lat).

Pojechaliśmy do hotelu. Jakoś nie wybraliśmy Hiltona, choć ładnie wyglądał z palmami rosnącymi na dachu, tylko pojechaliśmy do kameralnego hoteliku Residance, gdzie wynajęliśmy 2 pokoje. Rzeczywiście było trochę inaczej niż u nas. Zacieki na suficie i ścianach oraz lekki zapach zgnilizny. Po wejściu do pokoju wyskoczyłam z niego natychmiast strasznie kaszląc i mając wymiotne odruchy. Na szczęście po 10 minutach organizm się przyzwyczaił do zapachu. Włączony wentylator osłabił trochę wrażenia zapachowe. Łazienka hotelowa – malusieńka, ale za to z oryginalnym designem. Umywalka, obok kibelek (bez deski klozetowej) i prysznic na ścianie. Prysznic nieoddzielony niczym od reszty łazienki, wiec woda lala się bezpośrednio na podłogę, a przy mocnym strumieniu parę kropelek pewnie wpadało do kibelka.

Miedzy łazienkami w obu pokojach były nieznaczne różnicę. W jednym pokoju drzwi do łazienki nie miały klamki, wiec jak je zamknęłam to potem musiałam prosić o otworzenie (bo trudno do siebie przyciągnąć zamknięte drzwi gdy nie ma się za co pociągnąć), w drugim była klamka w drzwiach, ale za to i tak ich nie dało się domknąć.

Na kolacje jedliśmy “grillowane” mięso i rybę ( podane w plastikowych czarnych torebkach) oraz “baton” z manioku (jeszcze nie wiem jak się to robi). Dodatkowo zamówiliśmy w hotelu omlet i “frytki” z plantana (to taki twardy banan). Słowami nie da się tego opisać, ale mam zdjęcia.

Byłam strasznie zmęczona, więc dostałam jakieś lekarstwo, które czasem może pomóc nasennie, ale bynajmniej środkiem nasennym nie było. Nie obchodziło mnie to – cokolwiek, co mogło pomóc mi zasnąć, bez względu na skutki uboczne było mile widziane.

Niedziela – 19 Listopada 2006 ( Yauonde – Bertoua)

W niedzielę rano wyjechaliśmy z Yaounde do Bertoua. Czekało nas ok. 360 km jazdy droga o “ciekawym standardzie”. Pierwsze 161 km było asfaltem, ale pozostała część trasy to żwirowana droga z koleinami. Wszystkiemu dodawał smaczku fakt, ze samochód ojca Darka miał ok 5 czy 6 usterek takiej klasy, ze w Polsce zabroniono by mu jeździć po ulicy samochodem w takim stanie. Tutaj musi używać ten samochód tak długo, aż ktoś mu nie sprezentuje nowego.

Po ponad 6 godzinach jazdy (Cóż nie mogliśmy szarżować z prędkością) dotarliśmy do Bertoua. Aha, po drodze zjedliśmy obiad w takim jakby „targowisku” maniok, plantan i ryba w pikantnym sosie. Tu lubią pikantne rzeczy. Obiadek jedliśmy rękami. Sztućce do szczęścia nie są potrzebne. O ile rybę każdy miał na swoim talerzu, to maniok i plantan leżały we „wspólnej misie”.

Choć to był mój pierwszy przejazd po Afryce to niestety przespałam większą cześć trasy na żwirowanej drodze. Tak jak pisałam, od kilku nocy miałam problemy ze snem, a że zdarza mi się choroba lokomocyjna to wzięłam profilaktycznie 2 tabletki aviomarinu, który działa nasennie. W samochodzie było z przodu tyle miejsca, ze mogłam się skulic i spać prawie “na leżąco”. Nie oparłam się pokusie i ułożyłam się w miarę wygodnie (na ile pozwalała wolna przestrzeń na siedzeniu) czując ciepło słoneczne i kołysanie żwirowanej drogi. Czasami to kołysanie przechodziło w wybudzające podskoki, ale przy moim stanie zmęczenia nie była to zbyt duża przeszkoda.

Oczywiście – zasługuję na pełne oburzenie. Przyjechać do Afryki i po prostu „olać” sobie taką wspaniałą trasę. No cóż, organizm odmówił posłuszeństwa – brak stresu (tym, że samochód jest rozwalony się nie przejmowałam, bo się na tym nie znam), przyjemne ciepło, poczucie wakacji, i zielony krajobraz wokoło sprawiły, że po prostu bez oglądania się na konsekwencje i to, co pomyślą inni stwierdziłam, że po prostu się wyśpię. Cichcem liczyłam na to, że być może krajobraz się zbyt nie zmieni, więc za dużo nie stracę.

Na szczęście upał nie było dotkliwy; rano było trochę chmur, a potem nie było strasznego gorąca, tak wiec miło było się zdrzemnąć. Nawet zaczęłam rozumieć podejście niektórych tutejszych mieszkańców. Opcja spania, jedzenia i potem znowu spania wydała mi się całkiem ciekawym i interesującym sposobem na życie.

Ostatnie 50-100 km rozglądałam się dookoła. Ziemia w Afryce jest czerwona i bardzo kontrastuje z bujna zielenią. Dlatego kolory kameruńskiej flagi: czerwony, zielony i żółty dobrze odzwierciedlają rzeczywistość: ziemia, rośliny, słońce.

Domy, szkoły są strasznie biedne. Też to trudno słowami opisać. To trzeba po prostu zobaczyć, choćby na zdjęciu. Ciągle mijaliśmy takie baraki gliniane z małym oknem. Czasem zdarzało się coś murowanego a nawet otynkowanego. Ale o tutejszej „architekturze” jeszcze napiszę bardziej wyczerpująco.

O. Darek odwiózł Mariannę do domu. Przywitała nas jej mama, która podbiegła do samochodu. Z daleka widziałam ciocię Marianny, która miała opuchniętą twarz od choroby (AIDS). Poznałam tez siostrę Alidy, która tez kiedyś mieszkała we Foyer.

Już w Bertoua

Po przyjeździe do parafii rozpakowaliśmy sprzęt, później się rozgościłam w swoim pokoju. Następnie zjadłam z ojcem Darkiem kolacje, a potem dorwałam się do jego kompa by napisać maile. Kątem oka zerkałam jak o. Darek czyści sprzęty, które przywiozłam i składa z nich komputer. A to ja z nas dwojga jestem niby informatykiem. No, ale w końcu jestem informatykiem na wakacjach no nie? 😀

Jest niedziela i o. Darek powiedział, że Msza będzie ok. 21. Oficjalna Msza dla mieszkańców parafii była odprawiana rano przez księdza, który przyszedł na zastępstwo. Jako, że będziemy jedynymi uczestnikami eucharystii, nie musimy być dokładni z rozpoczęciem, co do minuty, bo to, o której rozpoczniemy zależy tylko od nas. Parę minut po 21 idziemy do kaplicy. Okazuje się, że o. Darkowi wygodniej jest odprawiać ją po francusku. Daje mi wiec książeczkę francuską, bym mogła się orientować, co mam odpowiadać. Jestem jednak trochę zagubiona, bo zanim zdążę się namyślić jak przeczytać daną odpowiedź poprawnie to o. już zdąży odpowiedzieć. Po tym jak się osłuchałam, to w połowie Mszy jakoś zaczęło mi iść (ale nadal kiepsko).

Poniedziałek, 20 listopada 2006 ( Trzydzieści lat minęło…)

Pierwszy dzień na misji, tak więc próbuję dostosować się do rytmu dnia. 5:30 czy jakoś tak (w każdym razie środek nocy jak dla mnie) – pobudka – dzwoni dzwonek. Dzieci idą na modlitwę do kaplicy. Poszłam z nimi, oczywiście nic nie zrozumiałam. Modliłam się po swojemu, ale przynajmniej dzień zaczęłam w pewnym sensie z dziećmi. Do śniadania o 7 jeszcze jest dużo czasu, więc włamałam się do biblioteki i porozglądałam się za czymś fajnym do czytania oraz za jakimiś materiałami do nauki francuskiego. Znając życie, uczyć się francuskiego zapewne nie będę (z książek), ale materiały w pokoju mogą leżeć. (Przypomina mi to moje zachowanie na studiach. Woziłam notatki z wykładów do domu na święta myśląc, że a nuż się pouczę i nigdy to się nie udało). Znalazłam słowniczek polsko-francuski, duży słownik ilustrowany i książkę do gramatyki. Może jak będą leżały u mnie na półce to wiedza sama się wchłonie w czasie snu poprzez dyfuzję, telepatię lub inny magiczny sposób. Na wszelki wypadek wzięłam też coś do czytania po polsku.

Przepiękna pogoda, brak jakiegokolwiek pośpiechu, planu, sprawiły, że ogarnęło mnie niespotykane lenistwo, a jeśli nie lenistwo to jakieś zupełne rozprzężenie. Zamiast ekscytować się, że jestem w niesamowitym miejscu, ganiać naokoło i poznawać jak najwięcej, siadłam i zaczęłam czytać jedną ze znalezionych książek. Poczułam się jak na wakacjach w polskiej wiosce sprzed kilku(nastu) lat. Bo tutaj tak prawie jest – tylko ludzie są jacyś tacy w zasadzie czarniejsi i gadają po francusku, więc muszę machać dużo rękami by się dogadać. O. Darek jest super, więc to sprawiło, że poczułam się jak u siebie w domu. Co więcej, poczułam się jak u siebie w domu kiedy mam wolne, a wtedy czasami mam ochotę wyluzować i pozwolić sobie na małe „nicnierobienie”.

O. Darek chyba nie mógł uwierzyć w to co widział (tzn mój bezwład), więc nie mogąc już patrzeć na moje „nemoctwo”, zaproponował bym obejrzała okolicę i poprosił Jacky (dziewczynę z Foyer) by mnie oprowadziła po okolicy. Chyba stwierdził, że sama nie dam sobie z tym rady. Co więcej – chyba miał rację. Poszłyśmy na rozpoznawczy spacer. Zrobiłyśmy obchód po okolicach przedszkola, szkoły podstawowej i chyba jeszcze gdzieś było liceum. Budynki skromne, ale zadbane (przynajmniej z daleka tak wyglądały). Przeszłyśmy koło pola kukurydzy i manioku i udałyśmy się w stronę rzeki. Było tam skaliste podłoże i w nierównościach skały znajdowało się trochę wody – jakby takie większe kałuże. Na tym skalistym wycinku, siedziały oddalone od siebie trzy kobiety. Siekały one na drobno olbrzymimi nożami/tasakami jakieś białe bulwy. To co zostało posiekane zostawało cienką warstwą rozłożone na skale. Śmierdziało to niemiłosiernie. Okazało się, że był to maniok. Szatkuje się go i rozkłada na słońcu aby wysechł. Potem rozdrabnia się go i przerabia na mąke tzw. tutaj kuskus. Zrobiłam kilka zdjęć (za pozwoleniem) i poszłyśmy z Jacky nad rzekę. Tam też spotkałyśmy dwie kobiety pracujące nad maniokiem. Część niedobranego manioku była w rzece. Pomyślałam sobie, że gdybym wiedziała, że ten maniok tak śmierdzi i bywa w ten sposób obrabiany, to byłoby mi trudniej spróbować jego przetworów. Zrobiłam jeszcze kilka zdjęć i wróciłyśmy z Jacky do Foyer.

Chwilę później przyjechała Lidia – nasza kucharka. Zaczęłyśmy trochę rozmawiać, czekając na Mariannę ( która również pomaga o. Darkowi). Miałyśmy razem pojechać na „rynek” na zakupy. Moje rozmowy po francusku to dość dużo machania rękami plus słowo kluczowe „cette chose” –„ta rzecz”. Jak mi brakuje słówka to wstawiam zazwyczaj „cette chose” i liczę, że z kontekstu rozmowy rozmówca domyśli się o co mi chodzi. Często też nie łapię tego co się do mnie mówi – szczególnie co mówią dzieci. Ale uśmiechem i gestami często da się nadrobić brak zrozumienia i nawiązać jakiś kontakt.

W końcu przyjechała Marianne i mogłyśmy wybrać się na zakupy. Było to dla mnie okazją do przejażdżki najpopularniejszym środkiem lokomocji, którym jest mały motorek (coś a la ‘stary polski Komar’). Działa to jak taksówka – podwiezienie kosztuje 100 albo 200 franków kameruńskich czyli mniej niż 1,50zł. My z Marianną wsiadłyśmy na jeden motorek, a drugim później przyjechała Lidia. Byłam lekko przerażona tym, że w trzy osoby jedziemy na jednej motorynce, ale częściowo się „uspokoiłam” widząc, że na ulicy mija nas motorynka na której siedzą cztery osoby. (i po sześciu też jeżdżą – przypisek o. Dariusz Godawa op)

Dojechałyśmy na targowisko, które z jednej strony jest w pewnym sensie podobne do naszego, a z drugiej strony jest kompletnie inne. Można tam kupić wszystko: owoce, warzywa, ubrania, mięso, sznurki, telefony komórkowe, ubranie „na miarę” – co kto chce. Jednak jest parę drobnych różnic… Jedna z pierwszych to obszar. Trudno mi określić jak duży jest „ryneczek” w Bertoua, ale podczas zakupów miałam wrażenie, że krążę po jakimś labiryncie. Myślę, że jest to prostokąt o bokach długości kilkadziesiąt metrów lub może ponad 100. ( nie ma nic wspólnego z żadną ze znanych figur geometrycznych i jest o wiele wiele większy niż opisuje Anna; po prostu wszystkiego nie obeszła jeszcze – przypisek o.dariusz godawa op)

Sam wygląd też jest „ciekawy”. Jeśli sklep jest w „budce” to jest ona często mała, zapchana i prawie nie ma w niej miejsca na kilku klientów. Bardziej jednak szokuje mięso sprzedawane na stołach przy temperaturze ponad 30 stopni w słońcu, położone bezpośrednio na blacie (nawet nie „zawinięte w gazetę”). Dookoła tego roi się od much i naprawdę nie rozumiem jak można robić tam zakupy i się nie zatruć. Na stoisku mięsnym zauważam też głowę jakiegoś zwierzęcia – obleśne.

My też musimy kupić mięso i ryby, ale idziemy do stoiska w którym są lodówki i wszystko jest zamrożone. Mam wrażenie, że przy kupowaniu warzyw Marianne targuje cenę, ale niewiele rozumiem.

Jest już sporo po południu i robimy się głodne. Idziemy do „znajomego” stoiska krawcowej i zostawiamy nasze zakupy by spokojnie pójść coś zjeść. Po drodze mijamy kobietę siedzącą przy „grillu” (który spróbuję kiedyś jeszcze dokładniej opisać). Na tym grillu smażą się rybki. Marianne wybiera 3 kawałki, które jej się podobają i idziemy do knajpki. Dziewczyny zamawiają coś do picia. Chwilę później kobieta przynosi nam usmażone rybki z małymi batonami z manioku na talerzykach – oczywiście bez sztućców. Daję do zrozumienia, że będziemy miały brudne ręce po jedzeniu, gdyż nie ma serwetek. Marianne prosi o coś kobietę i ta za chwilę przynosi miseczki z wodą. (Gdyby jeszcze była cytryna poczułabym się jak w dobrej restauracji 😉 ) Ciekawe dla mnie jest to, że możemy siedzieć przy stoliczku należącym do knajpki i jeść coś co kupiłyśmy na zewnątrz.

Biorę mój batonik z manioku i obwąchuję. Rzeczywiście można wyczuć delikatną nutę zapachową, jakby rozrzedzony „zapach”, który czułam nad ranem patrząc na kobiety szatkujące bulwy. Na szczęście kiedy się je ten „baton”, to się nie czuje tej strasznej woni. Tak więc odważnie zabieram się za obiadek zastanawiając się ile mam bakterii na rękach, a ile nowych zostało przyniesionych wraz z posiłkiem. Gdy skończyłam swoją rybkę, nagle widzę, że Marianne, kładzie mi (ręką, bo nie mamy widelców) na mój talerzyk dwa kawałki ryby i mówi bym jadła. Już wcześniej wiedziałam, że w Kamerunie nie jest obciachem dojeść po kimś, a nawet jest to normalne. Zawsze jednak wyobrażałam sobie scenariusz, że to ktoś po mnie dojada a nie ja po kimś. Ale cóż, Marianne jest miłą dziewczyną, więc stwierdziłam, że nie jest to najlepszy moment na tłumaczenie różnic kulturowych między Europą i Afryką. Zjadłam te dwa kawałki, bo z moim francuskim i tak zbyt długo zeszło by mi na wymówkach, szybciej było zamknąć oczy i zjeść :).

W czasie posiłku mam czas by się trochę rozejrzeć. Zauważam że po targu chodzą też handlarze „obnośni”. Do naszego stolika co jakiś czas podchodził a to handlarz zabawkami, a to chłopak obwieszony torebkami i plecakami. Największe jednak wrażenie robili na mnie handlarze eksponujący towary na głowie. Zapomniałam napisać, że tu jest bardzo popularne, by większość rzeczy które się przenosi umieścić na głowie. W przypadku handlu, umieszczenie towaru na głowie stanowi funkcję ekspozycyjną. Gdy się sprzedawca idzie w tłumie, to trudno zauważyć, że coś sprzedaje, a co dopiero zainteresować się jego ofertą. Tymczasem gdy widzę młodzieńca z wypolerowanym butem lub z kilkoma koszulkami na głowie, to zwraca on moją uwagę i potencjalnie mogę zainteresować się jego ofertą. Inna sprawa, że mnie poruszy każda rzecz umieszczona na głowie, która nie spada jak się idzie. Miejscowi mogą tego w ogóle nie zauważać, ale tak czy owak jeśli ktoś jest wysoki to ma swój towar dobrze wyeksponowany.

Pisząc o targu, muszę zwrócić uwagę na prasowalnie. Są to budki gdzie można zlecić uprasowanie ubrań. W pierwszej chwili zaczęłam się zastanawiać czy w Kamerunie są aż tak drogie żelazka. Potem mnie oświecono, że przecież w wielu „domach”, szczególnie na wioskach, nie ma przecież elektryczności.

Muszę też wspomnieć o tym jak byłyśmy w sklepiku z telefonami komórkowymi na mieście, gdzie był włączony telewizor. Patrzę sobie kątem oka, a tu pokazują jakieś zawody narciarskie w Norwegii. Śnieg. No cóż, cały czas mam świadomość, że w Polsce jest listopad ( = późna jesień ) ale skoro jestem na wakacjach i jest ciepło to czuję się jakby był lipiec/sierpień i kompletnie zapominam o różnicy klimatycznej.

Po obiedzie wróciłyśmy z Lidią i Marianną do „zaprzyjaźnionego” stoiska na którym zostawiłyśmy zakupy. Dziewczyny rozmawiały z pracującą tam kobietą. Zostałyśmy poczęstowane świeżymi orzeszkami ziemnymi. Muszę przyznać, że bardzo mi smakowały. Wolę je 3 razy bardziej od tych suszonych, które sprzedają u nas, w Polsce, w sklepach. Kobieta jadła obiad, także nie używając do tego sztućców. Była to jakaś niezidentyfikowana masa i coś przeźroczystego i ciągnącego się. W najlepszym przypadku kojarzyło mi się to z białkiem od jajka, ale czasami kojarzyło się z czymś bardzo „glutowatym”, więc starałam się nie przyglądać się temu jak kobieta spożywa posiłek

Nie uczestniczyłam specjalnie w rozmowie, bo niewiele rozumiałam, ale grzecznościowo zamieniłam parę słów. Przez większość czasu usiłowałam się zaprzyjaźnić z jej dwuletnią córeczką Jessicą. Dziewczynka była bardzo rezolutna. Pokazywałam jej różne minki w stylu „jak robi Bugs Bunny” , albo „jak robi ryba”, posadziłam na kolanach, bawiłyśmy się klaskając w dłonie. W ogóle szło nam świetnie. Postanowiłam więc pokazać jej sztuczkę magiczną. Jedyną jaką umiem. I wtedy stało się. Dziecko się mnie przestraszyło. „Magia” nie jest tu znana, tak więc Jessica widząc niezrozumiałe dla siebie zjawisko uczynione przez „białego” człowieka zaczęła się mnie obawiać i przytuliła się do mamy. W końcu, po licznych próbach dziewczynka odważyła się do mnie podejść i na nowo zaczęłyśmy się bawić.

W międzyczasie dziewczyny próbowały mnie namówić na wypicie piwa, ale z przykrością musiałam odmówić. Przez cały czas zakupów wypiłam dość dużo wody, którą miałam ze sobą, więc butelka piwa, miałaby niepożądany skutek uboczny. Prawdopodobnie musiałabym skorzystać z pobliskich publicznych toalet. Z pewnością doświadczenie byłoby niezwykle interesujące i warte szczegółowego opisu wrażeń, ale niestety zabrakło mi odwagi na to by podjąć tak ryzykowne zadanie. Może kiedy indziej – jeszcze trochę tu pobędę.

Wracałyśmy już na trzech motorach, ale bynajmniej nie każda na innym. Na jednym Lidia z zakupami, na drugim ja z Marianne, a na trzecim kierowca wiózł kilkudziesięciokilowy worek z resztą zakupów.

Muszę wspomnieć o jeszcze jednym fakcie. 20 listopada 2006 roku to dzień moich 30 urodzin. Tak okrągła rocznica nie mogła ulec zapomnieniu. Wieczorem planowaliśmy imprezkę. O. Darek zaprosił Marianne z jej chłopakiem i jeszcze jakimś znajomym, przewodniczącego redy parafialnej Jean-Marie z żoną Marie-Paula i Lidię. Ja chciałam by wpadła też Jacky, ale jako „dziecko z Foyer” nie mogła zostać zaliczona w poczet „elity”, aby innym dzieciom nie było przykro.

Pomyślałam, że przydałby się jakiś tort lub jego namiastka. Do tego potrzebna była jeszcze jedna wyprawa do miasta – tym razem nie do marche, ale do supermarche – czyli supermarketu. Poszłyśmy z Jacky na piechotę do miasta, licząc na to, że po drodze spotkamy jakiegoś samotnego motocyklistę. Tymczasem trafiła nam się okazja. Jechała samochodem siostra zakonna, i widząc „białą twarz” zatrzymała się i spytała: „Czy to przypadkiem nie nowa Polka, która przyjechała na misję o. Darka?” Kiedy stwierdziłam, że to jak najbardziej ja, zakonnica zaoferowała się, że podwiezie nas do sklepu. Po drodze wspomniała, że jest planowana „wycieczka na północ Kamerunu” dla kilku misjonarek by poznały kraj. Jeśli chcę to mogę się podłączyć, ale punkt startowy jest 250 km. od miejsca mojego zamieszkania – Bertoua. Podziękowałam za zaproszenie i powiedziałam, że wszystko zależy od zgody o. Darka i możliwości dojazdu. Jeśli o. Darek nie będzie miał nic przeciwko temu, a będzie sposób by dojechać do miasta, z którego startuje wyprawa to chętnie się dołączę. Taka wycieczka to prawdziwa okazja, która zdarza się bardzo rzadko, więc jeśli mi się uda na nią pojechać to będę miała naprawdę bardzo dużo szczęścia.

Pewnie zrodziło się pytanie, dlaczego nie kupiłam żadnych ciastek kiedy po raz pierwszy pojechałyśmy na zakupy z Lidią i Marianne. Oczywiście, że nie zapomniałam, że kolejny roczek mi minął. Problem był w tym, że po prostu nie miałam kameruńskich franków. Szczerze mówiąc „prywatne zakupy” to jest coś do czego mam tutaj trochę ambiwalentny stosunek. Z jednej strony nie chcę sprawiać wrażenia, że szastam pieniędzmi, bo dookoła widzę prawdziwe ubóstwo. Z drugiej strony nawyk sprawia, że jestem przyzwyczajona już do tego, że w zasadzie mogę zazwyczaj często kupić to co chcę i trochę głupio się czuję gdy nie mogę kupić tego na co mam ochotę. I tak, kiedy jechałyśmy z dziewczynami na zakupy spytałam się o. Darka czy mogę kupić sobie małą butelkę wody mineralnej i błyszczyk do ust, bo mi zaczęły strasznie wysychać. Z domu nie wzięłam żadnych kolorowych kosmetyków, a nie wzięłam pod uwagę faktu, że błyszczyk ma działanie nie tyle upiększające co i ochronne. O. Darek spojrzał na mnie z litością i powiedział „pewnie, że możesz”. Tak więc błyszczyk i wodę kupiłyśmy, ale wiedząc, że ciastka są drogie, wolałam je kupić za „własne” pieniądze. Gdy po południu wpadła do mnie Marianne z pytaniem, czy niczego mi nie brakuje, grzecznie odpowiedziałam, że nie. Po czym nagle uświadomiłam sobie, że jednak jednej rzeczy mi brakuje – ewidentnie brakuje mi pieniędzy. No cóż – w pewnych okolicznościach – wychodzi na jaw od czego człowiek jest uzależniony.

Kiedy dostałam od o. Darka gotówkę (którą mi bezpiecznie przechowywał) od razu poczułam się inaczej. Tak naprawdę mam świadomość, że to żadna różnica czy dostanę gotówkę, czy on mi coś kupi. W końcu to są te same moje euro, które przywiozłam z Polski. Jednak po prostu czuję się lepiej kiedy mam poczucie własności, bo jak bym miała o każdą rzecz prosić o. Darka to czułabym się jakbym objadała jego dzieciaki. A tak to mam własną gotówkę. Czując się „niesamowicie bogatą” pojechałam z Jacky na zakupy. W supermarche, który był jednocześnie Boulangerie-Patisserie (piekarnią-cukiernią) były też świeże ciasta. Tortu jako takiego nie było w ofercie, ale można było zakupić pojedyncze kawałki tortopodobne. Były one dość duże, tak więc kupiłam sześć ciastek z myślą o ich „cudownym rozmnożeniu”. Do tego dokupiłam wafelki i ciasto, a Marianne dałam trochę kasy na alkohol, bo powiedziała, że piwo kupi się wieczorem.

Trzeba przyznać, że to co Jola i Marianna pisały jest najprawdziwszą prawdą. Ceny zagranicznych produktów w supermarketach są naprawdę wysokie. Zwyczajne słone paluszki czy tego typu zagryzki kosztują od 8 złotych wzwyż. Niektóre są nawet „markowe”, jeśli za markę uznamy „Leader Price”.

Za paczkę wafelków zapłaciłam 900 franków, co jest około 6 złotych. Czyli ceny w kamerunie są nie niższe niż w krajach zachodniej Europy. Tylko, że ludzie o wiele, wiele biedniejsi. Na wszelki wypadek wzięłam jeszcze ciasto typu „danish cake”. Jest to o tyle praktyczne, że jeśli nie pójdzie na imprezie, to przyda się na przyszłość.

Wróciłyśmy z zakupów przed szóstą. Niedługo potem przyjechała do nas Ewa – misjonarka, pielęgniarka pracująca na terenie tutejszej archidiecezji. Miała problemy z odczytywaniem poczty na swoim komputerze. O.Darek obiecał jej pomóc, ja nawet się nie zająknęłam, że jestem informatykiem. Przyjechałam tu w innym charakterze. Ewa zostawiła u nas komputer i powiedziała, że przyjedzie nazajutrz.

W międzyczasie Lidia przygotowała pieczone udka kurczaka i „frytki” z plantana. Plantan to moja ulubiona roślinka. Jest to coś co wygląda i smakuje jak banan, ale ma konsystencję ziemniaka. Miałam okazję spróbować ten owoc po raz pierwszy w Warszawie, gdzie jest specjalny sklep w którym zaopatruje się hinduska i afrykańska klientela. Plantan jest super, bo nie rozwala się na maź tak jak banan przy obróbce cieplnej. Ma twardą konsystencję ziemniaka, a jednocześnie słodki smak banana. I z plantana rzeczywiście jest sens robić desery na ciepło…

Zaczęli powoli schodzić się goście. Powoli to dość dobre określenie. Lidia położyła ciepłą potrawę na stole, ale zanim się zabraliśmy do jedzenia to minęło strasznie dużo czasu. U nas jest zwyczaj, że najpierw usadza się gości, potem wnosi potrawy i jeśli towarzystwo ma o czym rozmawiać to raczej wyłącza się telewizor, a alkohol pije się do posiłku. Tu jest na odwrót jedzenie zaczyna się jeść już trochę wystygnięte, włączony telewizor oznacza szacunek dla gości, a alkohol pije się chętnie po posiłku (co nie oznacza, że się go nie pito także w trakcie kolacji.) Najpopularniejszym napojem jest piwo. Dziewczyny kupiły dwie skrzynki Amstela – okazało się że dałam im za mało kasy i później musiałam coś jeszcze dorzucić .

Ja w planach miałam raczej mocniejszy trunek – moją różową, litrową buteleczkę zakupioną w strefie bezcłowej. Pierwszy toast wypiliśmy czystą wódką z kieliszków i wypiłyśmy go z dziewczynami, bo panowie jakoś się nie garnęli. Zaczęłam bezczelnie jednemu z nich wchodzić na ambicję, że się boi, i że w ogóle kameruńskie dziewczyny to są „twarde” bo nie obawiają się pić mocnych trunków, a panowie to tylko sączą leciutkie piwo… Okey, nie brzmiało to tak płynnie po francusku, ale zadziałało i chłopaki w końcu też wypili moje zdrowie…

Nie piłam piwa tylko robiłam sobie drinki. Lidia zrobiła sok z owocu zwanego corosol lub coeur de boeuf (serce byka). To taki duży owoc z zieloną skórką i białym miąższem. Sok z odrobiną cukru jest naprawdę smaczny i aromatyczny oraz bardzo dobrze komponuje się z Absolut Rapsberri. Kiedy dałam do spróbowania dziewczynom też zaczęły brać ze mnie przykład i nawet zrobiły drinka jednemu z kolegów. Tak więc oprócz sporej ilości piwa, poszły też 2/3 Absolutu. Cała butelka nie poszła, ale w końcu to nie Polska, tylko Kamerun, a impreza jakby nie było w salonie klasztornym

Rozmowa toczyła się po francusku (niestety, ale raczej można się było tego spodziewać) alkohol wyraźnie u mnie poprawia płynność i łatwość mowy w owym języku. Niestety nie wpływa aż tak pozytywnie na rozumienie, kiedy rozmowa jest prowadzona dość szybko pomiędzy innymi ludźmi. Dlatego w pewnym momencie trochę zaczęłam odpływać. Choć w międzyczasie żartowałyśmy sobie trochę z Lidią i Marianne z naszych „przygód” na bazarze. Nie pisałam o tym, ale rzeczywiście naprawdę tutaj jestem „kolorową” – ciekawe odwrócenie ról, że bycie murzynem to normalne. Bardzo często słyszę „blanc”, „blanche” (biała), „ma chere” (moja droga), „ma fille” – moja dziewczyno albo „americaine” (to chyba przez kolor włosów tak popularny w filmach US). Czasami słyszę jeszcze inne odzywki i dziękuję Bogu, że mój francuski jest tak słaby, a Marianne nie chce mi ich powtórzyć ani wytłumaczyć. Obawiam się, że gdybym znała dobrze język to popełniłabym kilka morderstw a przynajmniej parę osób dostałoby w twarz, a moje życzliwe nastawienie do Kameruńczyków zmieniłoby się we wrogie rasistowsko-feministyczne podejście do szowinistycznych mężczyzn.

Aby urozmaicić wieczór ojciec skorzystał z projektora i laptopa przekazanego do naprawy przez siostry. Zostawiły sprzęt do przeglądu technicznego, bo jak już pisałam o. Darek świetnie się na tym zna. Była wiec okazja byśmy obejrzeli parę zdjęć na dużym ekranie z ich wycieczki nad Ocean..

Niedługo potem Jean-Marie wraz z żoną poszli sobie do domu, jakiś czas później rozeszła się reszta towarzystwa. Było dopiero po 23, ale myśl wstania przed 6 rano napawała mnie grozą. Stwierdziłam, że we wtorek zrobię sobie wolne i trochę odeśpię. Postanowiłam nastawić budzik na 6 rano. O. Darek powiedział, że jeszcze trochę powalczy z komputerem ( i znowu się pytam kto tu z nas jest informatykiem?) bo chce mi zainstalować komputer i internet w pokoju, bym mogła to właśnie tu pisać. Hmm, czy może być lepszy prezent urodzinowy, w sercu Afryki, dla osoby uzależnionej od netu i będącej tysiące kilometrów od rodziny i znajomych spragnionych kontaktu?

************* fragment nie dla wrażliwców **********************************

Szczęśliwa wracałam do pokoju, uważając, że pierwszy dzień pobytu w Bertoua już się zakończył i że nowe wrażenia będą na mnie czekały dopiero jutro. Tymczasem to jeszcze nie był koniec niespodzianek. Gdy weszłam do pokoju i zapaliłam światło, na pasku mojej torby od aparatu zobaczyłam pierwszego karalucha. Wiedziałam, że może mnie czekać kiedyś taka „wizyta”, ale mając za sobą doświadczenie 10 miesięcy w akademiku z karaluchami, wierzyłam, że zachowam się „godnie”. Częściowo mi się udało, bo nie wrzasnęłam. Aczkolwiek patrząc na robaczka znacznie przekraczającego rozmiarami wypasionego na studenckim wikcie polskiego karalucha, co więcej, zdającego się być o wiele lepiej opancerzonym, postanowiłam z okazji moich urodzin „wyjątkowo” darować mu życie. Gonienie za nim i rozdeptanie go na podłodze chyba nie należały do przyjemności, które zamierzałam przeżyć tego dnia. Dalej z „godnością” weszłam do łazienki. Sięgnęłam po waciki i wtedy spomiędzy moich środków higieny wybiegł drugi obrzydliwy karaluch!!! Cóż, niech będzie dzień dobroci dla zwierząt, skoro jego koledze darowałam życie, to czemu jemu mam nie darować? Obiecałam sobie, że od dziś będę chodzić wcześnie spać, by nie napotykać się już więcej na żadne zmory nocne. Zasnęłam grubo po północy. Przez kilka następnych dni nie ośmieliłam się zajrzeć do mojej torby z aparatem by sprawdzić czy nie tam zakamuflowało się zwierzątko.

************ koniec fragmentu *********************************************

Wtorek, 21 listopada 2006 ( Kup Pan osła! )

Wstałam około 6 rano, co dla mnie było nie lada wyczynem. Po Mszy i śniadaniu poczułam się niewyspana. Niestety brak 8-godzinnego snu zaczynał się mścić i gdy się ciut ociepliło zrobiłam się strasznie senna. Stwierdziłam, że położę się na godzinkę lub dwie do łóżka, a potem wezmę się ostro za opisywanie tego co się tutaj dzieje. Kiedy tak sobie cichutko drzemałam nie rzucając się w oczy nikomu, pojawił się o. Darek z dzieciakami. Wnieśli nowe meble – stolik i taboret. O Darek zaczął instalować w moim pokoju komputer i internet. Moje usiłowania wstania i zaangażowania się w to wszystko były tak mizerne, że stwierdzono, iż lepiej bym spała niż żebym przeszkadzała. Zasłoniłam moskitierę, położyłam się z powrotem i zaczęłam się zastanawiać, co może myśleć o mnie ojciec Darek. Chyba wygląda na to, że przyjechałam i nic nie chce robić oprócz spania. I że pewnie w Warszawie też nic innego nie robię tylko śpię.

Kiedy nastąpiło przemeblowanie w moim pokoju wyszłam na zewnątrz licząc, że jasne afrykańskie słońce mnie dobudzi. Miałam okazję podziwiać o. Darka jak przeciąga kable z budynku do budynku i sprawia by wszystko zaczęło działać. Myślę nad tym jak zmieniły się czasy. Jeszcze parenaście lat temu internet nie był powszechnie dostępny i był pewnego rodzaju luksusem. Teraz jest narzędziem niezbędnym do kontaktu ze światem, szczególnie w tak ważnej placówce, jaką jest misja. Poczta tradycyjna kiepsko działa i informacje przesyła się najczęściej za pośrednictwem ludzi podróżujących między Kamerunem a Europą. Nie jest to ani szybkie ani praktyczne. Dzięki internetowi, osoby życzliwe misji mogą się dowiedzieć, co się tam w danej chwili dzieje i jakie są potrzeby. Kiedy przez ponad rok o. Darek nie miał u siebie internetu, tylko rzadko chodził do kiepskiej jakości kafejek internetowych to wszyscy na tym ucierpieli. Z drugiej strony sieć i komputery są nowoczesną technologią. Dlatego jest dla mnie niesamowity kontrast w tym, że brakuje tu oczywistych w Polsce rzeczy, a z drugiej strony jest technologia. Bez problemu mogę komunikować się z ludźmi w Polsce, będąc w samym sercu Afryki, co wydaje się cudem, a jednocześnie nie mam pralki, ciepłej wody w kranie i jeszcze paru udogodnień, które są dla mnie normą.

Próbuję się zabrać za pisanie, ale kiepsko mi idzie, więc postanawiam zrobić pranie. Moje jedyne długie spodnie, jakie wzięłam ze sobą pobrudziły się w czasie podróży, a okazuje się, że bardzo ich potrzebuję. W porze suchej ranki są chłodne, wieczory też, dodatkowo tną komary, więc warto byłoby mieć te spodnie w użyciu. Poza tym przez parę dni trochę ciuchów do prania się nazbierało. Pożyczam z kuchni szare mydło (podstawowy środek do mycia się, prania i zmywania naczyń), od Epiphanie dostaję szczotkę, wiaderko i miskę i do dzieła! Pranie wymaga kilkukrotnego spacerku z wiaderkiem do pompy i z powrotem. Tak piorę sobie powolutku. Robi się coraz cieplej, słoneczko przygrzewa. Odkrywam, że to pranie ręczne nie jest nie takie straszne, przy tym trybie życia, jaki tu prowadzę. W Warszawie zdarza się, że nie mam czasu wrzucić rzeczy do pralki i odczekać godziny, bo np. jest późno i chcę iść spać. A tutaj nigdzie się nie spieszę, to mogę spokojnie sobie trzeć koszulkę po koszulce, skarpetkę po skarpetce. Inna sprawa, jeżeli ktoś musi pracować, lub się uczyć, tak jak dzieci. Wtedy pranie ręczne jest dodatkowym, długim i żmudnym obowiązkiem. Akurat, gdy ja kończę swoje pranie, dziewczyny zaczynają własne. Na ziemi leży olbrzymia sterta ciuchów. We Foyer ok. 20 dzieci i prania jest naprawdę dużo po kilku dniach. Myślę, że pralka by im się tutaj bardzo przydała, ale czy ktoś kiedykolwiek wpadnie na pomysł by ofiarować misji taki prezent, lub dostateczne fundusze na ten cel? Wieszam czyściutkie (?) rzeczy na sznurku, aby wyschły i wracam do pokoju by napisać choć parę słów. Napiszę nawet, że szare mydło nie jest takie złe. I właśnie, kiedy przeszła mi przez głowę ta myśl, zobaczyłam kątem oka, że Epiphanie rozdziera mały woreczek z proszkiem do prania. To ja w szarym mydle, a ona miała proszek? Chwila refleksji, no tak, ale moje rzeczy są czyste, krótko noszone, regularnie prane w proszku, więc jak raz czy dwa razy będą wyprane w szarym mydle to nic im się nie stanie. Natomiast, jeśli używane ciuszki dzieci, są długowieczne i noszone po kilka dni z rzędu, to będąc regularnie prane w szarym mydle często bywają niedobrane, tak więc jeśli dziewczyny raz na jakiś czas dodadzą do wody odrobinkę proszku, to raczej nie powinnam im żałować.

Po godzinie czy dwóch pisania, przyszedł czas na odpoczynek. Zbliża się pora posiłku. Tym razem niespodzianka. Na obiad dostaję gołąbki! I jak tu mam się czuć jak w Afryce? O. Darek i Lidia mnie tu rozpieszczają, bo dałam ustaloną z góry ilość pieniędzy na swoje wyżywienie, a wiem, że dzieci jedzą tu zupełnie co innego, bo nie starcza funduszy na wykwintne dania na misji.

Po obiedzie sjesta. Postanowiłam się trochę poopalać. Od o. Darka dostałam matę, na której mogłam się rozłożyć w kostiumie kąpielowym i wreszcie móc się nacieszyć tutejszym wspaniałym klimatem. Nagrzana słońcem poszłam wziąć prysznic i to było odkrycie!!!!. Wydaje mi się, że w południe woda jest o 2-3 stopnie cieplejsza, a i ja mam w sobie dużo energii słonecznej. Tak więc mam już opracowaną strategię – rano i wieczorem mycie strategiczne, a porządny, przyjemny i ochładzający prysznic, w południe, jeśli akurat nie będę poza terenem misji.

Chwilę później woła mnie o. Darek. Jedziemy kupić osły. Podstawowym źródłem mięsa tutaj na misji jest oślina, gdyż jest najtańsza. Mieszkańcy Bertoua pogardzają tym rodzajem mięsa i wolą wołowinę, która jest dziewięć razy droższa. Misji nie stać na takie luksusy. Natomiast miejscowi, których też akurat nie stać na takie luksusy wolą sobie „przyrządzić” kotka lub pieska. Na terenie misji już pasie się kilka osiołków, ale my dokupimy jeszcze pięć. Jeden osiołek to tydzień jedzenia dla kilkudziesięciu osób.

Zazwyczaj o. Darek jeździ 120 km, aby kupić zwierzaki. Tym razem jednak jedziemy tylko 60 km do bliższej wioski. Tam zakupy były robione do tej pory kilka razy. Ludzie mieszkający tam pochodzą z bardzo dziwnego plemienia. Mają dość wysokie mniemanie o sobie, żadnego wykształcenia i w ogóle nie uczą się na własnych błędach. O. Darek kończył zootechnikę i bardzo dobrze zna się na zwierzętach. Mówi, że żeby związać osła i wrzucić go na samochód nie trzeba wiele wysiłku, że robi się to jednym ruchem, ale ci sprzedawcy, którzy nic innego nie robią tylko zajmują się osłami nie mają o tym zielonego pojęcia. Co więcej, nie dadzą sobie wytłumaczyć, jak to należy zrobić poprawnie i za każdym razem próbują nowych sposobów, tak jakby nie pamiętali, czego próbowali wcześniej. Trudno mi w to uwierzyć, ale za chwilę będę mogła się o tym przekonać samodzielnie.

W międzyczasie rozglądam się dookoła. Przyglądam się dokładniej mijanym, barakowatym domkom. Wyodrębniam dwa czy trzy sposoby ich budowy, ale teraz jeszcze nie będę o tym pisać, gdyż w przyszłym tygodniu będę miała okazję zobaczyć jeszcze inne rodzaje „lokalnej architektury”. Kolejną rzeczą, która mnie zaskakuje to suszący się maniok. O ile jeszcze byłam w stanie zrozumieć suszenie manioku na „czystej” skale wśród natury, o tyle kompletnym szokiem było zobaczenie ślicznych białych prostokątów na poboczu szosy. Wygląda na to, że w Kamerunie pobocze służy między innymi do suszenia manioku, kto by pomyślał. W takim razie brak asfaltowych dróg może się okazać jeszcze bardziej uciążliwy nawet dla tych, co nie mają samochodu. Gdzie tu suszyć maniok?

Dojeżdżamy do wioski. Przychodzi kilku mężczyzn, dookoła chmara dzieci. Przyprowadzają dwa osły. O. Darek jest niezadowolony, bo rano rozmawiał o tym, że kupi ich pięć. Nie rozumiem dokładnie rozmowy, ale widzę, że handlarz próbuje ewidentnie mętnie coś tłumaczyć. Normalnie ściemnia. O. Darek się trochę denerwuje, mówi, że sprzedawca jest niepoważny. Potem mi tłumaczy, że za każdym razem dokonując zakupów w tej wiosce był informowany o innej ilości dostępnych zwierząt od tej, którą mógł zakupić.

Mężczyźni próbują załadować pierwszego osła na samochód. Marianne, która przyjechała z nami próbuje im wytłumaczyć w ich lokalnym języku, co mają zrobić, żeby to poszło skutecznie. (Tylko dwaj handlarze znają słabo francuski, a pozostali ludzie mówią tylko w swoim narzeczu) Nikt nie słucha Marianne – przecież każdy z nich wie lepiej. Przywiązują sznurek do jednej nogi osła zakładając, że gdy ją wciągną na samochód to siłą rzeczy, osioł sam posłusznie wejdzie do środka. Żeby być pewniejszymi sukcesu, mężczyźni wiążą dodatkową pętlę na szyi zwierzęcia. Wchodzą na samochód i próbują wciągnąć oślisko. Zwierzak kompletnie nie wie, o co chodzi. Mając prostopadle wyciągniętą przednią nogę, położoną na samochodzie, nie jest się w stanie na niej podeprzeć. Dlatego pozostałymi trzema nogami mocno stoi na ziemi. Mężczyźni ciągną z całej siły i siłą własnych mięśni wciągają częściowo czworonoga, lecz przy okazji podduszają pętlą na szyi. Zwierzę w geście obronnym rzuca się i spada, w dodatku nagle znajduje się pod samochodem i gdy próbuje się podnieść wali się w łeb. Greenpeace pewnie walczyłby o prawa tego ssaka do utraty tchu. Nawet ja patrząc na nieudolność ludzi męczących niepotrzebnie zwierzę, nagle zdałam sobie sprawę, że bardziej żal mi jest tego osła niż tego biednego, niewykształconego plemienia. Ci ludzie nie mieli żadnej edukacji. Ich dzieci, brudne od kurzu, w niedobranych i postrzępionych ubrankach, nigdy nie przekroczyły progu szkoły i zapewne nigdy go nie przekroczą. Zaczęłam się zastanawiać czy ich absolutna niezdolność do nauczenia się czegokolwiek nie wypływa z genów. Jeśli ewoluujemy jako istoty, to przystosowujemy się jak najlepiej do istniejących warunków. Jeśli od pokoleń chodzimy do szkoły to może jakoś genetycznie przystosowujemy się do przyswajania wiedzy, i nauki na doświadczeniu życiowym. Jeśli czyjeś życie jest bezpieczne, jednostajne i nie ma w nim niespodzianek, to nie musi się uczyć niczego nowego. Jeśli od pokoleń niczego nowego nikt się nie nauczył, to może zanika zdolność uczenia się? Cóż nie jestem ani biologiem, ani genetykiem, ani antropologiem, więc nie powinnam dywagować nad źródłem grupowej głupoty, którą przecież i w Polsce można spotkać. Po długich przebojach, których już nie będę opisywać ( powyższa próbka wystarczy) oba osły znalazły się w samochodzie i wróciliśmy do domu. A potem rutyna: pisanie, krótki kontakt z dziećmi, pisanie, kolacja, pisanie, absolut rapsberri, pisanie, spanie…

Środa, 22 listopada 2006 ( „Szarpajmy jadło na sztuki, niechaj nagie świecą kości” )

Dzwonek dzwonił, a ja go zlekceważyłam. Obiecałam sobie, że się wyśpię i nie będę się na siłę zrywać. Choć dla miłośników wylegiwania się do południa, moje wylegiwanie się by zdążyć na 7 rano na śniadanie nie jest chyba specjalnym wyczynem. Po śniadaniu stwierdziłam, że wezmę się za nowe pranie – spodobało mi się po wczorajszym!!! Nie mając spodni, ciągle chodziłam w spódnicy, która cała została pokryta wszechobecnym kurzem, a mój ręcznik do tej pory swoim zapachem przypominał mi hotel Residance.

Kiedy skończyłam pranie i miałam szczery zamiar zabrać się za pisanie, zrobiło się już ciepło i znowu ogarnęła mnie senność. Jako że się wyspałam do syta doszłam do wniosku, że albo klimat afrykański źle na mnie działa, albo się rozleniwiam, albo mi ewidentnie brakuje stresu i używek – praktycznie piję tu tylko i wyłącznie filtrowaną wodę. Żadnej herbaty i żadnej kawy. Choćbym miała zasnąć na siedząco nie pójdę już spać w dzień bo nie ma do tego żadnego racjonalnego powodu. Nagle przypomina mi się, że w kuchni widziałam chyba Pluss Active. Skoro opakowanie nie zostało wyrzucone, to może ktoś z odwiedzających o. Darka, zostawił tam przynajmniej jedną tabletkę? Okazuje się, że w pudełku jest prawie połowa zawartości, trochę zwilgotniała, ale dobre i to. Czego mogę wymagać od nieszczelnie zamkniętego pudełka leżącego przez kilka miesięcy w czasie wilgotnej pory deszczowej…? Zabieram znaleziony skarb do pokoju, bo raczej nikt poza mną nie będzie z niego korzystał. Od razu wypijam 2 tabletki i czuję, że wracam do życia. Spisuję wspomnienia przez najbliższe kilka godzin. Niestety nie mamy dostępu do internetu, więc nie mogę przesłać żadnej wiadomości do najbliższych. Dzięki Bogu mam telefon komórkowy, więc mogę wysłać SMSy.

Nie ma jednak tak łatwo. Chwilę później o. Darek mnie woła, że przyszedł sprzedawca obnośny i sprzedaje obrazki, więc jeśli chcę to mogę coś kupić. Sprzedawca jest artystą z Yaounde i przysłała go do mnie Ewa (misjonarka). W rodzinie mam wielu artystów, więc patrząc na obrazki lekko trącące kiczem nie mogę ich uznać za wielką sztukę. Jednakże „ku pamięci” decyduję się na obrazek z palmami i chatkami murzyńskimi. Sprzedawca zachwala swój towar mówiąc, że obrazy są malowane farbami olejnymi, tak że łatwo się taki obraz czyści –myje. Mój francuski nie jest zbyt dobry więc może go źle zrozumiałam, ale rozbraja mnie wyobrażenie siebie myjącej mokrą szmatką olejny obraz. Pytam się jaką proponuje cenę – on mówi 6000 franków, ale że mi może sprzedać po 5000. Idę po o. Darka i proszę o pomoc w negocjacjach. Ojciec pyta się o cenę specjalnie dla niego. Sprzedawca mówi 7000. Jego postawa po prostu nas rozbraja – ten „artysta” nie wpadł na to, że ja ojcu powiedziałam już cenę mi proponowaną. W tym momencie o. Darek „unosi się gniewem”, na fakt, że skoro jemu zaproponowano wyższą cenę niż mi to oznacza to absolutny brak szacunku. W rezultacie kupujemy obrazek za 3000 frankow.

Z powrotem wracam do pisania, ale nie na długo. Przychodzi kolejny sprzedawca. „Obrazy olejne” mnie nie interesują, ale za to pierwszy raz widzę „obrazki” stworzone ze skrzydełek motyli. (Parę dni później dowiaduję się, że będę musiała uważnie spakować te obrazki, gdyż motyle są pod ochroną, więc celnicy się mogą tego przyczepić. No cóż widocznie przemyt będę musiała uprawiać w dwie strony). Obrazki są całkiem ładne ale „biedne”. Są to różne postacie, domki lub zwierzęta ze skrzydełek motylich naklejonych na zwykłe kartki z bloku. Żeby zrobić z tego pamiątkę w Polsce będę musiała kupić jakieś ramki ze szkłem… Kilka obrazków jest oprawionych, ale po pierwsze są dużo droższe, a po drugie nie ma sensu „wozić szkła” do polski, bo jest to ciężkie i Może się stłuc. Cena oczywiście jest wysoka… Trudno mi powiedzieć o ile razy większa niż ta za którą można ostatecznie je kupić. Z jednej strony praca z motylich skrzydełek jest ciekawa, z drugiej strony, kartki czasem przybrudzone i krzywo wycięte nie mogą być zbyt wiele warte… Sprzedawca ma też obrazki z piasku, tak więc wybieram kilka. Później mogę nie mieć okazji na te zakupy. Łącznie wybieram obrazków za sumę, której nie mam nawet przy sobie, ale liczę na umiejętności ojca Darka. Trzeba przyznać, że jest on twardym negocjatorem. Sprzedawca próbuje wszystkich sztuczek, włączając w to tekst „prends pitie de moi” (zmiłuj się nade mną), ale o. odpowiada, że będzie się nad nim litował jak przyjdzie na Mszę do kościoła, a teraz to robimy biznes. Koniec końców udaje się nam wynegocjować dobrą cenę i nawet zostaje mi niewielka reszta w kieszeni.

Przy tak pięknej pogodzie nie można jednak ciągle opalać się w cieniu pokoju i blasku monitora. Tą przyjemność mam na co dzień w domu i w pracy. Idę się trochę poopalać. Proszę Marianne, żeby pomogła mi nasmarować plecy kremem. Kładę się na chwilkę, ale już widzę, że zaraz muszę wrócić do pokoju. Dookoła latają moskity i gryzą, więc muszę się spryskać jakimś sprayem odstraszającym. Już teraz wiem czemu tu się mówi bonsoir wczesnym popołudniem. Skoro latają już komary, to znaczy chyba, że jest „wieczór”.

********************** fragment nie dla wrażliwców ************************

Gdy wygrzałam się na słoneczku i zastanawiałam się czy opalać się dalej, czy wziąć przyjemny o tej porze chłodny prysznic dowiedziałam się, że jeden z naszych osiołków stanie się za chwile żarełkiem. Nigdy jeszcze nie widziałam „obróbki ze skrawaniem” żadnego zwierzątka. Nie wiedząc jeszcze czy będę w stanie spokojnie się patrzeć na tak drastyczne widoki, wzięłam aparat i „pour la science” jak stwierdzili chłopcy wzięłam się za fotografowanie.

Jeśli ktoś jest zainteresowany jak się „obrabia” osiołka i nie je w tej chwili kanapki, ani nie jest walczącym, wegetariańskim aktywistą Greenpeace, to może kontynuować dalej czytanie tego fragmentu.

O. Darek wyciągnął strzelbę i wypalił. Osiołek trafiony w głowę padł na trawę. Chłopcy podstawili pod głowę miskę, by odpływająca krew tam ściekła. Potem chyba odrąbali osiołkowi głowę. Następnie przecięli skórę w okolicy kolan, i stopniowo zaczęli ją oddzielać z lewej strony osła. Gdy to zrobili, trzeba było obrócić zwierzę na drugą stronę. W tym celu przyniesiono wielkie liście bananowca i na nich został ułożony czworonóg. Kiedy skóra została ściągnięta rozcięto mu brzuch i wyjęto różne „interesujące” organy jakie się znalazły w środku. Potem poćwiartowano mięso na kawałki. Byłam naprawdę zadziwiona wprawą i szybkością z jaką zostało to zrobione.

******************** koniec fragmentu *************************************

Czwartek, 23 listopada 2006 ( „My też?” )

Dziś znowu zakupy z Marianne. Jedziemy motorkiem na targowisko. Jest ono naprawdę olbrzymie i trudno mi ocenić ile miejsca zajmuje. Mój brak orientacji w terenie powoduje, że trudno mi ustalić jaką „trasą” robimy zakupy, gdyż czasem chodzimy w kółko od stoiska do stoiska.

Oprócz ilości nagromadzonych ludzi i towarów wrażenie robi też ilość malutkich dzieci. W wieku niemowlęcym lub do kilku lat. Średnio przy co drugiej lub co trzeciej sprzedawczyni jest jakiś maluszek w obdartym ubranku, mniej lub bardziej wskazującym na czasy dawnej świetności. Gdyby się wsłuchać w odgłosy dochodzące z targowiska, przynajmniej z kilku stron słychać płacz lub głos małego dziecka.

W porze suchej parasole są używane zgodnie ze swoją nazwą („para sol” -> „na słońce”) Można zauważyć ludzi którzy idą po ulicach z parasolami. Na targowisku niektórzy potrafią się skulić i zdrzemnąć w cieniu wielkiego parasola położonego na ziemi.

Podoba mi się sposób w jaki Marianne robi zakupy. Gdy uzbiera się nam ciężka siatka, zostawia ją na jednym ze stoisk. Po pełną siatkę wrócimy później, a tymczasem napełniamy nową: avocado, plantany, ziemniaki itp. Co ciekawe tutaj nie kupuję się na wagę tylko albo na sztuki albo „za okresloną ilość pieniędzy (np. proszę o bataty za 50 franków =30 groszy) Oczywiście można stwierdzić, że np. za tą sumę chcemy większy owoc lub warzywo lub trochę większą ich ilość.

Podchodzimy też do stoiska z mięsem leżącym w upale na gołym blacie, otoczonym rojem much. Już kilka dni temu zastanawiałam się jak można kupować i jeść takie mięso. Tymczasem widzę, że Marianne je kupuje! Ojej! My też? My tez to jemy? A ja blondynka myślałam, że kupujemy tylko zamrożone mięso.

Zakupy zajmują nam trochę czasu, więc nie jestem do końca pewna dlaczego w tym upale pierwszą kupioną rzeczą były mrożone ryby, ale nie będę się nad tym zastanawiać. Może się nie rozmrożą przed powrotem ?. Kupiłyśmy już prawie wszystkie produkty z listy Marianne i wracamy się po siatki. Jest ich kilka i są dość ciężkie, tak wiec wynajmujemy chłopaka z taczką by podwiózł nam zakupy do ulicy. Kosztuje nas to około 70 groszy. Następnie czekamy aby wynająć 2 motorki na powrót do domu. Chwilę czekamy, gdyż stojący na ulicy motocykliści nie są dobrzy, według Marianne, a my nie chcemy ryzykować tego że przewrócimy się z pojazdem na ulicy. Na jeden motorek są załadowane wszystkie zakupy, na drugim jedziemy my. Podwiezienie do domu na motorku to też koszt około 70 groszy.

Po powrocie czeka już na mnie obiad. Głównym składnikiem dania jest ?gombo?. Jest to warzywko, które po ugotowaniu sprawia, że potrawa jest delikatnie mówiąc glutowata i się ciągnie jak białko od jajka. To właśnie danie z tego warzywka mogłam obserwować w poniedziałek na rynku, patrząc na jedzącą kobietę. Mój posiłek jednak wyglądał o wiele apetyczniej, miał w sobie rybkę i inne warzywka, jednakże ciągnął się niemiłosiernie. Nawet ser na pizzy w reklamie telewizyjnej nie ciągnie się tak bardzo. Jem to łyżką, bo widelcem się nie da. Ojciec Darek proponuje, bym jadła jak tutejsi ludzie, czyli rękami. Obok mojej ciągnącej się potrawy mam talerz z „Kus-kus”. Tutejszy kuskus to nie jest bynajmniej ta śliczna żółta kaszka, którą robimy w Polsce. To gęsta masa koloru szarego składająca się z mąki kukurydzianej i manioku o konsystencji i wyglądzie przybrudzonej i stanowczo za gęstej kaszy mannej. Smak jest w zasadzie „bez smaku”. Tak więc odrywam kawałek tej masy, zamaczam w mojej ciągnącej się potrawie i próbuję włożyć do ust. Za chwilę całą buzię mam umorusaną, a ojciec Darek śmiejąc się wyciąga aparat, robi zdjęcia i mówi bym bynajmniej sobie nie przeszkadzała. Zabawa jest fajna, zdjęcia myślę, że też. Nie zdobyłam się jednak jeszcze na odwagę, by je obejrzeć. Potrawa, choć to nie kawior z szampanem jest jednak egzotycznie interesująca i w spokojnie zjadliwa do momentu gdy mi się urywa zbyt duży kawałek kuskusa… Czując buzię pełną glutowatej masy, zaczynam mieć straszliwe skojarzenia. I czuję, że jedzonko staje mi w gardle. Co więcej ma straszną ochotę udać się w kierunku przeciwnym niż powinno. Całą siłą woli przełykam ten kęs, wiedząc, że będzie ostatnim.

Wieczorem, próbuję sobie przypomnieć w co mogę się pobawić z dziećmi. Do tej pory klaskałam w dłonie z pojedynczymi dziećmi, ale myślę, że byłoby fajniej, gdybym mogła się bawić z całą grupą. Przypomina mi się zabawa z dzieciństwa „Onse madonse flore…”, gdzie stoi się w kółeczku i klaszcze w ręce. Próbuję sobie też przypomnieć jakąś piosenkę po angielsku dla dzieci. Część z nich umie powiedzieć „bye” „how are you” i policzyć do dziesięciu, więc piosenka może być przydatna. Próbujemy się razem bawić i nawet jakoś nam wychodzi. Umawiamy się, że w piątek wieczór pobawimy się znowu.

Piątek, 24 listopada 2006 ( „Chwila spokoju” )

Jest już piątek rano, a ja tak naprawdę nie skończyłam do końca opisywać poniedziałku. Obiecałam sobie, że poświęcę tu trochę czasu na pisanie, bo widzę, że choć Jola i Marianna spisywały w zeszytach wieczorami wspomnienia „na gorąco”, to potem jakoś zabrakło im czasu po powrocie, by dokończyć pisanie w Polsce.

Czasami się zastanawiam czy siedzenie tu przy komputerze nie jest jakby „stratą czasu”. Ale wiem, że po powrocie do Polski, z powrotem wejdę w stały kierat: praca i cały zestaw innych obowiązków, w międzyczasie Święta Bożego Narodzenia i Sylwester, i tak ani się obejrzę jak minie miesiąc czy dwa a ja nic nie napiszę. Inna sprawa, że ręcznie piszę nieczytelnie, a na klawiaturze piszę dużo szybciej, tak więc mając w pokoju komputer, grzechem byłoby nie zapisanie swoich wrażeń. I tak to będą wrażenia nie na „gorąco” ale przynajmniej „ w miarę na bieżąco”. Wreszcie kończę opisywanie poniedziałku i „zaczynam wtorek”. W tym tempie nawet przy regularnym pisaniu będę miała i tak straszne zaległości. Staram się napisać jak najwięcej, gdyż nazajutrz wyjeżdżam na cały tydzień na wycieczkę na północ Kamerunu. Wolę nie myślec ile „wspomnień” będzie czekało do zapisania po moim powrocie.

Nie przewidywałam dalekich wypraw w czasie mojego pobytu w Bertoua, dlatego przywiozłam stosunkowo niewielką (jak na mnie) ilość gotówki potrzebną do przeżycia tutaj na możliwym poziomie i na zakup paru pamiątek. Nie chciałam wydawać zbyt wiele, gdyż same koszty podróży i przygotowania do wyjazdu były bardzo wysokie. Zdaję sobie jednak sprawę, że to co mam jest stanowczo za mało by pozwolić sobie na dodatkowe wojaże. W każdym cywilizowanym kraju chwilowy brak gotówki nie jest specjalnym problemem dzięki takiemu wynalazkowi jak karta bankomatowa i kredytowa oraz bankomaty. Być może jakiś zagubiony bankomat znalazłby się może jeszcze w stolicy, ale w Berta mogę o tym zapomnieć. Dlatego muszę napisać list w stylu „kochane pieniążki przyślijcie rodzice” aby mieć w ręce gotówkę ? i ponieść dodatkowe koszty związane z transferem pieniędzy za granicę.

Aby poza światłem monitora złapać choć trochę promieni afrykańskiego słońca udaję się na długi spacer w kierunku przeciwnym niż droga do centrum miasta. Przechodzę koło kilku domków, przed którymi jest kilkoro dzieci. Dwa słodkie maluszki bawią się na macie. Przystaję aby na nie popatrzeć z daleka. W tym momencie jedno z dzieci mnie zauważa. Usta wyginają mu się w podkówkę i wybucha głośnym płaczem. Wstaje i biegnie do mamy. Dwie sekundy później to samo robi drugie dziecko. No cóż, muszę się przyzwyczaić, że wzbudzam strach u niektórych maluchów. (Kilka dni później dowiedziałam się, że przyczyną strachu u dzieci nieobytych z białymi jest nie tylko ich

”dziwny wygląd”. W Kamerunie, czasami rodzice straszą „białymi”, tak więc dziecko się boi ich tak samo jak nasze dzieciaki mogą się bać Baby Jagi czy innych strachów)

Wieczorem tak jak obiecałam spędzam czas z dziećmi. Ja ich uczę piosenki oraz zabawy „onse madonse flore” a one mnie swoich zabaw. Widzę, że wiek przytępił mi nieco pamięć, bo już sama nie dokładnie pamiętałam reguł zabawy, a dzieci intuicyjnie wyczuły zasady o których zapomniałam im powiedzieć. Odkrywam, że mają tu „afrykańską wersję” zabawy „chodzi lisek koło drogi”. Tylko, że tutaj zamiast kulawego liska, chodzi pantera, która zje każdego kto na nią się spojrzy. Zamiast chusteczki dzieci używają klapka, bo zazwyczaj zdejmują klapki i chodzą po chodniku na bosaka. Klapki zakładają jak muszą iść po ziemi lub przez trawę, ale też nie zawsze. Przy okazji zabaw zauważam, że w miejscu pępka niektóre dzieci mają dziwne wybrzuszenie wielkości kilku centymetrów… Dziwne… Robię zdjęcia.

1%

____jeden_procent

Przekaż 1% podatku

MISJA KAMERUN od wielu lat prowadzi działalność charytatywną dzięki wsparciu Darczyńców z Polski i całego świata. Jest to z reguły indywidualna pomoc osób o gorącym sercu. Tymczasem kilkoro młodych i odważnych ludzi stwierdziło, że w grupie można zdziałać o wiele więcej. Mając odpowiedni status prawny dużo skuteczniej będzie można organizować pomoc dla dzieci w Bertoua i Yaoundé.

Dla darczyńców z Polski obecność STOWARZYSZENIA PRZYJACIÓŁ DZIECI SŁOŃCA zarejestrowanego w Polsce pozwala też odliczyć kwoty od podatku i przekazać na pomoc Misji Kamerun.

Gorąco zachęcamy do przekazywania 1% podatku na rzecz Misji Kamerun, wpisując nr:

KRS: 0000313743

Zgodę wyraża się w formularzu PIT, zakreślając odpowiednią rubrykę:

poz.134 – PIT-28

poz.310 – PIT-36

poz.110 – PIT-361

poz.129 – PIT-37

poz.63 – PIT-38

Szczegółowe informacje znajdziesz tutaj, na stronie Stowarzyszenia.

Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca powstało we wrześniu 2008 r. Objęło ono swoją opieką naszą Misję Kamerun. Zapraszamy wszystkich chętnych do zapisywania się do Stowarzyszenia.

Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca przekazuje całość podarowanych kwot na rzecz Misji Kamerun, gdyż koszty jego działalności są pokrywane ze składek Członków.

kamerun_baner_spds

STOWARZYSZENIE PRZYJACIÓŁ DZIECI SŁOŃCA

KRS: 0000313743

PKO BP Oddział 1 w Sosnowcu ul.Kilińskiego 20, 41-200 Sosnowiec

03 1020 2498 0000 8002 0268 4942

REGON 2410170924
NIP 634 269 62 26

www.dziecislonca.org

E-mail: beata1702@eastwest.com.plkasiarubel@hotmail.com

Adres korespondencyjny:
Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca
ul. Listopadowa 2
60-153 Poznań

Dziękujemy za Twoją bezcenną pomoc dla mieszkańców najbiedniejszego kontynentu na Ziemi!

 

2013-03-04 Cizia Zyke i FAT

Motocykliści z Forum Africa Twin (FAT) , przeszli samu siebie.
Do dziś trwa akcja zbiórki pieniędzy na nasz sierociniec a
kilku z nich pracujących w firmie FarmaProm, w ogóle przeszło samych siebie
Byli nas w grudniu 2012.  O kogo chodzi ? To CIZIA i ZYKE, o których pisałem wcześniej na
Facebooku i którzy mają tu na naszej stronie nawet swój album zdjęć .
Jak wiecie dojechali do nas staruszkiem Mercedesem 5 grudnia 2012 i kilka dni spędzili w naszym sierocińcu. Tak im sie u nas spodobało, że nie tylko zostawili nam tego Mercedesa o wdzięcznym imieniu Czarli i pełno różnych prezentów, to teraz po powrocie do Polski przeszli samych siebie. W sumie chodzi o Pawła, Norberta, Monikę i Michała. Wiecie co ci „wariaci” (piszę tak łągodnie , by nie kopiować tego co na tylnej szybie Czarliego napisali ) zrobili ?
Postanowili jako firma FARMAPROM wybudować drugi dom naszego sierocińca.  Zdjęcia z budowy w Galerii. Też taki na 30 dzieci jak ten pierwszy na zdjęciach  na FB. Nienormalni nie ? Jest taka książka „Szaleńcy Boży” – Zofii Kossak. Gdyby jeszcze nie była napisana pewnie i o nich by tam było.
Nie wiem jak dziękować więc nie dziękuję. Podziękuje im KTO INNY !

Budowę rozpoczęliśmy 23 lutego 2013

cizia

2013-01-15 Roberty złote rączki motorowcy

Roberty były dwa, złote rączki i motorowcy – grudzień2012/styczeń2013
Odwiedzili nas w końcu grudnia 2013 pożyczyli nasze motory i zrobili po Kamerunie prawie 5000 km, a po powroci napisali tak :

Cześć Darek! Krok, po kroku wracam do zwykłego rytmu dnia, pracy… Nazbierało się wiele spraw – przeważnie zawodowych – które należą do tych, co były do załatwienia „na wczoraj”. Z trudem wypracowuję wolną chwilę, żeby napisać tych kilka słów, które napisać muszę koniecznie !!! Przede wszystkim, to WIELKIE DZIĘKI ! – za zaproszenie, gościnę, pomoc przy załatwianiu dokumentów, ustalaniu trasy, załatwianiu noclegów i w końcu za pożyczony obiektyw do aparatu ! Burza emocji i doświadczeń jakie przywieźliśmy ze sobą do domu nie przemija, a przy oglądaniu zdjęć i filmików dodatkowo rośnie, hehe . Nie spodziewałem się, że spotkanie z Afryką okaże się „zderzeniem” z Afryką. Doświadczenie Afrykańskiej rzeczywistości chyba na zawsze wryło się w moje postrzeganie świata, życia, siebie samego… Muszę Ci się przyznać, że pierwsze chwile u Was w Misji były trochę… szokujące. Wyrwany z europejskiego postrzegania świata, rodziny, relacji, itd. miałem ciągłą gonitwę pytań : dlaczego to…, dlaczego tak… Myślę, że chyba każdy przyjezdny przeżywał lub będzie przeżywał to samo ( taki lekki szok ), bo jak niby pojąć, że kilkuletnie dzieci muszą tyle i tak pracować że jedzą raz, dwa razy dziennie, wstają tak rano, itd… Dzisiaj wiem, że gdybym wyjechał od Was nie widząc życia poza murami Misji, to miałbym mieszane uczucia. Dopiero 2 tygodnie podróży przez cały Kamerun pokazały mi, jak wiele szczęścia mają Wasze dzieciaki. Dopiero w konfrontacji z biedą, chorobami, głodem, opuszczeniem innych dzieciaków widać, że Epi, Sonia, Jason, Natasza i cała reszta małolatów wygrały „los na loterii” i otrzymały szansę na normalne życie. Z całym przekonaniem dziś piszę : DOBRA ROBOTA, Dominikaninie !!! W pierwszym momencie można się pogubić, bo przenosimy na grunt Kamerunu nasze EUROPEJSKIE kryteria, doświadczenia i oczekiwania, a przecież rzeczywistość jest Afrykańska… W pewnych sytuacjach trzeba postępować twardo i konsekwentnie ( tak trochę „bez serca” ), bo przecież nieubłaganie zbliża się czas, kiedy dzieciaki z Misji same będą musiały zmierzyć się z dorosłym życiem. Będą musiały być twarde, pracowite i jednocześnie wiedzieć, że siłę czerpie się z modlitwy i wypracowanych ciężko przyjaźni ! Dopiero z takiej perspektywy widać, że dzieci z Misji, to nie „ciepłe kluchy”, które trzeba będzie niańczyć przez całe życie, ale osoby dobrze przygotowywane do konkretnych realiów życia. Myślę, że to, że dzieci mają co jeść, gdzie spać, w co się ubrać, chodzą do szkoły i nie czują się samotne, to wielki sukces Twój i wszystkich ludzi, którzy Wam pomagają ( tu wspominam blond Anię i tych, których nie znam osobiście, a tylko z Twoich i Ani opowiadań ). Ten dzisiejszy mail doczeka się jeszcze kontynuacji, bo bogactwo wrażeń i doświadczeń przywiezionych z Kamerunu nie da się zamknąć w jednym liście… Dziś chciałem tylko krótko opisać moje spotkanie z Wami, z rzeczywistością Waszego życia, zaskoczeniem – nawet lekkim szokiem – i w końcu zrozumieniem dlaczego życie w Misji musi być poukładane w taki to właśnie sposób. Dziękuję za wszystko, co mnie dzięki Waszej dobroci i uprzejmości spotkało. Modlę się o wytrwałość dla wszystkich zaangażowanych w to dobre dzieło, szczególnie za Ciebie i ludzi ze Stowarzyszenia, by nie zabrakło gorliwości i wiary w słuszność Waszej ciężkiej pracy. Mam nadzieję, że jeszcze będzie mi dane spojrzeć osobiście w te kilkanaście czarnych, niezapomnianych par oczu… Pozdrów ode mnie i drugiego Roberta dzieciaki i całą resztę mieszkańców misji ! ——————— wszyscy pozdrowieni !

 

bidon1

 

2012-10-09 Łóżka półki

foyer1_500x375

foyer3_500x375_450x338

foyer4_500x375_450x338

Z pomocą naszych dobroczyńców, (wszystkich mi znanych nie tylko z imienia i nazwiska), mogliśmy wreszcie wstawić do dziecięcych pokoi 3-piętrowe łóżka i półki na całą jedną ścianę. Dzieciaki są szczęśliwe, dla niektórych to pierwsze łóżko w życiu. Pomału wstawimy do każdego pokoju stół i krzesła.

Podziękowań wszystkich nie zdołamy nawet wyrazić.

Modlimy się za Was Kochani codziennie na Mszy Świętej o 6h rano ( przed szkołą) i o 17h30 na Różańcu.

2012-09-22 Na Kolorowo

kolorowo tak_800x600_480x360

Trochę jeszcze o naszym domu w Yaounde:
wszystko zaczęło się od wylania fundamentów w czerwcu 2011, co kosztowało 28700 zł. Już w październiku zakończyliśmy budowę dachu, która pochłonęła 6500 zł. Budynek został otynkowany, wstawiliśmy 11 okien i 12 pomalowanych drzwi, co wyniosło 4700 zł. Wprowadziliśmy się w lutym, ale wtedy jeszcze nie mieliśmy światła. Dzięki waszemu wsparciu – 3500 zł mogliśmy zainstalować elektrykę i udało się to w maju 2012. Mamy problem z wodą, gdyż korzystamy na razie z ręcznie kopanej studni. Do pełni szczęścia brakuje zbudowania wieży ciśnień i zainstalowania hydrauliki w domu.
Dzięki waszemu wsparciu w Domu Dziecka w Yaounde mieszkają teraz: Marianne, Epiphanie, Natasha, Sonia, Linda, Nina, Alida, Marlyse, Ingride, Michelle, Patricia, Willy, Waren, Jason, Jack i Cabrol. Opiekują się nimi Marianna i Achille a gotuje nam Jeanne.
W domu w Bertoua mieszkają: Patrick, Boris, Djimi, Marius, Timothe, Nathanael, a gotuje im Fifi.
Jeszcze raz bardzo chciałbym podziękować wszystkim, którzy przeznaczyli 1% podatku na Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca. 16 000 zł które otrzymaliśmy pozwoliło nam przeżyć kilka chudych miesięcy i pokryć część wydatków związanych z budową. Dziękuję także tym wszystkim, którzy odpowiedzieli na apel o wsparcie naszej pracy stolarskiej. Dzięki Wam już za kilka dni będziemy mieli komplet łóżek dla wszystkich naszych dzieci. Właśnie zakończyliśmy malowanie fasady naszego domu. Pomalowaliśmy w rożnych kolorach, żeby było weselej. Pozostaje do pomalowania tylko druga strona domu i będzie już cały ładny.
Zakończenie prac budowlanych i wykończeniowych to punkt, do którego jeszcze daleka droga, ale o tym napiszę w kolejnym liście. Dziś chciałem się skupić głównie na podziękowaniach dla Was pamiętamy o Was w codziennej modlitwie.
Tu na Misji pamiętamy o Was i modlimy się w Waszej intencji na różańcu, codziennie o 17h30
Pozdrawiam i Que Dieu Vous Benisse !
Dariusz Godawa OP

2012-06-19 Łóżko

Dzięki naszym gościom z USA, mamy pierwsze nowe 3-piętrowe łóżko , cena 490 zł. Mamy też już pieniądze na drugie . Potrzeba jeszcze tylko osiem kolejnych i wszystkie dzieci będą mogły przeprowadzić się z podłogi na łóżko.

W zakupie kolejnych łóżek można oczywiście pomóc, wpłacając na nasze koto Inteligo – Dariusz Godawa – 50 1020 5558 1111 1209 2800 0024 lub w systemie www.paypal.com na adres emailowy: darek@misja-kamerun.pl z dopiskiem : „NA ŁÓŻKO”

img_9279_640x427

2012-06-01 Dzień Dziecka -Paypal

Dzięki naszym gościom z USA dowiedzieliśmy się ze można założyć konto na Paypal i dobroczyńcy będą mieli jeszcze jeden sposób na pomoc naszemu sierocińcowi. Tak więc od dziś można nam też pomagać wpłacając parę groszy w systemie paypal

na adres : darek@misja-kamerun.pl