yt kanał misji

Archiwa

Wywiad z Merkuriusza

Z ojcem Dariuszem Godawą OP kierującym Misją w Bertoua, oraz Katarzyną Rubel, przedstawicielką Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca, rozmawia Mariola Zdancewicz

Jak znalazł się ojciec w Kamerunie?

DG: O wyjazd do Kamerunu poprosiłem swoich przełożonych będąc jeszcze w nowicjacie w 1988 roku. Właśnie wtedy wrócił do nas z Afryki nasz prowincjał poszukujący braci, którzy byliby chętni wyjechać. Zgłosiłem się i przez cały czas pobytu na krakowskim studentacie trwałem w postanowieniu wyjazdu. Do Kamerunu wyruszyłem już w trzy tygodnie po święceniach – w 1993 roku.Planowaliśmy założyć tam centrum formacji katechistów w diecezji Bertoua. Brakowało jednak środków do realizacji tego zamysłu. Ja opiekowałem się parafią św. Piotra i Pawła, a dwaj współbracia prowadzili kursy dla katechetów jeżdżąc do różnych wiosek w całej archidiecezji. Byłotak do roku 1996. Około cztery lata później, w odpowiedzi na lokalne potrzeby, zrodził się pomysł otwarcia domu dziecka. Nie mieliśmy wtedy jeszcze odpowiednich zabudowań, więc na początku dwudziestkapiątka dzieci zamieszkała na plebanii. Pod nazwą Foyer St. Dominique sierociniec funkcjonuje od stycznia 2002 roku.

A w jaki sposób Pani zaangażowała się w działalność Misji Kamerun?

KR: Zupełnie przez przypadek. Pojechałam do Kamerunu na wakacje i tam trafiłam do Domu Dziecka prowadzonego przez ojca Dariusza, który działał tam już od kilkunastu lat. Wpadłam wtedy na pomysł warsztatów plastycznych i spędziłam kilka dni z dziećmi rysując. Finałem warsztatów był pierwszy, spontaniczny wernisaż w kościele. Pomyślałam, że warto byłoby poszukać jakiejś innej formy wsparcia dla tych dzieci. W Bertoua pomagało grono sprawdzonych przyjaciół ojca Dariusza i wolontariuszy, którzy trafili tam dzięki stronie internetowej Misji Kamerun. Ich działania nie miały jednak formy prawnej. Postanowiliśmy więc założyć stowarzyszenie i w ten sposób sformalizować działalność istniejącej już grupy ludzi. Zależy nam na tym, aby osoby, które chciałyby wspomóc finansowo misję, miały pełną jasność tego gdzie trafiają i na co są wykorzystywane ich pieniądze. Stowarzyszenie działa wyłącznie w oparciu o osoby zaangażowane, które chcą pomóc nieodpłatnie, z potrzeby serca.

Co skłoniło ojca do założenia Domu Dziecka?

DG: To co widziałem we własnej parafii, a więc dzieci osierocone lub takie, które pochodziły z wielodzietnych rodzin poligamicznych, i których rodziców nie było stać na wysyłanie potomstwa do szkoły. I ja się takimi dziećmi zająłem. Chciałem przede wszystkim dać im możliwość chodzenia do szkoły.

Jak wygląda typowa sytuacja rodzinna w Kamerunie?

DG: Rodzina kameruńska niewiele ma wspólnego z naszym polskim wyobrażeniem. Mamy tu najczęściej do czynienia z poligamią. Mężczyzna posiada kilka żon, z każdą z których związany jest co najwyżej węzłem tradycyjnego obrzędu ślubnego. Co ciekawe Kameruńczycy twierdzą, że poligamia pojawiła się po przejęciu władzy przez białych kolonizatorów i przypisują jej rozpowszechnienie wpływowi luźniejszych, europejskich obyczajów. I faktycznie wśród rodzimych plemion Kamerunu – Pigmejów Baka – monogamia jest ściśle przestrzegana. Należałoby się zastanowić, czy takiego wpływu nie wywarła raczej obecność 25% populacji muzułmańskiej. Jak wiemy w islamie dozwolone jest posiadanie więcej niż jednej żony. Wśród samych Kameruńczyków powszechne jest przekonanie, że kobiet jest proporcjonalnie więcej, stąd wielożeństwo jest konieczne, aby zapewnić wszystkim kobietom zamążpójście. Statystyki nie potwierdzają jednak tego przekonania. Poligamiczny model rodziny powoduje szereg konfliktów wewnątrzrodzinnych. Pomiędzy żonami tworzy się konkurencja, która podsyca zazdrość o małżonka i jego względy. W przypadku śmierci ojca rodziny niewielki spadek (rzędu 10 euro) staje się ością niezgody i doprowadza do takich skrajności jak otrucie konkurentów do dziedziczenia. Tutaj jest to na porządku dziennym, a każda śmierć ma swojego winnego, którego trzeba znaleźć i ukarać, najczęściej bez udziału czynników oficjalnych.

Sytuacja dzieci w takich rodzinach jest zapewne trudna?

KR: … zwłaszcza, że mamy tu do czynienia z zupełnie innym podejściem do dzieci. Możemy to dostrzec choćby przy okazji tak prozaicznej czynności jak posiłek – dziecko je na końcu, pożywiając się tym co zostało. Tym dzieciom brakuje podstawowych rzeczy. Uczęszczanie do pierwszych klas szkoły jest darmowe, ale tylko w teorii. Żeby chodzić do szkoły dziecko musi mieć przede wszystkim, specjalny mundurek i parę butów, do tego dochodzą opłaty związane z komitetem rodzicielskim. Są to niebagatelne wydatki dla rodzin, które często nie są w stanie zapewnić potomstwu nawet wody i pożywienia. Ojciec Dariusz udziela pomocy najbiedniejszym rodzinom, chcąc umożliwić im wysłanie dzieci do szkoły, lecz środki te bardzo często zamiast na edukację, przeznaczane są na coś zupełnie innego. Dlatego wstępnie opracowaliśmy system stypendialny, który miałby zapewnić dalszą edukację tym, którzy osiągają dobre wyniki w nauce, a najważniejsze, tamtejsze dzieci chcą się uczyć. Zdają sobie sprawę z tego, że jest to jedyny sposób, żeby wyrwać się z biedy. Kapuściński w swojej książce także zwracał uwagę na to, iż afrykańskie dzieci częściej proszą bogatych przybyszów nie tyle o jedzenie, co o ołówek czy długopis…

M: Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca wyznacza sobie za cel promocję edukacji i równouprawnienia. Jak wygląda sytuacja kobiet w Kamerunie?

DG: Kobiety uznawane są za osoby niższej kategorii, dlatego, że nie przedłużają rodu.

KR: Dziewczynka już od urodzenia się nie liczy. W wieku kilkunastu lat wychodzi za mąż i odtąd należy do rodziny męża. Dlatego w dziewczynki się po prostu nie inwestuje. Nawet w takich rodzinach, które stać na edukację dzieci, kończą one zazwyczaj swoje kształcenie na szkole podstawowej (edukacja jest obowiązkowa do 11 roku życia), jeśli w ogóle do niej uczęszczają. Oficjalnie prawo kameruńskie gwarantuje równouprawnienie, takie samo prawo do własności, do dziedziczenia itd. W praktyce stosowane są jednak stare tradycje. Sytuacja kobiet jest dramatyczna. Urodzenie dziewczynki może być podstawą do rozwodu. W tej sytuacji dzieci należą do ojca, a kobieta zostaje bez niczego, bo też do niczego nie ma prawa. Nawet do wyboru męża.

DG: Tak jest nie tylko w przypadku ubogich, lecz także u bogatych, przedsiębiorczych plemion jak np. Bamileke. Kobieta z Bamileke nie może wyjść za mężczyznę z innego plemienia. I nie ma tu znaczenia jej wykształcenie, bo ono nie wpływa w żaden sposób na wysokość posagu. Kobieta w tej kwestii nie decyduje. Jeśli się nie zgodzi, to zostanie otruta.

KR: Zresztą bardzo niewielu kobietom udaje się uzyskać jakiekolwiek wykształcenie. Dlatego tak bardzo staramy się pomóc Jacqy, która z niesamowitą siłą ducha kontynuowała naukę, pomimo bardzo trudnej sytuacji rodzinnej. Ojciec Jacqy opuścił rodzinę i uciekł do buszu, a matka później została otruta. Dziewczyna razem z młodszym bratem, Mariusem, trafiła w końcu do Foyer St. Dominique, gdzie dzięki ciężkiej pracy udało jej się zdać maturę. Tam jest to bardzo trudny egzamin. Mało kto, zwłaszcza wśród dziewcząt, ma szansę dojść do tego etapu. Studia są już naprawdę rzadkością.

DG: Takie traktowanie kobiet zostawia głębokie ślady w psychice. Kiedy przyjechaliśmy z Jacqy do Polski, zwracało uwagę to, że zawsze szła jakieś trzy kroki za mną. Nie mogła przyzwyczaić się do chodzenia tak normalnie obok – na równi ze mną.

M: Kim jest Jacky?

DG: Jest pierwszą wychowanką naszego Domu Dziecka. Staramy się zebrać fundusze i umożliwić jej studiowanie w Polsce. Pragniemy, aby jej przykład pokazał innym naszym wychowankom: Zobaczcie, macie szansę zdać maturę i studiować! Nawet za granicą.

KR: Jacqy zdecydowała się studiować położnictwo – są to dwustopniowe studia zawodowe. Chce wrócić potem do Kamerunu i wykorzystać zdobytą wiedzę. Jako położna posiadać będzie niezwykle cenne umiejętności, których wykorzystanie nie jest tak bardzo zależne od zaplecza technicznego i farmaceutycznego, o które w takim kraju trudno.

DG: W Kamerunie zazwyczaj położną jest po prostu babcia. Jacqy po studiach w Europie raczej nie będzie odbierała porodów. Jej zadaniem będzie przede wszystkim przekazanie swojej wiedzy.

M: Starają się Państwo zapewnić edukację młodym Kameruńczykom, którym zdobyte wykształcenie pozwoli poprawić sytuację w rodzinnym kraju?

KR: Nie chcemy niczego narzucać. Więzy rodzinne są jednak często tak silne, że nawet Kameruńczycy po studiach za granicą wracają do ojczyzny. Mają szansę odciąć się od przeszłości, lecz tego nie robią. Jako stowarzyszenie staramy się o studia dla Jacqy, ale ona nie ma żadnego formalnego obowiązku, żeby wrócić do Kamerunu. Wszystko zależy od niej. Chodzi o to, żeby była szczęśliwa i miała szczęśliwe życie.

DG: Chociaż z drugiej strony być może z daleka będzie mogła więcej zrobić, niż na miejscu – w Kamerunie. U nas w stowarzyszeniu przydałby się ktoś, kto zna afrykańskie realia i zajmowałby się kontaktem pomiędzy Polską a Kamerunem. Decyzję pozostawiamy Jacqy.

M: Ilu wychowanków jest obecnie we Foyer St. Dominique i jakie będą ich losy?

DG: Aktualnie mieszka u nas 24 dzieci. Ich losy są różne, nie zawsze szczęśliwe. Dziewczyny, które trafiają do nas w wieku 14-16 lat rzadko zagrzewają u nas miejsce. Zdarza się, że zachodzą w ciążę i wtedy nie mogą już mieszkać w Domu Dziecka.

KR: Są jednak też wychowankowie, którym udaje się zakończyć edukację. Dzięki pomocy ojca Darka zdobywają zawód i samodzielność.

M: Czy to prawda, że Domowi Dziecka w Bertoua pomagają tylko Polacy?

DG: Tylko i wyłącznie. I można powiedzieć że są to tylko osoby prywatne.

KR: Czasem nawet nie wiemy kto nam pomaga, bo niektórzy wpłacają anonimowo pieniądze na konto stowarzyszenia. Pomocy udzielają nam głównie ludzie, których znamy osobiście. W operacjach prawnych całkowicie bezpłatnie pomaga nam zaprzyjaźniona KNTM Kancelaria Radców Prawnych. To dzięki nim oficjalnie staliśmy się organizacją pożytku publicznego. Wspierają nas też inne instytucje. W Poznaniu jest to choćby biuro podróży Logos Travel Marka Śliwki. Kiedy będąc w Warszawie przygotowywaliśmy wernisaż, firma Fremantle Media Polska, użyczyła nam swojego biura i sprzętu komputerowego. To dzięki tym ludziom, którzy pomagają nam z własnej dobrej woli, stowarzyszenie może funkcjonować.

Pozdrowienia z Misji Dominikanskiej w Kamerunie

 

Biuletyny 2006-2011

Pozdrowienia z Misji Dominikanskiej w Kamerunie

2006-10-27 Z ostatniej chwili

Kochani, wreszcie po półtorarocznej przerwie mamy na nowo w domu internet, tym razem prosto z nieba przez satelitę. Mam nadzieję, że odnowią się teraz wszelkie utracone kontakty emailowe przerwane dokładnie w dzień wyboru Kardynała Ratzingera na stolicę piotrową, tj. 19 kwietnia 2005 roku. Minęło 18 miesięcy i od 19 października 2006 znowu świat stanął dla nas otworem.

Piszę „dla nas” bo już nie jestem sam. Od września dołączył do mnie O. Jean-Bernard Toko OP, mój współbrat zakonny z wikariatu Afryki równikowej, francuskiej prowincji ojców dominikanów.

O.Jean-Bernard jest kameruńczykiem, pochodzi z Nkongsamba i ma 36 lat. Uczy kleryów Wyższego Seminarium Duchownego naszej archidiecezji Bertoua, a mieszka za mną i „naszymi” dziećmi z „Foyer Saint Dominique” ( nasz sierociniec).

Przepraszam że zdjecia dzieci są ciagle w galerii mimo że prawi wszystkie są już „zaadoptowane”. Nie mialem żadnej możliwosci ich „ściągnięcia”. Za parę dni, jak tylko nauczę sie do końca programu obrabiającego tę stronę, wszystko pomału będzie aktualne.

Przepraszam też, że niektórzy z tego samego powodu nie dostali żadniej informacji ani listu od wielu wielu miesięcy. O ile zdrowie i siły pozwolą to wszystko powinno wrócić do normy.

Pozdrawiam serdeczeni i gorąco.

Niebawem kolejne kilka słów

O.Dariusz Godawa OP

Marianny pierwszych kilka pierwszych słów o Afryce

W lipcu i sierpniu 2006 nawiedzili naszą misję br Artur Hącia OP i Marianna Ligęza studentka UJ …poniżej artykulik, który Marianna przygotowała dla jakiegoś krakowskiego pisma. Jak sama napisała mi dziś rano, to „takie strzępy tylko” ( musiała się zmieścić w 2500 znakach):

—————————————–

Afryka. Afryka? Afryka… Tak wiele wyobrażeń, myśli, marzeń, stereotypów. “Europejskie”pojęcie o Afryce mocno nimi nacechowane; chyba nie sposób, nie doświadczywszy “Czarnego Lądu” na własnej skórze nie poddać się któremuś z mitów myślenia o tej części świata (jak zresztą w obliczu wszystkiego, co obce i nieznane, a co – zaspokajając zwyczajną ludzką potrzebę bezpieczeństwa – upraszczając próbujemy oswoić). I tak myśląc “Afryka” ulegamy najczęściej – jakże sugestywnej wizji krainy niebezpiecznej, tajemniczej i egzotycznej przestrzeni pełnej dzikich zwierząt, tropikalnych chorób i zupełnie obcej, niezmiernie bogatej kultury. Na drugim biegunie tkwi z kolei wizja skrajnie ubogiego, zapomnianego przez wszystkich Trzeciego Świata, w zastraszającym tempie dziesiątkowanego przez głód, choroby i wewnętrzne konflikty. Mamy też obrazy pośrednie, stanowiące dowolną kompilację obydwu wizji. I z takim właśnie – wyobrażeniem “pośrednim” z końcem czerwca tego roku leciałam do Afryki. Spędziłam dwa miesiące w Kamerunie, w Bertoua, mieście–stolicy południowo-wschodniej części kraju. Kamerun jest republiką demokratyczną położoną w Afryce środkowej, na przestrzeni ostatnich lat szczęśliwie nie szarganą większymi konfliktami i wojnami. Co w znaczący sposób niestety nie wpływa na jakość życia większości jego mieszkańców (niemal 17 milionowej społeczności). Ta większość to ludzie zamieszkujący wsie, wioski i przedmieścia miast, to ludzie żyjący w ubóstwie. Ludzie, dla których pojęcie czasu nie istnieje. Nie raz miałam wrażenie, że czas zatrzymał się tutaj tysiące lat temu a jedyne “zdobycze cywilizacyjne” jakie w ten świat dotarły to plastikowe miednice, gumowe klapki i kolorowe koszulki, z rzadka telewizor, tak paradoksalnie kontrastujący z wnętrzem glinianej, często osłoniętej liśćmi palmowymi lepianki. Takich niespodzianek, paradoksów i zagadek pełna jest Afryka. Przed lepianką gromada bosych dzieci radośnie uganiająca się za drewnianym klockiem – jedyną zabawką jaką najprawdopodobniej przyjdzie im zobaczyć. No i kolory! Soczysta zieleń wszystkiego co wokół: głównie baobaby, papaje, bananowce i błękit nieba, od którego tak wyraziście odcina się czerwień ziemi. Bo ziemia w Afryce jest czerwona. Czerwona i płodna. Tym mocniej ma się wrażenie, że ludzie tam dopiero co z niej wyrośli; brunatni i jak ona płodni. Przeciętna afrykańska kobieta jest matką około dziesięciorga dzieci, pierwsze rodząc w wieku czternastu – piętnastu lat. Afryka to dzieci. Dzieci są tu wszędzie; przed chatami, na bazarze, na ulicy. Niestety tylko ok 20 procent z nich ma możliwość uczęszczania do szkoły. Szkoła bowiem kosztuje. Tak więc pozostałe 80 procent “wychowuje” ulica. Dziećmi właśnie, dziećmi których mamy “nie dają sobie rady”, lub które mam nie mają zajmuje się w Bertoua ojciec Dariusz Godawa, dominikanin. O. Darek jest proboszczem jednej z tamtejszych parafii i założycielem “Foyer st Dominique” – sierocińca. Sam zapewnia dzieciom przysłowiowy “wikt i opierunek”, posyła je do szkoły, leczy w razie potrzeby. Przez te dwa miesiące opiekowałam się najmłodszymi pociechami ojca Darka. Uczyłam je czytać, pisać, dużo rysowaliśmy. Dla większości dzieci rysowanie właśnie stanowiło największą przyjemność, to była czynność niemalże magiczna (niektóre z nich po raz pierwszy trzymały w ręku kredkę!). Parafia o. Darka, kościół w Bertoua, to kościół zwyczajnych ludzi. Tym, czego najsilniej tam potrzeba (poza rzecz jasna materialnym wsparciem) jest takie właśnie – zwyczajne rozumienie. Rozumienie i modlitwa. Głębokie rozumienie drugiego człowieka z całym bogactwem odmienności jaką ze sobą niesie. Bo Afryka to bogactwo odmienności, egzotyka przeplatająca się z nędzą, przestrzeń niespodzianek, zagadek i paradoksów, ale też – a może przede wszystkim -zwyczajność. Zwyczajność rzecz jasna odmienna, “nie nasza”. Zwyczajność, w którą wpisane są bardzo konkretne ludzkie historie. To świat, który nie chce być oceniany, mierzony. Ten świat chce zrozumienia, miłości i otwartości. Marianna Ligęza

———————————————————————-

Z niecierpliwościa czekamy na ciąg dalszy, albo raczej, jak ona sama mi dziś rano napisała, na prawdziwe pisanie tylko dla naszej strony www. Pozdrawiamy i pamiętamy w modlitwie o.dariusz godawa op

Wielki Post i walka o samochód

Witaj!

Postanowiłem przed Świętami Wielkiej Nocy napisać choć parę słów o tym co się u nas dzieje. A dzieje się dużo! Oprócz codziennej krzątaniny i bieganiny we Foyer, intensywnej wielkopostnej pracy parafialnej, życie stawia przede mną coraz to nowe wyzwania. Staram się sprostać tym wyzwaniom jak mogę, także dzięki Twojej pomocy! Bardzo Ci dziękuję!

Jednym z zadań, na które poświęcam dodatkowy czas jest ulepszanie strony internetowej. Dzięki pomocy wolontariuszy, zamieściłem dużo informacji, które mogą Cię zainteresować. Jeśli chcesz więcej wiedzieć o działalności Misji-Kamerun i potrzebach możesz zacząć odwiedzać nas regularnie. Na stronie znajdziesz również informacje o Kamerunie i wspomnienia Gości. (Ostatnio Marianna dopisała nowy odcinek swoich wspomnień!) Część z wymienionych informacji, była już wcześniej dostępna, ale mam nadzieję, że aktualny układ strony i większa ilość linków pozwolą Ci na wygodniejsze jej przeglądanie.

Przede mną jeszcze jest dużo pracy. Wybacz, jeśli niektóre stronki nie wyczerpują do końca tematu. Niedługo pojawi się więcej informacji i zdjęć. Zapraszam do częstego odwiedzania nas wirtualnie! Oczywiście gdy prace nad stroną zostaną ukończone, poinformuję o tym w Biuletynie.

Najbliższe dni, to okres intensywnego spowiadania i przygotowania się do Triduum Paschalnego. W niedzielę Palmową modlitwy miała rozpocząć uroczysta czterokilometrowa procesja. W planie rozpoczęcie było o 8 rano, ale Epi, która zawsze pełni rolę zakrystianki zapomniała mojej alby i stuły. Wraz z kilkusetosobowym tłumem czekałem aż Epi i Jacky wrócą się do Foyer po zapomniane rzeczy. W związku z tym zamieszaniem procesja rozpoczęła się prawie o 9 rano. Na szczęście w Afryce, godzina spóźnienia to mniej niż nasz polski „kwadrans akademicki”, tak więc opóźnienie procesji było prawie niezauważalne. Nasz marsz upiększał śpiew dwóch parafialnych zespołów. Uroczysta Msza św. trwała do 12.

Aby wzbudzić większą świadomość religijną u parafian, od tygodnia po różnych osiedlach wyświetlam film „Jezus z Nazaretu”. W poniedziałek i wtorek rozpoczyna się sprzątanie „fizyczne i duchowe”. Sprzątamy teren wokół kościoła, ale dużo czasu poświęcam na spowiedź parafian. W środę planuję wygłosić dodatkowe rekolekcje.

W Wielki Czwartek codzienny różaniec o 17.30 i po nim Msza Ostatniej Wieczerzy po niej adoracja grupami do 24h. Po mszy również jednoczesnie z drugiej strony muru wyświetlany „Jezus z Nazaretu”. Nie wszyscy są tak świadomi religijnie by się modlić długo, więc oglądanie tego filmu będzie dla nich czymś w rodzaju modlitwy.

W Wielki Piątek przed nami 4-kilometrowa droga krzyżowa. Potem adoracja Krzyza św. Następnie będzie adoracja grobu do 24h tez grupami po 30 min. (Dla mniej świadomych religijnie – film o Jezusie).

W Wielką Sobotę uroczysta Wigilia Paschalna zacznie się o 20. Ochrzczę około 30 osób – dzieci i młodzieży. Wielkanoc rozpocznie się w parafii mszą rezurekcyjną o 9 rano.

Działalność misyjna to niestety nie tylko modlitwa, ale wiele „świeckiej pracy”. Kolejne zadanie, które jest prawdziwym wyzwaniem, to wydobycie z portu w Douala samochodu, który został sprowadzony dzięki pomocy jednego ze Sponsorów. Niestety, wbrew wszelkim naszym zabiegom, urzędnicy niewzruszenie potraktowali Misję, jak bogatego krezusa i nie podarowali cła! Muszę zapłacić zawrotną sumę, by otrzymać to co dostałem dla Misji w prezencie! Bardzo proszę o POMOC. Więcej informacji znajdziesz klikając na ten link lub w Aktualnościach na stronie Misji-Kamerun.

Bez twojej pomocy, może się okazać że liturgiczny Wielki Post się skończy, ale na Misji-Kamerun będzie kolejny długi post dla mnie i dla dzieciaków, jeśli nie będzie z czego kupić jedzenia. Opłata za samochód jest priorytetem, gdyż trzeba płacić za każdy dzień jego pobytu w porcie. Im szybciej go wyciągniemy z Douala tym mniej to będzie kosztowac! Jeśli możesz, to pomóż nam wpłacając darowiznę z dopiskiem „na cło” na nasze KONTO.

Na zbliżające się Święta chciałbym życzyć Ci wiele łask Bożych, aby Chrystus naprawdę zmartchwychwstał w Twoim sercu i by najbliższe dni przyniosły Tobie i Twojej rodzinie wiele pokoju i miłości.

Z błogosławieństwem,

o. Dariusz Godawa

P.S. Podaruj swoim przyjaciołom trochę egzotyki. Wyślij ten biuletyn do 10 znajomych i zaproponuj im prenumeratę. Może ich też zainteresuje Afryka i los tutejszej ludności? Może pomogą uzbierać nam na cło?

2007.08 Polska, Kamerun, Odpust, Napady, SZKOŁA...

Witaj,

Już drugi miesiąc mija od czasu gdy wróciłem z urlopu, a ja żadnych wieści nie wysłałem. Ale jak to zwykle bywa ciągle jestem w biegu. Niby kameruńskie życie płynie wolniej dla przeciętnego człowieka, jednakże gdy się jest proboszczem i jedynym księdzem na parafii, będąc także szefem Foyer (naszego domu dziecka) to ma się życie na pełnych obrotach.

POLSKA

Pobyt w Polsce był dla mnie cenny pod wieloma względami. Oczywiście tęsknota za krajem była olbrzymia podczas 2 lat na obczyźnie. Tak więc, po przyjeździe nie mogłem się nacieszyć: polskie radio, polska telewizja, język polski na ulicy, biali ludzie…. Niesamowite przeżycia!

Przejechałem przez kilka miast. W Krakowie przebadałem się dokładnie, gdyż od paru miesięcy miałem poważne problemy zdrowotne. Na szczęście okazało się, że to nic poważnego i po zastosowaniu się do rad lekarzy z radykalnej diety, której się ściśle trzymałem w Kamerunie, przeszedłem do zwykłego jedzenia. To było wspaniałe uczucie, gdy znowu mogłem jeść wszystko. Szczególnie – polską kuchnię!

W Warszawie spotkałem się z moimi współbraćmi na Freta i na Służewiu. Właśnie tam, w niedzielę, 10 czerwca organizowałem spotkania po Mszach Świętych. Informowałem o trudnej sytuacji mieszkańców Kamerunu, a szczególnie dzieci. I zachęcałem do pomocy. Mam nadzieję, że te spotkania naprawdę zaowocują regularną i stałą pomocą, której tak bardzo potrzebujemy.

Kilka tygodni spędziłem w Bydgoszczy z moją najbliższą rodziną. Czas spędzony z nimi przeleciał stanowczo zbyt szybko…

KAMERUN

24 czerwca wróciłem do Kamerunu. Wyjechała po mnie Marianna i Achile. Po noclegu w Yaounde (nocą jest niebezpiecznie jechać) postanowiliśmy jeszcze zrobić szybkie zakupy, bo w Bertoua nie mogę kupić wielu rzeczy. Po drodze zerwał nam się pasek wspomagania kierownicy, tak więc żartowałem, że kręciło się kierownicą jak w ciągniku sprzed pierwszej wojny. Od razu zatęskniłem za asfaltowymi polskimi drogami, których dziury są niezauważalne w porównaniu z tutejszymi.

25 km. przed Bertoua spotkaliśmy znajomego, któremu się zepsuł samochód. Wzięliśmy go na hol, ale że sznurek kilka razy się zrywał, to nasza podróż wydłużyła się bardzo. Do Foyer wjechałem wśród wiwatów. Dzięki darczyńcom zakupiłem i przywiozłem ubrania dla moich podopiecznych i biednych rodzin w okolicy. Kilkadziesiąt kilogrmów prezentów wbudziło ogromną radość u wielu ludzi.

Trochę się obawiałem jak dały sobie radę dzieciaki pod opieką Lidii i Marianny. Ze względu na dodatkową podróż do Japonii strasznie długo mnie nie było. Na szczęście Foyer stało całe i zdrowe, zarówno budynki jak i dzieciaki. Oczywiście wiadomo, że nie wszystko dotrwało w super stanie, więc przez kilka pierwszych tygodni zajęty byłem głównie naprawianiem zepsutego sprzętu, i domowych artykułów.

ODPUST

Uroczystość św. Piotra i Pawła (piątek, 29 czerwca) to odpust w naszej parafii. Jest to dla nas bardzo ważny dzień. Jeden z niewielu, gdy odwiedza nas biskup. Przygotowania rozpoczęły się już od wtorku. Rozpoczęliśmy od gruntownego sprzątania, także i duchowego. Parafianie sprzątali teren wokół kościoła, a w międzyczasie mogli w każdej chwili się wyspowiadać. W środę odbyły się próby generalne wszystkiego co przygotowywaliśmy z tej okazji. O 18 mieliśmy konferencję na temat rodziny.

W czwartek, wigilię uroczystości zaczęliśmy już trochę świętować – zorganizowaliśmy soiree culturelle (wieczorek kulturalny) Odbyły się koncerty, pokazy tańca i trwało to wszystko do 23.30. W piątek już od 9 rano zbierali się ludzie w kościele. (tzn naszym kościoło-baraku, bo kościoła jeszcze nie zbudowaliśmy ) Z tutejszym “kwadransem akademickim” msza zaczęła się o 10. Biskup powiedział kilkunastominutowe kazanie o patronach parafii i ich świadczeniu o Chrystusie. Dawał nam św. Piotra i Pawła za przykład. Po mszy nasz kościół (barak) został zamieniony na salę biesiadną. Poszczególne grupy parafian przygotowały różne smakołyki, tak że była naprawdę obfita agapa.

NAPADY

Ostatnimi czasy zrobiło się bardzo niebezpiecznie w Bertoua. Foyer zamykamy już przed zachodem słońca – o 17.30. W mieście jest coraz więcej brutalnych napadów i nie można liczyć na pomoc policji. Nieoficjalnie wiadomo, że od policji można wynająć broń za pieniądze i niestety często to właśnie broń policjantów służy rabusiom do napadów. Pozostaje tylko nadzieja w Opatrzności Bożej, dlatego bardzo proszę Cię o modlitwę.

SZKOŁA

Wrzesień tuż tuż i odkładam funduszę na naukę dla najmłodszych. Ale po pomoc przychodzą także starsi. Niedawno przyszła 22-letnia Nadege. Dziewczyna samotnie wychowuje 2 dzieci i opiekuje się matką umierającą na AIDS. Pomimo tak trudnych warunków życiowych Nadege próbuje zdobyć jakiś zawód kształcąc się w szkole wieczorowej. Czy można jej odmówić pomocy?

Na koniec, chciałbym podziękować Ci za cierpliwość w oczekiwaniu na wieści oraz za wszelką pomoc materialną i duchową jaką oferujesz Misji Kamerun. Proszę o propagowanie idei Przyjaciół Misji wśród Twoich znajomych. Prześlij, proszę, ten list do 5 lub 10 Twoich znajomych i namów ich, proszę, do zaprenumerowania biuletynu. Spróbuj też też namówić ich by zostali Przyjaciółmi Misji.

Z serca błogosławię na te ostatnie dni wakacji Tobie i Twoim najbliższym,

Dariusz Godawa OP

PS. Zbliża się rok szkolny i kolejne dziesiątki dzieci potrzebują iść do szkoły. Proszę pomóż jak największej ilości dzieci opłacić pierwszy trymestr nauki wpłacając jakąś darowiznę na KONTO z dopiskiem „finansowanie nauki” i namawiając do tego Twoich przyjaciół.

2007.10 Apel o pomoc!

Witam,

Dziękuję za wszelką pomoc jaką otrzymałem w ostatnim czasie: finansową, modlitewną. Dziękuję też za przesyłanie moich listów do znajomych, którzy mogą nas wesprzeć.

Rok szkolny zaczął się we wrześniu, ale dzieci zapisują się do końca października. Co jakiś czas przychodzą do mnie rodzice z prośbą o pieniądze na szkołę, ale Misja-Kamerun nie dostaje tyle środków by pomóc wszystkim dzieciom w Bertoua. Pomyślałem jednak, że gdyby wszyscy ludzie dobrej woli zrobili szybką zrzutkę, to moglibyśmy jeszcze w tym miesiącu wysłać trochę dzieci do szkoły.

Tuż obok mnie mieszka 25-osobowa rodzina w jednym domku. Dzieci śpią po 2 na jednym łóżku, a te, dla których nie ma łóżka śpią na podłodze. Ich los jest bardzo ciężki. Gdyby zdobyły jakiekolwiek wykształcenie, może miałyby szanse w przyszłości zdobyć jakąś prostą pracę.

Niedawno przyszła z prośbą o pomoc Jacqueline, która ma aż 4 dzieci. Ojcowie są nieznani. Jacqueline mieszka u matki wraz z siostrą która także ma 3 dzieci. Ta młoda nieszczęśliwa

kobieta chciałaby posłać do szkoły najstarszą 8-letnią córeczkę Marie-Rose. Jacqueline marzy również by wysłać do przedszkola 5-letnią Damaris, i czteroletniego Dimitriego.

Wiele dzieci trzeba „odmłodzić”, aby mogly pójść do klasy na ich poziomie edukacji, choć są na to za duże. Dlatego trzeba „zmienić” im akt urodzenia. Każda taka zmiana to kilkanaście złotych. W tej chwili koszty na najbliższy czas to kilkaset złotych.

Każda wpłata 30, 50 lub 100 zł albo inna dowolna suma, to kolejne dzieci posłane do szkoły! Każda złotówka się liczy. W tym tygodniu najistotniejsza akcją dla Misji-Kamerun jest dofinansowanie nauki dzieci. Kliknij tutaj, by przeczytać więcej o akcji.

Wierzę, że jeszcze w tym tygodniu stanie się cud i uda mi się pomóc wielu rodzinom. Już teraz z góry dziękuję za dobre serce i ofiraność.

Z błogosławieństwem,

Dariusz Godawa OP.

PS. Pomóż Misji-Kamerun rozsyłając ten apel do znajomych. Może wesprą naszą akcję. A może zechcą dołączyć do naszych Przyjaciół Misji. Kliknij tutaj, by przeczytać o Przyjaciołach Misji

 

2007.06 Kameruńskie fryzury, japońskie klimaty, prymicja Louis-Marie, Lednica.

Serdecznie Cię witam!

Od mojego ostatniego listu upłynęło już kilka tygodni, a obiecałem że będę częściej niż dotychczas pisał – tak więc czas na nowe wieści! W międzyczasie zauważyłem, że wzrosła nam liczba „prenumeratorów biuletynu”. Ci, którzy zapisali się po raz pierwszy z niecierpliwością czekają na pierwszą wiadomość, a więc też nie chcę ich zawieść. Dlatego zgodnie z obietnicą piszę kolejne newsy. Przede wszystkim chcę podziękować wszystkim, którzy w ostatnim czasie bardzo nam pomogli! Serdeczne Bóg zapłać!!!!

Kameruńskie fryzury.

Jeżeli jeszcze nie znasz strony www.misja-kamerun.pl, to koniecznie tam zajrzyj. Staram się by co jakiś czas pojawiło się tam coś nowego. Myślę, że jedną z ciekawostek są lokalne fryzury. Ja już od lat jestem do nich przyzwyczajony i nie robią one na mnie większego wrażenia, ale goście, którzy do mnie przyjeżdżają często robią zdjęcia. Pomyślałem, że może warto dać ci szansę obejrzenia miejscowej kreatywności bez ponoszenia kosztów dalekiej podróży. Jeśli podoba Ci się zdjęcie poniżej i chcesz zobaczyć więcej, kliknij tutaj.

Japońskie klimaty.

Pewnie się zdziwisz, ale dziś napiszę nie tylko o Kamerunie. Pomagając mieszkańcom Bertoua, staram się skłonić do pomocy ludzi z wszystkich zakątków świata. Tak się składa, że jeden z moich najlepszych przyjaciół, Jerzy Widomski OP, jest misjonarzem w Japonii. Od wielu lat proponował mi bym go odwiedził i przy okazji opowiedział o swojej afrykańskiej posłudze. Jerzy zebrał fundusze, by opłacić moją daleką podróż i zorganizował spotkanie w parafii w Tokio.

Kraj kwitnącej wiśni (jak widać na zdjęciu) i jego mieszkańcy zrobili na mnie bardzo duże wrażenie. Problemy miejscowych misjonarzy są zupełnie inne. W Afryce problemem jest nędza i brak edukacji. W Japonii widziałem luksus, którego nie miałem okazji widzieć u przeciętnego Polaka. Tam jeszcze bardziej niż u nas człowieka może zniszczyć konsumpcja i hedonizm.

Spotkałem jednak wielu Japończyków o dobrych i hojnych sercach. Miałem okazję wygłosić 3 homilie, które zaowocowały datkami spływającymi przez cały tydzień. Uzbierałem na tyle by pomóc wielu biednym rodzinom i mieć na utrzymanie Misji i Foyer na najbliższych kilka tygodni.

Prymicja.

Szóstego maja Louis-Marie, mój były stażysta otrzymał święcenia kapłańskie. Ze względu na brak miejsc na staż u biskupa, Luis-Marie przez rok był na stażu w naszej parafii. Dobrze się sprawował i osiem miesięcy temu został wyświęcony na diakona. a dwa tygodnie temu na księdza. Trzynastego maja odprawił mszę prymicyjną w Bertoua, a dwudziestego maja Louis-Marie odprawił swoją pierwszą mszę 220 km dalej, w Nandoungue.

Lednica.

Dzięki wielkiemu sercu naszego darczyńcy Krzysztofa, w czasie spotkania nad Lednicą zostało rozdanych kilka tysięcy ulotek zachęcających do pomocy misji. Jedno ze stoisk firmy madeinheaven.pl, na których będzie można było kupić różne fajne koszulki, z których sprzedaży zysk jest przeznaczony na pomoc Misji-Kamerun.

Na koniec listu, chciałbym jeszcze raz podziękować Ci, że sercem jesteś z nami. Staramy się stale powiększać grono naszych Przyjaciół Misji i cieszymy się, że dołącza do nich coraz więcej osób. Jeśli jesteś Przyjacielem lub Przyjaciółką Misji-Kamerun, bardzo się cieszę. Jeśli nie, to mam nadzieję, że niedługo dołączysz do grona ludzi, którym los afrykańskich dzieci nie jest obojętny.

Serdecznie pozdrawiam i błogosławię,

Dariusz Godawa OP

P.S. A może twoi znajomi też chcieliby zobaczyć egzotyczne kameruńskie fryzury? Wyślij ten biuletyn do 10 znajomych i zaproponuj im darmową prenumeratę. A może twoi znajomi na Lednicy otrzymają ulotkę o naszej Misji i chcieliby się więcej dowiedzieć? Daj im szansę i prześlij biuletyn dalej!

2007.11. Wielki Dar ze Służewia

Witaj,

Dziś chcę podzielić się radością, gdyż otrzymałem wielki dar od ludzi dobrej woli. Wszystko to było możliwe dzięki akcji Studentatu Dominikanów na Służewiu. Bracia Studenci z koła misyjnego zorganizowali akcję dzięki której może powstać wspaniałe dzieło – stowarzyszenie – organizacja pomagająca zbierać fundusze na potrzeby Misji-Kamerun.

Dwudziestego pierwszego października, w Niedzielę Misyjną przez cały dzień trwał poczęstunek dla wszystkich parafian na Służewiu, w ramach podzięki za całoroczne wspieranie misji dominikańskich. W czasie tego wydarzenia były zbierane datki na misje na Ukrainie i w Kamerunie. Hojność parafian była olbrzymia, gdyż na moje konto wpłynęło aż 9000 złotych!!! Nie mogłem uwierzyć, że tylu ludzi dobrej woli miało tak gorące serca by nam tak bardzo pomóc!!!

Pieniądze zostały natychmiast przeznaczone na utworzenie stowarzyszenia, dzięki któremu skuteczniej będę mógł pomagać ubogim rodzinom i przede wszystkim niedożywionym dzieciom, które potrzebują zasponsorowania nauki, przyborów szkolnych i ubrań. Jeżeli Ty też masz udział w tej akcji, bardzo serdecznie Ci dziękuję! List dziękczynny wysłałem do współbraci na Służewiu i mam nadzieję, że niedługo ukaże się w parafialnej gazetce.

Niestety potrzeby na misji rosną szybciej, niż spływa pomoc. Aktualnie bardzo pilną potrzebą jest znalezienie sponsora, który zechciałby pomóc w sfinansowaniu kosztów internetu. To jest mój jedyny, skuteczny sposób na komunikację z Wami. Regularny abonament za internet to niecałe 400zł miesięcznie za najtańszą i najwolniejszą opcję. Do tej pory moim sponsorem był mój współbrat z Japonii, ale niestety nie może mi już dalej pomagać. Gdyby udało się nam pozyskać kilku nowych Przyjaciół Misji, albo jednego hojnego sponsora, który opłaciłby całość, to nadal regularnie mógłbym się z Tobą kontaktować. Jeśli możesz pomóc, albo namówić do pomocy swoich przyjaciół będę bardzo wdzięczny. Kliknij tutaj, aby się dowiedzieć jak możesz pomóc w sfinansowaniu kosztów internetu.

Jeszcze raz dziękuję za Twoją pomoc.

Z serdecznym błogosławieństwem,

Dariusz Godawa OP

PS. Wystarczy tylko 4 – 8 nowych Przyjaciół Misji, by utrzymać nasz kontakt internetowy!!! Czy możesz pomóc ich znaleźć? Roześlij ten list do swoich znajomych i poproś by kliknęli tutaj by dowiedzieć się jak zostać Przyjacielem Misji. Zaproś ich do regularnej prenumeraty Biuletynu. Wystarczy kliknąć tutaj by móc zaprenumerować biuletyn.

2007.12 Wesołych Świąt Bożego Narodzenia i Szczęśliwego Nowego Roku

Witaj!

Świąteczny biuletyn mogę zacząć tylko wielkim MERCI, czyli DZIĘKUJĘ, za to że jesteś i pamiętasz o nas. Za to, iż pamiętasz, że gdzieś na dalekim afrykańskim kontynencie jest wielu potrzebujących ludzi, a przede wszystkim dzieci. Dzieci, które dzięki pomocy misjonarzy mogą zjeść do syta, pójść do szkoły i tak jak Ty mogą oczekiwać na nadejście Chrystusa.

Właśnie kilka dni temu najmniejsze maluchy z przedszkola sąsiadującego z Misją-Kamerun przedstawiły przepiękne jasełka. Każde dziecko miało swoją rolę do spełnienia. Najwięcej było aniołków.

Maluchy odtwarzające najważniejsze postaci grały swoje role z prawdziwym przejęciem. Mając tylko kilka lat dobrze pamiętały teksty i starały się odtworzyć sceny z narodzenia Pańskiego jak najlepiej. Całe przedstawienie było pełne ciepła i uroku.

Ten świąteczny klimat przypomina, że nadchodzi czas składania życzeń. Dlatego chcę Tobie i Twoim najbliższym życzyć rodzinnych i spokojnych

Świąt Bożego Narodzenia

w atmosferze ciepła i miłości. Niech Dzieciątko Jezus otoczy Was swoją opieką i pomoże spełnić Wasze plany i zamierzenia na Nowy 2008 Rok.

Z błogosławieństwem Bożym,

Dariusz Godawa OP

2007.12 Święty Mikołaj w Kamerunie

Witaj,

Choć od wysyłki ostatniego biuletynu upłynęło niewiele czasu, postanowiłem napisać znowu. I kolejny raz chcę podzielić się dobrymi wiadomościami! W tym roku święty Mikołaj naprawdę zagościł w Bertoua!!!! Dzięki uprzejmości misjonarzy z innej placówki, w zeszłym roku, Misja-Kamerun dostała trochę miejsca w kontenerze wysyłanym z Polski. Wystarczyło „tylko” zebrać dary żeby zapełnić to miejsce w kontenerze.

Marianna, która była u nas w czasie wakacji w 2006 roku, zorganizowała wraz ze swoim tatą szybką akcję wśród pracowników Akademii Górniczo-Hutniczej. Zebrano zaledwie w ciągu 3 dni, 10 worków odzieży, butów oraz zeszytów i przyborów szkolnych. Po jedenastu miesiącach długiej drogi, 205 kilogramów darów dotarło do Bertoua.

Na kilka dni, przed dniem świętego Mikołaja, taki zalew darów to prawdziwy cud opatrzności. Dzięki wielkiemu sercu pracowników Akademii Górniczo-Hutniczej, moi podopieczni we Foyer St. Dominique, oraz wiele biednych rodzin dostanie prezenty na Boże Narodzenie. W tym roku nie będę musiał starać się o fundusze na ubrania świąteczne dla dzieci. Jedyne koszty prezentów jakie mnie czekają w najbliższych tygodniach to opłata za transport kontenera 555zł oraz zakup nowych klapek dla małych mieszkańców Foyer. Liczę, że nasi darczyńcy i tym razem nie zawiodą i wesprą nas finansowo.

Kolejna wiadomość, którą chcę się podzielić to, że Foyer zostało przeniesione z dotychczasowego miejsca do nowego budynku, który od kilku miesięcy budowaliśmy po drugiej stronie drogi. Na życzenie moich przełożonych, został zrobiony podział na budynki dla misjonarzy i osobny, świeżo wybudowany budynek dla dzieci z Foyer. Przeprowadzka została zakończona w zeszły poniedziałek, niedługo po tym jak podłączono nam prąd.

Jestem przekonany, że i do Ciebie zawita święty Mikołaj, po tym jak dotarł do nas do Bertoua. Z naszej strony niech ten dodatkowy biuletyn z wiadomościami oraz nieustająca modlitwa będą takim skromnym prezentem i podziękowaniem za pamięć o Misji-Kamerun.

Serdecznie pozdrawiam i błogosławię,

Dariusz Godawa OP

P.S. Mam nadzieję, że naszej radości, którą się z Tobą dzielimy nie zatrzymasz tylko dla siebie i roześlesz ten biuletyn do swoich przyjaciół i znajomych. Może zechcą dołączyć do grona naszych Przyjaciół Misji. O tym jak zostać przyjacielem misji można przeczytać na naszej stronie – klikając tutaj.

2008.02 Choroby zbierają swoje żniwo

Witaj,

Dziękuję Ci za Twoje zainteresowanie losami Misji-Kamerun. To bardzo ważne by tu w Polsce grono sympatyków takich jak Ty pamiętało o biednych dzieciach z Kamerunu. Tylko Twoja pamięć i Twoja ofiarność może sprawić, że los małych kameruńczyków będzie mógł odmienić się na lepsze.

Ubóstwo tutejszych rodzin i powszechny brak wykształcenia sprawia, że zarówno dzieci jak i dorośli zapadają na najcięższe choroby. Ostatnimi czasy pomoc chorym, pogrzeby oraz inne zajęcia misyjne zajęły mi tyle czasu, że nie miałem czasu by podzielić się z Wami wiadomościami z Bertoua. Przepraszam za moje milczenie i dziękuję za Twoją wyrozumiałość.

Aby pokazać jak przytłaczajaca bywa czasem praca misjonarza Misji-Kamerun chcę opisać jeden ze smutniejszych dni, które co jakiś czas ukazują mi bezsilność człowieka.

Wyobraź sobie piękny i słoneczny poranek i nagle rozpaczliwy telefon informujący od jednej z parafianek – Arlette. Z trwogą w głosie poinformowała mnie, że umiera jej sześcioletni siostrzeniec, a jest jeszcze nie ochrzczony. Pojechałem natychmiast. Gdy dotarłem na miejsce ujrzałem dziecko w bardzo ciężkim stanie, całe trzęsące się. Znajdowało się pod opieką lokalnych znachorek, które zmuszały go do picia wody w takim tempie, że dziecko zachłystywało się po każdym łyku. Wczoraj widzialem na CNN tortury amerykańskie przez tzw symulacje topienia, …to było dokładnie to samo. Dookoła zebrała się już rodzina, która zgodnie z tradycją mogłaby za niedlługo rozpocząć wielką pogrzebową imprezę, bo współczucia dla chorego chłopczyka nie było zbyt wiele. Niektórzy członkowie rodziny już byli wstawieni.

Ochrzciłem dziecko według formularza na godzinę śmierci. Ostro zganiłem znachorki i kazałem dziecko natychmiast odwieźć do szpitala. Oczywiście musiałem przekazać rodzinie pieniądze na pobyt dziecka w szpitalu, bo tych jak zwykle zabrakło.

Wróciłem do siebie. Tego dnia akurat spowiadałem w parafii. Gdy po dłuższym czasie zakończyłem spowiadać, to miałem dosłownie kilka minut na to żeby się zdrzemnąć, bo już musiałem jechać na pogrzeb. Umarła 38-letnia Angel osierocając gromadkę dzieci. Prawdopodobnie zabił ją AIDS. Rodzina niby wierząca, ale niektórzy członkowie nie chcieli nawet wstać na początku Mszy Św., a do komunii nie przystąpił nikt. Nie uszło to mojej uwagi i skomentowałem to odpowiednio. Przykro mi było, że tak mało jeszcze sakrament Eucharystii znaczy dla tych ludzi.

Tuż po powrocie dostałem następny telefon. To dzwoniła Salome. Jej sześcioletnia siostrzenica, Nelly, właśnie umarła. Dwie godziny wcześniej jeszcze biegała z innymi. Jej mama – Florence – jeszcze była w pracy i nawet nie wiedziała o tej tragedii, której przyczyną była malaria. Nelly też nie była ochrzczona. Miała przyjąć chrzest w Boże Narodzenie, ale rodzina nie miała pieniędzy nawet na jakikolwiek godny odziewek więc przełożyli ceremonię na Wielkanoc 2008, a tymczasem malaria zaatakowała znienacka i raz dwa zwyciężyła. Rodzina poprosiła mnie o pomoc w zakupie trumny. Nie mogłem im odmówić. Przegoniłem tylko kobiety, które usiłowały odprawiać jakieś czary. Niestety magia i szamańskie rytuały są tu nadal bardzo popularne. Pochowaliśmy Nelly na naszym parafialnym cmentarzyku, co przypominam jest ewenementem, gdyż ludzi chowa sie koło lub w domu.

Późnym wieczorem, po dniu takim jak ten często nie mam siły i mam wrażenie że brakuje mi nadziei. Pozostaje tylko modlitwa i oczekiwanie na pomoc z Polski. Każde wezwanie skierowane do mnie to może być ciężka choroba, z którą rodzina nie daje rady, albo śmierć która oprócz przyniesienia żałoby wykrada ostatnie oszczędności na trumnę. Bardzo często muszę pomagąć duchowo i finansowo najbliższym chorych i umierających. Najsmutniejsze jest to gdy tragedia dotyka dzieci, takie jak Nelly.

W dniach takich jak ten, cieszę się, że jesteś, że wspierasz i pomagasz w codziennym trudzie. Jeżeli możesz, to i tym razem proszę, wpłać sumę 50 albo 100 zlotych, albo dowolną sumę na biedne rodziny, bym spokojnie mógł wspomóc każdego proszącego w podobnej sytuacji.

Zaproś też swoich znajomych by dołączyli do przyjaciół misji. (http://www.misja-kamerun.pl/index.php?pid=542) i by zaprenumerowali nasz Biuletyn Misji-Kamerun.

Z serca błogosławię,

Dariusz Godawa OP

P.S. Proszę pamiętaj o nas i pomóż!

2008.03 Szukamy sponsorów dla szkoły!

Witaj!

Mój dzisiejszy list jest błagalnym wołaniem o pomoc! Pobliskiej katolickiej szkole podstawowej, w której może zdobywać wykształcenie około 150 dzieci, grozi likwidacja!!!

Wydział Edukacji naszej Kurii Diecezjalnej nie jest już w stanie utrzymywać naszej szkoły ze względu na niewielką ilość (147) uczniów. Od kilku miesięcy nasi nauczyciele nie mieli wypłaty i ciągle jedynym rozwiązaniem wg.Wydziału Edukacji jest zamknięcie naszej szkoły.

Nie możemy do tego dopuścić! To tak bardzo ważne by dzieci w Kamerunie mogły zdobywać wykształcenie. Ta grupka szczęśliwców, których rodzice byli w stanie uzbierać na czesne, lub którym niektórzy z Was już pomagają może niedługo zaprzepaścić swoje szanse na opanowanie trudnej sztuki pisania czytania i liczenia, jeżeli szkoła ulegnie likwidacji.

Do tej tragicznej sytuacji przyczyniła się wichura sprzed dwóch dni, która całkowicie zniszczyła dach szkoły. Jego remont może wynieść nawet około 6000zł. Tymczasem okazało się że w budżecie placówki jest wielka dziura. Nie dość, że nie ma skąd wziąć pieniędzy na remont, to jeszcze są kilkumiesięczne zaległości wypłat dla nauczycieli. Aby pokryć zaległe należności oraz zapewnić sześciu nauczycielom wypłaty do końca roku szkolnego potrzebna jest kwota około 9000zł.

Szkole grozi zamknięcie, ale jest jeszcze szansa by ją uratować. Byłem dziś u biskupa i powiedział, że szkołę może „nam przekazać” całkowicie. Szkoła więc stanie się całkowicie szkołą parafialną niezależna finansowo od Kurii, z wszelkimi prawami do zatrudniania nauczycieli, ich zmiany, programu w zakresie katechezy etc…

By objąć szkołę potrzebujemy sponsorów. Być może zechcesz należeć do grupy sponsorów szkoły, a może masz znajomych, którzy zechcieliby mieć „własną szkołę” w Kamerunie? Choć wydaje się to trudnym zadaniem, to okazuje się być łatwiejsze niż myślisz. Zgadza się, utrzymanie szkoły kosztuje dużo, ale i tak o wiele mniej niż w Polsce. Roczne koszty pensji nauczycieli to 21000 zł. Podatki oraz materiały dydaktyczne to 9000 zł. Chociaż 30000 rocznie to niby duża kwota, to policzyłem, że wystarczy byśmy znaleźli 25 osób, które zdecydują się co miesiąc wpłacać 100 zł na utrzymanie szkoły i to wystarczy! Jeżeli znaleźli by się hojni darczyńcy, którzy byliby skłonni podarować 200 zł to wystarczy 12 lub 13 osób. W przypadku sponsoringu wynoszącego 500 zł miesięcznie wystarczyłoby zaledwie 5 sponsorów by utrzymać całą szkołę podstawową dla 150 dzieci!!!! Czy to nie jest prostsze niż by się wydawało? Pomóż znaleźć grono chętnych osób, które wspomogły by akcję! Roześlij tą wiadomość do swoich przyjaciół i poproś ich o sponsoring szkoły lub pomoc w znalezieniu sponsorów! Wystarczy kilka lub kilkanaście regularnych wpłat na konto z dopiskiem „na utrzymanie szkoły podstawowej”.

W tej chwili jednak równie ważne jest jak najszybsze naprawienie dachu. Trzeba jak najszybciej, tzn. w tym tygodniu, rozpocząć remont, dlatego ważna jest każda chwila i każda wpłacona złotówka. Jeżeli możesz, to proszę wpłać 50 zł, 100 zł, 200zł lub każdą dowolną kwotę na konto, z dopiskiem „na remont dachu szkoły”.

Proszę, pomóż uratować szkołę w Bertoua! Serce mi się kraje, gdy myślę o tych 150 dzieciach, którym najpierw wichura, a od nowego roku Kuria może odebrać jedyną możliwość edukacji! Błagam, nie zostawiaj nas samych w tej trudnej sytuacji!

Mam nadzieję, że zechcesz nam pomóc choć trochę i dokonasz wpłaty na miarę Twoich możliwości. Pamiętaj, że każde dobro podarowane, zwraca się tysiąckrotnie. Już teraz z serca Ci dziękuję za twoje hojne serce i pamięć.

Z serca błogosławię

(zatroskany) o.Dariusz Godawa OP

PS.1. Nie zapomnij rozesłać tego biuletynu do znajomych którzy mogliby zostać sponsorami szkoły!

PS.2. Kliknij by poznać numer konta, na które możesz wpłacić swój dar.

2008.03 Wesołych Świąt!!!

Witaj!

Za kilka dni będziemy kolejny raz obchodzić dzień, w którym Pan zmartwychwstał. W niedzielę palmową mieliśmy uroczystą procesję z palmami, a teraz w mojej parafii św. Piotra i Pawła przygotowania do Triduum Paschalnego wrą pełną parą. Planujemy także ochrzcić dziesięcioro dzieci i w poniedziałek odbyło się spotkanie przygotowujące do tego wydarzenia ich rodziców.

Od wczoraj, czyli od wtorku, rozpoczynamy porządki fizyczne i duchowe. Parafianie sprzątają teren przykościelny oraz porządkują własne sumienia (cały czas spowiadam). Dzieci w naszym Foyer (Domu Dziecka) od jutra zaczną gruntowne sprzątanie.

Od kilku dni gościmy księdza Brice, który przybył do nas z posługą rekolekcyjną. We wtorek głosił konferencję dla grupy liturgicznej czyli naszych ministrantów i chóru parafialnego. Dzisiaj o 16 będzie mówił naukę dla młodzieży, a jutro dla dorosłych. Po każdej konferencji, jak codzień o 17.30 mamy różaniec a później o 18 Mszę św. Jutro, w Wielki Czwartek Msza św. z obrzędem umycia nóg, a potem czuwanie do 24.00

Obchody Wielkiego Piątku rozpoczniemy drogą krzyżową o godzinie 15. Będzie ona bardzo przypominała drogę męki Pańskiej, gdyż będziemy w upale pokonywać 14 stacji rozciągniętych na trasie 4 kilometrów ( zresztą jak w każdy piątek Wielkiego Postu). Poszczególne rodziny będą niosły 50-kilogramowy krzyż. Taka droga krzyżowa naprawdę, choć tylko częściowo, pokazuje czym jest wytrwałość w męce i cierpieniu: ciężki krzyż i palące słońce, a Chrystus przecież był jeszcze bardzo pobity i umęczony. Po drodze krzyżowej odmówimy koronkę do miłosierdzia Bożego, a następnie o 18.00 rozpoczniemy Liturgię Adoracji Krzyża. Następnie będzie czuwanie do północy.

W Wielką Sobotę od rana będzie czuwanie. O 17.30 odmówimy różaniec, a o 20 rozpocznie się liturgia Wigilii Paschalnej. Na krzyżówce, jakies 300 m od misji, rozpalimy ognisko, a potem z procesją wejdziemy do naszego barako-kościoła. W czasie Mszy Św. ochrzcimy 10 dzieci. W niedzielę rezurekcja o 9.

Aby było Ci łatwiej wyobrazić sobie jak to wszystko u nas wygląda zamieszczam kilka zdjęć z zeszłorocznych obchodów Niedzieli Palmowej i Triduum Paschalnego.

Chcę życzyć Tobie by nadchodzące dni Triduum Paschalnego pomogły Ci wejść w mękę Chrystusa i by dały światło na cierpienia które Cię dotykają. Niech następująca po nich Wielkanoc da Ci odczuć, że Chrystus naprawdę zmartwychwstał w Twoim życiu. Niech przyniesie wiele radości, pokoju w sercu, nadziei i miłości. Życzę, aby Święta minęły Tobie w atmosferze rodzinnego szczęścia.

Z świątecznym błogosławieństwem,

Dariusz Godawa OP

P.S. Serdeczne Bóg zapłać za pomoc w remoncie dachu! Dach już naprawiony! Nadal jednaksponsorów dla szkoły. Mamy dopiero 4 zadeklarowanych ofiarodawców. Potrzebujemy jeszcze 21 osób! Szczegóły możesz przeczytać w aktualnościach na naszej stronie (kliknij) lub w kolejnym biuletynie, który ukaże się już niedługo!

2008.04 Kryzys gospodarczy! Gwałt! Nadal szukamy 14 sponsorów!

Witaj,

Mój list chcę zacząć wielkim Dziękuję. Dzięki ludziom takim jak Ty, moja marcowa prośba dotarła do wielu zakątków Polski i świata. Dziękuję za przesłanie tego biuletynu z apelem o pomoc szkole do Twoich znajomych! Dziękuję za każdą wpłatę!

Dzięki hojności darczyńców już w kilka dni uzbierała się kwota potrzebna na remont dachu. Tak więc bardzo szybko dokonaliśmy naprawy i jak widać na zdjęciu, dzieci, szczęśliwe mogły uczyć się w szkole. Powstała też pewna nadwyżka i te pieniądze przeznaczyłem na utrzymanie szkoły. Aby jednak utrzymać szkołę potrzebujemy regularnych 25 sponsorów. Tymczasem do tej pory zgłosiło się 11 osób. To wspaniała wiadomość, ale nadal brakuje nam 14 sponsorów! Jeżeli masz jeszcze pomysł kogo można poprosić o pomoc prześlij mu tę wiadomość. A może Ty zdecydujesz się zostać sponsorem?

W niedzielę, jak każdego 13 dnia miesiąca modliliśmy się z dziećmi na różańcu oraz odprawiona została msza w intencji wszystkich naszych Przyjaciół i Sponsorów. Jeśli do nich należysz, modliliśmy się też za Ciebie.

Tymczasem śpieszę donieść co u nas nowego w Kamerunie. Cały czas pogłębia się kryzys gospodarczy. Produkty żywnościowe i budowlane drożeją z dnia na dzień. Niektóre w ciągu kilku miesięcy podrożały prawie o 100%. Tymczasem uboga ludność Kamerunu ma relatywnie coraz niższe przychody i w zasadzie brakuje jej pieniędzy na wszystko. Ostatnio doszła do mnie informacja, że mieszkająca w okolicy Mary, przez dwa dni po porodzie nie mogła się porządnie umyć, bo nie miała pieniędzy na mydło. Dopiero jej przyjaciółka pomogła jej i kupiła zwykłe szare mydło, by Mary mogła z tak wielkim opóźnieniem w miarę właściwie zadbać o higienę. Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o tym jak żyją biedne rodziny, jakie mają warunki mieszkaniowe jaką pomoc medyczną kliknij na powyższe linki lub odwiedź naszą stronę. Jakiś czas temu w stolicy i w większych miastach były zamieszki spowodowane biedą. Mam nadzieję, że nie wybuchnie rewolucja.

Chcę też podzielić się z Tobą smutkiem i żalem, który spowodowała okrutna i wstrząsająca historia malutkiej Carinne. Ta słodka i niewinna czterolatka została brutalnie zgwałcona. Dziewczynka nie przeżyła napaści… Najgorsze w tym wszystkim jest to, że sprawca jest nieznany i prawdopodobnie nigdy nie zostanie złapany i ukarany. Tutejsza mentalność ludzi i opieszałość policji mają na to duży wpływ. Do dziś nie mogę się otrząsnąć z szoku, a wiem że podobne historie w okolicy zdarzają się dość często. Nie możemy już pomóc małej Carinne , ale proszę pomódl się chociaż za jej duszyczkę.

Jeżeli możesz, to proszę wesprzyj Misję-Kamerun. Wpłać dowolną kwotę na biedne rodziny, albo ustaw stałe zlecenie na 50zł , 100zł lub każdą dowolną kwotę jako PRZYJACIEL MISJI(kliknij) albo SPONSOR SZKOŁY (kliknij) (100zł). Potrzebujemy jeszcze 14 Sponsorów szkoły i nieograniczoną ilość Przyjaciół Misji-Kamerun.

Dziękuję za każdą modlitwę i każdą złotówkę.

Dariusz Godawa OP.

PS. Roześlij ten biuletyn do swoich przyjaciół. Może zechcą go zaprenumerować (kliknij) albo postanowią nas wspomóc. Serdeczne Bóg zapłać za każdego nowego pozyskanego Przyjaciela Misji-Kamerun!

2008.05 – Historie Henriette, Christine i Didier. Wizyta Prowincjała.

Witaj,

Już prawie miesiąc minął od czasu gdy ostatnio pisałem, a w międzyczasie wiele się podziało. Dzieci w Domu Dziecka – Foyer nieustannie broją. Ostatnio jedenastoletni Cedric spadł z drzewa, z wysokości 10 metrów. Dzięki Bogu, oprócz tego ze byl nieprzytomny przez 3 godziny, nie stało się mu nic poważnego – ma tylko cale czerwone bialko oka.

Przez ostatnie trzy miesiące jedno z pomieszczeń Foyer stanowiło hospicjum dla byłej opiekunki naszej podopiecznej, czteroletniej Michelle. Dziewczynka trafiła do nas, gdyż jej matka w ogóle się nią nie opiekowała, a jej opiekunka – Henriette przegrywała walkę z AIDS. Gdy kobieta nie była w stanie prawie nic robić samodzielnie, wiedząc że nikt nią się nie zajmie, przygarnąłem ją pod nasz dach. Próbowałem jeszcze pomóc jej w walce z chorobą i nie skąpiłem na leki, które kosztowały prawie ponad 1500 zł. Pomogły nieść ulgę w cierpieniu, ale niestety AIDS zebrał swoje żniwo – Henriette umarła. Najsmutniejsze jest to, że w kameruńskiej kulturze zawsze jest ktoś winny cudzej śmierci. Dlatego rodzina Henriette zamiast być wdzięczna za opiekę nad nią, rozpuszcza plotki, że to ja winny jestem jej śmierci. Żyjąc tyle lat w Kamerunie, przyzwyczaiłem się już do tego by przyjmować niewdzięczność z pokorą, ale takie sytuacje nadal nie są dla mnie łatwe i sprawiają mi wiele bólu.

Dziękuję bardzo za wsparcie zarówno modlitewne jak i finansowe. Bardzo proszę o pamięć o naszej parafii w Bertoua, gdyż każdego dnia przychodzą do mnie po prośbie ludzie, którym naprawdę nie mogę odmówić pomocy.

Całkiem niedawno przyszła do mnie Christine, 23-letnia matka trojga dzieci. Kobieta jest bezrobotna, a by miała szansę dostać jakąś pracę opłacam jej naukę w wieczorowej szkole. Christine przyniosła na rękach umierające dziecko, które dopadł bardzo ostry atak malarii. Nie było czasu na myślenie, natychmiast dałem jej pieniądze na szybkie leczenie w szpitalu. Dzięki Bogu dziecko przeżyło.

27-letni Didier to złota rączka. Bardzo pracowity człowiek, który między innymi wykonuje prace spawalnicze przy naszym Domu Dziecka – Foyer. Didier marzy o otworzeniu warsztatu. Gdyby miał daną od losu taką możliwość z pewnością ze swojej solidnej pracy mógłby utrzymać swoje sześcioro dzieci. Niedawno poprosił mnie o sfinansowanie transportu tokarki z Douala. Oczywiście pomogłem, bo chłopak zasługuje na szansę od losu, by poprawić swój byt.

Pomoc, którą ofiarowuję jest możliwa tylko i wyłącznie dzięki Przyjaciołom Misji-Kamerun, którzy regularnie przysyłają datki. Jeżeli należysz do ich grona, to uwierz, że masz udział w naprawdę wielkim dziele. A dziś, jak każdego 13-go dnia miesiąca modlimy się z dziećmi na różańcu i odprawiam mszę w intencji wszystkich darczyńców naszej misji. Pamiętam także o Tobie.

Ostatnio nasza działalność została bardzo pozytywnie oceniona przez hierarchię zakonną i kościelną. Od zeszłego piątku gościł u nas mój przełożony, prowincjał prowincji Francji naszego dominikańskiego zakonu – Bruno Cadore OP. Pokazałem mu Dom Dziecka – Foyer, szkołę której dach wyremontowaliśmy i którą utrzymujemy dzięki pomocy polskich darczyńców, opowiedziałem o działalności parafialnej. Był bardzo zadowolony i wymienił wiele pozytywnych uwag w rozmowie z naszym biskupem Roger Pirenne. Biskup zgodził się z opinią prowincjała i również pochwalił moją pracę. Żałuję, że ta rozmowa nie była usłyszana przez tych dobroczyńców, którzy często pytają się mnie o to jak uwiarygodnić moją pracę by oni mogli innych prosić o pomoc. Mam nadzieję, że Ty nie wątpisz w sens tego co się dzieje na Misji-Kamerun.

W zeszłą niedzielę obchodziliśmy uroczystość Zesłania Ducha Świętego. Uroczysta Msza Święta koncelebrowana była licznym gronie, tak jak widać to na załączonym zdjęciu. Osoby które widzisz to, od lewej: O.Stanislaw OP ( odnawia klasztor w Yaounde ), O.Gabriel OP (przeor klasztoru w Douala), Prowincjal Bruno Cadore OP, ja, ks. Louis-Marie – ( był u mnie na stażu rocznym jako kleryk seminrarium diecezjalnego).

I to wszystkie nowości z Misji-Kamerun. Niedługo napiszę znowu.

Serdecznie błogosławię,

Dariusz Godawa OP.

PS. Proszę roześlij ten list do 10-20 swoich znajomych z prośbą by zaprenumerowali ten biuletyn wchodząc tutaj. Spróbuj ich namówić by dołączyli do grona Przyjaciół Misji-Kamerun. To dzięki nim możemy utrzymywać nasz Dom Dziecka oraz pomagać takim ludziom jak Henriette, Christine i Didier.

2008.05 Budujemy bezpieczny mur dookoła Domu Dziecka

Witaj!

Dzisiejszy list piszę w pośpiechu, gdyż ostatnimi czasy na Misji-Kamerun wre naprawdę ciężka praca. Stawiamy wysoki i solidny mur dookoła Domu Dziecka – Foyer aby zapewnić bezpieczeństwo dzieciom. Wiedz jednak, że o Tobie również pamiętam, dlatego w przerwie między jednymi pracami a drugimi spieszę napisać choć kilka słów o tym co u nas się dzieje.

Mur, który stawiamy to solidna budowa z betonu i pustaków. Ma mieć wysokość 2,5-3 metrów i długość 240 metrów. Pewnie zastanawiasz się po co nam taki mur. Otóż ostatnimi czasy w Kamerunie robi się coraz niebezpieczniej. W większych miastach były zamieszki, plądrowanie sklepów itp. A nasza Misja-Kamerun przeżyła już prawdziwy napad bandytów w 2001 roku. Ja wraz z moimi współbraćmi oraz znajomymi księżmi, którzy nas odwiedzili zostaliśmy napadnięci przez 5 uzbrojonych w maczety i pistolety ludzi, którzy dotkliwie nas pobili, strzelali do brata Jakuba i rozplatali maczetą głowę księdzu Józefowi. Potem po 4 godzinach bicia zostawili nas skatowanych i związanych na podłodze. Tylko łutowi szczęścia zawdzięczamy fakt, że ostatecznie nas nie zastrzelono. Oczywiście obrabowano nas wtedy doszczętnie i to był dla nas bardzo ciężki rok. Od tego czasu nie mam poczucia bezpieczeństwa jeśli budynek nie jest otoczony murem lub płotem a wokół nie biegają groźne psy. Nie chcę by taka sytuacja zdarzyła się na Misji-Kamerun po raz drugi, szczególnie gdy pod opieką mam małe dzieci, a po siedmiu latach z całej piątki złapano tylko czterech bandytów i to tylko dlatego że później zabili 2 policjantów. Dlatego zdecydowałem się na zbudowanie muru.

W zeszłym tygodniu przez kilka dni mieliśmy przerwę, gdyż w kraju brakuje cementu, ale wreszcie udało mi się zdobyć i dokupić 30 worków cementu za 1200 zl i od piątku są już robione pustaki. Za 200 zł kupiłem deski na szalunki. Są one potrzebne do wykonania słupków w murze, które są zrobione z betonu lanego na zbrojenia. Takie słupki mamy co 3 metry. W środę zakończyliśmy pracę nad bramami i furtami do tego muru.

Bramy, które widzisz na zdjęciu nie są jeszcze pomalowane, ale są za to super mocne i bardzo ładnie zrobione jak na nasze skromne warunki. Dwie bramy i dwie furtki z robocizną kosztowały mnie niestety prawie 5000 zł i ogromnie dużo trudu i wysiłku naszego spawacza Didier, którego również widać na zdjęciu.

Padamy już z wysiłku, bo praca fizyczna którą wykonujemy w upale naprawdę daje nam się we znaki. Ale satysfakcja jest, że niedługo nasz Dom Dziecka – Foyer będzie naprawdę bezpiecznym miejscem dla naszych podopiecznych. Jedyne co mnie niepokoi to wysokość rachunków jakie będę musiał w niedługim czasie spłacić. Obliczyłem, że koszt materiałów i robocizny wyniesie prawie 21500 zł.

Nie wiem skąd wziąć tyle pieniędzy. Liczę jednak na opatrzność Bożą i twoje dobre serce. Bardzo proszę, wpłać dowolną sumę na nasze konto (kliknij). Fajnie by było gdyby to było 50, 100 lub 150 zł, ale każda złotówka się liczy. Jeżeli nie możesz pomóc finansowo, to proszę o modlitwę i rozesłanie mojej prośby do Twoich znajomych. Może oni będą mogli pomóc?

Z całego serca dziękuję za każdy gest dobrej woli.

Serdecznie błogosławię,

Dariusz Godawa OP.

P.S. Proszę pomóż przy budowie muru! Niech dzieci we Foyer czują się bezpiecznie!

2008.06 Walczę z malarią! Proszę o modlitwę!

Witaj,

Piszę ten list w bardzo kiepskiej formie, gdyż dorwała mnie choroba, która zbiera najwięcej istnień ludzkich na ziemi – malaria. Liczę że z nią wygram, gdyż to już nie pierwsze moje starcie. Jednakże bardzo źle się czuję i wszystko mnie boli.

Mój ostatni biuletyn dotyczył tylko i wyłącznie budowy muru, a tymczasem przez ostatnich kilka tygodni działo się u nas bardzo, bardzo dużo. Mieliśmy Święto Narodowe, Pierwsze Komunie, sezon rojenia się termitów (z których zrobiliśmy pyszną potrawę), ubijaliśmy osły, które przedtem były obiektem wdzięcznej zabawy dzieci z Foyer – Domu Dziecka. (Poniżej zamieszczam zdjęcie z obchodów Swięta Narodowego.)

Niestety domyślasz się chyba, że nie mam siły o wszystkich wyżej wymienionych wydarzeniach pisać w tej chwili, ale na szczęście regularnie zamieszczałem wiadomości i zdjęcia na naszej stronie w aktualnościach. Jeśli klikniesz tutaj, wejdziesz w Archiwum Aktualności. Tam znajdziesz Aktualności z ostatnich tygodni, a w prawie każdej z nich kolorowe zdjęcia. Bardzo serdecznie zapraszam na naszą stronę www.misja-kamerun.pl. Ostatnio staram się regularnie zamieszczać aktualności, więc jeśli interesuje Cię to co się dzieje na misji, to w okresie oczekiwania na biuletyn, polecam zerkać na naszą stronę.

Aktualnie leczę się intensywnie. Dostałem potrzebne leki od sióstr Dominikanek, które sąsiadują z moją placówką. Kuruję się oczywiście w domu a nie w szpitalu. W tutejszych szpitalach są okropne warunki

(możesz o tym przeczytać klikając tutaj). Chcąc być zdrowy muszę trzymać się daleko od oficjalnych placówek medycznych. Mam nadzieję że niedługo mój stan się poprawi i dam znać dobre wieści. Tymczasem cierpię okrutnie. Staram się leżeć nieruchomo pod kołdrą gdyż inaczej każdy ruch powietrza pod nią to przeszywający ból zimna. Mam wrażenie że co chwila z pieca przenoszę się do lodowatej wody. Boli mnie wszystko tak bardzo, że mam wrażenie że ból przeszywa paznokcie i włosy. Boję się nawet ruszać gałkami ocznymi, bo one mnie bolą najbardziej. Dlatego bardzo proszę o modlitwę.

Z serdecznym błogosławieństwem,

(obolały i cierpiący) Dariusz Godawa OP

PS. Może Twoi znajomi chcieli by zobaczyć jak wyglądają termity na talerzu, jak nasze dzieci jeżdżą na osiołkach, lub jak wyglądają ludowe stroje w czasie obchodów święta narodowego? Prześlij im nasz biuletyn.

Może zechcą go zaprenumerować. Wystarczy kliknąć tutaj.

2008.06 Malaria nie daje za wygraną!

Witaj!

Dziękuję Ci za modlitwę… i proszę o więcej. Gdy dwa tygodnie temu pisałem o ataku malarii dostałem wiele listów z zapewnieniem o modlitwie i pamięci. Rzeczywiście ta modlitwa pomogła gdyż po kilku dniach czułem się w miarę dobrze. Czas mijał szybko i przeszedł tydzień. Właśnie zbierałem się do napisania kolejnego biuletynu, by zapewnić Cię o moim powrocie do zdrowia i napisać conieco o zakończeniu roku szkolnego (możesz przeczytać o tym w Aktualnościach), gdy nagle bardzo źle się poczułem.

Natychmiast pobiegłem do parafialnego ośrodka zdrowia, gdzie pobrano mi krew i potwierdzono, że to kolejny atak malarii. Dodatkowo po zbadaniu próbki krwi stwierdzono, że jestem jeszcze chory na typhoide – odmianę tyfusu.

Dostałem kroplówkę i cały zestaw leków. O tym jak się czułem podczas ataku malarii pisałem w poprzednim biuletynie. A teraz wyobraź sobie, że czułem się jeszcze gorzej. Od tygodnia cierpię strasznie, wszystko mnie boli. Jestem pod opieką Valentine, pielęgniarki z parafialnego ośrodka zdrowia, która mnie odwiedza by zmienić kroplówkę i przynieść nowe leki. Od czwartku do niedzieli praktycznie nic nie jadłem bo nie miałem siły.

Dzisiaj się troszeczkę lepiej poczułem i piszę szybko te parę słów prosząc o dalszą modlitwę. Powinienem leżeć w łóżku do końca tego tygodnia, a ja naprawdę nie mogę. Przecież ktoś musi nadzorować robotników budujących mur! W niedzielę będzie odpust w naszej parafii, a w związku z tym zaplanowane są rekolekcje, spowiedź, wieczorek kulturalny… Przecież nie można tego odwołać! W zeszłą niedzielę nie było celebracji Mszy Św. w naszym kościele, tylko katechista przewodniczył nabożeństwu, co możesz zobaczyć na poniższym zdjęciu. Ale w najbliższą niedzielę muszę być już zdrowy!

Bardzo gorąco proszę o modlitwę.

Z serca błogosławię,

Dariusz Godawa OP

2008.07 Mamy gościa z Polski! Pierwsze wrażenia.

Witaj!

Mój list muszę zacząć od podziękowań, gdyż w czasie mojej choroby dostałem wiele listów zapewniających o modlitwie i wsparciu. Jestem za wszystkie bardzo bardzo wdzięczny. Dziękuję też tym, którzy nie pisali do mnie, ale pamiętali o mnie w modlitwie.

Na szczęście tyfus i malaria to już wspomnienie (aczkolwiek niezbyt miłe) i życie we Foyer wre na nowo. Końcówka czerwca była dość wymagająca bo cały tydzień przygotowywaliśmy się do odpustu w naszej parafii, a w niedzielę świętowaliśmy uroczystość św. Piotra i Pawła. O tym wszystkim możesz przeczytać w naszych Aktualnościach na stronie.

W pierwszym tygodniu lipca przyjechał do nas Bartek. Pochodzi on z Brzegu, a od wielu lat mieszka w Poznaniu. Na codzień pracuje w handlu, ale jego hobby to nurkowanie, modelarstwo i podróże. Jego wizyta potrwa u nas do 27 lipca. Już teraz wiem, że będzie mi go bardzo brakowało, gdyż od momentu gdy Bartek do nas zawitał stał się złotą rączką i nieocenioną pomocą na wielu obszarach działania. Pomógł mi naprawić kilka usterek samochodu, zamontował reflektory, poprawił mi system nagłośnienia do filmów, które pokazuję w dzielnicy. W zasadzie codziennie pomaga mi naprawić albo polepszyć stan naszego skromnego dobytku Misji-Kamerun.

Bartek spisuje swoje wrażenia z pobytu tutaj i pomyślałem, że mogą one być dla Ciebie interesujące. Skoro nie możesz nas odwiedzić, to miej chociaż okazję na bieżąco przeżywać wrażenia naszego gościa, które przez najbliższych kilka dni postaram się regularnie wysyłać w biuletynie.

2008.08 Pomóż nam przygotować się do roku szkolnego!

Witaj,

Dziś nie przesyłam kolejnego odcinka przygód Bartka, gdyż postanowiłem zrobić mały przerywnik. Historia naszego gościa jest bardzo ciekawa i pomaga utrzymać wakacyjny klimat, jednakże wakacje się już kończą i zbliża się ważny okres dla kameruńskich dzieci – rozpoczęcie roku szkolnego.

Przygotowania są już widoczne i sam biorę w nich czynny udział, gdyż jak pamiętasz Misja-Kamerun przejęła opiekę nad szkołą podstawową, którą utrzymujemy dzięki naszym sponsorom. Już od kilku dni prowadzona jest akcja generalnego sprzątania.

Dzieci, młodzież i dorośli zamiatają, szorują podłogi, czyszczą ławki, malują drzwi. We wrześniu szkoła powinna lśnić! Wypucowanie budynku to jednak dopiero pierwszy krok. Szkoła będzie gotowa do przyjęcia dzieci. Teraz tylko pozostaje sprawić by dzieci były gotowe do pójścia do szkoły.

Niestety to nie takie proste! Na pewno wiesz jak dużym wydatkiem w Polsce jest wyprawka dla ucznia. Tu, w Kamerunie nawet nie myślimy o kupnie książek – są stanowczo za drogie! Zeszyt, długopisy, ołówki i nowe buty, to jest problem większości rodzin. Ale zanim ktokolwiek zacznie robić zakupy trzeba najpierw zapisać dziecko na nowy rok szkolny i zapłacić pierwszą ratę opłaty za naukę.

W zależności od szkoły i od klasy opłata ta waha się od 50-90 zł. To olbrzymia suma dla wielu biednych rodzin w Bertoua. Osobiście chciałbym by jak najwięcej dzieci mogło pójść do naszej szkoły nie płacąc za naukę. Co więcej chciałbym pomóc także dzieciom chodzącym do innych szkół.

Dzięki dobremu sercu ludzi, którzy są rodzicami adopcyjnymi dzieci i wpłacali regularnie na konto, oraz tym którzy wpłacali na finansowanie nauki dzieci będę mógł pomóc grupie wybrańców losu, jednakże to stanowczo za mało.

Bardzo chciałbym by jak najwięcej dzieci uzyskało wsparcie od Misji-Kamerun.

Pragnieniem mojego serca jest wspomóc w tym roku około 300 dzieci. Na opłacenie pierwszej raty szkoły oraz pomoc w kupieniu zeszytu, butów lub długopisów potrzebna by jest suma ok. 25000 zł. Takiej sumy niestety nie udało mi się jeszcze uzbierać.

Pomyślałem sobie jednak, że jeśli poproszę Ciebie oraz innych sympatyków Misji-Kamerun o wsparcie, oraz o nakłonienie znajomych do pomocy, to może się uda.

Każda złotówka się liczy! Jeżeli wpłacisz 50, 100, 150 zł lub każdą inną kwotę i uda Ci się do tego namówić 5 znajomych, to wystarczy tylko 42 takie osoby jak Ty i uzbieramy całą kwotę. Czy myślisz, że jest to możliwe?

Dzieci z Bertoua czekają na Twoją pomoc! Wybierz konto na, które chcesz dokonać wpłaty klikając tutaj. Wpłać jak najszybciej swój dar z dopiskiem „Finansowanie nauki dzieci”. Rok szkolny zbliża się w coraz szybszym tempie i zapisy zaczynają się już niedługo!

Prześlij proszę tę wiadomość do jak największej ilości Twoich znajomych. Może uda Ci się namówić choć pięciu z nich do pomocy Misji-Kamerun i najuboższym dzieciom Bertoua? O tym jak udała się akcja napiszę w jednym z kolejnych biuletynów (który można zaprenumerować klikając tutaj)

Już teraz, dziękuję Ci za Twoją pomoc i zaangażowanie wierząc, że nie zawiedziesz naszych dzieciaków. W ich imieniu składam serdeczne Bóg zapłać!

Gorąco pozdrawiam i błogosławię.

Dariusz Godawa OP

2008.09 Spotkanie dominikanów Wikariatu Afryki Równikowej

Witaj,

Ostatnio jestem strasznie zaganiany. Rozpoczynał się rok szkolny, a ja musiałem opuścić Bertoua i wyjechać do stolicy Yauonde. Co dwa lata mamy spotkanie dominikanów Wikariatu Afryki Równikowej. Uczestniczyli w nim współbracia z Kamerunu, Kongo Bazaville i Republiki Środkowej Afryki.

Cały zjazd 14 profesów wieczystych i 10 braci studentów trwał od 1-go do 5-go września. Program był bardzo napięty. Od rana do wieczora coś się działo. Z ciekawszych zdarzeń, to we wtorek i środę mieliśmy konferencje na temat sprawiedliwości i pokoju.

Także w środę oraz czwartek omawialiśmy sprawy zakonne – czyli funkcjonowanie wikariatu Afryki Równikowej od ostatniego spotkania we wrześniu 2006 w Mbalmayo. Czwartego września wieczorem śluby wieczyste składało dwóch współbraci Justin i Bovary.

W nocy jeszcze wybieraliśmy nowego wikariusza, gdyż poprzedni Maurice Billet OP zrezygnował ze względu na stan zdrowia. Ostatecznie nowym wikariuszem został Claver Boundja OP i będzie tę funkcję pełnił przez następne 2 lata. Oczywiście oprócz narad, konferencji i dyskusji cały zjazd był przesiąknięty modlitwą. Jeżeli chcesz zobaczyć jak wyglądała nasza jutrznia, to możesz odnaleźć na youtube.com filmik z jutrzni, lub możesz kliknąć tutaj.

Po pięciu bardzo intensywnych dniach wróciłem do Bertoua i powróciłem do pracy związanej z rozpoczęciem roku szkolnego. Sprawdziłem, że nasza szkoła wyglądała prześlicznie w pierwszych dniach września. Nasza akcja sprzątania i malowania była warta tego wysiłku.

Oczywiście nie mogę też nie wspomnieć o kolejnej akcji, którą przeprowadziliśmy razem – dofinansowanie nauki dzieci. Jak na razie udało mi się dzięki wsparciu darczyńców z Polski wysłać do szkoły 105 dzieci. Serdecznie dziękuję za wszelkie wpłaty na ich rzecz!

Tak jak pisałem w ostatnim biuletynie, pragnieniem mego serca było dopomóc chociażby 300 dzieciom, bo potrzeby miasta Bertoua i tak są liczone w skali tysięcy. Wierzę, że razem możemy pomóc kolejnym dzieciom. Choć rok szkolny oficjalnie się już rozpoczął, to zapisy mogą trwać do połowy następnego miesiąca, a nawet do końca października.

Dlatego nadal podtrzymuję prośbę o darowizny na rzecz dofinansowania nauki dzieci. Wpłat możesz dokonywać na polskie lub kameruńskie konto. 50 zł to średni koszt pierwszej raty za naukę ucznia w podstawówce, 100 zł to koszt pierwszej raty w college, 150 zł to pierwsza rata w liceum państwowym. Jeszcze przez kilka najbliższych tygodni możemy razem zapisywać kameruńskich uczniów do szkoły! Proszę, namów swoich przyjaciół by wyprawili wraz z Tobą choć jedno dziecko do szkoły…

Z całego serca dziękuję za pamięć, modlitwy i wsparcie finansowe. Każdego 13 dnia miesiąca odmawiam z dziećmi różaniec i odprawiam Mszę św. w Twojej intencji!

Bóg zapłać!

Dariusz Godawa OP

2008.09 Szukamy sukienki ślubnej dla Marianne!

Witaj!

Rok szkolny od paru tygodni rusza pełną parą, jak na afrykańskie warunki przystało – czyli bardzo powoli. Cały czas dzieciaki zapisują się do szkół. Część dzieci, które chodzą do misyjnej szkoły, sponsorowanej przez naszych kochanych darczyńców, może uczęszczać do niej za darmo, gdyż kolejna grupa ludzi dobrej woli ofiarowała pomoc na opłatę pierwszej raty czesnego. Wiem, że to wszystko nie byłoby możliwe bez Twojego wsparcia, za które serdecznie dziękuję!

Zobacz jak wyglądał jeden z pierwszych dni w naszej szkole.

Dzisiaj, chciałbym się podzielić z Tobą wielką radością. Otóż po raz pierwszy od 18 lat będzie w naszej parafii ślub kościelny bezdzietnych młodych ludzi!!!! Tak, to co w Polsce zdarza się kilka razy dziennie w sobotę, tutaj jest ewenementem! Dla wielu rodzin w mojej ojczyźnie nadal nie jest do pomyślenia tylko ślub cywilny, nawet gdy narzeczeni nie są zbyt wierzący. Tymczasem tutaj w Bertoua, rzadko kto będąc młody bierze ślub cywilny, jeszcze rzadziej monogamiczny, bo panuje tutaj poligamia. Dlatego związek z jedną kobietą na całe życie dla wielu mężczyzn jest tu nieakceptowalny. Większość społeczeństwa , od nastolatków począwszy, żyje na kocią łapę. W związku z tym o ustatkowaniu się myślą ludzie starsi wiekiem. Raz na rok czy półtora zdarza mi się udzielać ślubu narzeczonym, którzy… już posiadają wnuki. Tym większą dla mnie radością jest para młodych ludzi, którzy nie tylko wezmą cywilny ślub monogamiczny, ale którzy pragną przypieczętować swoją miłość i wierność sakramentem małżeństwa. Pewnie ciekawi Cię kim oni są…

Marianne ma 30 lat i od dawna pomaga mi w załatwianiu wielu spraw dla Misji, zaczynając od zakupów (ona zawsze coś wytarguje), a kończąc na papierkowej robocie. Jej ukochany to rok starszy Achille. Achille studiował prawo i ma licencjat, a w tej chwili pomaga w zarządzaniu naszą misyjną szkołą.

Jako że to jest pierwszy ślub od kilkunastu lat byłoby dobrze by lokalna społeczność Bertoua poczuła wagę tego wydarzenia. Chciałbym by ludzie zrozumieli, że sakrament małżeństwa to coś bardzo ważnego. Myślę, że może w tym pomóc odpowiednia oprawa uroczystości. Marianne, zwierzyła mi się, że marzy o białej sukni ślubnej, takiej jakie mają panny młode w Europie. Choć to trochę zakręcony pomysł, to jednak pomyślałem że ma on sens. Tutaj w tym biednym, afrykańskim miasteczku, piękna biała ślubna suknia, kontrastująca z czarnym kolorem skóry tymbardziej podkreśliłaby czystość intencji państwa młodych.

Problem tylko jak zdobyć taką suknię. Pomyślałem jednak, że może znasz kogoś, kto kupił sobie suknię ślubną i jeszcze się jej nie pozbył po weselu. A może masz znajomych pracujących w salonie ślubnym, którzy mogliby namówić właściciela salonu by oddał jakąś sukienkę sprzed kilku sezonów, której już nikt nie pożycza bo nie jest ostatnim krzykiem mody? A może jakiś salon byłby w stanie podarować nową supermodną sukienkę? A może się rozmarzyłem… 🙂 Liczę jednak na Twoją pomysłowość. Wierzę, że znajdzie się ktoś kto będzie miał sukienkę na Marianne. Jej wymiary, które mi podała to 87/71/93. Jak tylko odbędzie się ślub opiszę to w biuletynie :). I oczywiście załączę zdjęcia.

Z serca błogosławię

Dariusz Godawa OP.

P.S. Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że będę pisał list o sukienkach, to bym się roześmiał. No cóż… Czego to się na Misji (oprócz stolarki, hydrauliki, mechaniki i elektryki) nie robi… 🙂

2008.10 – Sukienka ślubna – oj się podziało!

Witaj,

Zacznę od tego, że nie przypuszczałem, że moja nieśmiała prośba o sukienkę dla Marianne będzie miała taki odzew. Dostałem bardzo dużo maili w tej sprawie i będziemy na nie sukcesywnie odpisywać, dlatego z góry przepraszam za chwilowe milczenie. Pomyślałem, że najpierw parę rzeczy napiszę w biuletynie bo wiele osób pytało o to samo.

Zanim jednak zacznę odpowiadać na pytania, chciałbym przekazać serdeczne podziękowania od Marianne, która była naprawdę wzruszona dobrocią serca tych wszystkich dziewczyn, które gotowe są podarować jej suknię. Zobacz, jak się cieszy oglądając maile ze zdjęciami sukien! Oczywiście towarzyszą jej dzieci z naszego Domu Dziecka – Foyer, dla których oglądanie takich cudownych, egzotycznych strojów jest spojrzeniem na zupełnie inny świat, zupełnie im nieznany.

Przejdę już do konkretów. Wiele osób pytało o rozmiar obuwia i wzrost Marianne. Otóż ma ona 164 cm wzrostu. Zmierzyła też stopę wg instrukcji z internetu, wg której dobiera się obuwie ślubne. Jej stopa ma 24.5 cm i obwód 17. Jej wymiary są (przypominam) 87/71/93.

Jako, że ślub jest planowany na styczeń 2009, myślimy jeszcze nad sposobem transportu sukni do Kamerunu. Być może zechce nas ktoś odwiedzić i przywiezie suknię. Dostałem jeden list, w którym wyrażono chęć przyjazdu na ślub Marianne. Serdecznie zapraszam. Mogę przenocować do 8 osób na terenie Misji. Data ślubu nie jest jeszcze na sztywno ustalona, tak więc można wszystko dostosować.

W najbliższych dniach, będziemy odpisywali na listy, szukali sukienki o najbliższym rozmiarze i prosimy o zdjecia, tych którzy nie dosłali zdjęć, by Marianne mogła się poczuć jak w salonie i wybrać wymarzoną sukienkę, skoro wasze dobre serca na to pozwalają.

Jeszcze raz dziękuję w imieniu swoim i Marianne za tak szybkie odpowiedzi, tyle ciepłych słów, hojność i gotowość w ofiarowaniu sukni, dodatków butów i biżuterii. O wszystkich darczyńcach pamiętam w modlitwie i ofiarowuję za nich Mszę św. każdego 13 dnia miesiąca.

Pełen wdzięczności pozdrawiam z deszczowego Kamerunu,

Dariusz Godawa OP.

2008.10.19 – Niedziela Misyjna

Witaj,

19 października to ważna data. Tego dnia jest Niedziela Misyjna. To czas refleksji nad tym czym są Misje i jak powinni się do nich odnieść katolicy. Wiem, że Ty pamiętasz o naszej parafii w dalekim Bertoua i na ile jest to możliwe angażujesz się w pomoc Misji-Kamerun. Za to Ci bardzo, ale to bardzo dziękuję. Może warto jednak przypomnieć zarówno sobie dlaczego należy to robić, jak i znajomym, szczególnie tym wierzącym. Często wielu wierzących zapomina, że ten aspekt działalności Kościoła ich jak najbardziej dotyczy.

Na internecie znalazłem bardzo ciekawą informację o wnioskach jakie wysnuto w czasie spotkania diecezjalnych referentów misyjnych. Sam lepiej bym tego nie ujął więc pozwalam sobie zacytować skrót tej informacji:

Każdy katolik powinien angażować się w misje: duchowo lub materialnie – stwierdzili uczestnicy spotkania diecezjalnych referentów misyjnych i Papieskich Dzieł Misyjnych, które odbylo się 22-23 września w Niepokalanowie. W spotkaniu „Badźcie naśladowcami moimi” uczestniczyło ponad 130 osób z całego kraju oraz goście z Hiszpanii i Konga. W czasie spotkania wielokrotnie przypominano i podkreślano, że działalność misyjna jest zadaniem całego Kościoła i wszystkich wiernych, a nie tylko misjonarzy i osób zajmujących sie tą tematyką na co dzień. Oznacza to, że każdy katolik winien w takiej czy innej formie angażowac się w sprawy misji. Przede wszystkim duchowo – przez modlitwę, przystępowanie do sakramentów i zamawianie Mszy św. tej w intencji. Ale ważne jest także wsparcie materialne. Trzeba bowiem pamiętać, że misjonarze pracują na ogół w krajach ubogich, wsród ludzi, którzy zwykle sami żyją w wielkim niedostatku.

Jak wspiera misje Kosciól w Hiszpanii, mówił dyrektor Papieskich Dzieł Misyjnych w tym kraju, ks. prał. Anastasio Gil García. (…) Gość z Hiszpanii podkreślił, że Bóg wzywa każdego ze swych uczniów, aby przemieniał swój umysł i serce, i w ten sposób tworzył odnowioną wspólnotę ludzi wierzących. Każdy uczeń Chrystusa ma być misjonarzem, gotowym na przyjęcie Jego nauki i do dialogu ze światem. Jednocześnie winien dowartościowywać rzeczywistość kultury innych narodów i środowisk oraz kochać bliźnich.

(…)Szczególnymi sposobami włączania się w te działania są modlitwa oraz ofiarowanie własnego cierpienia przez chorych. (…) W Watykanie w grudniu 2005 r. Papież podziękował Kościołowi w naszym kraju za liczne powołania, apelując zarazem, aby w jeszcze większym stopniu włączal się on w wysiłek misyjny całego Kościoła. „Wysyłając kapłanów za granicę, zwłaszcza na misje, zapewniajcie im wsparcie duchowe i niezbędna pomoc materialną.”

Jeśli chcesz, prześlij ten list do swoich znajomych, jako pewnego rodzaju przypomnienie i przygotowanie do najbliższej Niedzieli Misyjnej. Mam nadzieję że list ten zachęci ich do wsparcia materialnego naszej Misji-Kamerun. Ty też jeśli możesz, wpłać proszę jakiś datek na nasze KONTO.

W kolejnym biuletynie napiszę o wspaniałym przykładzie zaangażowania w dzieło misyjne. Otóż grupa pasjonatów o gorących sercach założyła STOWARZYSZENIE, które będzie pomagało Misji-Kamerun. Będę Cię gorąco zachęcał do dołączenia do niego. Ale o tym w następnym biuletynie…

Błogosławię z całego serca i pozdrawiam,

Dariusz Godawa OP.

Powstało Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca

Serdecznie Witam!

Nazywam się Kasia Rubel. (Tak, tak, to nie pomyłka! Ojciec Darek pozwolił mi być autorką dzisiejszego listu!) Pewnie zastanawiają się Państwo dlaczego to ja do Państwa piszę, ale już zaraz wszystko się wyjaśni.

Dokładnie rok temu w listopadzie 2007r byłam na wakacjach w Kamerunie. Odwiedziłam też Misję-Kamerun. Na placówce spędziłam tydzień z dziećmi z Domu Dziecka – Foyer St. Dominique. Moje serce ścisnęło się z żalu gdy rozdałam wychowankom Foyer przywiezione z Polski kredki, a oni nie wiedziały co z nimi zrobić. Przez kilka dni wspolnie bawilismy sie w rysowanie, a potem z dumą zorganizowaliśmy wernisaż ich prac na ścianie kościoła. W życiu tych dzieci powinno być o wiele więcej takich wesołych momentów. To nie byla moja pierwsza wizyta w Afryce, ani kontakt z czarna rzeczywistoscia dziecinstwa tych dzieciakow. Nie wiem moze fakt, ze jestem mamą rezolutnej pięciolatki dodatkowo uswiadomił mi różnicę pomiędzy szansa urodzenia się w nawet najskromniejszym miejscu w Europie, a w przeciętnej rodzinie w Kamerunie.

Długo rozmawiałam z ojcem Dariuszem na temat tego co robi i co mógłby jeszcze zdziałać, mając prężną pomoc z Polski. Dotarło do mnie, że jest wielu takich ludzi jak, ja, którzy na różny sposób starają się pomóc Misji-Kamerun, lecz ich wysiłki nie są połączone, tylko każdy działa na własną rękę. Pomyślałam, że jest sposób na to byśmy mogli zadziałać razem i by była to działalność efektywna. Pamietam słowa O. Darka „tak, tak…” i kiwanie glową, gdy przedstawiałam mu wizję założenia Stowarzyszenia. Myślę, że uważał zapewne wtedy: „nawiedzona wariatka , ktora mysli ze to takie proste” – Fakt proste to nie bylo. Tym bardziej, że mieszkam we Francji, co nie ulatwiało sprawy. Po raz kolejny przekonałam się że mam niezastapionych przyjaciol i znajomych, bo wraz z kilkunastoosobową grupą ochotnikow zarejestrowaliśmy Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca . W ten sposób tak naprawdę tylko nadaliśmy „ramy prawne” temu co Państwo stworzyli przez minione lata poprzez spontaniczne wspieranie działalnosci Misji Kamerun. Inaczej w ogole nie mogłaby ona zaistnieć i rozwijać swojej dzialalności. We Foyer – Domu Dziecka mieszka około 20 dzieci, które uczęszczają regularnie do szkoły, jedza regularne posiłki i korzystaja z bieżącej wody. To wszystko dla przeciętnego dziecka jest nieosiągalne.

Mamy już pierwszy sukces edukacyjno-wychowawczy – Jacky zdała maturę! Coś, co dla nas wydaje się tak oczywiste w Kamerunie jest wrecz ewenementem na skalę wioski, ponieważ dziewczynki zazwyczaj koncza swa kariere edukacyjna w wieku ok 14 lat rodząc pierwsze dziecko. Dlatego jestem pod ogromnym wrażeniem determinacji i samozaparcia Jacky najstarszej wychowanki Foyer, która nie tylko zdalała maturę, ale ma ambicje aby w przyszłym roku rozpocząć studia. To zasługuje na szczególny podziw, gdyż Jacky jako najstarsza z dziewcząt ma dodatkowe obowiązki we foyer – to ona jest ekspertem kulinarnym, gdy nie ma kucharki lub Marianne. Ona również opiekuje się najmłodszymi dzieciaczkami. Dodatkowo, ze względu na swoje uzdolnienia muzyczne, Jacky prowadzi równiez zajęcia z przykościelnym chórem itd. Dlatego na naukę poswięca przede wszystkim późne godziny wieczorne siedząc na korytarzu, gdzie ma przynajmniej dostęp do swiatła, gdy pozostałe dzieci śpią.

Ale nie tylko Jacky jest trudno. O. Darek nie raz pisał o tym, że edukacja tutaj jest droga i wielu rodzin nie stać na opłatę kosztu mundurka, zeszytów i komitetu rodzicielskiego dla ich dzieci. Uczniowie uczą się głównie z notatek z zeszytów, bo nikogo nie stać na bardzo drogie książki sprowadzane często z Francji. W szkole wymagany jest noszenie mundurku i butów w dobrym stanie, co jest kolejnym poważnym obciążeniem finansowym. Tymczasem tu w Polsce mamy szkołę za darmo, mundurki nie obowiązują, a książki, kredki i inne przybory szkolne są czymś bardzo oczywistym i dostępnym. Dlatego widząc to wszystko postanowiłam przyczynić się do jakiejś zmiany na lepsze. Pragniemy by Jacky i inne dzieci miały lepszą przyszłość

Dlatego chcemy, by Misja-Kamerun posiadała w Polsce instytucję posiadającą osobowość prawną, która skutecznie będzie pomagała finansować misyjne projekty ze szczególnym uwzględnieniem edukacji dzieci. Dzięki sformalizowaniu Państwa pomocy w postaci Stowarzyszenia, będziemy mogli starać się o dodatkowe dofinansowanie przez instytucje publiczne oraz międzynarodowe, a nasi darczyńcy będą mogli skorzystać z przewidzianych ulg podatkowych (osoby fizyczne 6%, osoby prawne 10%), a za jakiś czas dodatkowy 1% po uzyskaniu statusu Organizacji Użytku Publicznego.

Po 9 miesiącach walki z urzędami oraz Krajowym Rejestrem Sądowym, we wrześniu 2008 udało się zarejestrować Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca. Mamy już Regon, konto bankowe i własną skromną stronkę internetową w budowie. Serdecznie zapraszam Państwa w imieniu zalożycieli Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca oraz Ojca Darka do przystąpienia do naszego Stowarzyszenia poprzez wypełnienie deklaracji członkowskiej (kliknij tutaj) i wpłaty rocznej składki w wysokości 50 zł. Poszukujemy również wolontariuszy, którzy zechcieliby zająć się tworzeniem bardziej profesjonalnej strony internetowej, zająć się PR, oraz wspomagać nasze akcje. Wierzę, że nie jest Państwu obojętny mój apel i że odpowiedzą Państwo pozytywnie na nasz list.

Proszę dołączyć do Stowarzyszenia! Zachęcam do podzielenia się pomysłami co i jak możemy zrobić, umiejętnościami oraz chwilą wolnego czasu!

Czekam na Państwa zgłoszenie.

Gorąco pozdrawiam,

Katarzyna Rubel

P.S. Ze Stowarzyszeniem można skontaktować się za pomocą adresu email dziecislonca@free.ngo.pl

2008.11 Dołącz do Stowarzyszenia!

Witaj,

Mam nadzieję, że dotarł do Ciebie list, który napisała Kasia i zechcesz dołączyć do grona ludzi z pasją, takich jak ona. Pobyt na Misji-Kamerun dodał jej skrzydeł i jeszcze bardziej uwrażliwił na pomoc dzieciakom kameruńskim. Mam jednak nadzieję, że będąc tu w Polsce również możesz się zarazić entuzjazmem Kasi.

Niektórzy z Was z radością przyjęli informację o powstaniu Stowarzyszenia, ale wśród kilku osób pojawiły się wątpliwości. Dlatego postanowiłem je jak najszybciej wyjaśnić. Mam nadzieję, że po przeczytaniu tego listu zrozumiesz jak ważną i dobrą sprawą dla Misji-Kamerun jest Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca.

Przede wszystkim zacznę od tego, że stowarzyszenie, to innymi słowy zrzeszenie osób, które razem chcą działać w jednym szczytnym celu. Celem Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca jest przede wszystkim pomoc w nauce dzieci związanych z Misją Kamerun, oraz wspieranie innej naszej Misyjnej działalności zgodnie z celami ustanowionymi w statucie.

Dlatego jeżeli uważasz że możesz się trochę zaangażować, i że chcesz poświęcić trochę swojego czasu na pomoc Misji-Kamerun, możesz dołączyć do ludzi takich jak ty i Kasia. Tworząc stowarzyszenie poznasz ludzi o gorących sercach i razem z nimi możesz przeprowadzać owocne akcje, których nigdy w pojedynkę nie dasz rady wykonać.

Po drugie, wszelkie darowizny przekazane na rzecz Stowarzyszenia będą przekazywane dla Misji-Kamerun lub na akcje związane z pomocą Misji-Kamerun. Dlatego każda złotówka będzie dobrze wydana zgodnie z celem na który była wpłacona. Stowarzyszenie nie jest żadnym pośrednikiem, jest raczej maszyną, która sprawi że pomoc dla nas będzie efektywniejsza.

Dlaczego?

Otóż za pomocą stowarzyszenia możemy łatwiej dotrzeć do firm i instytucji. Wiele firm działa charytatywnie. Jedne robią to ze względu na dobre serce właścicieli, inne na pokaz. Ale bez względu na motywy, chętnie pomagają w różnych akcjach. Niestety, nie pomagają samotnym misjonarzom, ale różnym fundacjom i stowarzyszeniom, dlatego że taką pomoc mogą odliczyć sobie od podatku. (Ty też wpłacając darowizny na konto stowarzyszenia, możesz odliczyć je sobie od podatku.) Podsumowując, mając „własne” stowarzyszenie Misja-Kamerun posiada swoją furtkę do źródeł finansowania, a darczyńcy, tacy jak Ty mogą skorzystać z prawa do odliczenia sobie swej pomocy od podatku.

Po trzecie, być może zauważasz, że co roku, wiele organizacji prosi o przeznaczenie 1% podatku na swoje cele. Aby mieć taką możliwość organizacja musi być uznana za Organizację Pożytku Publicznego. Nasze stowarzyszenie może ubiegać się o uznanie za taką organizację. Kasia i jej przyjaciele chcą jak najszybciej złożyć dokumenty i ubiegać się o taki status. Aby jednak to się udało potrzebujemy by nasze Stowarzyszenie mialo jak najwięcej członków.

Dlatego apeluję! Zapisz się jak najszybciej do Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca. Pokażmy urzędnikom, że jest wielu ludzi, którzy chcą wspierac Misję-Kamerun. Proszę, nie chowaj się w cieniu innych darczyńców, tylko potwierdź swoje zaangażowanie stając się członkiem stowarzyszenia!

Wystarczy tylko wypełnić formularz i wysłać go na adres korespondencyjny Stowarzyszenia oraz wpłacić roczną składkę członkowską w wysokości 50 zł. Mam nadzieję że wyjaśniłem Twoje ewentualne wątpliwości. Jeśli chcesz się dowiedzieć czegoś więcej przeczytaj informacje na naszej stronie i na stronie Stowarzyszenia. Jeżeli chcesz popracować nad wyglądem strony internetowej oraz przeprowadzić jakąś akcję PR, to zgłoś to jak najszybciej. Potrzebujemy wolontariuszy!

Jeżeli możesz, postaraj się zaangażować swoich przyjaciół. Namów ich by zapisali się wraz z Tobą! Prześlij ten list do 10-20 Twoich znajomych!

Wierzę że nie zawiedziesz mnie, Kasi Rubel oraz naszych małych podopiecznych w potrzebie. Kasia przez 9 miesięcy przedzierała się przez biurokratyczne przeszkody po to by Misja-Kamerun miała prawne narzędzie do otrzymywania pomocy. Mam nadzieję, że Kasia nie robiła tego na darmo. Dołącz do Stowarzyszenia!

Z góry za to serdecznie dziękuję i błogosławię.

Dariusz Godawa OP

2008.12 Obniż sobie podatek za to że masz hojne serce!

Witaj!

Cieszę się, że jest tak wielu ludzi dobrej woli, którzy wspomagają Misję-Kamerun. Dzięki inicjatywie Kasi powstało stowarzyszenie, które oficjalnie pomaga w tworzeniu dzieła serca w Bertoua. Wiem, że mój ostatni list zmotywował kilka osób do przystąpienia do naszego Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca. Nadal jednak liczę, że coraz więcej Przyjaciół Misji-Kamerun zechce się do niego zapisać. Mam nadzieję, że Ty znajdujesz się wśród nich, lub niedługo do nich dołączysz. Już teraz gorąco za to z góry dziękuję!

Właśnie trwają prace nad stworzeniem logo Stowarzyszenia, a zaangażowani członkowie poszukują darmowych szkoleń z pozyskiwania funduszy, komunikacji itp, by jak najsprawniej przeprowadzać akcje pomocy Misji-Kamerun.

Zbliża się koniec roku i pewnie już wzdragasz się na samą myśl o tym, że niedługo trzeba się będzie rozliczyć z Urzędem podatkowym i być może dopłacić jeszcze do podatku. Dlatego pomyślałem sobie, że mogę wskazać Ci sposób na to by w papierach „zmniejszyć sobie dochód” i zapłacić mniejszy podatek. Dzięki temu w czasie rozliczania się, może się okazać, że to Urząd ma zapłacić pieniądze Tobie jako zwrot podatku. Czy to nie byłoby fajne?

Jest już coraz mniej ulg,które można uwzględniać w rozliczeniu rocznym, ale nadal istnieje ulga z tytułu darowizn. (Podstawę prawną dla ulgi stanowi art. 26 ust. 1 pkt 9 ustawy o pdof). Darowizny odliczane są za ten rok, w którym były przekazane. Dlatego, jeżeli wpłacisz swój dar na nasze Stowarzyszenie do końca tego miesiąca, odpisu dokonasz już w rozliczeniu za rok 2008 czyli na zeznaniu, które będziesz skłądać do 30 kwietnia 2009 roku. (Będzie to albo PIT-37 albo PIT-36). Jeżeli zdecydujesz się wpłacić swój dar w 2009 roku to odpisu będziecie mogli dokonać dopiero w przyszłym roku, na zeznaniu składanym do 30 kwietnia 2010 roku.

Pewnie ciekawi cię ile maksymalnie możesz sobie odliczyć. Otóż maksymalnie możesz odliczyć sobie 6% dochodu (z tym, że osoby prawne mogą odliczyć 10%). To oznacza, że podatek zapłacisz nie od całości dochodu tylko od 94% swojego dochodu.

Jak to wygląda w praktyce? Wyobraź sobie, że Przyjaciel Misji ma pensję 1500 zł, czyli jego roczny dochód wynosi 18000zł. Może on przekazać na stowarzyszenie maksymalnie 6% swojego dochodu. To oznacza, że by odliczyć sobie ulgę, Przyjaciel Misji może maksymalnie wpłacić 18000*0,06=1080 zł. Wtedy po odliczeniu sobie ulgi Przyjaciel Misji będzie płacił podatek od dochodu 18000-1080=16920zł. W ten sposób zapłaci niższy podatek. (Jeśli Twoje dochody są dużo wyższe i wchodzisz w kolejny próg podatkowy, może okazać się to dla Ciebie bardzo dobrą formą ucieczki) Pamiętaj, że odliczenie stosuje się, jeżeli wysokość darowizny jest udokumentowana dowodem wpłaty na rachunek bankowy obdarowanego.

Oczywiście 6% dochodu to maksymalna wpłata, jaką możesz dokonać by móc odliczyć sobie ulgę, natomiast Ty możesz wpłacić każdą dowolną mniejszą sumę na konto naszego stowarzyszenia i odliczyć sobie ją od dochodu. Jeżeli chcesz sobie zmniejszyć podatek, to pospiesz się, gdyż zostały Ci już tylko 3 tygodnie!!!

Wspomóż nasze Stowarzyszenie i skorzystaj z ulgi podatkowej!

Serdecznie do tego zachęcam,

Dariusz Godawa OP

PS. Nr konta naszego stowarzyszenia PKO BP SA Będzin 03 1020 2498 0000 8002 0268 4942

2008.12 Bożonarodzeniowe Życzenia

Witaj,

Dziś czwarta niedziela Adwentu, co oznacza, że czas przyjścia Pana coraz bardziej się zbliża. Domyślam się, że w Polsce panuje teraz prawdziwa przedświąteczna gorączka. Korki na ulicach, kolejki w sklepach, świąteczne piosenki w radiu i hipermarketach, Opłatki albo Christmas Party w zakładach pracy. Czasem trudno się zorientować co przeważa komercja czy Sacrum…

Nie myśl jednak, że w Kamerunie ze względu na ubóstwo mieszkańców Boże Narodzenie ma głębię. Niestety dla przeciętnego mieszkańca tego kraju, to ważne święto jest traktowane jako „Święta Końca Roku”. Jest to pretekst by dostać nowe ubranie (co żywo przypomina tradycję tutejszych Muzułmanów na zakończenie Ramadanu) oraz by pójść do baru i się napić, a nawet upić. Jak się domyślasz, im mniej religijny człowiek tym bardziej ten sposób „hucznego świętowania” jest charakterystyczny dla niego.

Od kilkunastu lat jednak staram się ewangelizować i wprowadzać moich parafian w tajemnicę Narodzenia Bożej Dzieciny. Rekolekcje, spowiedź i uroczyste nabożeństwa mają na celu rozgrzanie ich serc. W tę sobotę odbyły się rekolekcje dla grupy liturgicznej. Prowadził je o. Christophe – Misjonarz Ducha Sw. proboszcz parafii MB Bolesnej. Mówił konferencję p.t.

Przygotujcie drogę Panu”. Następnie wszyscy uczestnicy mogli się u niego wyspowiadać.

W poniedziałek rano o 9 będę prowadził konferencję dla naszego nowego chóru. (Od pół roku działa u nas trzeci chór zrzeszający około 30 młodych osób) Zespół ten jeszcze nie ma nadanej oficjalnie nazwy i zostanie „ochrzczony” na uroczystej niedzielnej Mszy św. celebrowanej przez naszego arcybiskupa. Jako, że chór ma się nazwać „św. Dominika” konferencja, którą będę wygłaszał dotyczyć będzie tego świętego.

O godzinie 16.00 konferencję dla wszystkich parafian poprowadzi o. Laurent. Ten 65-letni prezbiter (najstarszy w naszej diecezji) na co dzień posługuje w diecezjalnym domu rekolekcyjnym Maranatha au coeur du monde.

We wtorek od godziny 7.30 rano rozpoczną się prace porządkowe wokół terenu kościoła. Zaangażowani wierni, po ich zakończeniu będą mogli skorzystać z Sakramentu Pokuty, którego będę udzielał od godziny 10 rano. Później w uporządkowanej kaplicy siostry wraz z ministrantami będą przygotowywali świąteczny wystrój. Tutejsze rośliny przypominające nieco z wyglądu tuje, zostaną obwieszone migającymi lampkami i świecidełkami.

W środę odwiedzę naszych chorych. Świętowanie zacznę o 18 u sióstr na skromnej wieczerzy wigilijnej, a o 20 odprawię Pasterkę. Jeszcze tylko wspomnę o Jasełkach, które stały się już naszą tradycją w Bertoua. W przedszkolu prowadzonym przez siostry, dzieci wystawiły przepiękne przedstawienie 12 grudnia – zanim zaczęły się ferie świąteczne.

O tym jak będą przebiegać u nas Święta Bożego Narodzenia napiszę w kolejnym biuletynie. Na zakończenie chciałbym Ci podziękować za Twój wkład w działalność Misji-Kamerun i złożyć najserdeczniejsze życzenia:

Niech Boże Dziecię ma zawsze w Swojej opiece Ciebie i osoby najbliższe Tobie. Niech narodzi się Ono w twoim sercu przynosząc pokój, radość i szczęście. Niech obdarzy Cię zdrowiem, pogodą ducha i dobrobytem. Życzę Ci aby Święta Bożego Narodzenia były dla Ciebie pełne miłości i rodzinnego ciepła.

Błogosławię z całego serca na ten cudowny czas.

Dariusz Godawa OP.

2009.01 Noworoczne wieści

Witaj!

Czas leci nieubłaganie. Jeszcze niedawno wysyłałem Ci życzenia świąteczne, a tu już kończy się styczeń. W międzyczasie wiele się podziało. W tym miesiącu odwiedziło nas 2 dziennikarzy. Byli oni tak uprzejmi, że zgodzili się przywieźć nam trochę rzeczy z Polski. Te trochę to około 40 kg. Wśród rzeczy, które przywieźli były śpiwory jakie dostaliśmy od pewnej firmy turystycznej z Polski. Niestety, jeden z bagaży nie dotarł, gdyż według celników z Dusseldorfu znajdowały sie w nim niebezpieczne elementy (do dzis nie wiemy, o ktore to rzeczy chodzilo) Poprosiliśmy celników o usunięcie niebezpiecznych elementów i przesłanie bagażu do Afryki. Niestety to się stało pretekstem do przetrzebienia przesyłki. Uznano część rzeczy za zbyt cenne i nie przesłano ich do Kamerunu tylko pozostawiono do odbioru w Dusseldorfie. Przy tej okazji niestety zaginęło wiele rzeczy, które nie trafiły ani do nas ani do depozytu w Niemczech.

W tę sobotę odbędzie się ślub Marianne i Achilla. W jej imieniu dziękuję wszystkim, którzy zaoferowali suknie ślubne, a szczególnie tym wspaniałym dziewczynom, które ostatecznie je przekazały. Wszystkie 3 suknie dotarły do Bertoua. Aktualnie są w trakcie przymiarek. O przygotowaniach, ślubie i weselu napiszę już niedługo w kolejnym biuletynie.

Dziękuję tym wszystkim, którzy odpowiedzieli na pytania dotyczące biuletynu. Wśród odpowiedzi pojawiły się prośby o opisanie losów dzieci z naszego Foyer St. Dominique – Domu Dziecka. Mam więc dobrą wiadomość. Na naszej stronie umieściliśmy informacje o naszych aktualnych wychowankach. Kliknij tutaj by poznać historie podopiecznych Misji-Kamerun.

Dziękuję również tym wszystkim, którzy zdecydowali się bardziej zaangażować w pomoc Misji-Kamerun i zapisali się do Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca. Członkowie Stowarzyszenia starają się pomóc na wszelkie sposoby. Już od wielu tygodni szukają możliwości wysylki naszej podopiecznej Jacky na studia.

Stowarzyszenie chce również wziąć udział w konkursie Pomoc Polska 2009 organizowanym przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Polega to na tym, że przedstawia się pomysł na projekt, i jeśli jest on dobrze wykonany, ministerstwo go finansuje. Aktualnie jest kilka pomysłów na pomoc dla Misji-Kamerun – np. wiercenie studni we Foyer, budowa świetlicy dla dzieci (także tych niepełnosprawnych) itp. Jednakże członkowie stowarzyszenia nie mają dużego doświadczenia w pisaniu i koordynowaniu takich projektów. Nie wiemy więc czy uda nam się to w tym roku. Jeśli Ty masz takie doświadczenie i chcesz pomóc, proszę zaoferuj swoje umiejętności!

W jednym z kolejnych biuletynów napiszę też krótkie podsumowanie działalności naszego Stowarzyszenia.

Kończę już mój list i zapraszam do lektury historii naszych podopiecznych. Mam nadzieję, że ten dodatek do naszej strony ucieszy cię, pomimo smutnych i drastycznych wspomnień dzieci.

Dziękuję jeszcze raz za życzliwość i wszelką pomoc. Każdego 13 dnia miesiąca odprawiam Mszę Św. w intencji darczyńców, a dzieci z Foyer modlą się za Ciebie na różańcu.

Pozdrawiam i błogosławię,

Dariusz Godawa OP

2009.02 Śluby i walka z malarią

Pragnę zacząć od podziękowań tym wszystkim którzy aktywnie poszukiwali sukienki dla Marianny, a szczególnie Aniom i Natalii, które ostatecznie wysłały swoje piękne stroje do Kamerunu. Ostatecznie okazało się, że wszystkie 3 sukienki pasowały i były równie piękne. W związku z tym zostały użyte wszystkie 3 – jedna do ślubu cywilnego, druga do kościelnego, a trzecia na wesele.

Kilka dni temu odwiedzili nas Marysia i Zbyszek, których marzeniem było wziąć ślub na misji. Wybrali do tego Misję-Kamerun i przyjechali do Bertoua bym mógł pobłogosławić ich związek.

Wybacz, że nie opisuję uroczystości ze szczegółami, ale jestem bardzo ciężko chory. Ledwo siedzę przy komputerze. Znowu dopadła mnie malaria. Niestety ta choroba przydarza mi się średnio raz lub dwa razy w roku i ostatnio dość ciężko ją przechodzę. Postaram się coś więcej napisać w kolejnym biuletynie.

Na razie bardzo proszę o modlitwę i wsparcie finansowe. Przydałby mi się zastrzyk gotówki na pokrycie kosztów leczenia i wsparcie na finansowanie misji. Ostatnio przychodzi coraz mniej wpłat. Mam wrażenie, że przyjaciele zaczęli nas opuszczać, a rodzice adopcyjni zaczęli zapominać o swoich dzieciach. Wierzę jednak, że to chwilowy zastój i że jakaś pomoc z Polski wkrótce nadejdzie.

Serdecznie błogosławię,

Dariusz Godawa OP

2009.03 Stowarzyszenie działa na rzecz Misji-Kamerun

Witaj,

Chociaż na Misji-Kamerun jak zwykle wiele się dzieje i ciągle nowe prace pojawiają się na horyzoncie, to tym razem jednak napiszę o tym co się działo w Polsce. Otóż jak wiesz, istnieje grupa ludzi, która postanowiła wspierać Misję-Kamerun nie tylko modlitewnie i finansowo, ale i czynem. Dzięki niej właśnie powstało Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca.

Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem tego jak działają. Przede wszystkim nie płacą za wynajem lokalu, szukają sponsorów i przyjaciół – dzięki temu stowarzyszenie ma darmową obsługę prawną kancelarii KTNM, używają prywatnych telefonów, drukarek i innego sprzętu ponosząc prywatnie koszty działalności stowarzyszenia.

Organizacja powstała zaledwie we wrześniu zeszłego roku, ale ma już za sobą wiele działań i kilka sukcesów. Do Misji-Kamerun dotarło konkretne wsparcie finansowe, dzięki któremu mogłem pokryć koszty mundurków dla dzieci oraz ich naukę. Prowadzono rozmowy z agencjami reklamowymi, pracowano nad logo i stroną internetową stowarzyszenia. O tym wszystkim możesz dokładnie przeczytać w raporcie rocznym stowarzyszenia, który znajdziesz tutaj. Przy tak wielu wysiłkach i wykonanych pracach jedyne koszty stowarzyszenia to były opłaty za przelewy pieniędzy do Kamerunu oraz za utrzymania konta bankowego.

Rok 2009 od samego początku stawiał przed Stowarzyszeniem Przyjaciół Dzieci Słońca ostre wyzwania. Bardzo pragnę wysłać na studia do Polski wychowankę Foyer St. Dominique Jacky. To właśnie dzięki Stowarzyszeniu Przyjaciół Dzieci Słońca (a przede wszystkim Kasi, Marzence i Agacie), pokonuję kolejne bariery biurokracji i szansa na edukację Jacky w Europie jest coraz większa. Oprócz tego, Ministerstwo Spraw Zagranicznych ogłosiło konkurs Polska Pomoc Zagraniczna 2009, w którym Stowarzyszenie w wyniku ciężkiej pracy całego zespołu (Marcina, Marzeny, Kasi, Kuby, Tomka i Ani) zaproponowało ciekawy projekt na promocję edukacji i równouprawnienia w Bertoua. W międzyczasie trwają cały czas prace nad uzyskaniem statusu Organizacji Pożytku Publicznego, abyście w przyszłym roku mogli przekazywać 1% swojego podatku na tę organizację. W lutym został złożony wniosek do KRS. W marcu powstała nowa strona internetowa stowarzyszenia jedynie dzięki zaangażowaniu wolnego czasu i umiejętności wolontariuszy Anny i Adriana oraz nieodpłatnego użyczenia serwera oraz oprogramowania przez firmę Techweb. Natomiast dzięki składkom członkowskim został opłacony koszt domeny www.dziecislonca.org.

Wiem, że zaangażowanie w działalność w Stowarzyszeniu, może być dla Ciebie absorbująca. Dlatego choć gorąco zachęcam do brania udziału w jego akcjach, to rozumiem, że możesz nie mieć aż tyle czasu. Na pewno jednak znasz jakieś firmy, które mogly by być zainteresowane działalnością charytatywną. Może znasz sposób jak zdobyć stypendium naukowe dla Jacky w Polsce. Może masz pomysł na jakąś działalność. Zaproponuj swoją pomoc, znajdź sponsora, wesprzyj tych, którzy pomagają Misji-Kamerun czynem.

Serdecznie Cię zapraszam do odwiedzenia nowej strony Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca: www.dziecisłonca.org. Mam nadzieję, że będzie ona dla Ciebie natchnieniem i inspiracją.

Serdecznie błogosławię,

Dariusz Godawa OP

2009.03 Pomóż Jacky zdobyć Polską wizę!

Witaj,

Czy trafiła w Twoje ręce poniedziałkowa Gazeta Wyborcza, a dokładniej Duży Format? Był tam artykuł o dzieciach z Kamerunu i zdjęcie naszej podopiecznej Domu Dziecka – Foyer St. Dominique – Jacqueline Dangana. O jej losach możesz przeczytać tutaj. Jacky jest bardzo zdolną i pracowitą dziewczyną. Chciałbym by zdobyła gruntowne wykształcenie i mogła pomagać lokalnej społeczności, dlatego pragnę ją wysłać na studia do Polski. Jacky też bardzo marzy o studiach w Polsce i już tutaj w Bertoua stara się nauczyć podstaw języka polskiego.

Jednym z pierwszych etapów jakie należy przejść, to sprawienie by Jacky mogła dostać się do Polski. Dzięki pomocy przyjaciół zaangażowanych w Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca udało się zarejestrować zaproszenie dla Jacky. Otóż Jacky zostanie najpierw zaproszona przez Stowarzyszenie, by jako wolontariuszka pomóc w jednej z faz projektu promocji edukacji i równouprawnienia.

Jacky pomoże w stworzeniu wstępnej analizy na temat „Edukacji dziewcząt oraz dzieci wykluczonych społecznie ze względu na niepełnosprawność lub ubóstwo w Kamerunie.”

Wyobraź sobie, że takie zarejestrowanie zaproszenia, to bardzo skomplikowana procedura wymagająca wielu dokumentów takich jak: wpis do KRSu, raport finansowy, zaświadczenie o nadaniu regonu, fotokopia paszportu Jacky i kilka innych. Wszystkie te dokumenty zostały złożone w Wydziale Spraw Obywatelskich i Cudzoziemców Śląskiego Urzędu Wojewódzkiego. Oczywiście przy tej okazji trzeba było uiścić opłatę skarbową.

Podstawą zatwierdzenia zaproszenia Jacky, było zobowiązanie się Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca do utrzymania Jacky w czasie jej pobytu w Polsce. Pierwszym gestem w tym celu był hojny gest Kasi, zdecydowała się ona użyczyć nieodpłatnie swój dom dla Jacky. Mamy nadzieję, że z czasem pojawią się nowe formy wspierania Jacky.

Jednakże teraz skupiam się na kolejnym kroku. Mając zaproszenie można już starać się o wizę do Polski. Niestety najbliższa ambasada polska jest w Nigerii. Aby tam dojechać jak najtaniej, lokalnymi autobusami po kiepskich nieasfaltowanych drogach, w podróży w jedną stronę trzeba spędzić tydzień. Kolejny tydzień Jacky będzie musiała czekać na wizę w Abuja w Nigerii na przyznanie wizy, a następnie przez kilka dni będzie wracała do Bertoua. Łącznie cała wyprawa zajmie jej 3 tygodnie. W podróży nie będzie sama, gdyż zaopiekuje się nią polecona przez zaprzyjaźnioną rodzinę kobieta, która od czasu do czasu pracuje w Nigerii i wie jak tam się porozumieć i poruszać.

Niestety, gdy podliczyliśmy koszt tej wyprawy, okazało się, że ze względu na długi czas podróży, wymagane noclegi (czasami całą noc się czeka na następny autobus), bardzo drogie wyżywienie w Nigerii, cały wyjazd będzie kosztował około 2200 zł. To bardzo dużo, ale wierzę, że Jacky dostanie wizę i przyjedzie do Polski.

Niestety, jak zawsze brakuje nam środków fiansowych na ten cel. Dlatego bardzo proszę o wsparcie. Proszę wpłać 20, 50 czy 70 zł i pomóż Jacky zdobyć polską wizę! Będę wdzięczny za każdą złotówkę przeznaczoną na ten cel. Swój dar z dopiskiem „Na wizę dla Jacky” – możesz wpłacić na konto misji, lub na konto stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca Wierzę, że razem jesteśmy w stanie pomóc Jacky!.

Błogosławię i pamiętam w modlitwie,

Dariusz Godawa OP

2009.04 Nasza szkoła w kryzysowych opałach!

Witaj!

Na wstępie mojego listu chciałbym wyrazić ogromną wdzięczność dla tych, którzy regularnie wspierają Misję-Kamerun. Bez napływającej pomocy finansowej z Polski, cała działalność tutaj byłaby niemożliwa. Tylko dzięki kochanym darczyńcom z wielu zakątków ojczyzny, dziesiątki, a nawet setki dzieci mogą uczęszczać do szkoły, ciężko chorzy ludzie mają szansę na wyleczenie w szpitalu, a sieroty i dzieci z patologicznych rodzin mogą znaleźć dach nad głową w naszym Domu Dziecka – Foyer St. Dominique.

Dzisiaj Niedziela Palmowa. Tu w Bertoua obchodzimy ją bardzo uroczyście. Mszę św. rozpoczęła bardzo długa i nabożna procesja, w której uczestniczyło około 300 osób. Uczestnicy byli zaopatrzeni w wielkie, zielone liście palmy, które dodawały splendoru procesji na trasie o długości 3 kilometrów.

Nabożeństwo uświetniał śpiew trzech parafialnych chórów. Mszę św rozpoczęliśmy około godziny 8 rano, a zakończyliśmy ok 11.

Niestety, nawet tak wielka uroczystość nie jest w stanie zdjąć z mego serca ciężaru trosk doczesnych dnia codziennego. Pamiętam,jak dokładnie rok temu, dzięki dobremu sercu wielu życzliwych ludzi udało mi się wziąć pod skrzydła Misji-Kamerun szkołę podstawową, której groziło bankructwo. 150 dzieci uczęszczających do podstawówki stanęło przed widmem analfabetyzmu, które wspólnymi siłami zażegnaliśmy. Jeżeli nie pamiętasz tej akcji, kliknij tutaj by przeczytać zeszłoroczny biuletyn. Dzięki wielkiej mobilizacji udało się znaleźć sponsorów, którzy zdecydowali się regularnie wspierać szkołę. To był prawdziwy cud!

Niestety obecny kryzys spowodował, że część sponsorów wycofała swoją pomoc. Tak naprawdę ok. 25% ludzi, którzy zdecydowali się pomagać nam rok temu, zaprzestało dalszej pomocy. Koszt utrzymania szkoły (pensje dla nauczycieli, materiały, utrzymanie budynku) to po spadku wartości złotego 3500 zł miesięcznie. Tak naprawdę gdyby się znalazło 35 hojnych ludzi, którzy mogli by przeznaczyć 100zł miesięcznie, albo 70 ludzi, którzy mogą ofiarować 50 zł miesięcznie, to pokrywałoby to wszystkie potrzeby. Domyślam się, że w tych trudnych czasach wielu ludzi nie może pozwolić sobie na wydatek większy niż 30 zł, i wtedy potrzebowalibyśmy 116 sponsorów.

Problem polega na tym, że od jakiegoś czasu co miesiąc brakuje nam kilkuset złotych by domknąć budżet szkoły. Od kilku miesięcy rośnie nam dziura budżetowa, której nie daję rady już załatać. Jeżeli w ciągu miesiąca lub dwóch nie pozyskamy nowych sponsorów szkoły, to Misja-Kamerun ogłosi bankructwo podstawówki. Co gorsza kryzys powodujący spadek wartości złotówki sprawił, że potrzeby są większe niż były w zeszłym roku. Dlatego 150 dzieci znowu staje przed widmem analfabetyzmu. Nie możemy do tego dopuścić!!!

Rok temu udało nam się uratować szkołę. Wierzę że i w tym roku powtórzy się ten cud. Jeżeli możesz ofiarować miesięcznie 30, 50, 100 zł lub jakąkolwiek sumę jako sponsor szkoły, to proszę zrób to jak najszybciej. Jeśli to jest niemożliwe, proszę pomóż nam znaleźć kolejnych sponsorów. Może masz znajomych prowadzących firmy, które dla których taki wydatek nie byłby obciążający? A może twoi przyjaciele chcieliby podzielić się tym co mają z kameruńskimi dziećmi? Proszę, prześlij dalej ten apel o pomoc. Być może to przyczyni się do uratowania naszej szkoły.

Już z góry dziękuję za wszelką możliwą pomoc i pamiętam w modlitwach.

Dariusz Godawa OP

P.S. Konta na które możesz wpłacać dar z dopiskiem „sponsor szkoły”

Inteligo -Dariusz Godawa-

50102055581111120928000024

lub

STOWARZYSZENIE PRZYJACIÓŁ DZIECI SŁOŃCA

PKO BP SA Będzin 03 1020 2498 0000 8002 0268 4942

2009.04 Wielkanocne życzenia z Kamerunu

Witaj,

Triduum Paschalne wprowadza nas w misterium Męki Pańskiej i Zmartwychwstania. Tu w Bertoua, zaczęliśmy przygotowywać nasze serca i otoczenie już od Wielkiego Poniedziałku. W tym dniu odwiedziłem prawie 30 naszych chorych, którym udzieliłem sakramentu Pojednania i Eucharystii. Jak zwykle dzień zakończyły różaniec i Msza Święta o 17.30.

Wtorek to czas porządkowania terenu przykościelnego i serc parafian. Sprzątają oni teren przy kościele i przyozdabiają go, a ja w międzyczasie posługuję spowiadaniem. Ze względu na ulewny deszcz padający od rana wszystko zaczęliśmy później niż planowaliśmy – o 10 rano.

W środę, w ciągu dnia spowiadałem, a Pere Valere – młody ksiądz z Mambaya wyświęcony rok temu głosił o 16 konferencję, po czym nastąpiło nabożeństwo różańcowe i Msza św.

W Wielki Czwartek spowiadałem jeszcze tych, którzy zwlekali do ostatniej chwili. Modlitwa różańcowa poprzedziła Mszę Wieczerzy Pańskiej. Poszczególne grupy parafian adorowały Najświętszy Sakrament do północy.

Wczoraj rano znalazła się kolejna grupa niedobitków, którzy jako ostatni zdecydowali się na sakrament pokuty. Po udzieleniu Sakramentu Pojednania, miałem chwilę przerwy, a następnie o godzinie 15 (godzinie męki Pańskiej i miłosierdzia) rozpoczęliśmy trzykilometrową Drogę Krzyżową. W tym roku slońce nas troche oszczędziło, niebo bylo zachmurzone. Dźwigaliśmy ciężki krzyż na trasie 3 kilometrów. (Na załączonych zdjęciach możesz zobaczyć jak to wyglądało) Około godziny 17.30 dotarliśmy do kościoła. Tam odmówiliśmy koronkę do Miłosierdzia Bożego rozpoczynając nowennę przed Świętami. Następnie nastąpiła adoracja krzyża, który wierni mogli osobiście adorować przez pocałunek do godziny 19.30. Do północy poszczególne grupy adorowały przy grobie.

Dziś rano pewnie znowu będę spowiadał, a o 17.30 będziemy się jak zwykle wspólnie modlić na różańcu i 2 dzień nowenny do Miłosierdzia Bożego. Uroczysta Wigilia Paschalna rozpocznie się o 20. Niedziela Wielkanocna rozpocznie się jak zwykle uroczystą Mszą Świętą o 9 rano.

Na ten nadchodzący dzień Zmartwychwstania Pańskiego, chciałbym złożyć Ci najserdeczniejsze życzenia pełni łask Bożych, wielu ciepłych rodzinnych spotkań, i wypoczynku. Niech Chrystus zmartwychwstanie w Twoim sercu dając Ci światło, pokój i radość.

Zapewniam o pamięci w modlitwie. Każdego 13 dnia miesiąca (a tym razem to drugi dzień Świąt) odprawiam Mszę św. w intencji wszystkich darczyńców Misji-Kamerun.

Z pozdrowieniami i najlepszymi życzeniami,

Dariusz Godawa OP

2009.04 Jacky otrzymała wizę do Polski!!!

Witaj!

Na początku tego listu chciałbym wyrazić olbrzymią wdzięczność wszystkim tym, którzy zdecydowali się wspierać modlitewnie i finansowo wyjazd wychowanki naszego Domu Dziecka do Polski. Coraz bardziej wierzę w to, że Jacky będzie miała szansę dobrze się wykształcić, a następnie swoją wiedzą pomagać lokalnej społeczności w Kamerunie.

Pierwszy, bardzo trudny etap mamy już za sobą – zdobycie wizy. Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca zaprosiło Jacky do Polski, aby jako wolontariuszka pomogła w szerzeniu informacji na temat warunków edukacji dzieci w Kamerunie. Jej doświadczenie będzie bezcenne. Poza tym czas, który nasza wychowanka spędzi w Polsce pozwoli jej na opanowanie języka polskiego i przygotowanie się do podjęcia studiów, na co mamy wielką nadzieję.

Dzięki działalności członków stowarzyszenia udało nam się oszczędzić Jacky długiej, kosztownej i niebezpiecznej podróży do Nigerii (do najbliższej ambasady Polski). Po wielu rozmowach telefonicznych z konsulem honorowym Polski w Kamerunie i konsulem Nigerii ostatecznie Jacky pojechała tylko do stolicy Kamerunu Yaounde gdzie poprzez konsulat wysłano jej dokumenty do ambasady. Kilkanaście dni później Jacky ponownie udała się do stolicy Kamerunu aby odebrać wizę. Niektórzy darczyńcy pomogli finansowo w staraniach się o wizę, wpłacajac już na podróż Jacky do Abudja, ktorej w ostatecznosci uniknęlismy.Jako, że koszty zdobycia wizy były niższe niż spodziewaliśmy się, udało nam się trochę oszczędzić na bilet do Polski. Serdecznie dziękuję każdemu kto pomógł na pierwszy nasz apel!

Przed nami kolejny etap – wyjazd do Polski. Planujemy przyjazd Jacky na połowę maja. Jesteśmy właśnie w trakcie kupowania jej biletu. Jeżeli możesz dorzucić się do tego zakupu będę niesamowicie wdzięczny. Każda złotówka się liczy! Proszę wpłać 20, 30 lub 60 zł i pomóż Jacky znaleźć się w Polsce. O jej wyprawie będę informował w kolejnych biuletynach.

Dziękując w imieniu Jacky, gorąco błogosławię,

Dariusz Godawa OP

2009.05 Akcja „Dzieci Słońca – Nasze Dzieci” potrzebuje wsparcia!

Witaj!

Przez ostatnich kilka tygodni dzieci z Domu Dziecka – Foyer St. Dominique pracowicie wykonywały kolorowe rysunki. Kredki, które dostały z Polski, zostały dobrze wykorzystane i nasze dzieciaki namalowały kilkaset prac, z których są naprawdę dumne. To właśnie ich prace wezmą udział w prawdziwym wernisażu.

Pewnie ciekawi cię jak to się stanie. Otóż Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca organizuje akcję „Dzieci Słońca Nasze Dzieci”. W czerwcu odbędą się 2 wernisaze prac dzieci w Poznaniu i w Jastrowie. Przy tej okazji chcemy opowiedzieć o losach dzieci i warunkach nauki w Kamerunie. Bardzo pomocna będzie w tym Jacky, wychowanka Foyer, która jako specjalny gość wystawy będzie opowiadać o tym jak wygląda życie w Bertoua.

Dzięki aktywnej działalności członków stowarzyszenia udało się za darmo otrzymać lokal na wspomniane wystawy. Aby jednak prace były profesjonalnie przedstawione, potrzeba je oprawić w ramki i zorganizować całe wydarzenie. Na to potrzebne są pieniądze, które powinny się kilkukrotnie zwrócić w postaci darów dla Misji od gości wernisażu. Przesyłam prosbę od prezes Stowarzyszenia, Kasi Rubel, licząc na to że i tym razem Przyjaciele Misji nie zawiodą. Proszę dołącz do naszej akcji!

Serdecznie błogosławię

Dariusz Godawa O.P.

Szanowni Państwo!

Celem Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca jest wspieranie dzieci i młodzieży w rozwoju i edukacji. Swoją opieką otoczyliśmy najuboższych uczniów dzielnicy Mokolo IV w kameruńskim mieście Bertoua. 5 czerwca 2009 roku organizujemy akcję „Dzieci Słońca – Nasze Dzieci” – wystawę prac wychowanków tamtejszego Domu Dziecka – Foyer St. Dominique – w Poznaniu w galerii Malingrad. Dodatkowo, 27 czerwca odbędzie sie wystawa prac w Jastrowie przy okazji wydarzenia „Babski Blues.” Chcemy w ten sposób uwrażliwić mieszkańców obu miejscowości na potrzeby dzieci z Czarnego Lądu. Dodatkowo Chcemy na te wydarzenie zaprosić jak największą ilość gości, aby pozyskać nowych przyjaciół i sprzymierzeńców Stowarzyszenia, którzy pomogą w dalszej naszej działalności. Mając nadzieję, że wystawa okaże się sukcesem, planujemy ją powtórzyć w innych miastach Polski.

Aby jednak wystawa się udała, przed nami jeszcze trochę pracy. Udało nam się bezpłatnie pozyskać lokal, przetransportować prace dzieci z Kamerunu do Polski, ale nadal stoją przed nami zadania takie jak: oprawienie prac dzieci w ramki, wydrukowanie ulotek, zapewnienie poczęstunku dla gości w dniu wernisażu itp.

Chciałabym bardzo poprosić Państwa o finansowe wsparcie akcji „Dzieci Słońca – Nasze Dzieci”. Mecenat pozwoliłby nam na uzyskanie pewności, że nasza akcja będzie miala wieksze szanse powodzenia, a dzieci w Bertoua uzyskają dzięki temu wsparcie od gosci wystawy.

Ze swej strony bardzo chętnie umieścimy w galerii logo zaangażowanych firm i umieścimy informację, o tym, że wsparli Państwo finansowo to wydarzenie.

Ze względu na to, że pozostało już niewiele czasu, uprzejmie proszę o jak najszybsze rozpatrzenie naszej prośby. Mam wielką nadzieję, że będzie ono pozytywne.

Wpłaty proszę dokonywać na konto stowarzyszenia: PKO BP SA 03 1020 2498 0000 8002 0268 4942. Każda złotówka się liczy!

Z poważaniem,

Katarzyna Rubel,

Prezes Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca

www.dziecislonca.org

2009.06 Dzień Dziecka i Zaproszenie

Witaj!

Dziś jest Dzień Dziecka. Wydaje się, że obchodzi go cały świat, tymczasem w Kamerunie jest to jeden z najbardziej zwykłych dni. W tym kraju dzieci są najmniej ważne i nie ma nawet jednego dnia, gdzie byłyby wyróżnione.

Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca postanowiło sprawić wychowankom Domu Dziecka Foyer St. Dominique prawdziwy prezent. Przez ostatnich kilka miesięcy pracowicie rysowali oni swoje małe dzieła sztuki, które zostały przewiezione do Polski przez Jacky, o której pisałem już kilkakrotnie w biuletynach.

Piątego czerwca o godzinie 17, w Poznaniu, w galerii Malingrad (ul. J. Chełmońskiego 15) odbędzie się wernisaż prac naszych dzieciaków. Jest to dla nich wielkie wyróżnienie i wielki prezent. W czasie wernisażu odbędzie się aukcja prac. Serdecznie Cię zapraszam do wzięcia udziału. Możesz nabyć unikalny i pamiątkowy afrykański obrazek oraz spotkać osobiście naszą wychowankę Jacky Dangana, której Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca stara się umożliwić studia.

Spraw sobie i naszym dzieciakom prezent na Dzień Dziecka. Przyjdź na wernisaż do Galerii Malingrad i weź udział w aukcji. Jeśli nie możesz przyjechać osobiście, a masz znajomych w Poznaniu, zaproś ich tam w moim imieniu.

Z błogosławieństwem,

Dariusz Godawa, OP

2009.06 Sukces w Malingradzie! Zapraszam na kolejny wernisaż!

Witaj!

W piątek 5-go czerwca, w Poznaniu w Galerii Malingrad odbył się wernisaż prac naszych dzieci z Domu Dziecka Foyer St. Dominique. Została również zorganizowana aukcja obrazków poprowadzona przez Malinę Barwik, w czasie której 18 dzieł naszych podopiecznych zostało zlicytowanych. Udało nam się uzyskać 2100 zł, którą to kwotę przeznaczymy na zorganizowanie Jacky, naszej wychowance, studiów w Polsce. Całe wydarzenie zostało zorganizowane przez Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca, na którego stronie internetowej możesz przeczytać szczegółowszą relację z imprezy i zobaczyć więcej zdjęć. (Kliknij tutaj.)

Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca, które objęło opieką naszą Misję-Kamerun, planuje w najbliższym czasie zorganizować jeszcze dwie wystawy, tym razem w Warszawie. Jeżeli chcesz poznać naszą Jacky i wesprzeć nasze próby uzyskania dla niej wyższego wykształcenia w Polsce, zarezerwuj sobie czas i przyjdź na kolejną wystawę.

W środę, 17 czerwca, o godzinie 18.00 odbędzie się prezentacja rysunków w salonie Toyota-Radość. Tam również będzie zorganizowana aukcja dzieł naszych dzieci, w której możesz wziąć udział (Adres: TOYOTA RADOŚĆ – Autoryzowany Dealer Toyota Motor Poland, ul. Patriotów 271, 04-853 Warszawa; tel (22) 615 30 30).

Serdecznie zapraszam! Jacky liczy także na Ciebie!

Jeżeli nie mieszkasz w Warszawie, lub nie odpowiada Ci termin, to proszę pomyśl o tym jakich masz znajomych w stolicy i roześlij im zaproszenie.

Życzę wielu wrażeń podczas oglądania wystawy!

Dariusz Godawa O.P.

2009.06 Zapraszam na spotkanie w Warszawie!

Witaj!

Mój pobyt w Polsce jest bardzo intensywny. Za nami kolejna ekspozycja prac naszych wychowanków w salonie Toyota-Radość. Zebrani goście z zainteresowaniem słuchali o życiu i problemach kameruńczyków oraz o mojej misyjnej pracy. Na zdjęciu możesz zobaczyć, jak Kasia Rubel (prezes Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca) wraz ze mną i Jacky Dangana (wychowanką naszego Domu Dziecka Foyer St. Dominique) witamy wszystkich, którzy przybyli na spotkanie.

I tym razem odbyła się aukcja obrazków, z których uzbieraliśmy pewną kwotę na działalność Misji-Kamerun. Mam nadzieję, że nawiązane tam kontakty zaowocują głębszą współpracą.

Jeżeli chcesz spotkać mnie i Jacky osobiście to przed Tobą jest jeszcze jedna szansa w najbliższą niedzielę, 21-go czerwca, w kościele św Jacka w Warszawie przy ulicy Freta 10. Przez cały dzień możesz tan obejrzeć obrazki naszych dzieci z Foyer. Tym razem nie będzie aukcji, będzie tylko wystawa, ale każdy kto będzie chciał nam pomóc może wrzucić do puszki swoją ofiarę. Będziemy kwestować z Jacky cały dzień. Jeżeli możesz to zaproś swoich znajomych do kościoła Dominikanów w Warszawie w tę niedzielę.

Bardzo serdecznie pozdrawiam i zapraszam

Dariusz Godawa OP

2009.09 Jacky będzie studiować, ale potrzebuje pomocy!

Witaj,

Choć wakacje to czas gdy wszyscy wyjeżdżają na urlopy i myślą jak oderwać się od problemów, to ja doświadczam, że pomimo luźniejszego życia nasi dobroczyńcy cały czas pamiętają o mnie i Misji-Kamerun.

Z różnych stron dostawałem maile z pytaniami o to jak się czuję, jak działa stowarzyszenie, jak się wiedzie Jacky w Polsce.

Po kolei postaram się odpowiedzieć na te pytania, bo rzeczywiście już dłuższy czas nie wysyłałem żadnej informacji. Ostatnio nie mam zbyt wiele szczęścia, bo ciągle zmagam się z malarią. Najpierw w czerwcu jeden atak i teraz na początku września drugi. Trochę martwi mnie to, gdyż mam wrażenie że te ataki powtarzają się coraz częściej.

Ale nawet wtedy kiedy ja się czuję gorzej, cały czas działają członkowie Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca, a przede wszystkim jego sprężyna,którą jest założycielka Kasia Rubel. To ona i jej przyjaciele zorganizowali aukcje prac Dzieci z naszego Domu Dziecka, o których pisałem w czerwcu. Kasia też rozpoczęła akcję organizowania możliwości studiów dla naszej wychowanki Jacky.

Pewnie ciekawią Cię losy Jacky. Otóż mam wspaniałą wiadomość! Dzięki pomocy Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca, które interweniowało u samego Ministra Zdrowia udało się pozyskać zgodę na to by przez najbliższy rok szkolny Jacky mogła ZA DARMO uczyć się języka polskiego na Uniwersytecie Łódzkim, w ośrodku gdzie cudzoziemcy przygotowują się do studiowania różnych dziedzin na uczelniach w całej Polsce.

Teraz nasz cały wysiłek skupiony jest na tym, żeby zapewnić Jacky godne przeżycie tego okresu.

Najważniejsza sprawa to:

UTRZYMANIE JACKY

– Akademik miesiecznie – 210 euro = 840 zł

za cały rok akademicki 7560 zl

– Wyżywienie – miesiecznie 90 euro = 360 zl

za cały rok akademicki 3240 zl

– Środki higieny -miesiecznie 50 zl

za cały rok akademicki 450zl

– Podręczniki + Zeszyty + ksero inne koszta

za cały rok akademicki 500 zł

– Ubrania na jesień i zimę – 1000 zł

(półbuty, kozaki, kurtka, 2 swetry, 2 bluzy, czapka, szalik itp)

Jacky przez całe wakacje przygotowuje się do rozpoczęcia nauki w Łodzi. Wszystkie wolne chwile spędza na ćwiczeniu swojej znajomości języka polskiego. Miala tylko kilka dni wakacji, gdy Marysia i Zbyszek, ktorzy kilka w lutym brali u nas w Kamerunie ślub koscielny, zabrali ją w góry. Szybko jednakże musiała wracać, gdyż byliśmy zaproszeni do TV Religia gdzie w programie „Rozmównica” opowiadaliśmy o tym jak potrzebna jest pomoc z Polski.

Jacky jest zauroczona dobrocią i życzliwością przyjaciół moich i misji, których spotyka. W Kamerunie nie istnieje taka przyjaźń i taka bezinteresowna pomoc. Życzliwość i dobre serca ludzi, którzy nas otaczają, są dla niej większym przeżyciem niż szok kontrastu biedy kameruńskiej z dobrobytem i jakością życia w Europie.

Mam szczerą nadzieję, że i od Ciebie Jacky będzie mogła doświadczyć trochę serca. Jeżeli możesz pomóc uzbierać nam kwotę na utrzymanie Jacky, by spokojnie mogła zająć się nauką języka polskiego, to bardzo proszę okaż hojność i umożliw tej sierocie, która wszystko postawiła na naukę, spełnić jej marzenia.

Z serca błogosławię,

Dariusz Godawa OP

2009.09 Jak pomóc Jacky?

Witaj,

Piszę krótko, gdyż chcę odpowiedzieć na pytania, które zaczęły do mnie spływać po ostatnim biuletynie mówiącym o studiach Jacky.

Tak jak pisałem, mamy zgodę Ministra Zdrowia by Jacky studiowała język polski w Łodzi, ale musimy wspólnymi siłami zapewnić jej utrzymanie.

Wiele osób pyta na jakie konto najlepiej wpłacić pieniądze i z jakim dopiskiem.

Najlepiej wpłacić pieniądze na konto Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca z dopiskiem „Jacky”

A oto rachunek bankowy:

PKO BP SA 03 1020 2498 0000 8002 0268 4942

Tak jak pisałem, kwota jest niebagatelna, ale wierzę, że razem zdziałamy cuda.

Proszę wpłać 30, 50, 100 zł lub każdą dowolną sumę, bo każda złotówka się liczy.

Z błogosławieństwem

Dariusz Godawa OP

PS. A to przybliżone koszta jakich się spodziewamy.

UTRZYMANIE JACKY

– Akademik miesiecznie – 210 euro = 840 zł

za cały rok akademicki 7560 zl

– Wyżywienie – miesiecznie 90 euro = 360 zl

za cały rok akademicki 3240 zl

– Środki higieny -miesiecznie 50 zl

za cały rok akademicki 450zl

– Podręczniki + Zeszyty + ksero inne koszta

za cały rok akademicki 500 zł

– Ubrania na jesień i zimę – 1000 zł

(półbuty, kozaki, kurtka, 2 swetry, 2 bluzy, czapka, szalik itp.)

2009.10 Wesprzyj nasze początki w Yaounde

Drodzy Przyjaciele Misji Kamerun,

Wakacje, tak w Kamerunie jak i w Polsce, to często czas zmian życiowych. Takie też się dokonały i u nas w Misji-Kamerun. Przyleciałem do Polski z Jacky Dangana, aby pomóc jej w niezbędnych formalnościach ( ile z tym męki, to jeden Pan Bóg wie). Najważniejsze, że się udało i od października Jacky jest studentką Studium języka polskiego na Uniwersytecie Łódzkim i w przyszłym roku ma szanse rozpocząć wymarzone studia medyczne.

W międzczyczasie doszło również do zmian administracyjno-personalnych w diecezji w Bertoua. Biskup w wieku 75 lat złożył dymisję, która została przyjęta przez Watykan, a równocześnie z tutejszymi „zwyczajami” poprosił nas Dominikanów o opuszczenie plebanii, która była własnością diecezji, a nie Zakonu. Ze względu na zaistniałą sytuację mój przełożony o. Bruno Cadore OP postanowił mnie przenieść do klasztoru Dominikanów w stolicy kraju – Yaounde. Nastał również nowy odpowiedzialny za szkolnictwo katolickie, który postanowił nie respektować ustaleń, zawartych z poprzednim biskupem, gwarantujacych wpływ na dobór kadry nauczycielskiej oraz poziom nauczania – Misji-Kamerun finansującej w całości dotychczasowe funkcjonowanie szkoły podstawowej. Z tego powodu, postanowiłem zaprzestać bezpośredniego finansowania szkoły, a naszym podopiecznym, z pomocą sponsorów szkoły, nadal zapewniać naukę w innych szkołach gwarantujacych odpowiedni poziom nauki. Tak że nasza pomoc, kochani sponsorzy naszej szkoły, trwa nadal i nawet możemy objąć nią większą jak dotąd liczbę dzieci, gdyż nie płacimy teraz wypłat nauczycielom.

Zatem nie pozostało nam nic innego jak opuszczenie plebanii w Bertoua. Budynek i cały teren sierocińca nie jest własnością diecezji, tylko naszego stowarzyszenia : ” Les enfants of Sun”. Wynajęliśmy dom w Yaounde, spakowaliśmy dzieciaki z sierocińca i przeprowadziliśmy się do stolicy Kamerunu. Nasi zaś podopieczni, dzieci wspomagane przez adopcję serca, pozostały w Bertoua wraz ze swoimi rodzinami, a Misja Kamerun w dalszym ciagu wspiera ich naukę oraz często pomaga chorym uczniom.

Dodatkowo nie ułatwia nam sytuacji fakt, że mój powrót zaplanowany na lipiec, okazał sie niemożliwy – 1 czerwca odezwała się malaria. Spędziłem 4 godziny na ławce w mieście trzesąc się jak osika raz z malarii, a dwa że mnie zgarnie zaraz policja jak jekiego kloszarda. Na szczęście miałem przy sobie chininę i po paru jeszcze godzinach wstałem z ławki miejskiej. Po przeprowadzeniu wnikliwych badań i konsultacjach ze specjalistami od medycyny tropikalnej zapadła decyzja, że muszę co najmniej kilka miesięcy zostać w Europie i poddać się intensywnemu leczeniu.

Podsumowując – jestem chwilowo w Polsce na leczeniu, a dzieci w nowym sierocińcu w Yaounde. Jak tylko wrócę ( jeśli nie zemrę tutaj w Polsce, i to chyba bardziej z braku słońca niż z malarii) kontynuujemy rozwój sierocińca w Yaounde i zaludniamy na nowo „stary” sierociniec w Bertoua, który będę dogladal dojazdowo z klasztoru w Yaounde. Mimo, że fizycznie aktualnie pozostaję kilka tysiecy kilometrow od Kamerunu, to nie ma to wplywu na los dzieci, które są pod opieką Marianny i Achilla. Ja nad wszystkim czuwam przy pomocy codziennych emaili i sms’ow i innych internetowych komunikatorów. Dzieci mają, tak jak dotychczas, zapewnioną opiekę: spanie, wyżywienie, ubranie, oraz naukę, dzieki wspaniałomyślnosci i hojności Przyjaciół Misji Kamerun z całej Polski. Dlatego tym bardziej liczę na Wasze wsparcie w tej wyjątkowo trudnej sytuacji.

Drodzy Przyjaciele Misji-Kamerun, jak widzicie walczymy jak możemy dla dobra naszych dzieci, i jestem przekonany że z Waszą pomocą wytrwamy do końca, bo jak wiemy, kto wytrwa do końca ten zbawiony będzie.

Slówko do wszystkich, którzy jeszcze mają swoje adopcyjne dzieci w Bertoua. Kochani, mimo że ja jestem chwilowo w Polsce, a sierociniec w Yaounde, to Bertoua – to ciagle też nasza Misja-Kamerun. Co rusz ktoś przyjezdża z Bertoua po pieniądze na szkołę dla dziecka, brata, siostry, kuzyna kuzynki. Często opiekunowie sierocińca jeżdża do Bertoua i kontrolują sytuację na ile się da. Wasze adoptowane dzieci są dalej wspomagane. Proszę nie zniechęcajcie się. Nie możemy się poddawac złemu. Wszystko robimy dla naszych kameruńskich dzieci, mimo że czasem przeciwności na drodze i to nawet nie z tej strony z której byśmy się spodziewali.

Dariusz Godawa OP.

P.S. Wszelką pomoc można wpłacać na konta z dopiskiem „Misja-Kamerun”

Inteligo -Dariusz Godawa- 50102055581111120928000024

lub

STOWARZYSZENIE PRZYJACIÓŁ DZIECI SŁOŃCA

Konto bankowe PKO BP SA Będzin

03 1020 2498 0000 8002 0268 4942

2009.12 Jacky w Polsce oraz dzieciaki w Yaounde i w Bertoua

Witaj,

Serdecznie dziękuję za wsparcie i zainteresowanie wszystkim przyjaciołom Misji-Kamerun. Wielu z Was wysłało do mnie słowa otuchy i pocieszenia w związku z moim stanem zdrowia. Teraz jest w miarę w porządku, pomijając krótki epizod grypowy, przez który chyba przeszła w tym czasie większość Polaków. Ale nie o sobie chcę pisać.

Przypominam, że nasza nowa placówka Misji-Kamerun w Yaounde prężnie działa. Marianna i Achille, o których ślubie pisałem kilka miesięcy temu, przeprowadzili się do stolicy Kamerunu i opiekują się naszymi dziećmi. W naszym sierocińcu mieszkają teraz: Djack, Dimitri, Hypolite, Marius, Alida, Marlyse, Nina Lauriane, Dieson, Paola i Epiphanie. Djack chodzi do przedszkola, a pozostałe dzieci do szkoły. Dimitri będzie zdawał pod koniec roku egzamin BEPC. A głuchoniema Epiphanie dwa razy w tygodniu uczy się szycia, aby mieć zawód.

Marianna daje dzieciom wiele serca. Codziennie gotuje im posiłki I stara sie zapewnić im jak najlepszą opiekę. Obecnie planujemy razem świąteczne zakupy. Chcielibyśmy by dzieci na Święta Bożego Narodzenia otrzymały nowe ubranka i buty, a najmłodsze by dostały choć kilka zabawek. Oczywiście to jakie prezenty kupimy dzieciom, będzie zależało od wsparcia jakie dostaniemy w tym miesiącu od naszych przyjaciół.

Dbamy także o naszych podopiecznych w Bertoua. Marianna regularnie tam jeździ kontrolując sytuację. Właśnie w ostatnich dniach była w tym mieście na pogrzebie starszej siostry Jacky (o czym napiszę w dalszej części tego listu). Przy tej smutnej okazji, zawiozła pieniądze na drugą ratę czesnego w szkole dla tamtejszych dzieci. Wielkie dzięki dla wszystkich którzy pomagają małym mieszkańcom Bertoua! A oto oni na zdjęciu, szczęśliwi ze spotkania z Marianne.

Jacky, duma naszego Foyer St. Dominique od kilku miesięcy uczy się języka polskiego w Łodzi. Jako, że wielu z was jest zainteresowana jej postępami w nauce i tym jak sobie radzi w Polsce postanowiliśmy by Jacky prowadziła bloga. Oczywiście nasza wychowanica opisuje swoje wrażenia w języku francuskim, ale jeden z przyjaciół Misji-Kamerun, Olivier, tłumaczy jej wspomnienia i publikuje na stronach http://ekai.pl/blogi/misja_kamerun/.

Serdecznie zapraszam do regularnego odwiedzania tej strony i przeżywania wraz z Jacky jej radości i smutków. Właśnie teraz przeżywa ona ciężki okres, gdyż kilka dni temu doszła do nas wiadomość, że zmarła w Bertoua jej starsza siostra. Dla Jacky ta wiadomość była prawdziwym ciosem. Tak dużym, że postanowiła na weekend przyjechać z Łodzi, tu do mnie do Poznania, aby móc się spokojnie wypłakać. Proszę odmów „Wieczny odpoczynek..” za jej siostrę.

Biedna Jacky strasznie przeżyła fakt, że nie mogła się pożegnać, ze swoją ukochaną siostrą ani nawet być na jej pogrzebie. Jedyną pamiątką są zdjęcia,które zrobiła Marianna, które dołączam do tego listu.

Smutne wydarzenia jednak nie mogą mieć wpływu na zadania jakie stoją przed nami. Studia języka polskiego to wyzwanie nie tylko dla Jacky, ale dla nas wszystkich. Zgoda na tymczasowy pobyt w Polsce i stypendium na naukę w Łodzi zostało uzyskane pod takim warunkiem, że będziemy utrzymywać naszą wychowanicę. Jedzenie, ubranie zimowe, akademik, książki, to wydatki, o których chyba nie muszę wspominać. Dziękuję wszystkim, którzy postanowili wesprzeć Jacky co pozwoliło nam na jej utrzymanie w październiku i listopadzie. Przed nami jeszcze kolejne miesiące roku akademickiego. Mam nadzieję, że dzięki naszym kochanym przyjaciołom unikniemy dziury w budżecie.

Podsumowując, Boże Narodzenie w Yaounde, utrzymanie sierocińca za którego wynajem płacimy, oraz studia Jacky to nasze główne zmartwienia w grudniu. Jeżeli możesz bardzo proszę wesprzyj nas wpłacając pieniądze na konto Inteligo -Dariusz Godawa- 50102055581111120928000024 lub na konto Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca PKO BP SA 03 1020 2498 0000 8002 0268 4942. (Więcej o stowarzyszeniu na www.dziecislonca.org)

Być może zbliżający się okres świąteczny sprawi że i Twoi znajomi będą bardziej wrażliwi na los biednych kameruńczyków. Jeżeli chcesz i możesz, to proszę prześlij ten list choć do kilku przyjaciół. Może i oni zaprzyjaźnią się z Misją-Kamerun.

Z błogosławieństwem Bożym,

Dariusz Godawa OP

2009.12 Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku!

Witaj,

Zbliżające się Święta Bożego Narodzenia zmotywowały mnie do tego bym zasiadł nad klawiaturą i napisał parę słów do Ciebie i wszystkich ludzi dobrej woli wspierających Misję Kamerun. Serdecznie dziękuję za pomoc w tym roku. Szczególnie dziękuję tym, którzy nie opuszczają nas w trudnych i ciężkich chwilach jakich było wiele w ostatnich miesiącach.

W naszym nowym sierocińcu w Yaounde, Marianna organizuje Święta Bożego Narodzenia. Wszyscy mieszkańcy naszego Foyer otrzymają nowe ubranka i buty. Najmłodsze dzieci dostaną zabawki. Oczywiście wyprawienie Świąt dla naszych podopiecznych jest możliwe tylko dzięki pomocy, która dotarła z Polski, za którą serdecznie dziękuję.

Jacky spędzi święta w Luboniu z rodziną mojego brata i moim ojcem. W ostatnich tygodniach potrzebuje wiele psychicznego wsparcia. Tak jak pisałem w ostatnim biuletynie, niedawno umarła jej siostra, co nasza studentka bardzo ciężko przeżyła. Kolejnym ciosem jest wczorajsza śmierć jej kuzynki. Co więcej w ostatnim czasie dużym szokiem są mrozy, które nastąpiły. Jacky nie wie jak to zniesie. Pisze o tym na swoim blogu http://ekai.pl/blogi/misja_kamerun/ .

Na szczęście przyjaciele których poznała w Polsce, a także jej kameruńscy koledzy i koleżanki z którymi studiuje (widoczni na zdjęciu), bardzo pomagają jej przetrwać te trudne chwile.

Z okazji nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia, chciałbym złożyć Ci najserdeczniejsze życzenia. Niech Chrystus ponownie narodzi się w Twoim sercu, przynosząc Ci radość, spokój i miłość. Niech Wigilia i kolejne świąteczne dni upłyną w ciepłej i rodzinnej atmosferze.

Z całego serca życzę Ci by Nowy 2010 Rok przyniósł Ci nadzieję i optymizm. Niech się spełnią wszystkie Twoje plany i zamierzenia zgodne z wolą Bożą. Tego samego życzę też twoim najbliższym domownikom, rodzinie i przyjaciołom.

Ze Świątecznym błogosławieństwem,

Dariusz Godawa OP.

2010.01 Jak minęły święta w Afryce

Witaj,

Na pewno ciekawi Cię jak minęły święta naszym podopiecznym w Domu Dziecka w Kamerunie, dlatego postanowiłem napisać trochę o tym co się działo w Kamerunie w ostatnich dniach.

18 grudnia rozpoczęła się Bożonarodzeniowa przerwa świąteczna w Kamerunie. Tego dnia dzieci wróciły ze szkoły z wynikami za pierwszy semestr. Niestety nie były one najlepsze. Na wyjątkowo słabsze oceny w tym semestrze miała wpływ prawdopodobnie przeprowadzka z Bertoua do Yaounde. Zmiana otoczenia: szkoły, nauczycieli, kolegów i w ogóle wszystkiego było dla naszych dzieci mocnym przeżyciem.

Pierwsze dni wakacji zostały przeznaczone na sprzątanie domu i jego otoczenia. Ścinano trawę, myto podłogi, pucowano wszystko dookoła.

W Kamerunie nie ma zwyczaju tak uroczystej Wigilii jaką mamy w Polsce, ale wprowadziłem zwyczaj, że dzieci dostają wtedy prezenty. Przede wszystkim są to nowe ubranka i buty, w których wspaniale się mogły zaprezentować na Mszy w Boże Narodzenie, co widać na zdjęciu poniżej. Część naszych podopiecznych dostała rzeczy i słodycze bezpośrednio z Polski, dzięki życzliwości podróżnika Janusza Tichoniuka, który pomógł w transporcie podarunków do Afryki.

Pasterka rozpoczęła się o godzinie 20 w pobliskim kościele parafialnym w dzielnnicy Messamendongo, w której położony jest nasz Dom Dziecka. Po Pasterce chłopcy i dziewczynki poszli spać.

Prawdziwe świętowanie rozpoczęło się w dzień Bożego Narodzenia, bardzo uroczystą Mszą św, która trwałą od godziny 10 do 14. Następnie nastąpiło prawdziwe ucztowanie. Marianna zakupiła wcześniej małą świnkę, z której przygotowała posiłek, a do tego zakupiła dużą ilość oranżady, którą nasze dzieciaki uwielbiają, a bardzo rzadko piją. Był to dzień pełen radości, bo nasi podopieczni bardzo przeżywali fakt że mają nowe ubranka i mogą pojeść o wiele lepiej niż zazwwyczaj.

Sylwester upłynął w naszym Foyer spokojnie. Dzieci w zasadzie poszły spać, ale zostały obudzone, by mogły popatrzeć na sztuczne ognie. W Nowy Rok poszly oczywiście z Marianną do kościoła, a następnie wszyscy wybrali się na przechadzkę do miasta. Był pomysł by wybrać się do ZOO (jedynego w całym Kamerunie), więc wszyscy się tam udali. Niestety na miejscu okazało się, że wstęp kosztuje aż 2000 kameruńskich franków, co przy ilości naszych wychowanków okazało się zbyt dużą sumą. W związku z tym cała grupa wybrała się zwiedzać miasto (co najmłodsi robili po raz pierwszy).

Mieliśmy też gościa. Otóż do Yaounde przyjechała mama Marianny. To było dla niej wielkie przeżycie, gdyż po raz pierwszy w życiu wyjechała z Bertoua i miała okazję być w stolicy.

Od czwartego stycznia, życie wróciło do normy. Dzieci poszły z powrotem do szkoły rozpoczęly nowy semestr.

Dziękuję Tobie i wszystkim darczyńcom Misji-Kamerun, dzięki którym nasi wychowankowie mogli przeżyć naprawdę radosny i świąteczny czas.

Błogosławię i pozdrawiam,

Dariusz Godawa OP.

P.S. Jacky spędziła święta w Poznaniu. O tym jak je przeżyła, mam nadzieję że napisze wkrótce na naszym misyjnym blogu http://ekai.pl/blogi/misja_kamerun/

2010.02 Pomóż Dzieciom Misji-Kamerun Twoim 1% Podatku

Witaj,

Do której grupy ludzi należysz? Do tych co się rozliczają na początku roku, czy do tych, którzy czekają ze złożeniem swojego zeznania podatkowego do końca kwietnia? Bez względu na to jaka jest Twoja strategia, zawsze masz możliwość przekazania jednego procenta swojego podatku na wybrany przez siebie cel, poprzez wskazanie Organizacji Pożytku Publicznego która dostanie te pieniądze.

Dzięki przyjaciołom Misji-Kamerun, którzy założyli Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca i aktywnie pomagają w działalności Misji-Kamerun teraz część Twojego podatku może być przeznaczona na kameruńskie dzieci, lub pomoc w studiowniu Jacky. Otóż zaangażowanie członków naszego stowarzyszenia zostało uznane przez Krajowy Rejestr Sądowy i przyznano nam status Organizacji Pożytku Publicznego.

W skrócie – możesz przekazać jeden procent podatku na nasze kameruńskie dzieciaki wskazując w swoim rozliczeniu podatkowym Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca. Instrukcja poniżej. Jeżeli twoi znajomi nie wiedzą jeszcze na co przeznaczyć swój 1% podatku, przekonaj ich by poszli w Twoje ślady.

Możliwość otrzymania 1% podatku zwiększa potencjał działalności naszego Stowarzyszenia a tym samym Misji-Kamerun. Jednak działać należy nie tylko z rozmachem ale i z przezornością. Mając do dyspozycji większe środki i możliwość udzielania większej pomocy członkowie naszego stowarzyszenia chcą być przekonani że działają w słusznej sprawie i według wszelkich zasad. Zostałem poproszony przez nich, by w moim liście zapytać się Przyjaciół Misji Kamerun czy mogliby posłużyć im radą, doświadczeniem, albo nawet zaangażowaniem się w działalność Stowarzyszenia. Bardzo poszukujemy osób znających się na księgowości, prawie, rozliczeniach podatkowych, i zarządzaniu. Jeżeli znasz jakieś zaufane osoby lub chcesz pomóc osobiście koniecznie daj mi znać.

Z błogosławieństwem,

Dariusz Godawa OP

P.S. Prosze, prześlij koniecznie Twoim znajomym nr KRS Stowarzyszenia, lub załączony obrazek z instrukcją.

2010.03 Czy pomożesz w naszej akcji?

Witaj,

W ostatnim czasie wiele się działo zarówno w Polsce jak i w Kamerunie. Dzięki zaangażowaniu Przyjaciół Misji wraz z Jacky udzieliliśmy wywiadu w jednym z lokalnych dzienników. Dzieciaki w Yaounde i Bertoua zmagają się ze szkołą. O tym wszystkim napiszę już niedługo.

W tej chwili jednak piszę krótko z konkretnym zapytaniem, a nawet prośbą. Otóż jak wspominałem jakiś czas temu, Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca, które powstało po to by wspierać Misję Kamerun uzyskało status Organizacji Pożytku Publicznego, co oznacza że można właśnie na nasz cel przekazać 1% podatku. Bardzo chciałbym by jak najwięcej osób się do tego przyczyniło. Przyjaciele Misji wpadli na pomysł by wydrukować ulotki, które bezpłatnie wykonał nam Paweł z Warszawy.

Marysia z Poznania uzgadniała szczegóły z drukarnią i dzięki jes zabiegom mamy kilka tysięcy ulotek. Grupa przyjaciół z Poznania chce je rozdać w tym mieście, ale wszyscy uważają, że fajnie by było gdyby te ulotki trafiły do innych miejsc w Polsce. Wpadli oni na pomysl by wysłać choć trochę ulotek do tych chętnych, którzy by zechcieli je rozdać.

Dlatego mam pytanie, czy zechcesz nam pomóc w dystrybucji ulotek? Możesz je rozdać znajomym w pracy, w szkole, sąsiadom. A możesz także poświęcić trochę czasu i jak będzie ładna pogoda, stanąć na ulicy i rozdać ulotki ludziom, lub jeśli taki pomysł Ci nie odpowiada to włożyć je do skrzynek pocztowych mieszkańców twojego bloku.

Co powiesz na tę propozycję? Jeżeli zdecydujesz się rozdać większą ilość ulotek, to napisz maila podając swój adres domowy i ilość ulotek, które rozdystrybuujesz. Mam nadzieję, że nam pomożesz.

Jak tylko dostaniemy twój email z adresem wyślemy do Ciebie ulotki pocztą.

Serdecznie pozdrawiam i obiecuję napisać więcej o tym co się u nas dzieje w kolejnym biuletynie.

Dariusz Godawa OP

2010.03 Wieści z Misji-Kamerun i Życzenia Świąteczne

Witaj,

Ostatnio obiecałem, że napiszę o tym co się działo u nas, więc dziś spełniam tę obietnicę. Ale zanim zacznę przekazywać wieści z Misji-Kamerun chcę serdecznie podziękować wszystkim, którzy zgłosili się do pomocy przy rozdawaniu ulotek zachęcających do przeznaczenia 1% podatku na nasze Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca. Wysłaliśmy już około 3000 ulotek do wielu miast Polski. Serdecznie dziękuję każdemu kto włączył się do akcji!

CO SŁYCHAĆ W KAMERUNIE

Zacznę od wydarzeń z Afryki, bo pewnie to Cię najbardziej interesuje. Chciałbym się cofnąć trzy miesiące i wspomnieć o gościu który odwiedził w grudniu Misję-Kamerun – był to podróżnik Janusz Tichoniuk. Przywiózł dzieciom dużo ubrań i prezentów i spędził w sierocińcu w Yaounde 4 dni. Właśnie tutaj po raz pierwszy w życiu miał okazję spróbować jeżozwierza i pancernika. Dzieci go obległy, chciały wsiadać na jego motor i próbowały z nim rozmawiać. Chciały spróbować swoich sił w języku angielskim, ale niestety okazało się, w szkole jeszcze za wiele się nie nauczyły i tylko było wiele śmiechu z rozmów w których więcej się machało rękami niż mówiło w obcym języku.

YAOUNDE

W styczniu w sierocińcu były odprawione dwie uroczyste Msze św. Pierwsza, która była okazją do poświęcenia domu w Yaounde, była odprawiana przez księdza Valere. Natomiast druga, była odprawiona w rocznicę ślubu Marianny i Achila przez pięciu znajomych księży. Było bardzo uroczyście. Na tę okazję Salome i Epiphanie zrobiły sobie specjalnie piękne fryzury i naprawdę ślicznie wyglądały.

Życie w Yaounde toczy się swoim stałym trybem. Każdego ranka przed wyjściem do szkoły dzieciaki się myją, a potem robią porządki. Kazde z nich dostaje bagietkę na śniadanie i idą potem do szkoły. Po powrocie mają trochę czasu wolnego, a wieczorem znowu kazde się grzecznie myje, następnie wszystkie odmawiają wspólnie różaniec, jedzą kolację. Najczęstszym posiłkiem są ryby (które są o wiele tańsze od mięsa) z kuskusem z manioku albo z ryżem i zieleniną. Po posiłku dzieci biorą się za odrabianie lekcji. Potem idą spać.

Niestety przenosiny do nowego miejsca i zmiana szkoły odbiły się na ocenach większości naszych podopiecznych, które nie zaliczyły trymestru. Jedynym wyjątkiem była mała Laurianne, która uzyskała dobre oceny. W nagodę otrzymała w prezencie buty i spodnie.

Weekendy też mają swoją rutynę. Pomimo wielkich problemów z brakiem wody, w sobotę jest organizowane wielkie pranie. Natomiast niedziela to dzień odpoczynku. Co tydzień dzieci jeżdżą zwiedzać miasto i dostają lody. Bardzo lubią gdy co jakiś czas zabiera się je na rynek i kupuje małe zabawki. Yaounde wszystkim się bardzo podoba.

BERTOUA

Oczywiście cały czas Misja-Kamerun dba o dzieci mieszkające w Bertoua. Epiphanie, która jest ostatnio bardzo szczęśliwa bo znowu może szyć, ostatnio zakupiła zapas szarego mydła, które wysłała do swojej mamy w Bertoua. Jej mama żyje sama i opiekuje się młodszym rodzeństwem Epiphanie, które chodzi do szkoły właśnie dzięki pomocy Misji-Kamerun. Tam też została wysłana część ubrań przywiezionych przez Janusza Tichoniuka.

Wspomnę może jeszcze o kilku wychowankach naszego Foyer, którzy zostali w Bertoua.

Grace mieszka ze swoją babcią, która niedawno do nas dzwoniła z informacją że dziewczynka zdała trymestr w szkole państwowej w dzielnicy Enia w Betoua. Od Misji Kamerun dostała pieniądze na czesne na cały rok szkolny i jeszcze całkiem sporą sumę na utrzymanie z okazji Bożego Narodzenia. Za zaliczony trymestr dostała trochę nowych ubranek, które zakupiła Marianna.

Nathanael, chodzi do szkoly podstawowej sw. Józefa w Bertoua do klasy CE2. Od Misji Kamerun dostał pieniądze na czesne w szkole, mundurek , zeszyty i książki, a na Boże Narodzenie nowe ubrania. Chłopiec jest bardzo posluszny, ale często choruje.

Timothe uczęszcza do 1 klasy liceum technicznego w Bertoua, dawniej nazywanego College….(CETIC). W pierwszym trymestrze mial niestety kiepskie wyniki. Ale i tak Misja Kamerun sfinansowała mu szkołę, mundurek, i potrzebne sprawunki. Tak samo jak jego brat Nahanael jest pelną sierotą i bardzo nieśmiały. Nie jest zbyt bystry w szkole. Na BN dostal ciuchy i buty zakupione przez Misję-Kamerun.

NASZE DZIAŁANIA W POLSCE

Misja-Kamerun nie może działać bez pomocy z Polski, dlatego równie ważne są wszystkie akcje prowadzone w naszym kraju, które pomogą zdobyć kolejnych przyjaciół, sympatyków i sponsorów.

Przyjaciele Misji-Kamerun i członkowie Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca starają się informować media o naszych działaniach. Niedawno w Głosie Wielkopolskim został opublikowany artykuł o naszej Jacky, która studiuje w Łodzi ucząc się języka polskiego.

Kliknij na poniższy link by przeczytać artykuł.

http://www.gloswielkopolski.pl/magazynrodzinny/224059,marzenia-jacky-z-goracej-afryki-spelnia-sie-w-polsce,id,t.html#material_1

Jako że stowarzyszenie ma status OPP i może otrzymywać 1% podatku staramy się wszystkich namawiać do tego by przekazali nam ten 1%. W Poznaniu wolontariusze rozdali kilka tysięcy ulotek, a duża ich ilość dzięki Wam zostanie rozdana w innych miejscowościach.

Postanowiliśmy też, że zmienimy logo stowarzyszenia na bardziej profesjonalne. Postaramy się o papier firmowy i niedługo nastąpią zmiany w zarządzie. Ale o tym będzie w kolejnym biuletynie.

ŻYCZENIA ŚWIĄTECZNE

Na zakończenie mojego listu, chcę złożyć najserdecznejsze życzenia z okazji zbliżającej się Wielkanocy. Niech Chrystus prawdziwie zmartwychwstanie w Twoim sercu przynosząc w najbliższych dniach pokój dla Ciebie i Twoich najbliższych. Niech te święta upłyną w radosnej atmosferze przynosząc nadzieję i miłość.

Z błogosławieństwem,

Dariusz Godawa OP

2010.05 Spotkania w Parafiach

Witaj,

Mój list chcę przede wszystkim zacząć od podziękowań. Dzięki zaangażowaniu naszych Przyjaciół Misji rozdaliśmy kilka tysięcy ulotek zachęcających do przekazania 1% podatku na Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca, które się nami opiekuje. Już mamy przygotowane do wysyłki na poczcie, prawdziwe, papierowe listy z podziękowaniami do wszystkich, którzy nam pomogli.

Docierały też do mnie informacje, że wielu z Was albo przeznaczyło swój 1% na nasze Stowarzyszenie, albo nawet zachęcało do tego swoich znajomych, lub klientów jako doradcy podatkowi. Serdecznie dziękuję za to zaangażowanie!!!

Obecnie wraz z wychowanką Misji-Kamerun, Jacky Dangana, która studiuje w Polsce, informujemy o naszej działalności w Poznaniu i innych miastach odwiedzając poszczególne parafie, gdzie mam możliwość głoszenia kazań w czasie niedzielnych Mszy Św, po których rozdajemy ulotki informujące o tym jak można pomóc naszym kameruńskim podopiecznym.

Poniżej przedstawiam kalendarz parafii do jakich jeszcze mamy zamiar trafić w najbliższych tygodniach i miesiącach. Może zechcesz akurat wtedy się wybrać by się z nami spotkać? A może zachęcisz do tego swoich znajomych?

Dla Jacky obecny okres staje się coraz trudniejszy, a to dlatego że powoli zbliża się końcówka roku akademickiego. Oprócz nauki by zdać egzaminy z języka polskiego i kilku przedmiotów, nasza studentka przygotowuje się do najważniejszego egzaminu na łódzką uczelnię by mogła studiować położnictwo. Do tego musi dobrze zdać egzaminy z chemii, fizyki i biologii. To jest naprawdę wyzwanie, gdyż poziom nauki w Polsce jest o wiele wyższy niż w Kamerunie. Aktualnie załatwiamy Jacky korepetycje z chemii. Bardzo proszę o modlitwę w intencji jej egzaminu,który będzie 19 lipca.

Jeszcze raz za wszystko dziękuję i serdecznie pozdrawiam,

Dariusz Godawa OP

P.S. Poniżej kalendarium.

15-16 maja 2010 – Parafia Pierwszych Polskich Meczennikow – 61-255 Poznań, os. Tysiąclecia 73 – http://www.ppmeczennikow.parafia.info.pl/

Msza św. w sobote: 19:00

Msze św. w niedziele: godz. 7.30, godz. 9.30 (dla młodzieży), godz. 11.00 (dla dzieci) godz. 12.30, godz. 19.00

22-23 maja – 2010 – Parafia pw. Świętego Krzyża – 60-123 Poznań, ul. Częstochowska 16 – http://www.swietykrzyz.org.pl/

Msza św. w sobote: 19:00

Msze św. w niedziele: niedziela: 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 19:00

30 maja 2010 ( bez soboty) – Parafia Sw Anny – 60-744 Poznań, ul. Limanowskiego 13 – http://www.anna.archpoznan.org.pl/

Msze św. w niedziele: godz. 7.30, godz. 9.30, godz. 11.00, godz. 13.00, godz. 18.00, godz. 20.00

5-6 czerwca 2010 – Parafia pw. Świętych Aniołów Stróżów – 61-680 Poznań, os. Kosmonautów 120 – http://www.aniol.org.pl/

Msza św. w sobote: 18:30

Msze św. w niedziele: godz. 7.30, godz. 9.30, godz. 11.00 (z udziałem dzieci) godz. 12.15 godz. 18.30

12-13 czerwca 2010 – Parafia Chrystusa Slugi – 60-242 Poznań, ul. M. Palacza 7 – http://www.chrystus-sluga.pl/home.html

Msza św. w sobote: 18:00

Msze św. w niedziele: godz. 7.30, godz. 9.00, godz. 10.15, godz. 11.30, godz. 18.00, godz. 21.00

19-20 czerwca 2010 – parafia Sw Trojcy – 61-469 Poznań, ul. 28 Czerwca 1956 nr 295 – brak strony www

Msza św. w sobote: 18:30

Msze św. w niedziele: godz. 7.00, godz. 8.45, godz. 10.00, godz. 11.15 dla dzieci, godz. 12.30, godz. 15.00, godz. 19.00 dla młodzieży;

26-27 czerwca 2010 – Parafia pw. Matki Odkupiciela – 60-681 Poznań, os. Wł. Jagiełły 105 – http://www.mo.exanet.serwery.pl/www/index.php

Msza św. w sobote: 18:00

Msze św. w niedziele: godz. 8.00, godz. 9.30, godz. 11.00, godz. 12.15, godz. 18.00, godz. 19.30

3-4 lipiec 2010 – Parafia pw. św. Stanisława Kostki – 60-653 Poznań, ul. Rejtana 8 – http://www.stanislawkostka.pl/

Msza św. w sobote: 18.30;

Msze św. w niedziele: niedziela godz. 7.00, godz. 8.00, godz. 9.30, godz. 11.00 (dla dzieci) godz. 12.30, godz. 15.00, godz. 17.00 9dla młodzieży) godz. 18.30, godz. 20.00 (dla młodzieży studiującej)

10-11 Lipiec 2010 – parafia Wszystkich Swietych – 62-080 Tarnowo Podgórne, ul. Poznańska 92 – http://www.parafiatarnowopodgorne.pl/

Msza św. w sobote: 18:30

Msze św. w niedziele: godz. 7.30, godz. 9.00, godz. 10.30, godz. 12.00, godz. 20.00

17-18 Lipiec 2010 – Parafia pw. św. Mateusza Ewangelisty – 85-798 Bydgoszcz , ul. Skarżyńskiego 4 – http://www.mateusz.byd.pl/

Msza św. w sobote: 18.00;

Niedziela: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00 i 18:00.

2010.07 Egzamin Jacky i jej wspomnień część 1

Witaj,

Niedawno zakończył się rok akademicki i ani się spostrzegliśmy jak Jacky, wychowanka naszego sierocińca Foyer st. Dominique przeżyła w naszym, jakże egzotycznym dla niej kraju 12 niezwykłych miesięcy. Z pomocą przyjaciółki Misji-Kamerun Beatą spisała swoje wspomnienia, które będziemy drukować w odcinkach w najbliższych biuletynach.

Życzę miłej lektury i błogosławię na najbliższe upalne dni.

Dariusz Godawa OP.

WSPOMNIENIA JACKY CZĘŚĆ PIERWSZA

W maju minął już okrągły rok, odkąd przyjechałam do Polski. Przy okazji tej szczególnej dla mnie rocznicy chciałabym zaprosić wszystkich czytelników biuletynu w podróż ścieżką moich osobistych refleksji i wrażeń, jakie towarzyszyły mi w ciągu tych minionych 12 miesięcy.

OBAWY W SAMOLOCIE

Przenoszę się zatem myślami do chwili, gdy znalazłam się na pokładzie samolotu lecącego do Polski. Był maj 2009… Nigdy wcześniej nie leciałam samolotem i bałam się ogromnie, czy dane mi będzie bezpiecznie dotrzeć do celu mojej podróży. Wznosząc w myślach ku niebu (a ono przecież tuż obok mnie, bo za oknem!!) cały wieniec gorących modlitw o szczęśliwy lot czułam, jak kotłują się w mojej duszy skrajne emocje związane z perspektywą zetknięcia się za kilka godzin z zupełnie innym światem. Z zupełnie inną rzeczywistością niż ta, którą znam…W jednym zakamarku mojego serca tliła się wiara i ogromne nadzieje, w drugim czyhały obawy. Nadzieje i wiara mówiły mi, że ta podróż i jej główny cel (studia) to dla mnie przepustka do lepszego życia, a obawy nasuwały mi pytania o to, jak zostanę przyjęta przez mieszkańców kraju, w którym będę mieszkała przynajmniej przez najbliższe 7 lat, czy zdołam się zaaklimatyzować, czy sprostam czekającym mnie wyzwaniom, jakich ludzi spotkam na swej drodze, jak przeżyję w tym zimnym klimacie i czy będę w stanie nauczyć się trudnego języka polskiego. Ojciec Darek, który leciał ze mną, z właściwym sobie rodzajem poczucia humoru „pokrzepiał” mnie, że język polski jest nie do nauczenia, a zimy w Polsce są takie, że umrę szybko przez zamarznięcie i moje ciało trzeba będzie transportować do Kamerunu. Te żarty rozładowały trochę moje napięcie.

PIERWSZE UCZUCIE ZIMNA

Wreszcie wylądowaliśmy. Maj to ponoć w Polsce już prawie lato, tymczasem wraz z pierwszym powiewem polskiego powietrza przeniknęło mnie przeraźliwe zimno.

Skoro tak wygląda polskie lato, to może wcale nie ma co się śmiać z tego transportu mojego ciała z powrotem do Afryki, gdy zawita tu sławna polska zima…? Rozejrzałam się wokół siebie. Polacy najwidoczniej nie uważali, że jest szczególnie zimno, bo w większości mieli na sobie cienkie bluzy lub sweterki i nikt nie sprawiał wrażenia, że marznie, a gdzieniegdzie można było nawet dostrzec osobników w bluzkach czy koszulach z krótkimi rękawami (!).

TU WSZYSCY SĄ BIALI!

Trzęsąc się z zimna chłonęłam uważnie wzrokiem kalejdoskop migających mi przed oczami białych twarzy próbując odczytać z nich, czy ich właściciele są przychylnie do mnie nastawieni i czy wzbudzam zdziwienie moim kolorem skóry. Bilans rysował się optymistycznie: z każdą białą twarzą bacznie rejestrowaną przeze mnie narastało w moim sercu krzepiące poczucie, że znajdę tu życzliwe dusze. Nie czułam się w sumie aż tak mocno wyobcowana, ponieważ otuchy dodawał mi ojciec Darek – pomagała mi już sama jego obecność oraz fakt, że mam do kogo odezwać się po francusku. Bo wśród tego polskiego miejskiego gwaru czułam się trochę dziwnie: do moich uszu docierały raz po raz strzępki obco brzmiących rozmów i dźwięki słów, których znaczenia nie rozumiałam. Ten dzień prędko mnie wyczerpał ilością niecodziennych wrażeń i z głową pełną rozmaitych nieuporządkowanych jeszcze myśli zasnęłam. Zasypiałam jednak kołysana błogim poczuciem i głęboką wiarą w to, że będzie mi w tym kraju dobrze i że bratnie dusze można spotkać w najdalszym nawet zakątku świata, bez względu na narodowość, rasę i barierę językową. Miałam niezwykłe szczęście przekonać się dość szybko, że to prawda. Szerzej o tym, jak zostałam przyjęta w Polsce, a także o tym, czym mnie ten kraj i jego mieszkańcy najbardziej zaskoczyli i jak się tu zaaklimatyzowałam, będzie można przeczytać w kolejnym biuletynie.

A TERAZ GORĄCA PROŚBA

Zanim napiszę część dalszą wspomnień chcę na chwilę wrócić do teraźniejszości. W najbliższych dniach przede mną najtrudniejsza próba: zdanie egzaminu, od którego wszystko zależy – czy dostanę się na wymarzone położnictwo, czy nie… Nauki jest bardzo dużo: egzamin będzie z fizyki, chemii i biologii – oczywiście po polsku!! Już te 3 przedmioty same w sobie wymagają wiele czasu na naukę, a jeszcze dla mnie jako cudzoziemki to podwójna trudność, bo w obcym dla mnie języku. Z fizyką i biologią dawałam sobie radę na bieżąco, ale miałam trochę problemów z chemią; niektóre zagadnienia były dla mnie bardzo trudne. Od końca marca jednak mam korepetycje z tego przedmiotu z bardzo wyrozumiałą Panią Profesor i pod jej skrzydłami zawiłe przedtem dla mnie rzeczy zaczynały mi się stopniowo rozjaśniać. Opanowałam już cały zakres materiału i nadrobiłam wszystkie zaległości, jakie miałam z chemii: zaliczyłam pozytywnie wszystkie testy, z których za pierwszym podejściem uzyskałam niskie wyniki. Bardzo zależy mi na zdaniu tego egzaminu i dostaniu się na studia, dlatego robię, co mogę, by dobrze się do tego przygotować. 19. lipca nastąpi chwila prawdy. Wtedy właśnie będzie egzamin (100 pytań testowych). Trzymajcie za mnie kciuki – apel do wszystkich życzliwych! 🙂

Jacky.

2010.10 Wrażenia naszej Jacky – część druga

Witaj!

Przepraszam za tak długie milczenie. Pewnie tak jak większość Przyjaciół Misji jesteś ciekawy(a) losów Jacky w naszym kraju. Przesyłam drugą część jej wrażeń z pobytu w Polsce. Serdecznie dziękuję za pamięć, modlitwę i pomoc finansową. Bardzo potrzebujemy teraz funduszy na zakup ziemi pod sierociniec w Yaounde i finansowanie kolejnego roku pobytu Jacky w Polsce.

Błogosławię z całego serca i zapraszam do dalszej lektury wspomnień naszej wychowanki.

Dariusz Godawa O.P.

Życzliwość Polaków

Od października czekało mnie rozpoczęcie na łódzkiej uczelni rocznego kursu języka polskiego dla cudzoziemców, który miał mnie przygotować do zdania egzaminu na studia. Miałam więc od maja trochę czasu na zaaklimatyzowanie się, na poznanie nowych realiów. Przed październikową przeprowadzką do Łodzi mieszkałam w Poznaniu u rodziny ojca Darka. Bardzo szybko zaczęłam poznawać w Polsce różnych ludzi, głównie dzięki ojcu Darkowi, jego rodzinie, przyjaciołom, a także przez Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca, któremu zawdzięczam możliwość przyjazdu do Polski (to niekwestionowana zasługa i efekt wielu zabiegów założycielki Stowarzyszenia, Kasi Rubel). Polacy okazali się niesamowicie serdeczni, życzliwi i bardzo gościnni. Jeszcze w Kamerunie, przed moim wyjazdem do Polski, usłyszałam od pewnej osoby, że Polacy są rasistami i że powinnam przemyśleć, czy na pewno chcę przekonywać się o tym osobiście. Dziś wiem, że osoba ta martwiła się o mnie zupełnie niepotrzebnie: przez cały rok mojego pobytu nie doświadczyłam najmniejszego chociażby przejawu rasizmu. Na każdym kroku spotyka mnie ze strony Polaków ogromna serdeczność. Znalazłam już wśród nich przez ten rok całkiem sporo znajomych i przyjaciół, na których mogę liczyć i z którymi lubię spędzać czas. Nawet zupełnie obcy ludzie często okazują mi swoją życzliwość.

W czasie kwesty – zbieramy fundusze i rozdajemy ulotki.

Kwesty na Misję-Kamerun

Bardzo wyraźnie obrazują to kwesty, na jakie zapraszają nas różne parafie, które zbierają środki na działalność naszej Misji-Kamerun. W czasie nauki mieszkałam w tygodniu w Łodzi, ale przyjeżdżałam od marca co weekend do Poznania i innych miast, żeby pomóc właśnie przy kwestach na rzecz Misji-Kamerun. Zbieraliśmy z ojcem Darkiem (który przebywał na urlopie w Polsce) pieniądze w głównie poznańskich (ale nie tylko) kościołach. Wygląda to tak, że członkowie Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca rozdają po Mszach ulotki informacyjne na temat Misji-Kamerun, a ojciec Darek wygłasza w tych parafiach kazania opowiadając o pracy misyjnej i o życiu w Kamerunie. Cieszę się, że mogę w ten sposób pomóc tym, którym nie wiedzie się dobrze w moim kraju i którzy bardzo potrzebują pomocy z Polski. Bardzo wspomogli nas parafianie Poznania, Bydgoszczy, Szczecina, Nowego Tomyśla, Chodzieży i Tarnowa Podgórnego. Polacy są bardzo hojni i serdeczni. To piękne, że mają tak otwarte serca i są gotowi do pomocy. Prawie każdy dorzuca swoją „cegiełkę” do koszyka – daje tyle, ile może – nawet, jeśli ma niewiele. Zdarzało się kilkakrotnie podczas zbiórek, że ktoś nie miał przy sobie pieniędzy i tak ubolewał nad tym, że nie może nam pomóc, że szedł do domu po pieniądze i specjalnie cofał się do kościoła, żeby trafić na kwestę po kolejnej Mszy. To wzruszające, jak ci ludzie cieszyli się, że nas jeszcze zastali i że mogli włączyć się do pomocy w dzieło misyjne!

Nowinki z Kamerunu o podopiecznych

Szczególnie ciepło wspominam 3 poznańskie parafie (na os. Lecha, na os. Tysiąclecia i na Górczynie), w których ojciec Darek gościł już kilkanaście lat temu i z których wielu ludzi zdecydowało się wtedy na „adopcję na odległość”. Teraz, gdy o. Darek zawitał tam znowu (a ja po raz pierwszy), wielu ludzi podchodziło do nas i pytało o swoich „podopiecznych”, których wspomagają finansowo i w modlitwie aż do tej pory. Były to bardzo radosne i przyjazne rozmowy – w wielu przypadkach znałam dobrze dzieci, o które nas pytano. Właściwie część tych „dzieci” to już dorośli (również i studenci). Mogliśmy więc przekazać bieżące informacje o nich: co robią, jak się uczą, jak żyją. To takie niesamowite: przed polskim kościołem w zwyczajny dzień nagle usłyszeć z ust obcych ludzi nazwiska i imiona osób, które dobrze znam, a które są tak daleko…! To tak, jakby kawałek mojego kameruńskiego świata przeniósł się na chwilę na jedno z tych poznańskich osiedli… Ci ludzie tak bardzo cieszyli się z usłyszanych wieści na temat „swoich” afrykańskich dzieci, przekazywali pozdrowienia – czuło się, że o ile tak bardzo są od nich oddaleni geograficznie, o tyle z kolei sercem są przy nich bardzo blisko!!

Prawdziwa Murzynka

Te kwesty to dobra okazja do bezpośredniego kontaktu z tyloma obcymi ludźmi, z którymi na co dzień nie będzie miało się kontaktu, a którzy nieraz zapadną w pamięć na dłużej. Bo czasem podejdą, aby zagadnąć, o coś zapytać, czy życzyć powodzenia. To bardzo miłe… Szczególnie zapadła mi w pamięć sytuacja, jaka miała miejsce przed kościołem pod wezwaniem św. Antoniego z Padwy w Szczecinie (jedyna zbiórka poza Poznaniem w tym roku). Podeszła do mnie mała dziewczynka (może cztero- lub pięcioletnia) i z rozbrajającą szczerością wyznała: „Ojej!! A ja jeszcze nigdy w życiu nie widziałam prawdziwej Murzynki!!” To było niesamowite! W jej oczach i na całej buzi wręcz wymalowane było szczęście, że oto właśnie wreszcie ma okazję zobaczyć PRAWDZIWĄ MURZYNKĘ! 🙂 Dziewczynka była przeurocza w swej bezpośredniości!! 🙂

Wszyscy okazują nam wiele życzliwości

Bransoletka na szczęście

Na pewno zostanie mi też głęboko w pamięci niezwykle miłe wspomnienie z kwesty, która miała miejsce w pierwszy weekend czerwcowy. Tym razem zbieraliśmy pieniądze na naszą misję w parafii pw. Świętych Aniołów Stróżów w Poznaniu na os. Kosmonautów. Gdy tak stałam sobie i kwestowałam po jednej z Mszy, podeszła do mnie pewna pani, która wyszła właśnie z kościoła, poprosiła męża, aby zdjął jej bransoletkę z ręki, po czym sama …założyła osobiście tę bransoletkę na moją rękę mówiąc, że to podarunek na szczęście. To był prawdziwie spontaniczny gest wypływający prosto z serca! Takich odruchów serca i przejawów szczerej życzliwości doświadczyłam w Polsce bardzo wiele razy. To właśnie ci wszyscy ludzie sprawiają, że naprawdę dobrze się tu czuję.

Gorące serca Polaków kontrastują za to z pewnością z zimnym klimatem, jaki tu panuje. Dopiero w czerwcu zrobiło się prawdziwie ciepło.

Jacky

2010.12 Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku!

Witaj,

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia chciałbym życzyć Ci wielu łask Bożych, ciepłej i rodzinnej atmosfery, miłości, radości i wspaniale przeżytych świątecznych dni. Niech Nowy Rok przyniesie Ci spełnienie wszelkich planów i zamierzeń! Jako prezent załączam kolejny odcinek wspomnień naszej Jacky. Dowiesz się między innymi jak przeżywała zeszłoroczną zimę i jakim wyzwaniem jest jedzenie nożem i widelcem.

W Kamerunie przygotowujemy się do Świąt Bożego Narodzenia. Chciałbym dać dzieciom jakieś upominki, oraz nowe ubrania, co jest tutaj zwyczajem. Część prezentów będę pewnie rozdawał także po okresie świątecznym, gdyż dopiero 10 dni temu przyleciałem do Kamerunu i załatwiam wiele formalności, więc nie miałem czasu na zakupy. Jeżeli możesz dokonać choć niewielkiej wpłaty na ten cel, będę bardzo wdzięczny w imieniu naszych dzieci z Domu Dziecka. A teraz zapraszam do lektury wspomnień Jacky.

Z błogosławieństwem na Nowy Rok

Dariusz Godawa OP

WSPOMNIENIA JACKY

Polska pogoda jest taka zmienna!

Gdy w teorii wiosna wg kalendarza trwała od dawna, ja nie mogłam w to uwierzyć bo maj był taki zimny!! Przyzwyczaiłam się już wprawdzie do innych temperatur niż te, które na co dzień były w Kamerunie, ale jednak z niecierpliwością wyczekiwałam ciepłych promyków słońca i słonecznych letnich dni . I pogoda w Polsce jest taka nieprzewidywalna: jednego dnia potrafi kilka razy zerwać się prawdziwa ulewa, po czym po kilku minutach wychodzi słońce. I jak tu się ubrać?:)

Moja pierwsza zima – brr…!

Zima z kolei trwa tak długo i takie straszne są mrozy!! Długo nie mogłam do tego przywyknąć. Na początku zimy w moim pokoju musiałam mieć dwa dodatkowe grzejniki, żeby nie trząść się z zimna jak galareta. Najtrudniej było przyzwyczaić się do zimowych ubrań. Pierwszy raz w życiu musiałam tu w Polsce założyć zupełnie obce dla mnie wcześniej części garderoby, takie jak: czapka, szal, rękawiczki, zimowa kurtka i kozaki. I tylu warstw ubrania na sobie też nigdy przedtem nie miałam!! Najgorszy był szal – owinięta nim po sam nos z jednej strony cieszyłam się, że mnie grzeje, a z drugiej miałam wrażenie, że zaraz się przez niego uduszę! Nie byłam przyzwyczajona do noszenia czegoś, co otula całą szyję i uwiera w gardło! Chwilami aż nie mogłam przez ten szal oddychać. W końcu i do tego przywykłam i w najtęższe mrozy jedynie oczu nie miałam niczym zakrytych: czapka naciągnięta na całe czoło, szal aż po sam nos! 🙂 Oczyma wyobraźni widziałam w takich chwilach moje rodzeństwo, dalszą rodzinę, przyjaciół, którzy w tym czasie w Kamerunie dreptali sobie zapewne w japonkach i ocierając pot z czoła szukali cienia dla ochłody… Ciekawe, jakie mieliby miny, gdybym tak odziana przeniosła się do nich w przestrzeni na krótką chwilę 🙂

Różnice cywilizacyjne w kuchni.

Kolejna rzecz, jaka mi się nasuwa, to moje zetknięcie z polską kuchnią i tak odmiennymi zwyczajami przy spożywaniu posiłków. Przede wszystkim musiałam w Polsce nauczyć się jeść widelcem i nożem. Było to dla mnie dość egzotyczne, bo w moim kraju jada się rękoma. Początki posługiwania się przeze mnie sztućcami nie były łatwe: po posiłku na palcach wskazujących miałam mocno odciśnięte ślady od trzymania noża i widelca. Pozornie prosta czynność, ale dla moich rąk nie było to coś naturalnego i wykonywanego automatycznie, jak w przypadku Polaków, którzy tak jedzą od dziecka. Ja bardzo koncentrowałam się na prawidłowym operowaniu sztućcami, obserwowałam, jak robią to inni i skupiałam na tej czynności całą swą uwagę, a przez to bardzo kurczowo trzymałam nóż i widelec – nic dziwnego, że miałam wgniecenia na skórze palców:) Jednak bardzo szybko również dla mnie stało się to czymś automatycznym i naturalnym.

Europejczycy to łakomczuszki

Natomiast nie przywykłam i nie dorównam nigdy Polakom w konsumowaniu takich ilości jedzenia!! Tu niemal każde spotkanie towarzyskie czy rodzinne to przede wszystkim uginający się pod ciężarem poczęstunku stół – je się praktycznie bez przerwy. Skończy się jeść jedno (a i to nierzadko z trudem), a tu już wnoszone są kolejne dania czy przekąski! Gdzie to wszystko pomieścić?? Mój żołądek do takich ilości nie jest przyzwyczajony: w Kamerunie jadałam przeważnie raz dziennie (późnym popołudniem). Nieraz rano zdarzało się, że była mała porcja kleiku kukurydzianego lub kawałek bagietki i do około 17.00 nic więcej nie jadłam.

Polska kuchnia jest wspaniała!

Polska kuchnia jest bardzo smaczna, jednak nie wszystko dobrze znoszę; muszę unikać słodkich ciast i innych słodyczy, gdyż po ich zjedzeniu boli mnie żołądek. Bardzo smakują mi za to tradycyjne polskie potrawy, z których na bezspornym pierwszym miejscu stawiam żurek! Jest przepyszny! Poza tym bardzo zasmakowały mi pierogi i bigos.

W Polsce jest też bardzo dużo smacznych sezonowych owoców, tak bardzo dla mnie egzotycznych! W zeszłym roku latem po raz pierwszy w życiu jadłam tu między innymi truskawki, czereśnie, wiśnie. Czereśnie i truskawki od razu stały się moimi ulubionymi!

2011.01 Polska język trudna język – o zmaganiach Jacky

Witaj,

Wraz z Nowym Rokiem chcemy prężnie zacząć działalność zarówno tu w Kamerunie, jak i w Polsce. Dlatego zanim zacznę opisywać co u nas, chciałbym ogłosić apel! Tak jak w zeszłym roku szukamy ochotników do rozdawania ulotek w całej Polsce, informujących o tym że można swój 1% podatku przekazać na Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca, które pomaga naszej Misji-Kamerun. Jeżeli chcesz nam pomóc, proszę o zgłoszenie się poprzez e-mail. Podaj swój adres korespondencyjny oraz ilość ulotek, które możesz rozdać w najbliższych tygodniach.

Tymczasem u nas wiele się dzieje. Jeżdżę między Yaounde a Bertoua i pomagam okolicznym rodzinom. Bardzo dziękuję za finansowe wsparcie w okolicach świąt. Dzięki temu mogłem kupić naszym małym i dużym mieszkańcom Domu Dziecka nowe buty i ubrania. Dzieci bardzo się cieszyły. Przekazałem też część funduszy ubogim rodzinom w Bertoua, by i one mogły kupić swoim maluchom nowe ubranka.

Dzieciaki miały teraz trochę wakacji, ze względu na święta, a teraz wróciły do szkoły. Powoli zaczynamy wchodzić w normalną rutynę.

Jeżeli chcesz się dowiedzieć, jak nasza Jacky radziła sobie z nauką języka polskiego w Łodzi, przeczytaj załączone poniżej jej wspomnienia.

Serdecznie błogosławię.

Dariusz Godawa OP

WSPOMNIENIA JACKY

Polacy są tacy gościnni!

Gościnność polska jest naprawdę niezwykła. Polacy otaczają zaproszonych do swych domów gości imponującą troską: dbają do przesady, by nie było za mało jedzenia, pytają, czy smakuje i po kilkanaście razy zachęcają do nałożenia sobie na talerz większych ilości potraw lub spróbowania kolejnych jeszcze dań. Zupełnie nie jestem przyzwyczajona do takich sytuacji i trochę nie wiem, jak się wtedy zachować. Z jednej strony nie chcę nikogo urazić odmową, z drugiej z kolei czuję, że jeśli zjem coś jeszcze, to pęknę! Widać, że Polacy bardzo starannie przygotowują się do wizyty gości. W Kamerunie wygląda to na ogół inaczej. Tam wszyscy przebywają przez cały dzień na zewnątrz, nie trzeba zapowiadać wizyt, wpada się do siebie spontanicznie, a jeśli chodzi o poczęstunek, to stosuje się zasadę, że jeśli jest jedzenie dla jednej osoby, wystarczy go też i dla dwóch. Nikt nie jest zestresowany faktem, że oto przyszedł gość, a w domu nie ma dużo jedzenia.

Polska język – trudna język?

Osobny temat to moje zmagania z językiem polskim. Przede wszystkim muszę powiedzieć, że wcale nie okazał się taki trudny. Lubię się go uczyć, a z testów i sprawdzianów z języka polskiego mam bardzo dobre wyniki. Z każdym dniem uczę się czegoś nowego, a znajomi Polacy często mówią mi, że przyswajam język zadziwiająco szybko. Oczywiście nie mówię jeszcze perfekcyjnie i zdarzają mi się raz po raz różne śmieszne historie. Zanim rozpoczęłam w październiku naukę języka polskiego w Łodzi, uczyłam się języka we własnym zakresie – z książek, z Internetu. Opanowałam dość spory zasób słów i najbardziej przydatnych zwrotów, ale kompletnie nie rozumiałam zastosowania deklinacji! W języku francuskim nie odmienia się rzeczowników ani przymiotników. Mówiłam więc bardzo niegramatycznie i raczej wyrazami.

Jak zaskoczyłam nauczyciela języka polskiego

Jednak nawet to niezwykle mi się przydało, gdy w październiku rozpoczęłam naukę na Studium Języka Polskiego Łodzi. Okazało się, że w mojej 12 – osobowej grupie afrykańsko-azjatyckiej prawie wszyscy znają język angielski i dlatego nasz nauczyciel od języka polskiego właśnie po angielsku tłumaczył nam na początku różne zagadnienia. Nikt nie umiał jeszcze wtedy języka polskiego; dopiero właśnie mieliśmy zacząć się go uczyć od samych podstaw. Ja z kolei nie umiem języka angielskiego.

Jakież było zdziwienie naszego profesora, gdy na pierwszej lekcji odezwałam się jak gdyby nigdy nic po polsku, aby powiedzieć, że nie widzę wyraźnie, co jest napisane na tablicy. Od tej pory nauczyciel tłumaczył najpierw wszystkim dany temat po angielsku, a następnie podchodził do mnie i przekładał mi to samo na język polski. Mówił bardzo wolno i wyraźnie i na pewno rozumiałam więcej niż po angielsku.

Śmieszne pomyłki

Gdy wprowadzono już zasadę, że trzeba mówić po polsku, często zdarzały się różne zabawne sytuacje. Jednego dnia na przykład kolega spóźnił się na zajęcia i po wejściu do sali zamiast powiedzieć:” Dzień dobry. Przepraszam.”, zwrócił się z poważną miną do nauczyciela mówiąc: ”Dzień dobry. Do widzenia.” i skierował się do swojej ławki. Był przekonany, że „do widzenia”, oznacza „przepraszam”. Dopiero nasz zgodny wybuch śmiechu uświadomił mu, że chyba jednak coś pomylił;)

2011.01 Polska język trudna język – o zmaganiach Jacky

Witaj,

Wraz z Nowym Rokiem chcemy prężnie zacząć działalność zarówno tu w Kamerunie, jak i w Polsce. Dlatego zanim zacznę opisywać co u nas, chciałbym ogłosić apel! Tak jak w zeszłym roku szukamy ochotników do rozdawania ulotek w całej Polsce, informujących o tym że można swój 1% podatku przekazać na Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca, które pomaga naszej Misji-Kamerun. Jeżeli chcesz nam pomóc, proszę o zgłoszenie się poprzez e-mail. Podaj swój adres korespondencyjny oraz ilość ulotek, które możesz rozdać w najbliższych tygodniach.

Tymczasem u nas wiele się dzieje. Jeżdżę między Yaounde a Bertoua i pomagam okolicznym rodzinom. Bardzo dziękuję za finansowe wsparcie w okolicach świąt. Dzięki temu mogłem kupić naszym małym i dużym mieszkańcom Domu Dziecka nowe buty i ubrania. Dzieci bardzo się cieszyły. Przekazałem też część funduszy ubogim rodzinom w Bertoua, by i one mogły kupić swoim maluchom nowe ubranka.

Dzieciaki miały teraz trochę wakacji, ze względu na święta, a teraz wróciły do szkoły. Powoli zaczynamy wchodzić w normalną rutynę.

Jeżeli chcesz się dowiedzieć, jak nasza Jacky radziła sobie z nauką języka polskiego w Łodzi, przeczytaj załączone poniżej jej wspomnienia.

Serdecznie błogosławię.

Dariusz Godawa OP

WSPOMNIENIA JACKY

Polacy są tacy gościnni!

Gościnność polska jest naprawdę niezwykła. Polacy otaczają zaproszonych do swych domów gości imponującą troską: dbają do przesady, by nie było za mało jedzenia, pytają, czy smakuje i po kilkanaście razy zachęcają do nałożenia sobie na talerz większych ilości potraw lub spróbowania kolejnych jeszcze dań. Zupełnie nie jestem przyzwyczajona do takich sytuacji i trochę nie wiem, jak się wtedy zachować. Z jednej strony nie chcę nikogo urazić odmową, z drugiej z kolei czuję, że jeśli zjem coś jeszcze, to pęknę! Widać, że Polacy bardzo starannie przygotowują się do wizyty gości. W Kamerunie wygląda to na ogół inaczej. Tam wszyscy przebywają przez cały dzień na zewnątrz, nie trzeba zapowiadać wizyt, wpada się do siebie spontanicznie, a jeśli chodzi o poczęstunek, to stosuje się zasadę, że jeśli jest jedzenie dla jednej osoby, wystarczy go też i dla dwóch. Nikt nie jest zestresowany faktem, że oto przyszedł gość, a w domu nie ma dużo jedzenia.

Polska język – trudna język?

Osobny temat to moje zmagania z językiem polskim. Przede wszystkim muszę powiedzieć, że wcale nie okazał się taki trudny. Lubię się go uczyć, a z testów i sprawdzianów z języka polskiego mam bardzo dobre wyniki. Z każdym dniem uczę się czegoś nowego, a znajomi Polacy często mówią mi, że przyswajam język zadziwiająco szybko. Oczywiście nie mówię jeszcze perfekcyjnie i zdarzają mi się raz po raz różne śmieszne historie. Zanim rozpoczęłam w październiku naukę języka polskiego w Łodzi, uczyłam się języka we własnym zakresie – z książek, z Internetu. Opanowałam dość spory zasób słów i najbardziej przydatnych zwrotów, ale kompletnie nie rozumiałam zastosowania deklinacji! W języku francuskim nie odmienia się rzeczowników ani przymiotników. Mówiłam więc bardzo niegramatycznie i raczej wyrazami.

Jak zaskoczyłam nauczyciela języka polskiego

Jednak nawet to niezwykle mi się przydało, gdy w październiku rozpoczęłam naukę na Studium Języka Polskiego Łodzi. Okazało się, że w mojej 12 – osobowej grupie afrykańsko-azjatyckiej prawie wszyscy znają język angielski i dlatego nasz nauczyciel od języka polskiego właśnie po angielsku tłumaczył nam na początku różne zagadnienia. Nikt nie umiał jeszcze wtedy języka polskiego; dopiero właśnie mieliśmy zacząć się go uczyć od samych podstaw. Ja z kolei nie umiem języka angielskiego.

Jakież było zdziwienie naszego profesora, gdy na pierwszej lekcji odezwałam się jak gdyby nigdy nic po polsku, aby powiedzieć, że nie widzę wyraźnie, co jest napisane na tablicy. Od tej pory nauczyciel tłumaczył najpierw wszystkim dany temat po angielsku, a następnie podchodził do mnie i przekładał mi to samo na język polski. Mówił bardzo wolno i wyraźnie i na pewno rozumiałam więcej niż po angielsku.

Śmieszne pomyłki

Gdy wprowadzono już zasadę, że trzeba mówić po polsku, często zdarzały się różne zabawne sytuacje. Jednego dnia na przykład kolega spóźnił się na zajęcia i po wejściu do sali zamiast powiedzieć:” Dzień dobry. Przepraszam.”, zwrócił się z poważną miną do nauczyciela mówiąc: ”Dzień dobry. Do widzenia.” i skierował się do swojej ławki. Był przekonany, że „do widzenia”, oznacza „przepraszam”. Dopiero nasz zgodny wybuch śmiechu uświadomił mu, że chyba jednak coś pomylił;)

2011.01 Czy pomożesz nam rozdać ulotki?

Witaj,

Zastanawiam się czy mój ostatni list nie dotarł do adresatów, czy też mój nieśmiały apel o pomoc został zapomniany pod wpływem wrażeń ze wspomnień Jacky, czy już po prostu Misja-Kamerun nie ma przyjaciół?

Na mój odzew by pomóc w rozdawaniu ulotek mówiących o tym, że 1% podatku można przekazać na Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca, które wspiera Misję Kamerun odpowiedziały zaledwie 3 osoby.

Tymczasem mój list dociera do ponad 600 ludzi. Byłem przekonany, że to są Przyjaciele Misji-Kamerun. Czy się myliłem?

Mamy wydrukowanych 40 000 ulotek które czekają na rozdanie. Można je przekazać znajomym, można rozdać ludziom wychodzącym z kościoła, można powkładać do skrzynek pocztowych w bloku lub w dzielnicy. Jest wiele sposobów by w szybki sposób rozdać 100, 200 a nawet 500 ulotek. Pytanie tylko czy zechcesz nam pomóc?

Jeśli chcesz wesprzeć kameruńskie dzieciaki czynem, zgłoś się do pomocy! Podaj swój adres domowy i zadeklaruj ilość ulotek jakie rozdasz samodzielnie lub z przyjaciółmi.

Pamiętamy w modlitwie o wszystkich, którzy nam pomagają!

Serdeczne Bóg zapłać za okazaną pomoc!

Dariusz Godawa OP.

2011.04 Najlepsze życzenia świąteczne z Kamerunu!

Witaj!

Z okazji zbliżających się świąt Wielkiej Nocy, chciałbym Ci życzyć wielu łask Bożych, pomyślności i radości. Niech Zmartwychwstały Chrystus przyniesie Tobie i Twoim najbliższym wiele pokoju i błogosławieństwa.

Chciałbym też przy tej okazji serdecznie podziękować za wszelkie wsparcie finansowe i modlitewne, które od Ciebie otrzymuję ja i nasi podopieczni. My też pamiętamy w modlitwie o wszystkich naszych dobrodziejach.

Życzę jeszcze raz wspaniałych i udanych świąt i obiecuję napisać o tym co u nas słychać już w maju. Mam też mały prezent dla Ciebie, jeśli do ostatniej chwili zwlekasz z rozliczeniem podatkowym. Na naszej stronie www.misja-kamerun.pl można pobrać programik, który to ułatwia.

Szczęść Boże!

Dariusz Godawa OP

2011.06 Trudne warunki życia w Yaounde

Witaj,

Tak jak obiecałem w ostatnim świątecznym biuletynie, dziś chcę opisać jak wygląda nasze życie na placówce w Yaounde. Choć jesteśmy tu jakiś czas, to przez te kilka a nawet kilkanaście miesięcy nasze warunki życia niespecjalnie się zmieniają. Nie mamy naprawdę nic. Po prostu startujemy od zera i wszystko musimy stwarzać od nowa.

Jak wiesz, wynajmuję dla naszych podopiecznych dom. Oczywiście kosztuje to spore pieniądze, więc docelowo chcemy zbudować Dom Dziecka w okolicy i kupujemy ziemię – o czym napiszę trochę później.

Ale najpierw o tym jak wygląda nasze życie. Żyjemy bardzo ubogo, więc wynajmujemy dom ( w którym żadne drzwi się nie zamykają) ale już nie stać nas na umeblowanie. Nie mamy też bieżącej wody ani lamp w pokojach dla dzieci. Dzieci po prostu śpią na materacach a ubranka mają poupychane w wolnych miejscach na podłodze. Uczą się na betonie przy jednej lampie. Ja też wcale nie mam lepiej. Nie mam w pokoju ani krzesła ani stołu. Z laptopem mogę pracować tylko siedząc na łóżku, albo kładąc go na stary głośnik, który służy nam za podstawkę. Myję się polewając się kubeczkiem plastikowym wodą z wiaderka. Pastę do zębów Colgate kupiłem dopiero po 2 miesiącach po powrocie do w Kamerunu – pasta jest kilkukrotnie droższa niż w Polsce i aż żal było wydać na nią pieniędzy, ale nie mogłem dłużej żyć jak kloszard.

Oszczędzamy na jedzeniu. Najtańsze jedzenie to ryż – 50 kg kosztuje 120 zł, ale przy 20 osobach do wyżywienia nawet taka ilość znika bardzo szybko. Ryż jest tańszy nawet niż maniok, który też jadamy od czasu do czasu. Od święta jemy rybę, a coś lepszego czyli np kurczaka, tylko wtedy gdy ktoś nam podaruje. Żeby mieć jakie kolwiek witaminy jemy tutejsze liściaste rośliny.

Jemy jak typowi kameruńczycy – tylko raz dziennie. Normalne warzywa i owoce są bardzo drogie, ostatnio kupiliśmy 4 cebule które kosztowały nas aż 10 zł. Nie często możemy pozwolić sobie na taki luksus. W ciągu ostatnich kilku miesięcy schudłem 15 kilo. Dzieci na szczęście wyglądają w miarę dobrze.

W dodatku walczymy z myszami. Próbujemy je zwalczyć drogimi trutkami, bo robi się coraz gorzej. Ostatnio gdy nocował u nas w salonie na podłodze jeden znajomy ksiądz, te obrzydliwe zwierzaki zaczęły mu w nocy obgryzać palce. Nie chcę by zrobiły krzywdę naszym dzieciom, więc mam nadzieję że się jakoś tej plagi pozbędziemy.

Tak jak pisałem wcześniej musimy jak najszybciej wyprowadzić się z tego domu i zbudować własny Dom Dziecka, w którym będą godne warunki życia dla naszych podopiecznych. Z pieniędzy które uzbieraliśmy na 1% za zeszły rok udało nam się uzbierać konkretną sumę, która częściowo posłużyła pod zakup ziemi wartej ok 125 000 zł. Przez najbliższy czas co miesiąc musimy wpłacić ratę w wysokości 6250 zł. Ale do końca roku ziemia będzie naszą własnością i będziemy mogli zacząć na niej budować.

Praca z dziećmi, załatwianie wszelkich formalności, oraz codzienna walka o byt i miskę ryżu lub manioku, oraz niesamowicie wolny internet (połączenie mam kilkukrotnie gorsze niż dawniej z Bertoua) sprawiają, że mam problemy z utrzymywaniem regularnej korespondencji. Jednakże muszę prosić o pomoc bo strasznie ciężko tak żyć zarówno mi jak i wychowankom.

Będę bardzo wdzięczny za modlitwę i jakąkolwiek pomoc finansową, która pomoże nam wyrwać się z tej tymczasowej beznadziejnej lokalizacji do naszego własnego Domu Dziecka.

Błogosławię i pamiętam w modlitwie.

Dariusz Godawa OP.

P.S. Poniżej podaję numery kont:

Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca

ul. Listopadowa 2

60-153 Poznań

rachunek bankowy: PKO BP SA 03 1020 2498 0000 8002 0268 4942

Inteligo -Dariusz Godawa- 50102055581111120928000024

2011.08 Wieści z placu budowy Domu Dziecka

Witaj,

Serdecznie dziękuję za listy z wyrazami troski i wsparcia oraz za pomoc finansową (otrzymaliśmy aż 9000zł), która przybliżyła nas do naszego celu stworzenia w Yaounde Domu Dziecka. Nie wiem czy wspominałem, że aktualnie przebywamy w domu, który wynajmujemy za 1550 zł miesięcznie i już od jakiegoś czasu negocjujemy z właścicielką by ta cena została utrzymana, gdy tymczasem ona chce, byśmy zaczęli płacić 2000 zł miesięcznie. Na razie udało nam się wynegocjować aktualną cenę do końca listopada. Dlatego by uniknąć dodatkowych kosztów musimy przeprowadzić się do naszego Domu Dziecka jeszcze przed końcem tego roku.

Prace nad budową rozpoczęliśmy z wielkim rozmachem. Jak już wcześniej pisałem kończymy spłacać raty za ziemię, którą zakupiliśmy głównie za pieniądze uzbierane w czasie mojego pobytu Polsce, a także z zeszłorocznych wpłat z 1% podatku. W ostatnich miesiącach trwały prace nad budową ogrodzenia zapewniającego bezpieczeństwo naszym wychowankom, które zakończyliśmy z sukcesem. Poniesione koszty to około 43750 zł. Parę tygodni temu rozpoczęliśmy budowę samego domu. Zatrudniliśmy 10 murarzy i liczyliśmy, że prace bez przeszkód będą wykonane do końca roku.

Tymczasem okazało się, że akcja 1% nie przyniosła oczekiwanych rezultatów. Być może ze względu na brak mej obecności w Polsce i osobistego proszenia o 1% dla Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca, mniej ludzi postanowiło wspomóc naszą organizację. Choć suma, jaką otrzymaliśmy, jest znacząca, bo wynosi aż 31.733,58 zł, to jest to zaledwie 49% tego, co spłynęło do nas z Urzędów Skarbowych w zeszłym roku. Wlasnie na ten 1% liczyliśmy w kwestii naszej budowy. Tymczasem kwota, jaką dostaliśmy, wystarczy zaledwie na fundamenty i posadzkę. W związku z tym zwolniłem 8 murarzy i teraz zaledwie dwuosobowa ekipa powolutku będzie pracowała, gdy tymczasem my musimy jak najszybciej się wyprowadzić.

A potrzebujemy teraz łopat, taczek, piasku, pustaków, cementu, kamieni i oczywiście wyżywienia dla robotników. Do wybudowania domu pod klucz potrzebujemy minimum 80 938 zł (wg szacunków architekta, które już w kilku aspektach budowy okazały się zaniżone.) Modlę się do Boga o cud, bo akcja 1% okazała się również cudem, ale niestety połowicznym.

Apeluję do wszystkich o pomoc. Może znacie jakieś firmy, które zechciałyby zasponsorować nasze prace budowlane? Potrzebujemy inwestora, który uratuje nas przed katastrofą. Jeśli masz jakieś znajomości to, proszę, uruchom je. Każda złotówka, każda minimalna wpłata się liczy.

Gorąco pozdrawiam z placu budowy, gdzie praca wre.

Dariusz Godawa, OP.

P.S.1. Jeżeli możesz przesłać ten list do znajomych, firm i ludzi, którzy zechcieliby nam pomóc, byłbym bardzo wdzięczny.

P.S.2. Poniżej zamieszczam listę dotychczasowych wydatków (wydaliśmy 25 376,26 zł, a potrzebujemy jeszcze minimum 55 562 zł)- równanie terenu, kopanie fundamentów ( robocizna), transport materiałów budowlanych – 6893,75 zł

– 3 taczki = 468,75 zł

– 19 listew -142,50 zł

– 1 paczka gwoździ – 23,13 zł

– sznurek (do naznaczania linii prostych) – 31,25 zł

– 2 pisaki – 3,75 zł

– rurka do poziomowania – 78,13 zł

– cement 120 worków – 3720 zł

– pustaki 20x20x40 – 570 szt = 1246,88 zł

– pręty zbrojeniowe o śred. 8mm x 102 szt = 1912,50 zł

– prety zbrojeniowe o śred. 6 mm x 170 szt = 1965,63 zł

– drut do wiązania konstrukcji – 20 rulonów = 250 zł

– kamyki grube – 1 „zwózka” – 2250 zł

– kamyki drobne – 1 „zwózka” – 2312,5 zł

– piasek drobny – 1 „zwózka” – 875 zł

– piasek rzeczny – 1 „zwózka” – 1125 zł

  • 920 pustaków – 2078.13 zł

2011.09 Przygotowujemy się do szkoły

Witaj,

Mam nadzieję, że udało Ci się odpocząć w ciągu tych polskich wakacji. Tu w Yaounde wakacje miały tylko dzieci. Ja przez cały czas pilnowałem budowy i poganiałem murarzy. Udało nam się postawić mury do takiej wysokości, że by budować dalej trzeba już używać rusztowań.

Na wstępie mojego listu chciałbym serdecznie podziękować za wsparcie modlitewne i pomoc w pozyskaniu środków na budowę. Obecnie, ze względu na przygotowania do roku szkolnego, wbrew naszym planom musieliśmy budowę wstrzymać. Trzeba dzieciom opłacić szkołę, a nie mamy funduszy na jedno i na drugie. W zasadzie na nic nie mamy i jemy już tylko ostatnie zapasy manioku.

Nasza siedemnastka podopiecznych z sierocińca wyruszy we wrześniu do szkoły. Najmłodsze idzie do przedszkola, dziesiątka kontynuuje naukę w podstawówce, szóstka starszych będzie się uczyła w liceum, a głuchoniema Epi nadal będzie rozwijać naukę zawodu krawiectwa u sióstr. Koszty nauki w podstawówce to 281 zł pierwsza rata nauki, 94 zł druga rata nauki. W liceum jest drożej: pierwsza rata może wynieść nawet 344 zł, a druga aż 200zł. Przybory szkolne, a raczej cała wyprawka, w tym obowiązkowe buty i mundurek, zeszyty i długopisy, to wydatek około 150 -250 zł na jedno dziecko.

Opieką misyjną objęte są także dzieci z Bertoua oraz kilkoro studentów i studentek. Między innymi Yvette, która właśnie zrobiła magisterkę z prawa i od października zacznie robić doktorat oraz Marianne studiująca biochemię na Uniwersytecie Katolickim. Pomagamy im opłacić czesne za studia w wysokości około 4500 zł rocznie dla jednej osoby oraz wynająć skromne pokoiki, w których mogą zamieszkać.

W Polsce zdobywa wiedzę nasza wychowanka Jacky. Od nowego roku zacznie naukę w Wyższej Państwowej Szkole Zawodowej w Kaliszu na położnictwie. Niestety zabrakło tylko dwóch punktów do wyniku egzaminacyjnego uprawniającego ją do rozpoczęcia studiów medycznych. Jednak dyrektor studium w Łodzi (pan Lech Kaczmarek )zaproponował nam szkołę w Kaliszu i osobiście zarekomendował naszą podopieczną. Jacky składając podanie o przyjęcie do szkoły mogła dołączyć także bardzo dobrą opinię od opiekunki roku, pani Anety Romańskiej – Szeląg. Jestem tym ludziom osobiście bardzo wdzięczny za okazaną nam pomoc i życzliwość.

Dzięki staraniom Beaty Patrzykąt, wiceprezes naszego Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca udało się uzyskać zgodę Ministerstwa Oświaty na naukę Jacky w Kaliszu oraz możliwość bezpłatnego studiowania! Jedyna formalność do spełnienia to dostarczenie oryginału świadectwa maturalnego, które wysłane zostało z Kamerunu do Ambasady w Niemczech. Niestety nie wiemy, do którego konsulatu ostatecznie ono dotarło i bardzo usilnie go poszukujemy.

Serdecznie pozdrawiam z gorącego Kamerunu. Jacky dołącza swoje pozdrowienia będąc jeszcze ostatnie tygodnie w Poznaniu u mojej rodziny. Jak zawsze będę wdzięczny za każde modlitewne i finansowe wsparcie. Każda złotówka się liczy, by nasze kameruńskie dzieciaki mogły zacząć bez stresu nowy rok szkolny.

Dariusz Godawa OP.

P.S. Wpłat można dokonywać na konta:

Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca

ul. Listopadowa 2

60-153 Poznań

rachunek bankowy: PKO BP SA 03 1020 2498 0000 8002 0268 4942

lub Inteligo -Dariusz Godawa- 50102055581111120928000024

Ojciec lekarz

O. Artur o swoim spotkaniu Chrystusa w Afryce

 

Zamieszczamy świadectwo o.Artura Hąci OP z wyjazdu do Kamerunu w 2006r. Artur w czasie pobytu u nas był diakonem a wcześniej już lekarzem. W szpitalu im. Raszei w Poznaniu odbył praktyki lekarskie, a po święceniach chciał wyjechać na misje. Ułożyło się trochę inaczej …

 

„Misja w Kamerunie”

W dniach od 30 czerwca do 4 sierpnia 2006 r. przebywałem w Kamerunie, w miejscowości Bertoua.

Ugościł mnie tam jeden z naszych wspołbraci, o. Dariusz Godawa.

Celem mojego wyjazdu było poznanie warunkow pracy i potrzeb misyjnych w tym kraju.

Poprzez rozmowy z pracującymi tam misjonarzami chciałem dowiedzieć się,

w jaki sposob najlepiej przygotować się do wyjazdu na misje do Afryki.

 

O tym, gdzie byłem

Kamerun to państwo w środkowej Afryce o powierzchni 475 440 km2,

połozone pomiędzy Zatoką Gwinejską, znajdującą się tuz nad rownikiem, a Jeziorem

Czad połozonym nieco na południe od Sahary.

Niektorzy nazywają ten kraj Afryką w miniaturze, poniewaz mozna tam spotkać prawie wszystkie elementy afrykańskiego krajobrazu, takie jak morze, gory, rowniny,lasy tropikalne, sawannę, a na połnocy strefę połpustynną.

W Kamerunie mieszka ok. 16 milionow mieszkańcow,z czego 20% posługuje się językiem angielskim, zaś 80% językiem francuskim. Poza tymi dwoma językami europejskimi występuje tam wielka liczba lokalnych dialektow. Mozna powiedzieć, ze kazda wioska posiada swoj własny lokalny język. Jednak duze rozdrobnienie plemion i uzywanych przez nie dialektow powoduje, ze wszyscy Kameruńczycy znają przynajmniej jeden z dwoch językow urzędowych. Jest to konieczne, poniewaz umozliwia porozumiewanie się z mieszkańcami sąsiednich wsi i ma to szczegolne znaczenie, jeśli zdamy sobie sprawę, ze w ostatnich latach nastąpiły istotne

przemieszczenia ludności na terenie Kamerunu. Jako języki urzędowe angielski i francuski są tez językami, w ktorych uczy się w szkołach.

Jeśli chodzi o religię, to chrześcijanie stanowią w tym kraju ok. 40% ludności, podobnie jak muzułmanie, natomiast wyznawcy religii miejscowych to w przyblizeniu 20% mieszkańcow.

 

O tym, gdzie zyłem 

Parafia pw. Świętych Apostołow Piotra i Pawła w Bertoua,ktorej proboszczem od 10 lat jest o. Dariusz Godawa OP, liczy ok. 6 000 wiernych. Wspolnota ta charakteryzuje się dynamicznym rozwojem i to pomimo pojawiających się wielu trudności związanych ze specyfiką afrykańskiej rzeczywistości.

Ojciec Dariusz swoją działalność duszpasterską kieruje przede wszystkim ku dzieciom i młodziezy. Tylko bowiem u młodych ludzi mozna dokonać prawdziwej przemiany. Nie zmienia to faktu, ze opieką duszpasterską objęci są wszyscy mieszkańcy parafii. Na terenie parafii działa wiele grup, jak choćby Chrześcijańskie Stowarzyszenie Rodzin, grupa modląca się za dusze czyśćcowe, Dzieci Świętego Dominika, Sprawiedliwość i Pokoj, Legion Maryi, Grupa Kobiet, Ministranci, Młodzi Świata, Rycerstwo Niepokalanej, Dzieci Świata (oaza dzieci), Chor św. Michała Archanioła i Chor „Głos Dawida”. Oba chory w niezwykle ekspresyjny sposob ubogacają liturgię sprawowaną w kościele. Parafianami na terenie wiosek podczas nieobecności o. Dariusza zajmują się specjalnie przygotowani katechiści.

Bardzo cennym dziełem prowadzonym przez o. Dariusza jest sierociniec. Przebywa tam obecnie 20 dzieci. Korzystają one z luksusu normalnych warunkow mieszkalnych.

Jak juz wspomniałem, zycie parafii ubogacane jest przez działalność młodziezowych grup czy chorow. Organizowane są rowniez pielgrzymki, ktore w trakcie trwania wędrowki rozrastają się, poniewaz dołączają się do nich ludzie z kolejnych mijanych miejscowości.

Odbywają się takze spotkania młodych. Uczestniczyłem w jednym z nich we wsi Mambaya.

Przybyło tam bardzo wielu młodych ludzi, ktorzy dzięki temu mieli mozliwość spotkania i pogłębienia swojej wiary. Takie zloty młodych ludzi to eksplozja muzyki, tańca i śpiewu. Wrazenie tego festiwalu uczuć, radości i szczerej prostej wiary pozostanie w mojej pamięci na długo. Zachęcają mnie one do powrotu w tamte strony.

Ojciec Dariusz wspiera parafian takze finansowo, szczegolnie w nagłych sytuacjach, takich jak cięzka choroba czy wypadek, gdy nie ma innej mozliwości i trzeba udać się do szpitala. Jednak ta pomoc pojawia się nie tylko w nagłych przypadkach. Organizuje się rowniez akcję spierania edukacji dzieci poprzez dofinansowywanie ich nauki w szkole.

Wazną rolę pomocową w działalności o. Dariusza, szczegolnie przy nauczaniu dzieci czy prowadzeniu licznych dzieł parafialnych, stanowią przyjezdzający z Europy wolontariusze.

 

O zyciu ludzi, ktorych pokochałem

Głoszenie Chrystusa i ukazywanie prawd wiary oraz nauka moralności zderza się w Kamerunie z miejscową mentalnością, śladami dawnych wierzeń i trudną sytuacją zyciową. W kraju tym większość ludzi zyje w skrajnym ubostwie. Wysyłanie dzieci do płatnych szkoł jest dla nich ogromnym problemem.

Podobną nie do pokonania przeszkodą są opłaty pobierane w placowkach publicznej słuzby zdrowia. W Kamerunie jest rzeczą normalną, ze ludzi zwykle nie stać na udanie się do szpitala.

Ojciec Dariusz opowiadał o wypadku autobusu w Bertoua, w ktorym rannych zostało ok. 20 osob. Zawieziono wszystkich pod szpital. Jednak do szpitala przyjęto tylko tych, ktorzy mieli w kieszeni pieniądze. Reszta umarła przed bramą szpitala.

Bardzo rozpowszechnione są tu roznego rodzaju przesądy. Mozna zostać łatwo oskarzonym o czary. Juz samo takie oskarzenie wystarcza, by przynajmniej na poł roku pojść do więzienia.

Za efekt uroku rzuconego przez nieprzyjaciela uznawanych jest wiele chorob, takich

jak malaria czy AIDS. Zresztą właśnie malaria i AIDS stanowią bardzo powazny problem w Kamerunie.

Oprocz nich powszechnie występuje takze wiele innych chorob, ktorych nie nalezy lekcewazyć:

cholera, tyfus, zołta febra, wirusowe zapalenie opon mozgowych.

Statystyczny okres zycia mieszkańcow Kamerunu to ok. 50 lat. Śmiertelność noworodkow to 150 zgonow na 1000 urodzeń (dla porownania w Polsce jest to stosunek 7 do 1000).

Trudną sytuację pogłębia jeszcze wielodzietność rodzin połączona z nędznymi dochodami.

Częstym zjawiskiem jest poligamia. Jeden męzczyzna zyje z kilkoma kobietami, ktore egzystują ze sobą w harmonii, dopoki mąz z rowną uwagą traktuje kazdą z nich. Poza tym kobiety posiadają dzieci z wieloma męzczyznami dlatego czasami trudno ustalić, jakie są stopnie pokrewieństwa pomiędzy poszczegolnymi członkami rodziny.

Spotkałem rodzinę, w ktorej jeden męzczyzna miał 54 dzieci z 10 kobietami. Bieda i skomplikowana sytuacja rodzinna powodują, ze dzieci bardzo szybko starają się usamodzielnić. Niestety niejednokrotnie kończy się to w przypadku dziewcząt prostytucją oraz kradziezami w przypadku chłopcow.

Ciekawym doświadczeniem dla Europejczyka jest proba zrozumienia, czym dla Afrykańczykow jest czas. Mają oni zupełnie inne poczucie czasu. Nigdzie się nie śpieszą. W ich rodzimych językach nie ma czasu przyszłego, jest jedynie tu i teraz oraz to, co juz było. W wyniku tego Afrykańczycy nie mają zmysłu przewidywania oraz zabezpieczania swojej przyszłości – zyją teraźniejszością.

Bardziej świadomi mogą wybiec w przyszłość maksymalnie na dwa lata. Dlatego tez nie ma się co dziwić, ze np. decydując się na jazdę autobusem, trzeba pamiętać, ze autobus wyruszy, kiedy będzie pełen pasazerow i to co do ostatniego miejsca. Czasami trzeba czekać kilka godzin, ale nikogo to nie denerwuje. Kazdy siada i czeka. Czekanie bowiem to swoisty zwyczaj Afrykańczykow. Oni się wtedy nie nudzą, nie tylko nie marnują czasu, ale w ich odczuciu „produkują czas”. Trudno to zrozumieć Europejczykowi.

Pokochałem tych ludzi pomimo ich wad, niegospodarności, lenistwa i zycia chwilą obecną.

Ujęła mnie jednak ich szczerość i otwartość, radość zycia, a nade wszystko wzajemna troska o siebie.

 

O Chrystusie, ktorego spotkałem w Afryce

Chrystusa spotkałem przede wszystkim w biednych: w umierającej na AIDS młodej dziewczynie, ktora przed śmiercią przyjęła chrzest, w sześcioletniej Natu, ktora porzucona przez matkę mieszka w sierocińcu prowadzonym przez o. Dariusza. Widziałem Go tez w chorej na malarię kobiecie, ktora będąc w szpitalu, umierała bez pomocy, poniewaz nikt nie chciał się nią zająć – była zbyt biedna, by zapłacić lekarzowi za wizytę.

Widziałem Go takze w misjonarzach. Często trwają oni na misji, mimo ze wiedzą, iz kto inny zbierze plon ich pracy. To są bohaterowie wiary. Jak bardzo musi być potęzna ta wiara, skoro nie podcina jej cała beznadziejność afrykańskiej codzienności. Bo nadal wiele młodych dziewczyn będzie się prostytuować. Nadal wielu młodych chłopcow będzie kraść.

Po ludzku rzecz biorąc, szanse na to, ze cokolwiek w Afryce moze się zmienić są niewielkie.

Jednak tylko po ludzku, bo Kościoł w Afryce się rozwija. Ma mniej więcej 100 lat, a przeciez widać wyraźny postęp, nawet kultura – co prawda powoli – zaczyna się chrystianizować.

Chrystus staje się obecny w ich zyciu. Być moze dopiero na łozu śmierci, ale przeciez decyzja wiary jest aktem dojrzałości.

W naszej parafii owocem działalności misyjnej o. Dariusza jest między innymi przekonanie parafian o skuteczności i wazności sakramentu chorych. Teraz wzywają o. Dariusza o kazdej porze, kiedy tylko uznają, ze potrzebne jest udzielenie tego sakramentu. Nauka ta trwała dobre kilka lat. Dziś przynosi jednak owoce.

Niejednokrotnie jeździliśmy do chorych z tą posługą w nocy.

Patrząc na działalność duszpasterską ojca Dariusza w Kamerunie, byłem pod wielkim wrazeniem jego gorliwości i ojcowskiej troski, z jaką reagował na kazdą prośbę o pomoc. Wciąz myśli o nowych sposobach docierania do tych ludzi, o tym, jak im pomagać i umacniać ich wiarę. Z ich strony spotyka się to ze zrozumieniem i wdzięcznością. Parafianie zapraszają go na roznorodne swoje święta i wazne uroczystości rodzinne.

Sam uczestniczyłem m.in. w uroczystym przekazaniu darow w zamian za zonę.

Na koniec pozostaje zatem pytanie: czy warto jechać do Afryki?

Oczywiście. Oni tam na nas czekają.

Artur Hącia OP

Z lat 2000-2005 zapiski

Boże Narodzenie 2000

Po Adwencie, przyszło jak co roku Boże Narodzenie. Tego roku do wieczerzy wigilijnej usiedliśmy, zresztą tak jak w zeszłym roku i w poprzednim, z naszymi siostrami. 

 

zdjecie

 

Było 12 dań jak w Polsce i siano z naszej 2-metrowej trawy pod obrusem i jedno wolne nakrycie, … ale i tak nikt nie dołączył, bo tutaj „polska wigilia” nie jest zupełne znana. W kameruńskiej rodzinie wieczór 24 grudnia niczym nie rożni się od innych wieczorów. No może tylko (aż) tym, że Polacy zaczęli wprowadzać Pasterkę. W pierwszym roku po objęciu przez nas parafii na pasterce było może 20 osób. Tego roku było ich już przeszło 300. Pasterka zaczęła się o godz. 20 miejscowego (i polskiego, bo „waszą” zimą mamy taki sam czas) czasu.

Gdyby ktoś z was „spadł nagle z nieba” na nasza pasterkę, to łzy popłynęły by mu z oczu. Dlaczego? Bo nie ma żadnej kolędy, nic, zwykle murzyńskie tańce i śpiewy, …a to jest dobre na wieczorek folklorystyczny, ale nie dla Polaka na Pasterkę. Oczywiście te ichnie śpiewy i przyśpiewki to są właśnie ichnie kolędy. Ale czy Polak potrafi…, przeżyć pasterkę bez: „Wśród Nocnej Ciszy”, „Bóg się rodzi”, „Cicha Noc” ? …no potrafi, ale musi mieć więcej wiary niż tradycji w sobie, bo naprawdę jest trudno. Dopiero po 7 tak przeżytych pasterkach zaczyna się już wszystko rozumieć, i po katolicku przeżywać, to co jednak przecież „Gwiazdka” z sobą „wnosi” do serca. 

 

zdjecie

 

Główna Msza Święta Bożonarodzeniowa odbyła się oczywiście 25 grudnia 2000 o godzinie 10:00. I o dziwo prawie wszyscy byli na czas. „Okłamaliśmy” ich że Msza będzie o 9:00. Gościliśmy, tradycyjnie już, naszego Arcybiskupa Roger Pirenne, więc nie wypadało pokazać się ze spóźnialskiej strony. Tutaj prawie nikt nie ma zegarka, wiec spóźnienia na Msze niedzielne dochodzą do 100 minut (1godz 40 min). By zatem skrócić spóźnienie do 40 minut, rozpoczęcie Mszy Św., zwłaszcza tak uroczystej, trzeba niekiedy ogłosić na godzinę wcześniej. No i wtedy wszystko jakoś przyzwoiciej wygląda.

Ktoś może spytać jak to można się spóźnić na Msze Św. 100 minut, ano można bo każda niedzielna Msza Św. trwa co najmniej 160-180 minut, wiec to tak jakby się w Polsce spóźnił 25 minut, na Komunie Św. zawsze jeszcze zdąży. … Ah jak niewielu tu komunikuje ! 

W zwykłą niedziele mam dwie Msze Św. Pierwsza o 8:00 w języku miejscowym, a druga o 10:30, czasem z poślizgiem do-godzinnym, po francusku dla dzieci i młodzieży. I cieszę się bo jest tych młodych coraz więcej w kościele. No nie są to jeszcze tłumy, bo parafia jest półwiejska-półmiejska, i na przedmieściu, raczej jeszcze mało zabudowanym, ale jest coraz lepiej, wiec nadzieja jest !

Po długim kazaniu, bo musi być długie, biskup ochrzcił 13 dzieci i wybierzmował 15 młodych. Po Mszy Św. uroczysty obiad z biskupem i siostrami i zasłużony odpoczynek. 

 

zdjecie

 

Zaraz na drugi dzień rozpoczęliśmy, na wzór australijskiej, naszą parafialną olimpiadę sportową. Trwała przez cały tydzień. Było 31 dyscyplin sportowych, ok. 300 uczestników w rożnym wieku, od 5 do 24 lat. Jako, że ze względów finansowych musieliśmy ograniczyć się tylko do dyscyplin niewymagających niczego, żadnego sprzętu, mięliśmy takie dziwne „typowo olimpijskie” dyscypliny jak:

Rzut piłką do wiadra, 

Wciąganie językiem cukierka na sznurku,

Wyścigi konne (dziecko na barkach drugiego dziecka),

Pompki,

Przeciąganie liny.

 

zdjecia

 

Były też takie prawdziwe, „tanie” dyscypliny olimpijskie jak:

Biegi na rożnych dystansach w rożnych klasach wiekowych, 

Chód,

Podnoszenie starej osi samochodu ciężarowego (ciężarów),

Rzut oszczepem,

Pchnięcie kulą,

Piłka ręczna,

No i oczywiście jak na mistrzów Afryki i mistrzów olimpijskich z Sydney przystało – Piłka Nożna, królowa i bogini Kamerunu.

 

zdjecie

 

Było wspaniale, dzieciaki się bardzo ubawiły i wszyscy czekają na następną olimpiadę w 2001 roku (bo nasze są co roku).

Cdn…. 

 

24 lipca 2001

Szczęść Boże !!! 

Bardzo wszystkim dziękuję za zainteresowanie nasza działalnością misyjną i akcja „Adopcja na odległość”. Bardzo się cieszę na wrażliwość Waszych serc. Wielkie Bóg zapłać !!!! Pamiętamy o Was podczas naszych nabożeństw i Mszy św. 

Jak ten czas leci. Ani się nie obejrzałem, a tu już czerwiec 2001 i to „Z ostatniej chwili” staje się raczej „Z ostatniego pół-roku”. 

…a „wszystkiemu winny czas afrykański”. Ciągle zapominam, że w Europie żyje się inaczej – tak prędzej. Nie wiem czy Afryka (nie)powinna tu pójść za przykładem „starego kontynentu” i zacząć „szybciej” żyć ?! Co więc się u nas wydarzyło przez te ostatnie pół roku ? Rok 2001 zaczął się uroczystą Mszą Świętą 1 dnia stycznia. Kiepsko jest z frekwencja tego dnia, bo świętowanie zaczyna się 31 grudnia wieczorem i kończy 2 stycznia rano, tak że można tylko liczyć na dzieci, które wcześnie poszły spać i osoby starsze, które wcześnie wstają. W pierwszym tygodniu stycznia wyjechałem z naszym katechistą, panem Gilbert’em do Yaoundé na uroczystości zakończenia Jubileuszowego roku 2000. Tutaj słówko o funkcji katechisty, która jest może mniej powszechna w Europie. Katechista – w odróżnieniu od katechety – który uczy dzieci religii, to taki „wikary świecki”. Szczególnie na wioskach gdzie ksiądz bywa rzadziej – katechista w dużej części go zastępuje: 

odprawia niedzielne „msze” – tak są nazywane potocznie wspólne modlitwy niedzielne, którym przewodniczy katechista (ciężko jest miejscowej ludności wytłumaczyć, że w odróżnieniu od Mszy Świętej, celebrowanej tylko przez kapłana, wspólnotowa modlitwa niedzielna, której przewodniczy w wiosce katechista – nie jest Eucharystią. 

„Z drugiej strony” – jak mawiał Tewje z filmu „Skrzypek na dachu” – po tłumaczeniu, niektóre „małowiarki” mogłyby przestać w ogóle chodzić na te „msze” – jak to nie są Msze, więc raz więcej naciskamy z tłumaczeniem, a innym razem mniej.) nadzoruje katechetów prowadzących katechezę z dziećmi i przygotowujących dorosłych do sakramentów. Często też sam zajmuje się katechezą dorosłych, chrzci umierających, „chowa” umarłych (tu by dużo dużo pisać o tygodniowych pogrzebach, ale to innym razem) służy „duszpasterską” pomocą wszystkim we wiosce. ( napisałem w cudzysłowie, bo w seminaryjnych książkach jest napisane, że duszpasterzem może być tylko kapłan.) jest przede wszystkim takim „zastępcą” proboszcza tam, gdzie proboszcz może dojechać najwyżej raz na parę miesięcy. 

To tyle o katechiście.

 

Wracając do stycznia i uroczystości w Yaoundé, to była to moja wizyta w stołecznym mieście po paru miesiącach. Zmiany na lepsze dały się szybko zauważyć. Miasto odmalowane, czyste, jak z obrazka, a wszystko dlatego że w połowie stycznia miały tu ściągnąć na spotkanie z francuskim prezydentem, głowy większości państw afrykańskich. (Państw w Afryce jest 52.) Ale nie o tym. My pojechaliśmy na Uroczyste Zakończenie Roku Jubileuszowego. „Zamykanie” trwało kilka dni. Były konferencje, wspólne modlitwy i codzienna wspólna z wszystkimi biskupami Kamerunu, Msza Święta. Ostatniego dnia odbyła się uroczysta konsekracja Sanktuarium Maryjnego na wzgórzu Mvolyé w Yaoundé (tam też stoi do dziś jeden z pierwszych kościołów w Kamerunie, wybudowany w początku tego wieku przez niemieckich ojców Pallotynów, wśród których byli też i Polacy). Uroczystość trwała 5 godzin, a zgromadziła kilkadziesiąt tysięcy wiernych. Przewodniczył jej arcybiskup Yaoundé – Mgr André Wouking (Mgr – to Monseigneur, nie magister). Po kilku dniach wróciliśmy z wielkiego świata naszą polną droga do naszej prowincjonalnej parafii. Oprócz duchowego i intelektualnego ubogacenia, wspaniałych wspomnień bogatej liturgii przywieźliśmy kilka paczek gwoździ, kilka kur, jedną indyczkę i kilka królików. Zaczynamy małą hodowlę przyparafialną, może coś z tego wyrośnie do garnka.

Luty to już od połowy stycznia Święto Młodzieży. Co roku 11 lutego (nie wiem dlaczego właśnie tego dnia) obchodzone jest w całym kraju drugie po narodowym (20 maja) święto Kamerunu – Święto Młodzieży. 75 % ludności Kamerunu ma poniżej 25 roku życia, może dlatego !? Od połowy stycznia, nie ma już zajęć w szkołach, tylko ćwiczenia marszruty by ładnie przemaszerować, za miesiąc, przed gubernatorem. Skąd my to znamy ? Ach… z pochodów pierwszomajowych, … tak, dokładnie tak to wygląda, niestety ! Dzieci się cieszą, że nie ma szkoły, … ale co później ?! Cztery osoby na 40 zdaje maturę, na przykład. Maszerują wszystkie szkoły, a trochę tego jest w Bertoua. Defilada zaczyna się „punktualnie” o godzinie 10:00 (z afrykańskim poślizgiem oczywiście). Maszerują wszystkie szkoły, ale nie wszystkie dzieci. Tylko te wybrane, które mają pieniądze na nowe buty, często nowy mundurek (tutaj każda szkoła ma swój krój i kolor mundurka szkolnego) etc… Defilada trwa aż do 12:30-13:00, pomimo że dzieci idą po sześciu w rzędzie, rząd za rzędem, szkoła za szkoła, bardzo szybkim jak na defiladę krokiem (i tu jest jedyna różnica miedzy naszymi ex-pochodami pierwszomajowymi). Wszystko to dość ładnie wygląda, szkoda tylko, że dzieci przed trybuną honorową wyciągają prawe ręce w geście dokładnie przypominającym Brunera z filmu o J-23, … no ale można im wybaczyć. Oni tego nigdy nie widzieli ani nie „odczuli”. Pytałem raz, dorosłego już chłopaka, czy słyszał kiedyś o Adolfie H. Przyznał się, że to imię i nazwisko słyszy po raz pierwszy w życiu, …więc niech tak maszerują, jak im z tym wygodnie. 

 

zdjecia

 

W środę popielcową frekwencja sięga zenitu. Nawet w Niedziele Wielkiej Nocy nie ma tylu osób w kościele. Każdy chce mieć posypaną głowę popiołem. Przychodzą starcy, dorośli, młodzi, dzieci i nawet 1-dniowe niemowlęta. Jest w tym sypaniu, coś z ich wierzeń: z tygodniowych pogrzebów, pokut z tym związanych, rzucaniem się w geście rozpaczy w proch ziemi, sypaniem popiołu na wdowy, etc…. Dlatego kościół pęka w szwach tego dnia.

 

zdjecia

 

W marcu jeździliśmy po wioskach naszej parafii z przedstawieniem teatru-pasji, przygotowanym przez Rycerzy Niepokalanej z naszej parafii („Rycerstwo Niepokalanej” założył, w 1917 r , Św. Maksymilian Maria Kolbe). I tu nigdy nie mogę zrozumieć reakcji widzów. To nie tylko w czasie przedstawienia Pasji, ale nawet w czasie filmu Jezus z Nazaretu, który często „pokazuję” po wioskach, ….tak się zastanawiam, dlaczego…. W momentach kiedy należałoby płakać, tutaj reakcja jest zupełnie odwrotna. Największą radość i lawinę śmiechów „na sali” (pod drzewem, z prądem z agregatu prądotwórczego) wzbudza chłosta i krzyżowanie Pana Jezusa – w czasie przedstawiania teatralnego, i rzeź niewiniątek w czasie projekcji filmu „Jezus z Nazaretu”.

 

zdjecie

 

Marzec i pierwsza połowa kwietnia 2001, to czas Wielkopostnej Drogi Krzyżowej, rekolekcji i w końcu Triduum Paschalnego i Nocy Wielkiej przez Zmartwychwstanie. W naszej Drodze Krzyżowej „dźwigamy” krzyż przez trzy kilometry. Kiedyś dźwigaliśmy naprawdę, bo krzyż był z dwóch słupów telegraficznych, teraz jest mniejszy, ale i tak potrzeba ok. 5-6 osób by go ponieść. Ludzi jest bardzo dużo, każdy chce nieść i żeby nie było bałaganu to od stacji do stacji niesie kolejno każda grupa parafialna. Tak są później problemy, że jakaś grupa nie niosła krzyża,…bo jest więcej grup w parafii niż stacji.

 

zdjecie

 

Niedziela Palmowa była, jak na tytuł przystało, z palmami, a nie jak w „innych częściach świata”, z gałązkami wierzbowymi. W ubiegłym roku przyprowadziliśmy z pieszej pielgrzymki do Betare-Oya, dwa osły. Okryliśmy więc jednego z nich czerwonym płaszczem i tak Pan Jezus (tzn. ja zamiast Pana Jezusa), wjechał do Jerozolimy, na prawdziwym osiołku. Dokładnie takim jak Pan Jezus jechał, taki z krzyżem na plecach – takie ma umaszczenie (zaintere- sowanych odsyłam do encyklopedii albo do atlasu ssaków Afryki: Osioł Somalijski), i dzieci u nas mówią że dlatego ma ten krzyż na sobie, bo wiózł Pana Jezusa i od tego czasu krzyż mu został na sierści).

 

zdjecia

 

Zaraz po Niedzieli Palmowej mieliśmy parafialne rekolekcje. Niestety z braku „wolnych” księży wierni musieli słuchać raz jeszcze swojego proboszcza. Tłumów nie było, ale jak mówią, nie ilość się liczy….

Triduum Paschalne, zawsze ściąga dużo osób na Mszę Św. Jest jakoś inaczej i każdy chce zobaczyć jak ksiądz będzie mył nogi „uczniom”, jak będzie leżał krzyżem, i później będzie się całowało Krzyś Św. 

Wreszcie ta Wielka Noc. U nas odprawialiśmy pierwszą Msze Św. Wigilii Paschalnej w sobotę wieczorem o 20, a Główną Mszę Św. Rezurekcyjną w Niedzielę o 10:00 (proszę nie wierzyć w te dwa zera po dwukropku). Po Najuroczystszej w roku Mszy Świętej, jak zwykle co roku, tańcom nie ma końca,… dopiero jak katechista Pan Gilbert każe już iść do domu to się wszyscy z trudem rozchodzą. 

 

zdjecie

 

Przez trzy tygodnie tego roku odprawiałem tę samą Mszę Św. Rezurekcyjną, te same czytania, prawie takie samo kazanie,…, jak to na misjach, nie tylko jest kościół parafialny ale jeszcze paręset kilometrów wiosek i wszyscy chcą przyjąć Pana Jezusa do swego serca w Ten Dzień. Nie ważne, że dwa-trzy tygodnie po fakcie. Teraz już nie spowiadałem, chyba że „nagłe wypadki”. Spowiedź Św. Była w Wielkim Poście.

6 maja 2001 mięliśmy w parafii kolejna wielką uroczystość – kilka chrztów dzieci, jednego pana w dużej „sile” wieku i Pierwszą Komunię Świętą dzieci trochę starszych od tych chrzczonych. Cały tydzień poprzedzający Komunię odbywały się egzaminy przed-sakramentalne i niekończące się „procesje” dzieci na plebanię, którym brakowało jeszcze „parę groszy” do białej sukienki, czy do butów. Każdy chce jakoś wyglądać na takie święto. 

Czerwiec to już wakacje które tutaj zaczynają się praktycznie od 20 maja, czyli od kolejnej defilady, tym razem z okazji Święta Narodowego. To też miesiąc wielkich radości z przejścia do następnej klasy dla jednych, a płaczu dla drugich – bo od września trzeba będzie, po raz już kolejny, powtarzać 4 klasę.

Święto Piotra i Pawła to nasz parafialny odpust. Niestety tego roku nie było z tej okazji rekolekcji, i tu to Święto było nieudane. Udane natomiast było już w sam ten dzień uroczysty. 

 

zdjecia

 

Wypastowaliśmy dwie potężne prawie 30 kg każda, hebanowe statuy Świętego Piotra i Pawła i mieliśmy z nimi iść w procesji przed Mszą Świętą. Ale pasta nie chciała wyschnąć i jak ministranci już się cali pobrudzili, to zrezygnowaliśmy z towarzystwa naszych kochanych świętych, by sobie odpoczęli na straży parafii, przed ołtarzem. W uroczystej koncelebrze wzięło udział 4 księży, co na nasze warunki jest czymś rzadko spotykanym, dwóch braci zakonnych, trzy siostry dominikanki i wielu wielu parafian. Celebransem głównym był Mgr Roger Pirenne CICM, nasz arcybiskup. Biskup postawił nam raz jeszcze Jezusowe pytanie skierowane do uczniów: „Pour vous qui suis-je ?” (biskup mówił po francusku, a tłumaczył na Ewondo, nasz niezawodny katechista-poliglota pan Gilbert Samba) …A dla ciebie Piotrze,… Paulino, Macieju, Julio, Agato… Kim Jestem ?! …zwiesiliśmy głowy, bo praktyczna odpowiedź nie pokrywała się z teoretyczną…

cdn…… 

z Panem Bogiem 

o. Dariusz Godawa OP

 

 

Boże Narodzenie 2001

Ten 3 list Misyjny jest kolejnym naszym (moim i dzieci z naszej parafii) podziękowaniem za wszystko co dla nas robicie: za modlitwy, ofiarowane cierpienia i post, i oczywiście za tę pomoc materialną. Dzięki akcji „Adopcja na odległość” już teraz prawie 800 dzieci może każdego ranka dumnie brać swój tornister i iść do szkoły. 

Od ostatniego listu minęło „trochę” czasu i coś tam się wydarzyło, więc spróbuję pokrótce zdać Wam relację z tych kilku kolejnych miesięcy 3-go tysiąclecia. 

Jaką wielką łaską jest to, że Pan nas wybrał by je zacząć! Tylko czy nie będziemy się musieli wstydzić za paręset lat, przed następnymi pokoleniami, że źle im zaczęliśmy to tysiąclecie ?

Czy nasza wiara jest już na poziomie tego milenium, czy ciągle pozostajemy w tyle, na poziomie 1-go, albo 2-go tysiąclecia? Czy jesteśmy już na miarę naszych czasów ?

Te pytania powinniśmy chyba sobie stawiać codziennie. To my chrześcijanie, jesteśmy odpowiedzialni za World Trade Center, za Afganistan, Pakistan, Sudan, Indonezję, Nigerię. Nie szukajmy winy na zewnątrz, to my jesteśmy pełni grzechu, nie islamiści. Przecież poznaliśmy Chrystusa, a żyjemy jak poganie i jak poganie zaczynamy przyszłym pokoleniom to

3-cie tysiąclecie.

Popatrzcie co się dzieje w krajach Europy Zachodniej: burzenie kościołów, śluby homoseksualistów – mało tego – nawet dzieci mogą teraz adoptować, destrukcja rodziny, klonowanie człowieka – niby z miłości do innego, chorego, eutanazja (nasz były biskup, emeryt jest holendrem, ma 81 lat i pozostał na resztę życia w Kamerunie – łatwo się domyśleć dlaczego nie chce wrócić do swojej ojczyzny), Sodoma i Gomora !

Cały lipiec spędziłem, jak to się u nas mówi w brusie, tzn. jeździłem po wioskach należących do naszej parafii z posługą duszpasterską. Spowiadałem, odprawiałem Msze Święte, namaszczałem chorych. Słuchałem, podpowiadałem, radziłem. Niewiele z tego dociera, bo życie od wieków takie same – ciężko jest zmienić je na inne. Wiara w przodków, w wszelakie złe i dobre duchy (ciekawe, że tych drugich jest znacznie mniej), uzdrowiciele, czarownicy, alkohol i wszystko co możliwe przeciwko VI przykazaniu – począwszy od 13 roku życia. Takie jest życie codzienne, pełne strachów, zabobonów i śmierci dokoła… i na to wszystko ten ksiądz, który przyjeżdża raz na jakiś czas i opowiada niestworzone rzeczy o jakimś Rzymskim Kościele. Wszyscy przytakują „Oui, mon Pere”, i później życie toczy się dalej, po naszemu, po afrykańskiemu. Patience, mon Pere! Cierpliwości, ojczulku! – codziennie muszę to sobie powtarzać! – to jeszcze nie to milenium!

Na krótką metę, nasi parafianie są „silni w wierze”. Jak jest jakieś święto, to staną na głowie by wypadło jak najlepiej. Jak jest jakieś nowe nabożeństwo w kościele, albo jak założymy jakąś nowa grupę akcji katolickiej, albo nowy chór, to są setki chętnych i uczestników. Po tygodniu już ostygnie wszystko i trzeba by znowu wymyśleć nowe nabożeństwo, nowa grupę, albo założyć kolejny chór parafialny. 

Sierpień to czas pielgrzymek. Także i u nas, jak corocznie już od 4 lat, mamy i naszą diecezjalną pieszą pielgrzymkę. Tak się składa, że głównym organizatorem, od samego poczatku jestem ja, wiec wymyśliłem, że każdego roku będziemy pielgrzymowali do innej parafi Maryjnej. I tak w 1998 byliśmy u Notre Dame des Pauvres (Matki Ubogich), w Nguelemendouka 153 km, a w 1999 w Belabo, w powstającym Sanktuarium Czarnej Madonny, które jest pod opieka tych samych Ojców Paulinów co na Jasnej Górze. Prawie taki sam dystans jak w 1998 roku – tez 151 km. Od 2000 r., by zredukować trochę koszty, chodzimy w obie strony. Zaczęliśmy pielgrzymką do Betare Oya 183 km x 2 = 366 km, do Notre Dame de Lourdes (M.B. z Lourdes), a tego roku byliśmy w Batouri w tamtejszym sanktuarium Matki Bożej z Bougauguau – 90 km x 2 = 180 km. Tym razem było nas ok. 300 osób, głownie młodzieży, choć byli i zaawansowani staruszkowie i kilka dzieci. 

Pomału tworzymy nasza pielgrzymkowa rodzinę, coraz bardziej zżytą i rozmodloną. Oby tak dalej!

Wrzesień to wytężony czas „pracy bankowej”. 

Tego roku już ok. 800 dzieci mogło rozpocząć normalnie rok szkolny i to dzięki „swoim polskim rodzicom”.

Porozdzielać jednak pieniądze takiej liczbie maluchów pomieszanych z młodzikami i licealistami nie jest, wierzcie mi, rzeczą łatwą. Zaangażowanych było tego roku w tej pracy 5 osób.

Ponadto we wrześniu robiłem przegląd generalny ruchów, których jestem duszpasterzem diecezjalnym, tj. Oazy Dzieci i Rycerstwa Niepokalanej. Jeździłem od parafii do parafii i wspólnie z nimi robiliśmy plan działania na nowy rok szkoły . Jakoś to wyszło. Dzieciaków są tysiące zaangażowanych w Oazie, w każdej parafii i w większości wiosek, a i Rycerzy mamy już w diecezji prawie 300 konsekrowanych. Oaza Dzieci istnieje w Kamerunie jako Cop’Monde (Copin du Monde – Przyjaciel Świata) już od 1973 roku. Rycerstwo przeniosła z Polski do Kamerunu 8 lat temu, Siostra Paulina Kuśmierzak, pasjonistka. Najpierw zaczęła z małą grupą młodzieży ze swojej parafii Św. Wawrzyńca w Bertoua-Tigaza, a później założyła małe grupy w kolejnych parafiach naszego miasta. Kilku „naszych” wyjechało do szkół na drugi kraniec kraju, i „zaraziło” Maksymilianową pobożnością swoich kolegów. Tak powstała grupa Rycerzy w Bafoussam, jakieś 600 km od Bertoua. Są już więc Rycerze Niepokalanej w Bertoua, Garoua-Boulai, Betare-Oya, Ndoumbi, Dimako, no i tam daleko w Bafoussam. Przygotowujemy się by „zaatakować” i „rozejść się” też po małych wioskach. Święty Maksymilian nam pomoże, a Niepokalana dokona reszty. Pomódlcie się w tej intencji. 

Październik 

Kolejną formą pomocy dzieciom z naszej parafii, a szczególnie tym z wiosek, jest Internat, który otworzyliśmy nieuroczyście (bo na razie tytułem próby) – 1 października. Dzieci, które nie mają rodziny w mieście (tzn. nikogo u kogo mogłyby mieszkać na czas roku szkolnego), a skończyły już CM2 (piątą klasę) mieszkają z nami. Oczywiście nie wszystkie, ale na początek jest ich dziesięcioro. Zobaczymy jak nasz internat będzie rozwijał się dalej.

Może znajdą się kiedyś pieniądze na wybudowanie czegoś większego. Marzymy o internacie na 50 osób a może i więcej. Zapotrzebowanie jest przeogromne na taka formę pomocy. 

Około godziny 6-7 rano, dzieci wychodzą do szkoły i wracają ok. 16-17. Dwa posiłki dziennie (normalnie na wiosce, w domu, jest tylko jeden posiłek), a w dni wolne od szkoły, nawet trzy, czas na naukę własną, na sport i dobry wypoczynek. Nauka przy świetle elektrycznym to jest coś! 

W wolne dni dzieci uczą się u nas katechezy, jest trochę prac ręcznych, stolarki, murarki, etc…, co piątek wieczorem film (zwykle religijny, a jak nie ma to jakiś przedniejszy świecki).

Poza tym w październiku – kolejny objazd wiosek, a więc spowiedzi, Msze Św., Sakrament chorych, rady , porady etc… 

W domu zaczęły się problemy z wodą; zaczyna brakować, pomimo pory deszczowej; a co będzie od 15 listopada, jak zacznie się pora sucha.

Listopad 

Oprócz codziennej pracy duszpasterskiej, sporo czasu spędziliśmy na „zbieraniu” wody.

Studnia głębinowa, która jest u sióstr, ciągle się psuje, a jako że jest nas teraz więcej w domu, to i wody potrzeba więcej. Tej ze studni nie starcza wiec zbieramy tę z dachów naszych budynków. Niestety nie ma pieniędzy na zainstalowanie rynien na wszystkich dachach, więc jedynie jedna strona jednego dachu „zbiera nam” wodę do cysterny, która jest koło kuchni. I te wodę pijemy, w tej wodzie się myjemy, i w tej samej pierzemy.

Najpierw trzeba oczywiście wyciągnąć wodę z cysterny i reszta to już w miskach.

Zbieramy też wodę, która spływa z dachów, tych bez rynien, w wiaderka; zawsze to coś.

Już po 15 listopada, a wiec przestało padać,. 

Woda w naszej cysternie tylko na 30 cm i pełna larw komarów. Wlałem trochę chlorowanej wody, może cos pomoże. Chodzimy po wodę do rzeki jakieś 800 m. Chłopaki noszą na głowach. Do picia filtrujemy, a w reszcie się myjemy i pierzemy.

W ostatni piątek zaczęliśmy kopać studnie, tak zwykłą.Niestety na 3 m głębokości trafiliśmy na skale nie do przebicia.I ponoć ta skała jest pod całością naszych budynków. Nie zawsze „dom na skale murowany” jest najszczęśliwszy, hi hi hi. Spróbujemy jeszcze w innym miejscu. Jeśli też będzie skała to pozostanie nam tylko założyć rynny na wszystkich dachach, albo „ciągnąc” wodę z rzeki, 800 m – dość daleko. 

Jest 27 listopada, pora sucha zaledwie się zaczęła, nie będzie deszczu do kwietnia. Spadnie tylko 2-3 razy mały taki, żeby „poświęcić” to, co jeszcze przeżyło i to wszystko. 

Ciekawe co będziemy pili ?

W początku Adwentu, wszyscy księża i siostry z naszego miasta uczestniczyć będą w misyjnych rekolekcjach proponowanych przez naszego Biskupa. 

Wszyscy jesteśmy misjonarzami i tego ducha misyjnego winniśmy wskrzeszać codziennie w nas samych i zaszczepiać w każdym naszym bracie i siostrze.

Kościół jest misyjny, albo go nie ma. „Biada mi gdybym nie głosił Ewangelii – powie samemu sobie Św. Paweł”. Tymoteuszowi zaś napisze: „Bóg pragnie by wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy” ( – … to z 1Tm 2,4 i z mojego obrazka prymicyjnego).

Niedługo Boże Narodzenie. Chrystus jeszcze raz przyjdzie z Maryi Dziewicy. Pokażmy mu że jesteśmy silni, że my go nie zawiedziemy, że nie będziemy „ściągać” głupot z zachodu, bo to „zachodnie” więc dobre! My będziemy wierni, choć czasem ciężko i wiatr w oczy, bo On jest z nami, jak sam powiedział, aż do skończenia świata. 

Polecam was wszystkich moim modlitwom, a wy nie zapominajcie o nas i „naszych” dzieciach przy wigilijnym stole, zostawcie jedno nakrycie więcej – to dla nas. 

Que petit Jésus vous bénisse !!! 

Et Bonne Année 2002 !

O.Dariusz Godawa OP 

Cdn…. 

 

===========================

Wiosna 2002

Kochani przyjaciele naszej misji

20 maja 2002

Ten list jest kolejnym naszym (moim i dzieci z naszej parafii) podziękowaniem za wszystko co dla nas robicie: za modlitwy, ofiarowane cierpienia i post, i oczywiście za tę pomoc materialną, dzięki której, przeszło 800 dzieci, może każdego ranka dumnie brać swój tornister i iść do szkoły. 

Od ostatniego listu minęło „trochę” czasu i coś tam się wydarzyło w tym okresie, więc spróbuję pokrótce zdać Wam relację z tych pierwszych miesięcy 2002 roku w naszej parafii.

Styczeń 2002 

Ciągle jeszcze poświątecznie uroczyście, pierwszy piątek miesiąca, jak zwykle spowiedzi, różaniec jak codziennie od 6 lat o 17:30. W pierwsza sobotę miesiąca zmarł członek rady parafialnej Berthelemy Ndjana. Zostawił 5 dzieci i żonę, którą później rodzina oskarżała o spowodowanie jego śmierci, bo tutaj przecież nikt nie może umrzeć normalnie. 

 

zdjecie

 

6 stycznia Uroczystość Objawienia Pańskiego. Kościół jest pełen, bo świecimy kredę by każdy mógł napisać na dziwach swojego domu pierwsze litery imion Trzech Króli. Nasi parafianie to lubią więc przychodzą tłumnie, zresztą tak jak 2 lutego na święcenie świec i w Środę Popielcowa na sypanie głowy popiołem.. 13 stycznia jak co miesiąc od 6 lat Nabożeństwo Fatimskie, jak w klasztorze krakowskich dominikanów. 15 stycznia – spowiedź kleryków Wyższego Seminarium. 21 stycznia – Św. Agnieszki i dzień babci. Wprowadzamy takie święta pomału, żeby tez się babciom trochę miłości dostało. Urodziny obchodzone są dość często, jeśli tylko ktoś wie kiedy się urodził , ale o imieninach nikt nigdy nie słyszał. Wielu ludzi zna w przybliżeniu tylko rok swojego urodzenia, miesiąca i dnia nikt nie pamięta. Jedynie młodsi są zorientowani ile maja dokładnie lat, choć nie wszyscy, w wioskach jeszcze jest to rzadkością, nawet do tego stopnia że nie wiedzą czy mają 13 czy 16 lat. 31 stycznia jak zwykle na końcu miesiąca, spotkanie komisji ekonomicznej parafii. Omawialiśmy stan finansowy parafii za miesiąc styczeń.

Luty 2002 

…zaczął się pierwszym piątkiem. Sobota była bardzo uroczystym dniem w Bertoua. Nie tylko Święto Ofiarowania Pańskiego ale pierwszy raz w historii ludzkości, świecenia 4 księży na raz i wszyscy zostaną w naszej diecezji. Gille pracuje teraz w sekretariacie biskupa, Patrice w Biurze Pastoralnym, Justin jest wikarym w „starej katedrze”. Mamy nowa od 1995 roku, a stara została jako „stara” i jest Parafią Chrystus Króla. Proboszczem jest Ks. Laurent (Wawrzyniec). Niski ale wieki duchem i bożą miłością, Kameruńczyk oczywiście. Czwarty neoprezbiter – Richard, póki co jest wikarym w Diangu gdzie byliśmy zaraz po przyjeździe do Kamerunu w 1994 roku ; za rok ma jeszcze kontynuować gdzieś studia. 

Same święcenia były super uroczyste. Po Mszy Św., która trwała tylko 4 godziny + 1 godzina wręczanie prezentów, kawalkada samochodów wszystkich księży i sióstr z diecezji plus zaproszeni goście, skierowała się do Wyższego Seminarium gdzie świętowanie kontynuowaliśmy do popołudnia. 11 lutego – Święto Młodzieży, niekończąca się defilada młodych na placu defilad w mieście. Nasza młodzież maszerowała w koszulkach z napisem ” Aumonerie de Jeunes – Paroisse Sts Pierre et Paul Mokolo IV” Ładnie się prezentowali. Maszerowało tez Rycerstwo Niepokalanej, którego jestem duszpasterzem diecezjalnym. Popołudniu festyny , tańce etc.. 13 lutego – Środa Popielcowa, najpierw różaniec Fatimski, później Msza Święta z posypaniem głów popiołem, Kościół pękał w szwach. Dlaczego ? – pisałem już w ubiegłorocznej relacji . W tym roku było jeszcze więcej ludzi. 15 lutego pierwsza w Wielkim Poście. 

Droga Krzyżowa. Zmieniliśmy trochę trasę wydłużając o jakieś 300 metrów , tak że idziemy z ciężkim krzyżem niesionym od stacji do stacji przez rożne grupy parafialne – około 3 km . Każda stacja przygotowana jest przez młodzież, a rozważanie czytane po francuski i ewondo. Maszerujemy tak tą Drogą Krzyżową w hałasie miasta, wśród wycia rozklekotanych głośników pobliskich barów i kafejek, i często wyśmiewani przez rożne sekty, ale nikt na nich nie zwraca uwagi. Porządku pilnują Skauci (harcerze). Droga Krzyżowa zaczynała się w tym roku o 15:00 by dojść do „kościoła” na 17:30 ( kościół na poziomie fundamentów, a „kościół” to taka sala wielofunkcyjna w której wszystko się odprawia). Po drodze krzyżowej bezpośrednio jest Różaniec, a raczej Koronka do Miłosierdzia Bożego i Msza Święta. Wszystko wiec trwa, co piątek, od 15-ej do 19-ej. Wiernych jest około 150-200 osób. Kleryków zważywszy na drogę krzyżową, spowiadałem w tym miesiącu dzień. później niż zwykle. 

Marzec 2002 

8 Marca – Dzień Kobiet. Zaprosiliśmy na Msze Św. wszystkie panie i panny z naszej parafii. 

Marzec to Święty Czas przygotowania do Świętej Wielkiej Nocy.

21 marca – Msza Krzyzma w starej katedrze. U nas jest zawsze tydzień przed Wielkim Czwartek, aby księża, zważywszy na duże odległości, mogli sprawować liturgię Wielkiego Czwartku u siebie w parafii. Było nas 17 księży i prawie wszystkie siostry zakonne. Są u nas w diecezji Siostry „Córki Maryi” – z Yaounde, Siostry „Zmartwychwstanki” – z Konga Demokratycznego (dawny Zair belgijski), są „Siostry Św. Józefa z Cluny” (francuskie zgromadzanie , ale siostry Kongijki z Konga francuskiego – Brazaville), dwie siostry „Duchaczki” z Francji, włosko-brazylijskie siostry „Dominikanki Błogosławionej Imeldy Lambertini”, są tez polskie „Pasjonistki” z domu w Płocku i polskie „Michalitki” z Miejsca Piastowego i polskie „Dominikanki” z Krakowa – które są w naszej parafii i można je zobaczyć te na naszej stronie www.misja-kamerun.pl

Copiatkowa Droga Krzyżowa a w Wielkim Tygodniu rekolekcje parafialne. Nie ma jeszcze takiej ‚mody’ na rekolekcje jak u nas w Polsce, ale cos próbujemy robić.

Rekolekcje odbywały się w wielki poniedziałek ,wtorek i środę. Z konferencjami zaproszonych było 2 księży. Ksiądz Paul i Ksiądz Justin – neoprezbiter, ten co jest wikarym w starej katedrze. Wszyscy byli bardzo zadowoleni. Owoce mam nadzieje będziemy zbierać później. Chyba ze pora sucha wszystko wysuszy !

Święte Triduum Paschalne: 

Wielki czwartek, Msza Wieczerzy Pańskiej. Wyjątkowo dużo wiernych, cos tam widać Duch Święty zadziałał. Po Mszy świętej adoracja do 24-ej. Na straży ciemnicy 2 harcerzy na baczność w mundurkach, a na kolanach po kolei co pól godziny inna grupa parafialna. Oczywiście były tez nasze siostry które zawsze dzielnie adorują. 

Wielki Piątek, Liturgia Męki Pańskiej rozpoczynająca się bębnami w czasie gdy kapłan leży w pozycji adoracji Krzyża Pańskiego. Ołtarz bez obrusu, bez krzyża i świec. Też pełen kościół ludzi coś się będzie działo odmiennego od „zwykłych” Mszy. Wszyscy adorują trzymany przez księdza wielki krzyż. Każdy podchodzi klęka na jedno kolano i całuje. Nawet niemowlęta kilkudniowe całują u nas Pana Jezusa w ten dzień. 

Po tej cichej liturgii Adoracja Grobu Pańskiego, jak w czwartek co pól godziny inna grupa. Najpierw Cop’Monde, później Rycerze Niepokalanej, JM-Mlodzi Świata, Chór młodzieżowy „La Voix de David”. Ministranci, Legion Maryi, Assocap, Chór Archanioła Gabriela i po nim drugi Archanioła Michała, Stowarzyszenie Pań Apostolskich, i wreszcie na końcu rada parafialna i młodzież z naszego Foyer Saint Dominique. Chyba nikogo nie pominąłem.

 

zdjecie

 

Wielka Sobota. Uroczysta Msza Wigilii Paschalnej o godzinie 19:00. Jak zwykle padało, ale nasze ogniska nie dają się żadnej nawałnicy i było z czego mimo wszystko zapalić wielka święcę paschalną sprowadzoną na te okazję z Polski. Tę która jest symbolem Chrystusa Zmartwychwstałego, który jest naszym światłem w ciemnościach codziennego życia.

Ochrzciliśmy tej Wielkiej Nocy 12 niemowląt:

Oto ich imiona: Yvonne, Imelda, Leonel, Olivier, Raphael, Catherine, Therese, Herve, Mari-Paul, Catherine, Justin, Marie-Flaure.

Nie tylko chrzcimy u nas niemowleta, ale I mlodziez I doroslych. Tej nocy na starcie chrzescijanskiego zycia stanelo 14 mlodych ludzi :

Rolande Dikouba, Rosine Toumane, Rosine Tang, Laurentine Deweng, Mireille Nguete, Andre Kouykoet, Celestin Abdon, Bienvenu Mekati, Yanick Noukla, William Serma, Jean-Eudes Gneimo, Jean Ngbandjo, Fiacre Nassara, Thomas Zengmoui.

Po Komunii Świętej były tańce przy akompaniamencie bębnów balafonow i (technika wkracza do nas też) elektrycznego pianina (nie wiem dokładnie jak to się nazywa ta klawiatura co może „robić za” pianino, perkusje organy etc…) 

Skończyliśmy około północy.

Dla mnie, choć serce się radowało ze Zmartwychwstania Pana, była to noc raczej bólu. Już od rana tego dnia miałem potworne bóle brzucha spowodowane jakimiś bakteriami czy czymś tam. Po francusku nazywa się to Typhoide, a po polsku chyba jakaś postać Tyfusu, najprawdopodobniej Tyfus brzuszny, czyli chyba inaczej Dur brzuszny. 

Nie pierwszy raz to mam, ale tym razem było naprawdę źle. Cudem tylko przetrzymałem cala Msze Świętą.

Jak pisałem choroba „przyszła z wodą” . Pamiętacie jak pisałem że nie mamy wody i piejmy deszczówkę, a jak taka deszczówka sobie jeszcze „poleży” przez parę tygodni w jakimś zbiorniku w temperaturze afrykańskiej, to pewnie pod mikroskopem cała się rusza. Później całą Niedzielę Zmartwychwstania leżałem pod zimnym prysznicem na podłodze by nie zemdleć . Gdybym był kobietą, to pewnie bym to zniósł bez problemów. Mówią ze kobiety są bardziej wytrzymałe na ból. Siostra Klara dala mi antybiotyki, wziąłem całą serię 10 dni i nic, drugą serię 10 dni i nic, teraz jestem w trakcie trzeciej serii jeszcze silniejszych antybiotyków i niby jest lepiej. Zobaczymy jakie będą wyniki po zakończeniu leczenia.

Ale my sie nie damy !!!!

Niedziela Zmartwychwstania – Uroczysta Msza Święta o 10:00 z małym poślizgiem. 

Do Pierwszej komunii przystąpiło tego dnia 15 dzieci.

Oto oni: Dziewczynki (y): Prudence Aboyala, Jocelyne Bamio, Sabine Minkong, Raissa Matota, Julie Yemdol, Tatiana Namandi, Albertine Salandi, Sandrine Yanga.

Chlopaki: Paulin Danguele, Olive Haito, Paterne Kadja, Laurent Leba-Ngono, Achille Mbalbe, Ernest Ndanga, Guy Zang.

W te święta ochrzciłem więc 26 osób i Pierwszej Komunii udzieliłem 15 dzieciom. To tyle w mieście. Jak wiecie nasza parafia rozciąga się na paru dziesiątkach kilometrach, tak że jeszcze trzeba doliczyć chrzty i 1-sze Komunie z wiosek. Niestety na wioskach jeszcze nie byłem po Wielkiej Nocy, z powodu zepsutego samochodu. Pożyczyłem mój samochód jednemu księdzu, a ten spowodował wypadek i samochód został dość znacznie uszkodzony. Dopiero w końcu maja będzie sprawny. Myślę wiec ze zaraz jak tylko dostanę samochód wybiorę się z posługą kapłańską do buszu. 

Kwiecień 2002 

Oktawa Wielkiej Nocy. U nas Wielkanoc kończy się w jednym dniu, w poniedziałek zwykły dzień pracy. Wakacje wielkanocne zaczęły się 16 marca i zakończyły wraz z Niedziela Wielkanocna. Nie ma tu tak zwanego „drugiego święta”. Może dlatego ze „trzeba’ jeszcze obchodzić święta muzułmańskie i może by tego było za dużo. Jakby jeszcze doszedł do tego 9-cio dniowy polski weekend 1-3 majowy to nie byłoby kiedy pracować. Jeśli mowa o wakacjach to dzieci w Kamerunie są chyba najszczęśliwsze na świecie. Rok szkolny zaczyna się w początku września, ale można się zapisywac aż do grudnia. Później tydzień wakacji na Noel (Boże Narodzenie) i już w połowie stycznia nie ma lekcji tylko nauka marszruty na defiladę święta młodzieży które odbędzie się 11 lutego. Później dzień wolny jeszcze na urodziny prezydenta, i jeszcze dzień wolny bo Kamerun zdobył Mistrzostwo Afryki w piłkę nożną. Doliczyć do tego święta muzułmańskie których też jest niemało…. 

Dalej dwa tygodnie przerwy wielkanocnej i już maj, a jak maj to 20 maja święto narodowe i kolejna defilada i znowu parę tygodni wcześniej nie ma lekcji tyko marszruta. Po 20 maja już tylko egzaminy na koniec roku – praktycznie nie ma lekcji i wakacje do września , albo do grudnia, jak kto woli.

W kościele codzienne Msze święte , różaniec przed Najświętszym Sakramentem, .. jak cały rok

Wszystkie dzieci pierwszokomunijne i chrzczone już chodzące cala Oktawę przychodziły na różaniec i Msze Św.

7 kwietnia Niedziela Miłosierdzia Bożego – mamy obraz „Jezu ufam Tobie” (po polsku) w kościele, wiec przypomniałem jego historię i młodzież z naszego Foyer przeczytała z podziałem na role fragmenty Dzienniczka Siostry Faustyny. Wszyscy byli bardzo zainteresowani.

8 Kwietnia – Święto Zwiastowania Pańskiego. Msze Św. tego dnie celebrowaliśmy w nowym domu naszego przewodniczącego rady parafialnej. Po Mszy Św. Uroczyste poświecenie domu i kolacja. Śpiewał Chór młodzieżowy. Wróciliśmy do domu przed północą.

24 kwietnia – spotkanie dekanatu , wszystkich (aż 5-ciu) proboszczów naszego miasta zebrało się u biskupa by omówić kilka bieżących spraw. Na pierwszym miejscu zajęliśmy się problemem coraz liczniejszej rzeszy wyznawców Kościoła Gallikańskiego. Biskup obiecał nam list pasterski w tej sprawie. Pojawiła się tez potrzeba mianowania dla diecezji kapłana -egzorcysty. Ale tu raczej biskup był powściągliwy. Zobaczymy !

Maj 2002 

Święto Ludzi Pracy. W mieście proletariusze wszystkich krajów łączyli się we wspólnym pochodzie, a myśmy modlili się przez wstawiennictwo Św. Józefa. Wieczorna Msza Św. zgromadziła niemało wiernych . Każdy przyniósł swoje narzędzia pracy, i tak dzieci podnosiły do pokropienia woda święconą swoje zeszyty i długopisy a dorośli maczety, motyki, a co wyżej postawieni biurowcy, jak dzieci podnosili swoje BICi (dlugopisy). Kilku wyciągnęło ręce, bo to nimi pracują. 

9 Maja – Uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego. Msza Św. o godzinie 9 rano. Tutaj Ascension (Wniebowstąpienie) jest dniem wolnym od pracy, tak że na Mszy Św. było bardzo wielu ludzi. Kościół był pełen, więcej niż w Niedziele.

20 Maja – Kolejna defilada, tym razem z okazji Święta Narodowego Kamerunu.

Ciąg Dalszy Nastąpi…. 

Obejmujemy Was naszymi modlitwami, a Wy nie zapominajcie o nas i „naszych” dzieciach podczas letnich wakacji. U nas nikt nigdzie nie wyjedzie, bo nie ma gdzie ani za co. Takie samo życie tylko bez szkoły. 

Que Dieu Tout-Puissant vous bénisse !!!

O.Dariusz Godawa OP 

 

Czerwiec – Grudzień 2002

Serdecznie pozdrawiam wszystkich dobroczyńców, „rodziców” naszych dzieci i przyjaciół naszej misji. 

Oto kolejnych słów kilka z Bertoua ! Ostatnia moja relacja obejmowała miesiąc maj 2002, wiec zaczynam od czerwca 2002.

Czerwiec 2002

Skończył się miesiąc Maryi, a my ciągle uparcie odmawiamy różaniec. Zaczęliśmy 8 października 1996 roku i dzielnie trwamy na tej modlitwie codziennie, bez wyjątku – o 17:30. Świątek piątek, najmniejsze i największe święta, dzień w dzień, już 6 lat bez przerwy. Zachęcam i was wszystkich do codziennej modlitwy różańcowej. Wiem, że nie wszyscy macie czas, na 5 dziesiątek, gdy tu trzeba często walczyć o kromkę chleba od świtu do nocy, ale może, choć 3 Zdrowaśki dziennie, to już będzie coś. Pan Bóg wam będzie błogosławił, zobaczycie! Na początku było nas na tym codziennym różańcu trochę więcej, teraz jest trochę mniej, ale przecież nie ilość się liczy, tylko Miłość. 

Miesiąc czerwiec to u nas miesiąc egzaminów we wszystkich typach szkół. Było „gorąco”, nie wszyscy zaliczyli rok i przeszli do następnej klasy. Bardzo mi szkoda tych, którzy „oblali” ważne egzaminy, a niestety w tym kraju jest ich wielu. Nie, dlatego ze się nie chcą uczyć, ale dlatego że przy tak wielkiej korupcji, jaka jest w Kamerunie i niskiej pensji nauczycieli, by zdać egzamin nie wystarczy umieć, ale trzeba mieć. Niektórzy po raz trzeci oblali egzamin końcowy. Gorzej jak ktoś ma już 18 lat i po raz kolejny „oblał” CEPE (egzamin po pięciu klasach szkoły podstawowej, upoważniający do kontynuowania nauki w Gimnazjum). Jeśli jest drobnej budowy ciała, rodzice mogą jeszcze „za opłatą” „przerobić” Akt Urodzenia i takie „dziecko” może jeszcze raz próbować powtarzać klasę. Jednak, jeśli ktoś jest postawny, to niestety musi szkołę opuścić po 3 powtórkach klasy i już nigdzie go nie przyjmą, bo jest za duży. No i pozostaje dorosłe życie, często bez pracy. A mimo że nie ma pracy to trzeba coś zjeść, a żeby zjeść trzeba mieć pieniądze, albo swoje pole. Jak nie ma pracy, ani pola to pozostaje kradzież niestety. I tak się często dzieje.Ci, co nie zaliczyli egzaminu powtarzają niekiedy 2-3 razy każdą klasę. Niełatwo się nie zestarzeć w szkole podstawowej w Kamerunie. W maturalnych klasach trudno znaleźć kogoś, kto nie ma jeszcze dzieci. Jeśli się „odpowiednio postarać” to można być jeszcze w szkole w wieku prawie 30 lat. 

16 czerwca wyleciałem na miesięczny urlop do Polski. To już nie ten kraj, który zostawiłem w 1993 roku, ale zawsze ojczyzna…..Miałem wiele spotkań z rożnymi grupami misyjnymi w parafiach, głownie poznańskich ze względu na skrócony czas urlopu no i trochę wypocząłem od kameruńskich problemów. 

Lipiec 2002 

Z Polski wróciłem w drugiej połowie lipca. Na lotnisku w Yaounde, czekał na mnie przewodniczący rady parafialnej i prosto z lotniska pojechaliśmy do Bertoua, ….bo pracy po miesięcznym urlopie trochę się na miejscu nazbierało. Jechaliśmy prawie 6 godzin, i szczęśliwie dojechaliśmy o drugiej nad ranem do domu. 

Sierpień 2002 

Powinien się zacząć przygotowaniami do pielgrzymki. Tego roku chcieliśmy maszerować do Garoua-Boulai – 2 razy 250 km. Niestety tak się złożyło ze biskup zmienił proboszcza: „stary” wyjechał do Polski, a „nowy” się jeszcze nie zainstalował, tak ze proboszcza w Garoua-Boulai nie było i nie było nikogo, kto mógłby nas przyjąć. Tak, że tego roku, pielgrzymka się nie odbyła. Za późno było szukać innej „maryjnej” parafii, a i z pieniędzmi na organizacje pielgrzymki, też w tym roku nie wesoło. Pierwszy rok bez pielgrzymki, nie bardzo wiedzieliśmy, co z sobą zrobić, wszyscy byli bardzo zawiedzeni,….a co z tradycją, dziura w tradycji. 

Nie wiedząc, co z sobą zrobić, wzięliśmy się za wakacyjna katechezę dla chętnych i za prace polowe. Mamy przecież ok. 1000 bananowych drzewek na naszym polu i trochę prac pielęgnacyjnych wokół na pewno im nie zaszkodzi. A że u nas w sierpniu popaduje, a we wrześniu zacznie poważniej padać aż do 15 listopada – tak że czas na prace dobry. Szczególnie zaangażowały się do prac dzieci z naszego „Foyer Saint Dominique” (internatu). Wieczorem codziennie film na video. 

15 sierpnia pierwsze święto Wniebowzięcia z proboszczem. Jako że nie byłem na pielgrzymce mogliśmy świętować razem. Wymodliliśmy się tego dnia jak nigdy. Szczególnie zaangażowane były grupy maryjne, które działają przy naszej parafii: „Legion Maryi” i „Rycerstwo Niepokalanej”. 26 Września świętowaliśmy też w naszej przydomowej kaplicy klasztornej Święto Matki Bożej Częstochowskiej. Dostaliśmy od Ojców Paulinów piękny gobelin z wizerunkiem Czarnej Madonny. Wisi właśnie w tej kaplicy. 

Wrzesień 2002 

W początku września byliśmy, z bratem Jakubem w Douala ( prawie 600 km od nas) na tygodniowej kapitule naszego zakonu. Z Paryża przyjechał ojciec prowincjał Bruno Cadore, bracia zjechali się z całej Afryki Równikowej. Kilku braci złożyło swoje śluby zakonne, dwóch zostało wyświeconych na diakonów, wybraliśmy nowego przełożonego naszego Wikariatu, jego radę i obdyskutowalismy bieżące problemy zakonne i duszpasterskie. Właśnie w Douala gdzie odbyła się ta kapituła założyliśmy nowy klasztor pod wezwaniem Św. Józefa. Zmienił się też skład personalny domu w Yoko, ( na północ od Yaounde). Po kapitule bracia kapłani wrócili do swojej pracy duszpasterskiej a bracia studenci na swoje uniwersytety. Niektórzy studiują w Republice Południowej Afryki, inni na Wybrzeżu Kości Słoniowej, Jeszcze inne w Republice Demokratycznej Konga ( dawny Zair). Bracia nowicjusze przygotowują się do swoich pierwszych ślubów zakonnych – w Rwandzie. 

We wrześniu 2001 pisałem tak: 

„Kolejną formą pomocy dzieciom z naszej parafii, a szczególnie tym z wiosek, jest Internat, który otworzyliśmy nieuroczuście, ( bo na razie tytułem próby) – 1 października.”

Teraz w internacie mamy 17 dzieci, wszystkie kontynuują szkole, mieszkając razem z nami. Taka plebania-internat.

Nasz plan dnia wygląda następująco:

5:30 – pobudka, toaleta poranna;

5:45 – prace porządkowe. Każdy ma swoja „działkę” do wysprzątania;

6:15 – modlitwy poranne. Modlimy się z takich małych brewiarzyków dla świeckich.

6:30 – śniadanie;

6:45 – wyjście do szkoły;

16:15-30 – mniej więcej o tym czasie dzieci wracają ze szkół; 17:00 obiado-kolacja;

17:30 – różaniec;

18:00 – Msza Św.

19:30-21:30 – studium indywidualne (samokształcenie);

22:00 – cisza nocna

 

Trochę inaczej wygląda środa, gdzie dzieci wracają ze szkoły przed 13:00. Wtedy prosto ze szkoły idą do kuchni na obiad, a po obiedzie praca w polu od 15-17. Kolacja jest wówczas o 19:00. Tego dnia we Mszy Św. dzieci nie uczestniczą. W piątki wieczorem oglądamy film. Wczoraj na przykład trzygodzinny film o królu Salomonie. W sobotę od 7:30 rano – prace w polu do 12:30. O tej godzinie jest obiad i po obiedzie wielkie pranie. Każdy bierze swoje rzeczy do wielkiej torby albo worka i wszyscy wyruszają nad rzekę, każdy z kostką szarego mydła w garści. Niedziela, po Mszy św. o godzinie 10:00 jest dniem przeznaczonym na odwiedziny u rodziny, przyjaciół etc… Dzieci wracają na różaniec na 17:30.

Jakoś dziwnie w tym roku nie było większych problemów z woda. Pompa Studni głębinowej, która jest u sióstr obok, do której jesteśmy podłączeni, w tym roku mniej się psuła. W zeszłym roku chcieliśmy wykopać nasza studnie, taką zwykłą – i jak już pisałem – zaczęliśmy kopać, po kolei aż trzy studnie i zawsze na jakiejś tam głębokości trafiliśmy na skałę. Tak ze nasza pierwsza studnia została zasypana, drugą użyliśmy na śmietnik, też w końcu zasypany, bo pełny. 3 studnia póki co stoi sobie z pół-metrem wody na dnie. Jedynie żaby są z niej zadowolone. Na szczęście woda w kranie jest, tylko trzeba bardzo oszczędzać. Mam nadzieje ze teraz w porze suchej, która właśnie się zaczęła ( od 15 listopada już nie pada) wody tez nie zabraknie. Jeśli brakuje wody – to w porze deszczowej, śmiechu warte!. Wtedy, kilka razy dziennie mamy burze z piorunami i trzeba wyłączać pompę z prądu. Pompa nie pompuje, więc nie ma wody. W porze suchej nie ma burz, wiec pompa częściej pompuje i woda jest. 

Też w tym miesiącu, jak prawie w każdym – kolejny objazd wiosek, a więc spowiedzi, Msze Św., sakrament chorych, niekończące się rozmowy, rozwiązywanie konfliktów, rady i porady itp…. 

Październik 2002 

Pora deszczowa w pełni. Codziennie pada, nawet 3 razy dziennie i jeszcze całą noc. Wszystko zaczyna się wiatrem. Najpierw przychodzi silny wiatr, zawsze od wschodu, od kontynentu. Wiatr się ucisza i zaczyna padać. Tak porządnie jakby się oberwały wszystkie chmury. Po największym deszczu, jak już tylko kropi, zaczynają się grzmoty; potężne, niekończące się huki . Z zegarkiem w ręku można słuchać takiego jednego grzmotu trwającego nawet do kilku minut. Potężny nieustający grzmot jakby niebo miało się za chwilę zwalić na głowę,…i za nim -po chwili- drugi i trzeci ….prawie żadnych błyskawic, dopiero noc się rozświetla jak dzień – chyba tak będzie na końcu świata. Póki co, nigdzie indziej takich grzmotów nie usłyszycie. 

Niedobitki zapisują się jeszcze do szkoły. Niektórym się przypomina w październiku, że wakacje skończyły się w początku września. Ciągle jeszcze ktoś przychodzi, bo nie ma na zeszyt czy mundurek. Urwanie głowy! 

Listopad 2002 

2 listopada modliliśmy się razem z biskupem na naszym jedynym cmentarzu w mieście, przy starej katedrze na Nkolbikonie. Jest tam tylko kilkanaście grobów pierwszych misjonarzy i ich katechistów, ale zawsze to cmentarz. Tutaj chowa się zmarłych przy domu, albo nawet w domu. W mieście z reguły znajdą się pieniądze na trumnę, ale na wsi zawija się tylko ciało zmarłego w prześcieradło i tak wkłada do grobu. Grób ma nie więcej jak 1,5-2 m głębokości. Tyle wystarczy, bo ziemia jest tutaj zupełnie inna niż w Europie. Nie tyle że zupełnie czerwona, ale ma taką konsystencję, że można w niej rzeźbić jak w drewnie, mimo że nie ma w niej w ogóle gliny Niektóre plemiona drążą wiec jeszcze na dnie taka niszę w bok i tam chowają ciało, tak że z góry, jeszcze przed zasypaniem, ciała nie widać. Razem z zmarłym do grobu wrzuca się je jego rzeczy osobiste. Kiedyś wrzucano ponoć jeszcze jego żonę, ale tego już prawie nikt nie pamięta. Zmarłych chowa się albo jeszcze w dniu śmierci albo następnego dnia. Wtedy wszyscy, którzy go znali całą noc pija, śpiewają i tańczą wokół zmarłego. Po pochówku, nikt nie myśli odjeżdżać. Zostają na kilka dni; a ci którzy przyjechali z daleka, albo za późno – zostają nawet tydzień i dłużej. Rodzina zmarłego musi to całe towarzystwo wyżywić. Po „imprezie” szuka się winnego śmierci. Albo będzie to wdowa po nim, albo jakiś kuzyn, albo nawet brat czy własne dziecko. Miejscowy czarownik, niekiedy przy pomocnej sugestii, kogoś z rodziny zmarłego, komu bardzo na tym zależy, zawsze „bezbłędnie” znajdzie winnego (z czegoś musi żyć). Okazja zawsze się znajdzie by „trochę” popić i potańczyć. Taki jest często niestety – smutny kontekst naszego głoszenia Dobrej Nowiny. 

15 listopada spadł ostatni deszcz. Następny malutki by „pokropić” Boże Narodzenie i kolejny dopiero w kwietniu 2003. 

24 listopada kończymy rok liturgiczny uroczystą procesją i Mszą Świętą na cześć Chrystusa Króla Wszechświata. 

Grudzień 2002 

Zaczął się adwent, czas przygotowania na przyjęcie Zbawiciela. Wczoraj 8 grudnia 2002, przez akt publicznej konsekracji w czasie uroczystej Mszy Świętej – pięciu młodych ludzi uroczyście wstąpiło w szeregi Rycerstwa Niepokalanej. 

W najbliższą sobotę jednodniowe adwentowe rekolekcje dla sióstr i księży na biskupstwie. Nasze parafialne rekolekcje w poniedziałek 23 grudnia Ciężko „idzie” z tymi rekolekcjami. Nie ma takiej tradycji, dopiero zaczynamy ją wprowadzać i ludzie nie bardzo jeszcze wiedzą co to są te rekolekcje adwentowe, po co się ich woła jak oni wola iść na ryby, bo to już pora sucha i rzeki pomału wysychają wiec można łapać ryby prawie w ręce. Świętowanie Narodzin Pana Jezusa zaczniemy o godzinie 20:00 jasełkami w wykonaniu dzieci i młodzieży z naszej parafii. Po nich Uroczysta Msza Święta Pasterska, w czasie której ochrzczonych zostanie kilkadziesiąt niemowląt. W samo Boże Narodzenie o godzinie 10:00 Msze Świętą odprawi jak co roku nasz biskup Roger Pirenne. W czasie tej Mszy Świętej kilka osób przyjmie pierwszą komunię Świętą, a kilka sakrament bierzmowania. Proszę Was wszystkich o szczególną modlitwę w ich intencji. 

Z mojej strony zapewniam was, że nigdy o was nie zapominam, a w tę szczególną Noc Bożego Narodzenia złożę was wszystkich na ołtarzu Pana. 

Merci et Joyeux Noël ! 

Que petit Jésus vous bénisse !!!

…et Bonne Année 2003 !

O.Dariusz Godawa OP

 

Nowy rok szkolny 2003-2004

Poniedziałek – 8 września 2003 – Święto Narodzenia MB. „Nasze dzieci zaczęły nowy 2003/2004 rok szkolny.

Padało od pólnocy i rano jeszcze ciagle padało, wiec do szkoły nikt nie poszedł, bo tutaj jak pada to życie sie zatrzymuje.

Jak przestało padać, to i tak z rzadka tylko było widać uczniów na szkolnej drodze, bo wszyscy wiedzą, że przez pierwszy (e) tydzień trzeba przyjść do szkoły z maczetą i karczuje się wszystko co wyrosło na terenie szkolnym. ,….a pada od kwietnia ( pomalu ale pada) więc zielsko na 3-4 m wysokosci wszędzie gdzie tylko jest ziemia. Wiec do „takich” lekcji niekomu się nie spieszy !!! Dzieci , ktore mieszkają ze mną na plebanii też jeszcze nie poszły.

Wieczorem różaniec o 17h30 i po nim Msza Święta na urodziny Matki Bożej.

 

Wtorek – 9 września 2003 – Do szkoły poszedł tylko: Brice, Herman – to „starzy” (uczniowie w swoich szkołach); i „nowicjusze” , którzy od tego roku bedą chodzili do College Rurale na przeciwko : Ernest, Rodrigue, Prisca, Lisette, Gladys i Raissa. Każdy pomaszerował z maczetą oczywiście, zamiast tornistra. Thomas odchwaszcze teren naszego budujacego się kościoła, Charly pojechal taczką do babci po banany, a Salome, Laurentine i Chancelle są w kuchni,…może coś przygotują do jedzenia !? Jest 11:02

Po sjescia wszyscy poszli w pole, siejemy orzeszki ziemne i sadzimy manioc, cos trzeba jeść. Mamy 9 ha ziemi.

Pora deszczowa poważnie się zaczyna !

 

Środa – 10 września 2003 – Pada od 3 w nocy. Równiutko, ale skutecznie. Na niebie jedna wielka chmura, ani śladu błękitu. Szaro jak w Polsce. Na szczeście nie ma żadnego wiatru, zresztą wiatry bywają tu z rzadka, zwykle tylko by zapowiedzieć burzę. Oczywiście nikt nie poszedł do szkoły, bo i po co jak i tak żaden nauczyciel nosa z domu nie wychyli jak pada. Spływająca woda żłobi w czerwonej ziemi bruzdy coraz wieksze i większe, gdzie tyko się da. Jest 7:43 rano.

 

Czwartek – 11 września 2003 – Znowu pada całe przedpołudnie. Do szkoły nikt sie nie wybiera ! Kilku nawet zaspało na poranne modlitwy, tak było ciemno jak jesienią w Polsce. Ok 13 wyjrzało słońce, ludzie zaczęli się kręcić, kilku poszło na pole: siejemy, sadzimy. Jest cieplo i pada dość często deszcz to będzie szybko rosło. No i zaczął padac znowu jak bylismy na polu. Popracowaliśmy 2,5 godziny i zmylo nas do suchej nitki. Wieczorem jak codzień Różaniec i Msza Święta.

Szybka kolacja i projekcja filmu. Niektórzy oglądali poraz n-ty, inni pierwszy raz : „Jezus z Nazaretu” ( ten znany – Zefirelliego – wszyscy juz w Polsce z pewnością go oglądali. My z Jakubem oglądaliśmy dziennik TV ( w 2 rocznicę 11 września)

 

Piątek – 12 września 2003 – Nie pada, słońce jak za dobrej pory suchej, wszystko paruje, wilgotno ! Część poszła do szkoły. Ci, którzy mieliby męczyć się z chwastami wokół szkoły, (bo nie ma jeszcze nauczycieli wiec coś muszą robić), woleli zostać w domu i pracować na „swoim”. Przyszedł katachista, mięliśmy uzgadniać plan katechezy, ale okazało sie że jest chory – więc katechezę zaczniemy po afrykańsku, kiedyś później. Wieczorem siostra przełożona wyraziła zgodę by jedna z 4 mieszkających obok sióstr dominikanek (krakowskich) prowadziła katechezę. Jeszcze muszę kogoś poszukać ! brak personelu ! Mam dobrych wykształconych i pobożnych pogan, poligamów, konkubinarzy, którzy mogliby prowadzić katachezę, i nie tylko, ale ….. w kościelnych kwitach jest po europejsku, że katecheta, musi być ochrzczony, „komunikowany”, mąż jednej żony etc, etc….. . Musimy zatem poczekac, aż się wszyscy nawrócą ( tylko od czyjego przepowiadania, jak wszystkim zabronione) i wtedy ci nawróceni bedą mogli katechizować, tylko kogo…???

To tak sobie tylko głośno pomyślałem o tych, którzy nigdy w Afryce nie będąc wiedzą najlepiej jak to Dobra Nowinę czarnym głosić ! Zaczęło padać ok 17. Różaniec, a raczej Koronka do Miłosierdzia Bożego ( zawsze w piątki w miejsce różańca). Musielismy krzyczeć, żeby sie słyszeć, że się razem modlimy ! Msza Święta też przy ulewnym deszczu. Nikt nic nie słyszał, każdy tylko na mnie patrzył, kiedy uklęknąć , kiedy podniesienie, a kiedy „Ojcze Nasz”. Jak zrobiłem nad nimi duży znak krzyża i pocałowałem ołtarz, wszyscy wiedzieli że Msza się skończyła i chyba ktoś coś śpiewał „na wyjście”, bo widziałem jak otwierali usta. Ciekawe jak wielu moich drogich czytelników w Polsce domyśli się dlaczego taka „głucha” była ta „Koronka” i Msza Święta. Może ktoś już wie ? Jeśli tak, to proszę kliknąć tutaj.

 

Sobota – 13 września 2003 – Parę chmur na niebie, idziemy w pole. Kilku chlopaków będzie odchwaszczać (kolejny raz) teren pod budowę kościoła. Fundamenty już są od 3 lat, ale z murami schodzi sie przewielebnej Kurii i schodzi. Jest trochę pieniędzy z Rzymu, oczywiście może połowa zaledwie ( i przysłali, że już więcej nie mogą wysłać), ale jakoś trudno te pieniążki z kochanej kurii wyciągnąć. Tak trzeba po mału po malutku, po afrykańsku. A może tak lepiej,. żeby nie było, że proboszcz wybudował kościół i jest jego a nie nasz. Może trzeba żeby to bylo 46 lat jak w Jerozolimie, żeby ludzie poczuli, że to ich kościół, a nie hierarchii. Ja nie mam nic przeciwko ! Niech i tak będzie ! Chciałoby się tak po europejsku w parę miesięcy, maximum 2-3 lata, a tu zejdzie po afrykańsku może 6 lat jak dobrze pójdzie. A jak będzie 46 to chyba też nie będzie to główną przyczyną końca świata ! Jest 12:04. Dzieciaki wracaja z pola n a obiad. Sjesta, a później chyba jak zwykle będzie padać i znowu będzie na głucho tym razem Różaniec, tylko ( Msze w soboty są rano ). Jest12:06, w Polsce 13:06.

 

Niedziela – 14 września 2003 – Pierwsza Msza Święta zaczęla się o godzinie 8:00. Ustaliliśmy parę lat temu z Radą Parafialną, że w niedziele będą dwie Msze: pierwsza w Ewondo, o ósmej właśnie i druga po francusku o 10:30.

Ta pierwsza jest dla dorosłych, więc w języku miejscowym , a druga dla dzieci i młodzieży więc po francusku.

Tak naprawde to ten język „Ewondo” to nie jest miejscowy, tylko „przyszedl” tutaj na wschód z Yaounde w latach 40-50 razem z holenderskimi misjonarzami ze zgromadzenia „Ducha Świętego” ( w Polsce zgromadzenie to, ma swój główny dom w Bydgoszczy).

Do dziś, przynajmniej w Bertoua, Ewondo jest używany dość często jako język liturgii i w swojej formie uproszczonej, tzw. mongo-ewondo jako język komunikacji, zwłaszcza dla osób starszych. Musi być jakiś język do komunikacji między plemionami, bo tutaj co wioska to inne plemię i inny język. Mówią że w calym Kamerunie jest przeszło 200 języków. Dla przykladu podam, że na „naszej drodze” w Koume-Gofii mówi sie w Baya, Kako i w Maka. W nastepnej wiosce oddalonej o 5 km , która nazywa się Ekombitie mówi się już tylko w Maka, w kolejnych – Koundi i Yoko-Betougou też Maka; ale na tym się kończy. 3 km za Koundi w Mbethen mówi się już w języku Mbethen ( jak wioska). Za Mbethen kilka kilometrów jest Dondi i tam mówi się już w języku Pol ( wcale nie podobny do polskiego). Jedynie Viali, Yambeng, mogą dobrze się dogadać z mieszkańcami Dondi, ale już w Bombi mówi się inną odmianą języka Pol. Ci zaś dogadają się z wioską Kano, ale trudniej dogadać im się z Mambaya, oddaloną o 11 km, gdzie jak mówią, ten sam Pol, ale zupelnie inaczej wymawiany. 15 km za Mambaya jest jeszcze inny język zwany Kepere. To w kilku wioskach w okolicach Deng-Deng – dawnym niemieckim mieście, które dzisiaj liczy może z 40 domów i jedną aleję palmową zasadzoną jeszcze przez niemców przed 1918 rokiem.

Młodzi mówią coraz częściej w języku francuskim. Zwłaszcza w Bertoua, w mieście, gdzie spotyka się może 50 różnych języków i narzeczy, jedynym językiem komunikacji jest francsuki. Po swojemu mówi sie w domu, ale już na podwórku obowiązuje francuski. Angielskiego praktycznie, mimo że Kamerunu jest niby państwem z dwoma językami urzędowymi : francuskim i angielskim, nikt nie zna, a jeśli – to bardzo bardzo słabo.

Więc ( młodszym przypominam , że od „więc” się zdania nie zaczyna 🙂 pierwsza Msza była w „Ewondo” a druga po francusku. Obie z święta Podwyższenia Krzyża, tak jak jest w naszym diecezjalnym kalendarzu liturgicznym. W pierwszą niedzielę miesiąca po pierwszej Mszy rada parafialna ma swoje zebranie – wyjątkowo teraz było w drugą -, a po drugiej Mszy spotykają się młodzi z różnych grup dziecięco-młodzieżowych. Tak też było i dzisiaj …..

Jest godzina 15 z kawałkiem. Wszystko ucichło, wszyscy się rozeszli, nawet chłopaki z naszego „Foyer” wyszli na przechadzkę. Dziewczyny za karę musiały zostać w domu. W sobotę jadły poza godzinami posiłków w czasie jak chlopaki byli w polu. Ci się oburzyli i poprosili mnie, by je ukarać, bo dla niech już niewiele zostalo na wieczorny posiłek. I tak też się stało, dziewczyny zostały ukarane karą zaaplikowaną przeze mnie , ale „wymyśloną” przez chłopaków. Wesoło mamy prawda !?…. Tu nikt sobie „głowy nie zawraca” prawami dziecka ! W szkołach (nie wszystkich, na szczęście albo nieszczęście) kary cielesne są na porządku dziennym. I jakoś „dziwnie”, ale większość rodziców tam właśnie chce posyłać swoje dzieci.

 

Poniedziałek – 15 września 2003 – Wspomnienie Matki Bożej Bolesnej. Rano pobudka o 5:30, prace porządkowe. Modlitwa o 6:15 i po małym śniadaniu wszyscy do szkoły. Nie pada ! Msza Święta po różańcu jak codzień, z tym że bardzij uroczysta – śpiewana, tzn z chórem. Śpiewały „nasze dzieci” z „Foyer”. Nie był to chór poznańskich słowików, ale jakoś wypadło. Wieczorem duży wiatr i zgasło światło. Wszyscy poszli spać. Z Księdzem Eugeniuszem, przy lampie naftowej, omawialiśmy plany naszego budującego się kościoła. Dzieciaki śpią już od 20-tej. Normalnie w roku szkolnym od 19:30 do 21:30 jest samoksztalłcenie, …ale szkoła jeszcze się nie zaczęła na poważnie, więc niech sobie pośpią….

 

Wtorek – 16 września 2003 – Przyszli robotnicy robić pustaki. Ale jeden się skaleczył więc poszli do domu.

Środa – 17 września 2003 – Słońce od rana, pięknie. Odprawiłem Mszę Świętą o Robercie Bellarminie u sióstr o 6:30 ! Na śniadanie zjadłem chleb z dżemem i popiłem letnią wodą. Nie mogę ani kawy, ani herbaty. Chyba wrzód na żołądku; sam postawiłem diagnozę i zapisałem sobie leki. Jeszcze 4,5 tygodnia kuracji. Co wieczór dzieciaki robią mi jakąś miksturę z potwornie gorzkich kulek, owocopodobnych – niby ma pomóc. Zobaczymy czy pomoże i czy moja diagnoza była dobra ! Wszyscy w szkole. Wracają o 12:30. Środowe popołudnia nie ma lekcji, jak we Francji. Robotnicy robią pustaki. Jest 10:12. O 15:00 zapisy na rok katechetyczny 2003/2004.

 

 

Nowy rok szkolny 2004-2005

 

Nowy rok szkolny 2004-2005

 

 

WRZESIEN 2004

W poniedziałek, 6 września 2004 rozpoczął się rok szkolny. Ale oczywiście nie nauka. Jak wszystko w Afryce, i nauka musi się zacząć ze stosownym opóźnieniem. Oczywiście jak co roku, z nastaniem pory deszczowej, każda poważniejsza ulewa bardzo obniża motywację do pójścia do szkoły. Nie tylko uczniom. Nauczycielom czasem też.

Jako, że życie tu toczy się wolniej niż w Europie, pierwszy dzień roku szkolnego nie oznacza żadnego przyspieszenia, a uczniowie spokojnie ” rozpędzają się” do szkolnego trybu życia. Przez pierwsze tygodnie zapisują się do szkoły (zapisy w październiku są czymś normalnym, ale rekordziści potrafią to zrobić nawet w grudniu!!) Na szczęście ci, którzy jeszcze się nie zapisali w pierwszych dniach, wiele nie stracą, gdyż i w tym roku, zgodnie z tradycją pierwszy tydzień zacznie się od pracy fizycznej i karczowania z chwastów terenu szkolnego.

Dzięki Waszej pomocy finansowej mogliśmy w zeszłych latach wysłać do szkoły ok. 800 dzieci. W tym roku chcielibyśmy, by wszystkie mogły kontynuować naukę. Co więcej, jeśli będzie możliwość, postaramy się pomóc kilkunastu następnym. Nie wiem czy to się uda, bo nasi ” rodzice” czasami muszą zrezygnować z adopcji, ze względu na trudne warunki materialne. Ale za to wciąż pojawiają się nowi. Będzie jak Bóg zechce!

Serce się kraje, gdy dziecko chce się uczyć, a nie ma warunków finansowych. Tutaj chodzenie do szkoły i nauka wymaga naprawdę wysiłku i samozaparcia tych najbiedniejszych. Niektóre chodzą pieszo po 6-7 kilometrów aby dotrzeć do szkoły, dźwigając obowiązkowe 380 stronicowe zeszyty. Po szkole pomagają w polu. A potem dopiero mogą się pouczyć. Ale jak tu się uczyć, jeśli nawet nie ma stołu na którym można położyć zeszyty z notatkami? ( O książkach można zapomnieć. Są tak drogie, że mają je tylko najbogatsi.) Siada taki malec przy kiepsko świecącej lampce naftowej. Wokół cała rodzina. Obok uczy się czego innego starsza siostra. Młodsze rodzeństwo szaleje bawiąc się i chichocząc, za chwilę zaczynają bójkę. Mama coś je. A może też się uczy, bo tu przecież matką można zostać w wieku 16 lat, a podstawówkę ” ciągnąć” do 30….

Aby polepszyć warunki nauki, tym, którzy mają bardzo daleko do szkoły i pochodzą z najbiedniejszych rodzin stworzyliśmy nasz ” pięciogwiazdkowy” internat. Z każdym rokiem powiększa się nam gromadka. Teraz mamy 22 mieszkańców. To super, ale skrycie marzę o chwili, kiedy nasz internat będzie ogólnodostępny dla wielu dzieci, a nie dla kilkunastu czy kilkudziesięciu szczęśliwców.

Wczoraj oprowadzałem ” nowych” . Po raz pierwszy w życiu odkrywali takie zjawiska, jak woda bieżąca i kanalizacja. Trzeba ich wszystkiego uczyć od zera. Naprawdę!. Musiałem pokazać jak się odkręca kran. Trzeba było objaśnić chłopcom, że w pewnych sytuacjach podnosi się deskę klozetową. I naprawdę już nie dziwią mnie pytania takie jak ” A co to jest ta różowa wstęga co zwisa w łązience?”

Pozostałe dzieci otrzymują pomoc finansową. Bo szkoła to nie tylko czesne i zeszyty. Każde dziecko musi sobie sprawić obowiązkowy mundurek, strój gimnastyczny i buty sportowe, a często nie mają pieniędzy nawet na ołówki czy linijki. Ale pomalutku, powolutku z pomocą Boską i naszych kochanych ” rodziców” z Polski i nie tylko, dajemy sobie jakoś radę.

Ostatnio coraz bardziej pada i coraz częściej są burze. Muszę wtedy odłączyć się od internetu. Na szczęście nie na długo. Czasem trzeba sprawdzić co się w świecie dzieje.

Pozdrawiam Was wszystkich i z całego serca błogosławię.

Do zobaczenia w październiku!!!!

PAZDZIERNIK 2004

Ani się obejrzałem, a tu już październik się zbliża ku końcowi. Dzieciaki w naszym Foyer Saint Dominique powoli wpadają w tryb nauki. Nie zauważa się jak ten czas mija, szczególnie kiedy nic nadzwyczajnego się nie działo. Ostatnio dni podobne są jeden do drugiego. A taki ” dzień jak co dzień” zaczyna się o 5.30 porannym dzwonkiem na pobudkę. To Jacky 21-latka, najstarsza we Foyer, zrywa się rano i nie pozwala nam zbyt długo ” leniuchować” w łóżkach. Tu zmrok zapada bardzo szybko # ok. 18h30, tak więc lepiej wstać wcześniej by móc nacieszyć się dniem. Po pobudce, Jacky pomaga 7-letniej Alidzie i 4-letniej Hildzie ubrać się, a potem pędzi do szkoły. Dziewczyna musi się spieszyć, bo ma do przejścia 7 km, co zajmie jej pewnie około półtorej godziny. Tymczasem głuchoniema, 14 letnia Epiphanie odprowadza Alidę na taxi-moto do naszego sąsiada ( ma córkę w wieku Alidy i razem tą samą moto-taxówką jadą do szkoły) Hilda zaś z naszą najmłodszą Natou powoli wybierają się obok do przedszkola im św. Józefa, prowadzonego przez nasze siostry dominikanki. Reszta dzieci do 6.15 ma czas na wykonanie swoich obowiązków. Jedni karczują zielsko, inni zamiatają obejście lub myją werandę. Najstarsi i najsilniejsi noszą wodę do kuchni lub rąbią drzewo. W każdym pokoju jest dyżurny odpowiedzialny za pościelenie łóżek i umycie podłogi. Dodatkowo Salome i ja opiekujemy się naszymi pieskami. Ostatnio dostaliśmy od pewnego Greka z Yaounde bardzo sympatycznego owczarka niemieckiego, którego nazwaliśmy LoupLoup (Loup to po francusku Wilk; czyt. Lu-lu)

Podobnie jak na wsi, aby coś zjeść trzeba popracować od czasu do czasu na polu. Przeznaczamy na to 2 godziny w środę po południu (ze względu na standardowy podział ról – chłopcy pracują trochę dłużej niż dziewczyny) i cały sobotni ranek. Sobota po południu to czas prania, ale oczywiście najpierw wspólny sycący obiad o 12h30. Po pracy w polu wszyscy jedzą, aż im się uszy trzęsą. A potem już wielkie pranie, które bywa okazją do świetnej zabawy # woda, chlapanie itp. (Jeśli się jeszcze nie domyśliliście, to piszę – nie mamy tu pralki automatycznej.)

Pralki nie mamy, ale oczywiście mamy video. Bez pralki dzieci mogą przecież przeżyć, ale bez filmów ? Wieczorami oglądamy sobie różne mniej lub bardziej ciekawe ” dzieła sztuki” . Od czasu do czasu staram się pokazywać filmy nawiązujące do historii biblijnych. Potem urządzamy sobie quizy sprawdzające kto ile zapamiętał. Ostatnio oglądaliśmy filmy o Abrahamie, Józefie i Jakubie. A potem sprawdzaliśmy kto ma najlepsza pamięć . Pewnie nie wszystkie dzieciaki w Polsce znają odpowiedzi na pytania typu ” Jak miał na imię wujek Jakuba ?” ” Kto był ciotką Zaboulona?” ” Ilu i jakich synów urodziła Lea? ”

Oczywiście, dużym powodzeniem cieszą się najbardziej popularne filmy w stylu ” Zabili go a on uciekł” z udziałem gwiazd takich jak Arnold Shwarzeneger czy Sylwester Stallone. Gusty dziewcząt, które czasem chcą odpocząć od brutalności, też uwzględniamy. Parę tygodni temu, przeżywaliśmy ” powolne umieranie na ekranie” pt. ” Titanic” .

Nasze Foyer to taki mały klasztorek. Modlimy się codziennie na małym brewiarzu. Nasz liturgista wyznacza, kto będzie czytał czytania, kto śpiewał antyfony, kto będzie intonował kantyk Zachariasza czy śpiewy. Wieczorem po różańcu, jak co dzień, Msza Sw. W tygodniu krótsza w niedziele dłuższa. Po Mszy w niedziele, jest czas wolny. Zazwyczaj młodzi idą w podgrupkach na spacery lub odwiedzają najbliższych. Nasz ” mól książkowy” Mathurin od czasu do czasu dobiera się do naszej biblioteczki.

I tak mija dzień za dniem i tydzień za tygodniem. Za mniej więcej trzy tygodnie skończy się pora deszczowa i nie będzie już problemów z wyłączaniem prądu w czasie burz. Tak więc następne wiadomości będę pisał w nowej porze roku.

A tymczasem pozdrawiam Was wszystkich bardzo serdecznie i dziękuję za pamięć i wszelką pomoc.

Do zobaczenia w listopadzie!!!!

LISTOPAD 2004 

Wydawałoby się, że tylko co wysłałem list z październikowymi nowinami, a tu już się listopad kończy. W naszej polskiej tradycji jest to miesiąc szczególnie przypominający nam o świętych obcowaniu. Chyba prawie każdy wybiera się 1go listopada na cmentarz by odwiedzić groby najbliższych. Będąc w dalekim Kamerunie, w tym dniu szczególnie odczuwa się nostalgię za tym pochmurnym chłodnym wieczorem, wśród tysięcy zniczy i kwiatów na cmentarzu. Jak brakuje tej możliwości wypowiedzenia kilku słów modlitwy nad grobami najbliższych. Nad grobem mamy….

Jako, że mamy mały 4 grobowy cmentarzyk przyparafialny, przez całą oktawę Wszystkich Świętych chodziliśmy tam , jak przystało z procesją. Przez cały miesiąc odprawiałem nabożeństwa za zmarłych. Miałem też kilka pogrzebów, ludzi głównie zmarłych na AIDS i kilku 60-65 letnich staruszków. (mało kto dożywa 70-80)

Przez dwa pierwsze tygodnie miesiąca odwiedzałem również chorych, na tą nieuleczalną chorobę. To straszne patrzeć na tych, w większości młodych ludzi, którzy już nie mają szans na przeżycie. Brak wiedzy i edukacji oraz ich beztroski styl życia sprawia, że AIDS zbiera tutaj wielkie plony. Jedyne co mogę zrobić to starać się pomóc w najtrudniejszych chwilach chorym i ich najbliższym. Jednakże strasznie ciężko jest pocieszać w szpitalu ludzi płaczących ze strachu przed śmiercią. Tak naprawdę nigdy do końca nie wiem co mogę im powiedzieć by przynieść ulgę. Pobożne nadzieje często są zupełnie niezrozumiale dla kogoś kto po chrzcie świętym nogi w kościele nie postawił i przesiąknięty jest zabobonami i miejscowymi czarami do szpiku kości. W czasie pogrzebów by dodać otuchy rodzinie, mówiłem tylko, że wielką łaską jest umrzeć w listopadzie, a może do kogoś cos dotrze…..

Nie chcę jednak byście mieli wrażenie, że cały czas u nas jest smutno. W połowie listopada mieliśmy gości – ojców kapucynów. Byli to polscy zakonnicy, pracujący na misji w Gabonie, którzy nas odwiedzili. Ich wizyta trwała trzy dni. Podróż niewiele krócej . Wydawałoby się, że Gabon, który graniczy z Kamerunem jest tak blisko. Ale żeby do nas dojechać, trzeba spędzić w podróży całe dwa dni. Podczas tej krótkiej wizyty staraliśmy się jak najbardziej nacieszyć obecnością naszych gości. Dało nam to wiele radości, ale też wymagało ciągłego wysiłku, by zapewnić im jak najlepsze warunki pobytu.

Pod koniec miesiąc obchodziliśmy 10-lecie archidiecezji. Odbyła się wspaniała uroczystość. Honorowymi gośćmi byli czterej biskupi naszej prowincji kościelnej i miejscowy gubernator. Uczestniczyło w niej kilkudziesięciu księży, przeszło setka kleryków i tysiące ludzi. Po uczcie duchowej – eucharystii, nastąpiła uczta dla ciała. Wszyscy byli zadowoleni i objedzeni jak nigdy.

W międzyczasie płyną dni po kolei. Powoli zmienia nam się pora roku. W Polsce już ponoć padał nawet śnieg i robi się coraz zimniej, a u nas na odwrót. Teraz już prawie wcale nie pada i robi się coraz goręcej, a nawet uściśliłbym, że to gorąco robi się coraz okropniejsze. Teraz czeka nas prawie pół roku suszy.

Ostatnio zaczął się psuć nasz stary poczciwy samochód. Coraz więcej czasu spędzam na jego naprawie. Oprócz bycia księdzem, muszę być jeszcze mechanikiem, hydraulikiem, stolarzem i wychowawcą i nie wiem kim jeszcze. Ostatnie dni przyniosły ze sobą tyle pracy, że nie mam nawet czasu zająć się swoim zdrowiem – zaczął mnie dokuczliwie boleć ząb i daje się ostro we znaki. A ja już nie wiem za co się zabrać.

Dlatego tak bardzo serdecznie dziękuję Wam wszystkim za modlitwę i pomoc materialną. Bez Was bym w ogóle sobie chyba nie dał rady. Serdeczne Bóg zapłać za Waszą pamięć i troskę!

GRUDZIEN 2004

Trochę spóźniony list, ale mam nadzieję, że mi wybaczycie. W “grudniowych wieściach” należy napisać o Bożym Narodzeniu. I nagle robi się styczeń. Jak się domyślacie cały miesiąc zajęło porządkowanie dusz i mieszkań na przyjęcie Jezusa. W czasie adwentu objeżdżałem kolejne wioski i spowiadałem. Niestety spowiadają się tylko dzieci i młodzież do lat 13-14. Starsze dziewczyny są już często w związkach i z racji konkubinatu nie mogą się ani spowiadać ani przystępować do komunii. Czas spowiedzi (na szczęście tylko 1-2 godziny) mogłem potraktować jako adwentowe umartwienie, gdyż przez cały czas cięły mnie niemiłosiernie prawie niewidoczne muszki mut-mut.

Po spowiedzi odprawiam Mszę świętą z długim kazaniem i z wszystkimi zwrotkami wszystkich pieśni. Następnie odbywa się biesiada z katechistą i notablami wioski, oczywiście w jednym z najlepszych domów w wiosce. (“najlepszy” niekoniecznie znaczy “w dobrym stanie” .) Miejscowe jedzenie popijamy palmowym winem. Wino takie robi się w następujący sposób. Ścina się palmę, a następnie nacina. Z nacięć, do podstawionego naczynia, zaczyna ciurkiem lecieć ciecz o kolorze rozwodnionego mleka. Z jednej palmy zbiera się tego w sumie ok. 120 litrów, ta spływająca z nacięć ciecz w ciągu 2-4 godzin fermentuje i nadaje się już do picia. Jako “karafka” służy nam zazwyczaj plastikowy bidon, a jako “kieliszki” wykorzystujemy plastikowe kubki lub słoiki. Niestety wadą tego trunku, są bardzo licznie utopione owady, które trzeba zdmuchnąć nim rozpocznie się “degustację”

Objazd zacząłem od wioski Kano oddalonej o 55 km. Tutaj ubyło nam sporo wiernych, gdyż od 2 lat działa tam katolicki kościół gallikański. Tam Pan Bóg jest “bardziej miłosierny” , gdyż poligamia nie przeszkadza w przystępowaniu wiernych do sakramentu komunii świętej . Sam kościół we Francji ma tylko kilka tysięcy wiernych zgromadzonych w kilku zaledwie kościołach, ale tutaj, jak się domyślacie, zaczyna robić furorę. Żal tylko, że katechista z Kano (najbardziej światły), jest w konflikcie z poprzednim katechistą, co nie ułatwia nam utrzymania ludzi w naszym kościele rzymskim.

W innych wioskach bywa różnie. Czasami nie mam odpowiednich ludzi na katechistów, czasami są z nimi problemy. Kaplice też bywają różnej jakości. Niedługo napiszę o tym więcej.

W grudniu kończy się trymestr szkolny. Dzieciaki z foyer przyniosły świadectwa. I powoli zaczęły się zbliżać święta. Już na tydzień wcześniej zaczęły się wielkie porządki: zamiatanie pajęczyn, mycie ścian i podłóg, pranie nielicznych zasłon i firanek oraz ubrań, itp. Itd.

Najpierw, w ramach rekolekcji dla parafian, przeprowadziłem półtoragodzinną konferencję, następnie odmówiliśmy różaniec i odprawiłem Mszę świętą. W ramach jednodniowej “przerwy” porządkowaliśmy teren dookoła kościoła, a w międzyczasie spowiadałem. Następny dzień to były rekolekcje młodzieżowe. Od 7 rano: konferencja, różaniec, a potem praca w grupach na temat: “Młodzi i kościół” . Potem odprawiłem Mszę i o 13 zakończyliśmy wszystko wspólnym posiłkiem. Nazajutrz – 23go grudnia zorganizowaliśmy wieczorek kulturalno oświatowy. Atrakcją były występy chóru młodzieżowego, skecze, balet dzieci, oraz dwie scenki teatralne.

Dzień wigilii przeszedł spokojnie. O 17.30 odmówiliśmy różaniec. A jako, że wspólny wigilijny wieczór jest tu nieznany, poszedłem na kolację do sióstr. Połamaliśmy się opłatkiem, posłuchaliśmy kaset z kolędami, trochę przynuciliśmy i zjedliśmy parę dań “a la polonaise” .

Pasterkę zaczęliśmy o 20. Jest to czwarte co do wielkości religijne wydarzenie po Środzie popielcowej, Mszy Wielkiej Nocy i Mszy porannej w samo Boże Narodzenie. Tak najwięcej ludzi jest na Mszy w Srode popielcowa. Dlaczego ? …Napisze w swoim czasie. Tym razem na Pasterce było trochę mniej ludzi, gdyż nie było chrztów, które odbyły się nazajutrz 25 grudnia. Jak zwykle Msza była bardzo uroczyście celebrowana przez naszego biskupa –Roger. W koncelebrze był również ks. Andrzeja Kryńskiego – rektora Akademii Polonijnej w Częstochowie i ja. Jako, że nie było w tym roku nikogo do bierzmowania, biskup udzielił chrztu 17 dzieciom i jednemu dorosłemu.

Potem, zaprosiłem gości: biskupa, ks. Rektora Andrzeja i jego znajomego młodego belga, Adriana, na poczęstunek do plebanii. Na przekąskę były orzeszki arachidowe. Głównym daniem mięsnym była oślina (dzień wcześniej było osłobicie ). Dla części zaproszonych była to pierwsza degustacja… Na szczęście na deser były ananasy, arbuzy, papaje, i wspaniale przyjęte ciasta od sióstr – placek z makiem i babka.

A tym jak witaliśmy Nowy Rok napiszę pod koniec stycznia. Ale już Wam życzę wszystkiego najlepszego i z serca błogosławię!!!

STYCZEŃ 2005

Ze względu na to, że otrzymuję od Was wiele pytań, postanowiłem odpowiedzieć na najczęstsze. Mam nadzieję, że to wiele wyjaśni. Co więcej – może zechcecie zachęcić swoich znajomych by przyłączyli się do naszej akcji. Teraz będzie Wam o wiele łatwiej, gdyż sami będziecie mogli udzielić im informacji potrzebnych do podjęcia przez nich ostatecznej decyzji. Załączając ten list, lub kierując ich do naszej strony internetowej, odpowiecie na ich wszystkie wątpliwości – i mam nadzieję, zachęcicie do przyłączenia się do naszego łańcucha ludzkich serc.

O tym, co się u nas ostatnio działo, napiszę w liście “lutowym” .

Życzę miłej lektury i serdecznie Was pozdrawiam i błogosławię!!!

Que Dieu Vous benisse i do zobaczenia w lutym 2005

 

 

 

 

Podlaskie złote rączki – motorowcy Roberty

Cześć Darek!

 

Krok, po kroku wracam do zwykłego rytmu dnia, pracy… Nazbierało się wiele spraw – przeważnie zawodowych – które należą do tych, co były do załatwienia „na wczoraj”. Z trudem wypracowuję wolną chwilę, żeby napisać tych kilka słów, które napisać muszę koniecznie !!!

Przede wszystkim, to WIELKIE DZIĘKI ! – za zaproszenie, gościnę, pomoc przy załatwianiu dokumentów, ustalaniu trasy, załatwianiu noclegów i w końcu za pożyczony obiektyw do aparatu ! Burza emocji i doświadczeń jakie przywieźliśmy ze sobą do domu nie przemija, a przy oglądaniu zdjęć i filmików dodatkowo rośnie, hehe . Nie spodziewałem się, że spotkanie z Afryką okaże się „zderzeniem” z Afryką. Doświadczenie Afrykańskiej rzeczywistości chyba na zawsze wryło się w moje postrzeganie świata, życia, siebie samego…

Muszę Ci się przyznać, że pierwsze chwile u Was w Misji były trochę… szokujące. Wyrwany z europejskiego postrzegania świata, rodziny, relacji, itd. miałem ciągłą gonitwę pytań : dlaczego to…, dlaczego tak… Myślę, że chyba każdy przyjezdny przeżywał lub będzie przeżywał to samo ( taki lekki szok ), bo jak niby pojąć, że kilkuletnie dzieci muszą tyle i tak pracować że jedzą raz, dwa razy dziennie, wstają tak rano, itd… Dzisiaj wiem, że gdybym wyjechał od Was nie widząc życia poza murami Misji, to miałbym mieszane uczucia.

Dopiero 2 tygodnie podróży przez cały Kamerun pokazały mi, jak wiele szczęścia mają Wasze dzieciaki. Dopiero w konfrontacji z biedą, chorobami, głodem, opuszczeniem innych dzieciaków widać, że Epi, Sonia, Jason, Natasza i cała reszta małolatów wygrały „los na loterii” i otrzymały szansę na normalne życie.

Z całym przekonaniem dziś piszę : DOBRA ROBOTA, Dominikaninie !!!

W pierwszym momencie można się pogubić, bo przenosimy na grunt Kamerunu nasze 

EUROPEJSKIE kryteria, doświadczenia i oczekiwania, a przecież rzeczywistość jest Afrykańska… W pewnych sytuacjach trzeba postępować twardo i konsekwentnie ( tak trochę „bez serca” ), bo przecież nieubłaganie zbliża się czas, kiedy dzieciaki z Misji same będą musiały zmierzyć się z dorosłym życiem. Będą musiały być twarde, pracowite i jednocześnie wiedzieć, że siłę czerpie się z modlitwy i wypracowanych ciężko przyjaźni ! Dopiero z takiej perspektywy widać, że dzieci z Misji, to nie „ciepłe kluchy”, które trzeba będzie niańczyć przez całe życie, ale osoby dobrze przygotowywane do konkretnych realiów życia. Myślę, że to, że dzieci mają co jeść, gdzie spać, w co się ubrać, chodzą do szkoły i nie czują się samotne, to wielki sukces Twój i wszystkich ludzi, którzy Wam pomagają ( tu wspominam blond Anię i tych, których nie znam osobiście, a tylko z Twoich i Ani opowiadań ).

Ten dzisiejszy mail doczeka się jeszcze kontynuacji, bo bogactwo wrażeń i doświadczeń przywiezionych z Kamerunu nie da się zamknąć w jednym liście… Dziś chciałem tylko krótko opisać moje spotkanie z Wami, z rzeczywistością Waszego życia, zaskoczeniem – nawet lekkim szokiem – i w końcu zrozumieniem dlaczego życie w Misji musi być poukładane w taki to właśnie sposób.

Dziękuję za wszystko, co mnie dzięki Waszej dobroci i uprzejmości spotkało. Modlę się o wytrwałość dla wszystkich zaangażowanych w to dobre dzieło, szczególnie za Ciebie i ludzi ze Stowarzyszenia, by nie zabrakło gorliwości i wiary w słuszność Waszej ciężkiej pracy. Mam nadzieję, że jeszcze będzie mi dane spojrzeć osobiście w te kilkanaście czarnych, niezapomnianych par oczu… Pozdrów ode mnie i drugiego Roberta dzieciaki i całą resztę mieszkańców misji !

 

Cizia Zyke – Sahara i Złoto

Album o Cizi i Zyke (po kliknięciu na któreś z zdjęć)

ciziazyke

Wybierając się na trochę zwariowaną podróż do Afryki w pierwszej wersji, nie mieliśmy w planach jechać do Kamerunu. Teraz jak o tym pomyślę, to skóra mi cierpnie na plecach, co by nas ominęło. Ale jak to bywało na tym wyjeździe, każda podjęta decyzja zmieniająca radykalnie założony plan, owocowała samymi pozytywnymi emocjami. Nie było inaczej i tym razem. Już wtedy O. Darek pokazał nam, swoje skuteczne działanie, załatwiając w ciągu jednego dnia zaproszenia, które ewidentnie pomogły uzyskiwać inne potrzebne nam wizy, po drodze do kraju przeznaczenia.

charlinapis

Zapakowaliśmy dwie ogromne bazarowe torby a’la Stadion 10-lecia, na naszego Charliego i ruszamy.

wdrodze

Torby zostały przygotowane i przysłane przez „Aktywną, daleko wysuniętą” rękę Ojca Darka /wtedy był dla nas tajemniczą postacią, znaną jako Camtel_Yaounde, przez chwilę nawet funkcjonował jako Komtur Jurand. Nie mieliśmy pojęcia o co chodzi z tym Camtel, ale ze słowem Yaounde po nieprzespanej nocy z Dr Google, jakoś sobie poradziliśmy/.

Po drodze kilka przeciwności chciało nas odwieźć od planu dojechania do Kamerunu, ale podjęte zobowiązania logistyczne, na tyle nas zmotywowały, że wytrwale dążyliśmy do celu, raz na sznurku, kolejny raz na pace…

na pace

Wyrwawszy się w końcu z niesamowicie urokliwej drogi, wijącej się przez kameruńską dżunglę, usłanej głębokimi koleinami, resztkami błota, które nie zdążyło jeszcze podeschnąć w porze suchej, mieliśmy przed sobą już tylko jeden cel – Misja Kamerun. Czy to będzie już koniec naszych zmagań fizycznych i psychicznych, Cizia prowadził naszego Merolka zapamiętale, wzrok miał utkwiony gdzieś daleko, dużo dalej niż kończyła się maska naszego auta. Jego twarz było na zmiennie szczęśliwa, by za chwilę nasunęło się na nią oblicze głębokiej zadumy.

Pierwszy raz w życiu widzieliśmy tyle „dżunglastej” zieleni w połączeniu ze wysokimi górami, olbrzymie drzewa strzelały prosto w niebo. Dżungla wdzierała się na drogę, wszędzie palmy, palmy… Żebyśmy nie popadali w zbyt głęboką melancholię, nasz świeżo uzdrowiony silnik dawał znać o sobie, klekocze, osłabł tak, że mamy do dyspozycji tylko dwa pierwsze biegi, a góry wcale nie maleją. Poruszamy się z prędkością furmanki ciągniętej przez galopującego konia, trochę mniej zwracamy uwagę na otaczającą nas przyrodę, która w normalnych okolicznościach urzekła by nas swoim pięknem.

jedziemy

Stajemy na poboczu z nadzieją, że uda nam się opanować ten motoryzacyjny impas. Cizia spróbował eksperymentu z lepszym dogrzaniem silnika, biała tekturowa teczka, która kryła przed światem nasze tajne dokumenty, tym razem kryła przed chłodniejszym wieczornym wiatrem, aluminiowe żebra naszej chłodnicy, cudotwórca z tego naszego Cizii. Dalsza podróż przyjęła już inny charakter, wróciły do łask dwa kolejne biegi, silnik mruczał tak jak kiedyś na początku w Europie. To spowodowało, że emocje trochę nam opadły, opadła też dolna szczęka drugiemu pasażerowi Charliego – Zyke, jak na chwilę przyłożył głowę do zagłówka, niepotrzebnie jechał na „popielniczkę”, przecież fajki skończyły się nam jakiś czas temu.

Będąc już tylko 200-300km od Jurand/Yaounde, mieliśmy plan pobytu w misji dwa, góra trzy dni, była godzina czwarta po południu. Wzywały nas wspomnienia, podjęte zobowiązania, rozmowy z Ojczyzną toczone podniesionym tonem, wydobywającym się ze słuchawki. Wtedy zapadła decyzja, napieramy do bólu, dojedziemy na miejsce, prześpimy się w aucie po raz kolejny, gdzieś niedaleko misji. Wykonaliśmy kontrolny telefon do O. Darka około 22, informując, że Krzysiu Hołowczyc przed chwilą oznajmił, że na miejscu pod faktorią będziemy grubo po północy. Ojciec zrugał nas po chrześcijańsku i oznajmił tonem nie znoszącym sprzeciwu, że czeka na nas na rogatkach do bólu, tylko mamy dać znać jak miniemy pierwszy kiosk z bananami za ostatnią stacją Total przed Y.. coś tam, coś tam.

Tak uczyniliśmy, phone by night do ojca, no i… silent night, rozrusznik zaniemówił koło bananowego kiosku. Na szczęście Kameruńczycy i rośli pasażerowie Charliego nie pozwolili, żeby Merolek wystygł za bardzo, odpalił już po dwustu metrach pchania. Dojeżdżamy do Yaounde bram, wojskowy post, kontrola dokumentów i nagle stała się jasność, Cizia i Zyke od razu sięgnęli po czarne okulary, by chronić wzrok przed ostrym światłem reflektorów samochodowych, kontrolujący nas wojskowy nie sięgał, miał je cały czas na nosie, ale i tak miał ręce zajęte dokumentami, więc nie dałby rady założyć czegokolwiek na oczy. Biała, rozświetlona Toyota Land Cruiser zajechała pod same bose stopy wojskowego, grupa uśmiechniętych/widać było białe zęby/ ciemnych postaci wysypała się z tylnej części auta, rosła postać z czołówką na czole wynurzyła z ciemności otaczających przednią część samochodu, w niektórych kręgach zwanych maską, to był on – Komtur Jurand. Za chwilę już mieliśmy dokumenty z powrotem, banany zagościły na naszych twarzach, i nie znikały do 13 grudnia, a my zgodnie z tradycją mieliśmy czerwone czapki z białymi pomponami w tym dniu.

Znikliśmy sobie w ramionach, niedźwiadki ochoczo zagościły na afrykańskiej ziemi. Ciemna noc, a my nareszcie jesteśmy na miejscu. Krętą i nierówną drogą docieramy na miejsce, wysoki mur otaczający faktorię, stalowa brama się samoczynnie, ludzkimi rękami popychana otwiera i jesteśmy.

Ulga i przyjemność. Długo rozmawiamy, zajadamy, przygotowane przysmaki drobiowe, śmiejemy się patrząc i obserwując naszych białych i czarnych gospodarzy. Ci drudzy z powodu ślicznych uśmiechów i radosnego szczebiotania, z którego nic nie rozumiemy, przykuwają mocno naszą uwagę. Zasypiamy pierwszy raz od dłuższego czasu nie myśląc o jutrze.

wyladunek

Kolejne dwa dni upływają nam na rozpakowaniu Charliego, miłych rozmowach i wycieczkach do miasta. Szef Misji czyli O. Darek jest zaskakująco fajnym człowiekiem i najnormalniejszym duchownym, jakiego poznaliśmy. Wymagający, oczekujący od innych i od siebie samodyscypliny, ma wypośrodkowane spojrzenie na afrykańskie społeczeństwo i stosunki w nim panujące, nie zgadzalismy się z nim na początku, ale w tym krótkim czasie, który spędziliśmy wspólnie, przyznaliśmy mu rację. Jego postępowanie, mogło wydawać się radykalne, ale jak to mówi się – działał w sposób sprawiedliwy. Nie zauważyliśmy, żeby ktoś narzekał.

charli

My natomiast jesteśmy bardzo nietypowymi katolikami, stosujemy się do zasad wiary, ale do tych, które nie wymagają od nas zbyt wiele wysiłku jak np. chodzenie do kościoła, poranne i wieczorne modlitwy. Z czasem przebywając na misji, czuliśmy się jak jedna z części dobrze tykającego zegarka, w którym odkrywaliśmy nasze nowe światy, chłonęliśmy atmosferę tego miejsca. Bardzo dobrze czuliśmy się tu i teraz. Znaleźliśmy swoje kropki nad „i”, tego wyjazdu. Czas płynął nam powoli, czuliśmy się szczęśliwi, jak byśmy chwycili Pana Boga za nogi.

jesc

W tym natłoku codziennych obowiązków /spanie, śniadanie, drzemka, spacer, drzemka, obiad, rozmowy, drzemka, kolacja, nocny spacer, początek snu…/, odkryliśmy, że w końcu jesteśmy na wakacjach. Jak Wakacje to Wakacje. Od dłuższego czasu byliśmy na misji, a przyzwyczajeni do zmian jakie to mają miejsce w podróży, zaczęliśmy potrzebować jak powietrza, jakiejś odmiany. Poprosiliśmy Darka zorganizowanie krótkich wakacji, ustaliliśmy termin i porę wyjazdu. Dzieci stoją w szeregu, wg obiektywnych, sprawiedliwych kryteriów zostają wybrani Ci, którzy wkrótce pojadą z nami nad ocean. W gronie towarzyszących nam dzieci i młodzieży, Marianne i Achilla, O. Darka, wyruszyliśmy bladym świtem. Cizia – etatowy, wyjazdowy kierowca, dorwał się do kierownicy tej cudownej Toyoty.

podrozdokribi

Stłoczonych osiemnaście ciał sunie do przodu drogami wyrwanymi kameruńskiej dżungli. Wiatr we włosach i powiew nowych przygód sprawił, że Paweł-Cizia wiedziony mocniejszym biciem serca, jechał 300km prawie bez przerwy, nie zważając na prośby pozostałych pasażerów, domagających się wyprostowania nóg i ulżenia napięciu mięśni odpowiedzialnych za prawidłowe funkcjonowanie pęcherza. W końcu dojeżdżamy do Kribi, a naszym oczom ukazuje się wspaniała kupa wody , cieszymy się jak dzieci. Przygotowano jak co roku chrzest dla tych, którzy jeszcze nie widzieli oceanu. Potulnie jak baranki, z zawiązanymi oczami i przysłoniętymi uszami idą w szeregu trzymając się za ręce. Zatrzymują około 3 metrów przed wodą, na hasło zdejmują zakrycia oczu i uszu, słyszymy okrzyki radości, płacz, milczenie, może są i przekleństwa, ale my ich nie rozpoznajemy.

kribi0

Po próbie wody, wbijamy się ponownie do auta i jedziemy na z góry upatrzone pozycje, przygotowane przez O. Darka i jego ekipę. No, … raj na ziemi. Palmy, piasek po lewej , piasek z prawej, cisza, słońce, no i woda, której temperatura bliska była 36 stopniom, ludzie na wskroś swobodni i szczęśliwi. Ekipa jak dorwała się do wody, to dopiero głód i zachodzące słońce wygoniło je na brzeg.

kribi1

Namawiamy wszystkich na zostanie jeszcze jeden dzień dłużej, udało się, jest tak cudownie, że nie trzeba było zbyt długo namawiać. Zaczarowane Kribi. Spędzamy kolejne długie godziny bawiąc się jak dzieci w wodzie, pluskając się i wpatrując w uśmiechy otaczających nas szczęśliwych buź. O. Darek z pobliskiej werandy restauracji obserwuje swoja trzódkę, robiąc przy tym tysiące zdjęć dokumentujących wszystko i wszystkich w niecodziennych pozach i zachowaniu.

kribi3

Cizia i Zyke w siódmym niebie, poziom szczęścia 10 i rośnie. Wakacje w Wakacjach . Długie dwa dni spędziliśmy w oceanie, na łapaniu krabów, rozmowach, spacerach, jedzeniu pyszności i upajaniu się w przyjemnościach. Powrót był smutny, a zarazem miły, poznaliśmy kolejne cudowne miejsce na ziemi.

kribi2

Znów jesteśmy na misji, odczuwamy bliskość nieuchronnego końca naszego świata, związanego z naszą ostatnią przygodą. Osowiali, smutni, zaczynamy ostatnie pakowanie, wyruszamy na lotnisko, odprowadzani przez liczny komitet pożegnalny. Odlatujemy, doznaliśmy tam na ziemi w Kamerunie, tylu pozytywnych i niezwykłych emocji, nauczono nas innego spojrzenia na rzeczy, które do tej pory traktowaliśmy albo zbyt poważnie albo zbyt lekceważąco. Wrócimy tam na pewno, już niedługo.

Misja Kamerun – niezwykłe miejsce, niezwykli ludzie.

Mirek motorowiec

W tym roku (2012), przejeżdżając motocyklem pół Afryki, dojechałem do Kamerunu.
Była to już moja piąta wyprawa na ten kontynent.
Przyjechałem z dobrym znajomym, z którym objechałem kawałek świata, ale dla niego Afryka była nowością, był tam pierwszy raz.
Jechaliśmy najpierw przez Afrykę północną (arabską) – Maroko, Saharę Zachodnią, Mauretanię, Dalej – Mali, Burkina Faso. Przejechaliśmy przez Nigerię, by w końcu  dotrzeć do Kamerunu.
Po drodze widzieliśmy biedę, głód oraz dużo innych mało przyjemnych rzeczy, z którymi kojarzy nam się Afryka.
Będąc w drodze, jadąc na motocyklu nie dało się nie poczuć Afryki. Spaliśmy w namiotach, kapaliśmy się w rzekach, jedliśmy jedzenie kupowane na straganach. Nie ominęły nas choroby takie jak ameba, malaria.

Ojciec Darek był pierwszą białą osobą spotkań od kilku tygodni, a na pewno pierwszym Polakiem, z którym mogliśmy porozmawiać w ciągu naszej dwumiesięcznej podroży po Afryce.
Sierociniec, który Ojciec Darek prowadzi w stolicy Kamerunu, wydał nam się ostoją bezpieczeństwa i spokoju.
W obrębie murów, oddzielających sierociniec od miasta, czuć spokój, porządek i bezpieczeństwo.
Dla mnie,  człowieka , który dzieciństwo przeżył w czasach komunistycznych, który nie był rozpieszczany i nigdy nie poznał nadmiaru  zabawek, ani słodyczy, życie w sierocińcu jest najzwyklejszym życiem, dorastaniem, jakie dziecko może mieć.
Najzwyklejsze nie oznacza w tym przypadku braku czegokolwiek.
Dzieci, które są w sierocińcu mają to, co do wychowania jest najważniejsze – porządek, poczucie jedności z innymi, hierarchię wartości.

Ojciec Darek zachowuje się jak prawdziwy ojciec – dba o wszystkich, trzyma porządek. Widać jego troskę o zapewnienie przyszłości dzieciom. Zarówno tej najbliższej przyszłości – żeby było co zjeść, żeby były pieniądze na opłaty, żeby dzieci miały coś do ubrania. Ubrania to też już dalsza przyszłość – żeby chodzić do szkoły zazwyczaj trzeba mieć mundurek szkolny. A szkoła i edukacja – to już dalsza przyszłość. Widać, jak bardzo w sierocińcu dba się o edukację; i że to, czego nauczymy się w młodości,  będzie procentowało  w przyszłości.
Znając poziom edukacji w szkołach państwowych Ojciec Darek stara się, by jak najwięcej dzieci chodziło do szkol prywatnych, w których poziom nauczania jest zdecydowanie wyższy. A jeżeli  ktoś jest dobry w szkole, dobrze się uczy , takiego młodego człowieka warto wysłać do szkoły średniej, a później i na studia. A wszystko kosztuje – więc nawet, jeśli już dany wychowanek sierocińca nie mieszka w obrębie murów, a próbuje żyć jak dorosły człowiek, a jest zdolny i chce kontynuować edukacje – Ojciec Darek w miarę możliwości dalej wspiera.

W Afryce wychowanie dzieci jest zupełnie inne niż w Polsce, czy w Europie. Tutaj nie ma zajęć pozalekcyjnych, nie ma kółek zainteresowań, nie ma sekcji sportowych. Dla prawie wszystkich dzieci normą jest to, że po szkole pomaga się w domu. I tak jest też w sierocińcu – każdy ma swoje zadanie do wykonania – pomóc w kuchni, posprzątać w obrębie sierocińca, przynieść wody. Oprócz tego dzieci muszą zająć się sobą. Nie ma niańki, nikt się nad dziećmi nie użala. Jak  ktoś sobie wbije drzazgę w palca, albo stłucze kolano, to nie ma lamentów, nie ma głaskania, czy przytulania. Afryka rządzi się swoimi prawami, nie możemy oceniać tego co się tam dzieje, wg skali ocen człowieka białego. I w Afryce byłoby śmieszne, lub nie do pomyślenia, żeby robić lament przy każdym stłuczeniu kolana, czy tez zadraśnięciu. Dzieci bawią się dalej. Lecz kiedy jest potrzeba, drzazgę się wyciągnie, a stłuczone kolano opatrzy.  Dla dzieci w Afryce czymś nienaturalnym jest przytulanie, czy rodzicielskie czułości. Rodzic jest od tego, żeby nakarmić, wychować i dać poczucie bezpieczeństwa. Jednak znaczna część ludzi w Afryce jest na tyle biedna, ze nawet nie jest w stanie zapewnić takich podstawowych rzeczy dla swoich dzieci. W Misji Kamerun dzieci mają zapewnione mieszkanie, wyżywienie, ale także bezpieczeństwo.

Mówiąc o różnicach pomiędzy ludźmi z Afryki, a nami, białymi, daje się zauważyć także podejście tamtejszych ludzi do życia, do śmierci. Na tyle życie jest tam ciężkie, ze każdy myśli o tym żeby przetrwać. I bardzo dobrze im to wychodzi – ludzie potrafią zrobić potrawy prawie ze wszystkiego co rośnie. I zjeść można prawie też wszystko –  od małpy, czy węża, na larwach robaków kończąc. I nie ma w tym nic odrażającego – to jest Afryka. Małpa, waż, czy osioł- jeżeli da się złapać, zabić, to w końcu ląduje na talerzu.
Ale ten talerz, to często jest tylko pojęciem względnym. Tam ludzie maja inna kulturę. Zarówno w krajach arabskich, jak i w Czarnej Afryce, zazwyczaj nie używa się sztućców, czy talerzy. Je się rękami, z jednej, wspólnej miski. Dla nas, nauczonych jeść przy stole, pokrytym białym obrusem, z zastawą w najrozmaitsze wzory i kolory, widok ludzi siedzących na podłodze i jedzących rękami z jednej miski może być przejawem zacofania, czy biedoty. Jednak dla nich jest to czymś najbardziej normalnym, do czego ludzie są przyzwyczajeni, co jest dla nich normalnością.
Nie możemy oceniać tego co się dzieje w Afryce swoją europejską miarą, musimy wziąć na uwagę różnice kulturowe, geograficzne, środowiskowe, edukacyjne.
Często błędem białych, przyjeżdżających do afryki jest użalanie się nad biednymi ludźmi, zwłaszcza dziećmi, na rozdawaniu jedzenia, pieniędzy. Takie zachowanie nie uczy nic dobrego. Nie trzeba się nad  mieszkańcami Afryki użalać, bo to niewiele pomoże. Nie trzeba przytulać dzieci, ani rozdawać im cukierków. Takim zachowaniem jedynie oszukujemy swoje sumienie – po naszym wyjeździe nic się nie zmieni. Dzieci trzeba wychowywać, zapewniać im możliwości do edukacji, stwarzać poczucie bezpieczeństwa.
I to wszystko należy robić zachowując się według  ichniejszej kultury, zwyczajów,
I właśnie takie  rzeczy da się mocno zauważyć w działaniu Sierocińca prowadzonego przez Ojca Darka.

Ojciec Darek już prawie 20 lat jest w Afryce, działa, pomaga robi co może. W jego działaniu nie widać zapału  człowieka, który przyjechał na krótką chwile do Afryki, a któremu się wydaje, że wszystko może i zmieni los wielu ludzi. To tylko mrzonki, wyobrażenie ludzi, którzy przyjeżdżają pełni zapału, a wracają zazwyczaj po poniesionej klęsce.
W Afryce trzeba cierpliwości, dużo czasu. Żeby pomóc tamtejszym ludziom, trzeba się nauczyć żyć tak, jak oni żyją, trzeba zrozumieć ich mentalność, trzeba przejąć ich zasady, lub przynajmniej je respektować. I takie zachowanie widać po Ojcu Darku. Jest on osobą szanowaną –  poczynając od najmłodszych swoich podopiecznych, a kończąc na ważnych urzędnikach państwowych. Ojciec Darek nauczył  się cierpliwości, bo bez tego nie można spędzić dwóch dekad w Afryce. I cały czas pomaga, wychowuje, daje przykład. ….

Marianna z grodu Kraka

Afryka. Afryka? Afryka…

Tak wiele wyobrażeń, myśli, marzeń, stereotypów. “Europejskie”pojęcie o Afryce mocno nimi nacechowane; chyba nie sposób, nie doświadczywszy “Czarnego Lądu” na własnej skórze nie poddać się któremuś z mitów myślenia o tej części świata (jak zresztą w obliczu wszystkiego, co obce i nieznane, a co – zaspokajając zwyczajną ludzką potrzebę bezpieczeństwa – upraszczając próbujemy oswoić).
I tak myśląc “Afryka” ulegamy najczęściej – jakże sugestywnej wizji krainy niebezpiecznej, tajemniczej i egzotycznej przestrzeni pełnej dzikich zwierząt, tropikalnych chorób i zupełnie obcej, niezmiernie bogatej kultury. Na drugim biegunie tkwi z kolei wizja skrajnie ubogiego, zapomnianego przez wszystkich Trzeciego Świata, w zastraszającym tempie dziesiątkowanego przez głód, choroby i wewnętrzne konflikty. Mamy też obrazy pośrednie, stanowiące dowolną kompilację obydwu wizji. I z takim właśnie – wyobrażeniem “pośrednim” z końcem czerwca tego roku leciałam do Afryki.

Spędziłam dwa miesiące w Kamerunie, w Bertoua, mieście–stolicy południowo-wschodniej części kraju.
Kamerun jest republiką demokratyczną położoną w Afryce środkowej, na przestrzeni ostatnich lat szczęśliwie nie szarganą większymi konfliktami i wojnami. Co w znaczący sposób niestety nie wpływa na jakość życia większości jego mieszkańców (niemal 17 milionowej społeczności).
Ta większość to ludzie zamieszkujący wsie, wioski i przedmieścia miast, to ludzie żyjący w ubóstwie. Ludzie, dla których pojęcie czasu nie istnieje. Nie raz miałam wrażenie, że czas zatrzymał się tutaj tysiące lat temu a jedyne “zdobycze cywilizacyjne” jakie w ten świat dotarły to plastikowe miednice, gumowe klapki i kolorowe koszulki, z rzadka telewizor, tak paradoksalnie kontrastujący z wnętrzem glinianej, często osłoniętej liśćmi palmowymi lepianki.
Takich niespodzianek, paradoksów i zagadek pełna jest Afryka.
Przed lepianką gromada bosych dzieci radośnie uganiająca się za drewnianym klockiem – jedyną zabawką jaką najprawdopodobniej przyjdzie im zobaczyć. No i kolory! Soczysta zieleń wszystkiego co wokół: głównie baobaby, papaje, bananowce i błękit nieba, od którego tak wyraziście odcina się czerwień ziemi. Bo ziemia w Afryce jest czerwona. Czerwona i płodna. Tym mocniej ma się wrażenie, że ludzie tam dopiero co z niej wyrośli; brunatni i jak ona płodni.
Przeciętna afrykańska kobieta jest matką około dziesięciorga dzieci, pierwsze rodząc w wieku czternastu – piętnastu lat. Afryka to dzieci. Dzieci są tu wszędzie; przed chatami, na bazarze, na ulicy. Niestety tylko ok 20 procent z nich ma możliwość uczęszczania do szkoły. Szkoła bowiem kosztuje. Tak więc pozostałe 80 procent “wychowuje” ulica.
Dziećmi właśnie, dziećmi których mamy “nie dają sobie rady”, lub które mam nie mają zajmuje się w Bertoua ojciec Dariusz Godawa, dominikanin. O. Darek jest proboszczem jednej z tamtejszych parafii i założycielem “Foyer st Dominique” – sierocińca. Sam zapewnia dzieciom przysłowiowy “wikt i opierunek”, posyła je do szkoły, leczy w razie potrzeby.
Przez te dwa miesiące opiekowałam się najmłodszymi pociechami ojca Darka.
Uczyłam je czytać, pisać, dużo rysowaliśmy. Dla większości dzieci rysowanie właśnie stanowiło największą przyjemność, to była czynność niemalże magiczna (niektóre z nich po raz pierwszy trzymały w ręku kredkę!).
Parafia o. Darka, kościół w Bertoua, to kościół zwyczajnych ludzi. Tym, czego najsilniej tam potrzeba (poza rzecz jasna materialnym wsparciem) jest takie właśnie – zwyczajne rozumienie. Rozumienie i modlitwa. Głębokie rozumienie drugiego człowieka z całym bogactwem odmienności jaką ze sobą niesie. Bo Afryka to bogactwo odmienności, egzotyka przeplatająca się z nędzą, przestrzeń niespodzianek, zagadek i paradoksów, ale też – a może przede wszystkim -zwyczajność.
Zwyczajność rzecz jasna odmienna, “nie nasza”. Zwyczajność, w którą wpisane są bardzo konkretne ludzkie historie. To świat, który nie chce być oceniany, mierzony. Ten świat chce zrozumienia, miłości i otwartości.

Poznania Ani z Poznania

KOLOROWE SNY

W Afryce jestem już dwa tygodnie. Już? Oczywiście, jestem dopiero dwa tygodnie. I gdy będę wyjeżdżać za prawie trzy miesiące, też będę mogła powiedzieć- byłam tu zaledwie trzy miesiące.
Nie będę więc pisała o Afryce, bo cóż mogę o niej powiedzieć, ja Europejka przeżarta europejskim patrzeniem na świat, racjonalnym, zawsze najlepszym, wszystko klasyfikującym i doczepiającym etykietki.
Będę próbowała jedynie dzielić się moim tu i teraz.
TU – to „Foyer St. Dominique” czyli teren ok 2000 m2, ogrodzony wysokim murem na przedmieściach Yaounde, dokąd prowadzi już tylko bita droga, no może w porze deszczowej raczej rozbita.
TERAZ – to, chwila, w której opisuję to miejsce, jego mieszkańców i moje odczucia, bo przecież wszystkko co będę opisywała będzie subiektywne jakkolwiek bym się nie siliła na obiektywizm.
Moje dzisiejsze tu i teraz będzie dotyczyło wcorajszego wieczora. Jemy z O. Darkiem kolację, .rozmawiamy o dzieciach, mówię, że tak wcześnie wstają jeszcze przed piątą choć Msza jest dopiero o szóstej. O. Darek odpowiada,- one tak wstają z zimna, wolą wstać i się kręcić, cokolwiek robić niż marznąć leżąc. Rzeczywiście, łóżka trzy kondygnacyjne, jeśli tak można powiedzieć, dzieci maja od niedawna. Wcześniej spały na podłodze. Materace na łóżkach liche, do granic możliwości – sama gąbka już mocno zużyta, brak prześcieradeł, kocy, przykryć, poduszek, na dodatek troje dzieci jeszcze się w nocy moczy, co dodatkowo utrudnia sprawę. W tym domu dzieci są od marca, wszystko jest nowe lecz tylu rzeczy brakuje. Były przecież ważniejsze potrzeby, budowa domu, a wcześniej zakup gruntu pod dom. Nowa duża inwestycja, a przecież jeszcze funkcjonuje stary dom w Bertua, gdzie są dzieci, dodatkowo studenci, doktoranci, rodziny, którym O. Darek pomaga, a wszystko z tych samych pieniędzy, których niestety nie przybywa, i są tylko od darczyńców – ludzi dobrej woli. Przybywa jedynie potrzebujących. Od jakiegoś czasu przychodzą z malym dwu-miesięcznym dzieckiem, – mówi O. Darek – ale jak ja mam wziąć, kto się nim zajmie, to niemożliwe.
Teraz w Foyer jest szesnaścioro dzieci, od 7-letniej Patrycji, po 22-letnią Epiphanie. W tym czterech chłopców. Szesnaście światów, szesnaście historii życia, szesnaście cierpień, tęsknot i bólu, szesnaście marzeń. Tych szesnaście światów nakłada się tu w Foyer na siebie, tu się spotkały aby przeżyć czas niesamodzielny swojego życia, a potem pójść własną drogą. Jakie będą te drogi tego nie wiemy? Możemy jednak dziś zrobić coś aby te drogi były bardziej proste, aby nie były labiryntem bez wyjścia.
My jesteśmy głodni nowych newsów, wrażeń, sensacji, tu dzieci i nie tylko są zwyczajnie głodne, po prostu z braku pożywienia.
Pytamy nasze dzieci, co chciałyby robić w przyszłości. Jeden z chłopców Jack Andrzej, odpowiada – chciałbym zawsze mieć co jeść.
Sama mam czworo dzieci i moim taka odpowiedź nigdy nie przyszłaby do głowy. Twoim dzieciom, Tobie, chyba także nie?
Jeśli to czytasz i masz co jeść, gdzie spać, masz swoją poduszeczkę i kołdereczkę to może pomyślisz, i dotrze do Ciebie, że w Afryce też czasem jest zimno, i właśnie Ty możesz kogoś ogrzać, i czyjeś sny na poduszce od Ciebie staną się kolorowe.

PIERWSZE KOTY…

Dziś najmłodsze dziewczynki Michu, Ingrid i Patrycja przyniosły swoje pierwsze testy sprawdzające ich poziom wiedzy przyswojonej dotychczas. Test dotyczy matematyki, francuskiego oraz angielskiego. Sprawdzana jest umiejętność rozwiązywania zadań, myślenia analitycznego, logicznego, rozumienia i pisania tekstu, słownictwo j. angielskiego, budowa zdania, wymagania całkiem spore jak na ten wiek. Tak więc nasze gwiazdy miały te swoje pierwsze koty… Patrycja rzeczywiście wypadła jak gwiazda, na 20 punktów zdobyła 14. Natomiast pozostałe dwie kompletna klapa, jedna 0/20, druga 4/20. Wstyd, płacz i tyle wszystkiego gdy trzeba było przedstawić testy do podpisu Marianne, która jest opiekunką dzieci. Patrycja najmniejsza, najdrobniejsza, chucherko kompletne, stała z taka miną jakby też była czegoś winna, zupełnie nie wyglądała na bohaterkę mimo, że jej gratulowano i podziwiano. Taka mała ale sprytna myszka, jej postura może zmylić ale po krótkim poznaniu widać, że umie walczyć skutecznie o swoje i gotowa jest „przywalić” przeciwnikowi choć z pozoru nie ma szans, nie odstrasza jej ani wielkość ani wiek adwersarza. Podziw dla Patrycji jest podwójny. Pierwszy za to, że taka niepozorna i „zmylająca” przeciwnika, drugi, za to, że w takich warunkach, taki rezultat. Patrycja jak reszta dzieci około piątej rano jest już na swoich malutkich nóżkach. Najpierw musi zejść z „pierwszego piętra” łóżka, ubrać sie choć jeszcze ciemno i zimno (a tak zimno jest rano, nawet 11 st.) Znaleźć ubranie szkolne, trochę się ochlapać wodą, przygotować swój mocno nadwyrężony tornisterek (najpierw przeznaczyłam go do kasacji tak fatalnie wyglądał, potem jednak pozszywałam i jakoś żyje). O szóstej Msza, przebieranie do szkoły, ostatnie porządki i wymarsz do szkoły, na 7:30. Na szczęście nie daleko, ale to dla mnie, jednak dla takiego 7-letniego człowieczka droga wydaje się dłuższa. W szkole cały dzień do prawie szesnastej. W domu trochę zabawy, drobne pranie, mycie się i czas na odrabianie lekcji. O 17:30 codzienny różaniec, cała część, czyli jak to się u nas mówi 50 „zdrowasiek”. Tego Patrycja najczęściej nie wytrzymuje, monotonny, jednostajny rytm modlitwy skutecznie staje się kołysanką, która pozostawia ją uśpioną na ławeczce. Budzi się dopiero zapachem jedzenia. Myślicie może, że w rozkładzie dnia Patrycji coś pominęłam, wypadło śniadanie i obiad? Ależ nie! Ten wieczorny posiłek to pierwszy i jedyny w ciągu całego dnia, może coś uda się zjeść rano albo po lekcjach, ale nie jest to planowane. Obrońcy wszystkich biednych i uciśnionych pewnie kipieli by z oburzenia. No cóż, tu tak jest drodzy Państwo, nie wszystkie dzieci w tym kraju mają nawet ten jeden posiłek. Nasze, zapewniam na umierające z głodu nie wyglądają. Nauka jeszcze trwa do ok. 22. Jak to wygląda? Jeden na kolanie, drugi na ławce zeszyt sam na posadzce, trzeci przy jedynym stole i tak na zmianę. Nie ma tyle stołów ani krzeseł. Pokoje 3X3m dla trojga albo nawet czworga dzieci nie nadają się do nauki, nawet nie ma w nich stołów. To kolejna bolączka Foyer Saint Dominique, miejsce i warunki do nauki. A szkoła to naprawdę priorytet dla o. Darka, dzieci posyłane są do różnych szkół czasem nawet odległych, aby zapewnić im najlepszy start i życie. Nie wszystkie szkoły są bezpłatne a nawet w tych bezpłatnych ciągle trzeba za coś płacić (to akurat bardzo dobrze znamy z naszego kraju) – także w sprawie podręczników, które są jeszcze droższe niż w Polsce. Tak oto, opisałam dzisiejszy szkolny dzień z akcentem na Patrycję. Mam nadzieję, że jeśli to czytasz, to masz komputer, ładne biurko czy stolik, przyzwoite krzesło lub fotel, nocną lampkę, miękki dywan i całą resztę niezbędnych przedmiotów. I bardzo dobrze, i tak ma być, to prawo każdego z nas, na to ciężko pracujemy. Mamy jednak jeszcze jedno prawo, nie obowiązek ale prawo, wolnego człowieka do tego aby się swoimi dobrami podzielić. Nikt nie może nam tego nakazać, to prawo naszej wolnej woli i prawo godności każdego z nas. Możesz skorzystać z tego prawa i pomóc Patrycji oraz jej koleżankom i kolegom, jej rodzinie, bo tu wszyscy są jak rodzina. Akurat Patrycja jest półsierotą bez mamy, ojciec ma nową rodzinę i jej nie chce. Możesz też stać się jej rodziną przez pomoc albo adopcję serca (zobacz jak na naszej stronę www.misja-kamerun.pl). A niech tam, Twoje pierwsze koty niech też pójdą za płoty, skorzystaj ze swojego prawa do pomocy.

WIATR I SŁOŃCE

Tego już dosyć.
Kolejna gwiazda przyniosła test z wynikiem 1/20. Tym razem dokładniej mówiąc to gwiazdor, i wcale nie jest to zabłąkany przedwcześnie jegomość w czerwonym paltociku i czapeczce oraz workiem prezentów pod pachą.
Co robić więc z tą plagą nieuctwa i braku zapału? Przygotować lepsze kije do wbijania wiedzy poprzez odpowiednią część ciała? Wydłużyć czas nauki?
Jaką groźbą czy karą mobilizować to oporne na wiedzę towarzystwo?
Zrobiliśmy burzę mózgów. Burza jak to burza, zapowiada się tu a pojawia gdzie indziej. Może więc nie karać ale nagradzać?
Na początek zorganizujemy wielki konkurs na mistrza tabliczki mnożenia.
Jako, że matematyka królową nauk, od jaśnie pani zaczniemy walkę o edukację naszych dzieci. Sprawdziłam już ich wiedzę w tym temacie, słowa tabliczka mnożenia sa znane, reszta już mniej. Po półgodzinie od rozdania kartek z przykładami mnożenia w zakresie do 4, przyniesiono mi napisane wyniki ale i te nie zawsze były prawidłowe.
Każdy dostał więc zeszyt z zapisanymi działaniami w zakresie do 100 i nakaz nauczenia na pamięć. Biedaki i owszem nad zeszytami siedzą, ale z głowa raczej w chmurach niż w liczbach. Stąd konieczność burzy mózgów i decyzja o konkursie i nagrodzie dla zwycięzcy. Nagroda dość przyziemmna, niezbyt wyrafinowana ale miejmy nadzieję, że będzie skuteczna. Jeden tysiąc tutejszych franków czyli ok 6,5pln. Nasze dzieci nie dostają kieszonkowego więc będzie to dla nich wielka radość móc samodzielnie zagospodarować taką kwotą a dodatkowo będą się uczyły jaka jest wartośc pieniądza. Gdy wszystko co potrzebne tylko dostają nie wiedzą ile to wymaga wysiłku i pracy.
Dla trzech najstarszych dziewcząt będzie konkurs, gdzie wygrana już odpowiednio 10 tys. Fanków. Mamy tu problem z utrzymaniem czystości, w pokojach i na zewnątrz budynku. Zadaniem dziewczyn będzie więc przez tydzień każda, pilnowanie aby zawsze było czysto. Która ten porządek najlepiej wyegzekwuje, ta wygra.
Średniaki, czyli nastolatki też nie mogą być poszkodowane. Dla nich konkurs z wiedzy religijnej. Wiszą tu na ścianie teksty dziesięciu przykazań, sakramentów, akt wiary nadziei i milości. Też opornie bardzo przyswajane. Będzie więc okazja do przyspieszenia- warta 2tys. Franków.
Jeśli to poskutkuje zaczniemy wdrażać tę metodę nagradzania i rywalizacji zarazem.
Pamiętam kiedys w nasej polskiej TV, oglądałam taki krótki filmik animowany.
Wiatr i słońce załozyli się widząc człowieka w płaszczu idącego drogą, kto będzie w stanie szybciej i skuteczniej nakłonić go aby płaszcz zdjął.
Rozpoczął wiatr, dmuchał, gwizdał, czlowiek się przewracał, kulił, chował głowe w płaszcz, wreszcie usiadł, cały się otulił płaszczem i próbował w ten sposób przetrwać nawałnicę. Udało się, bezsilny wiatr szalał jeszcze ale w końcu musiał ustąpić.
Potem wyszło sońce i zaczęło coraz mocniej i mocniej przygrzewać. Skulony człowiek wyprostował się, przeciagnął, zdjał wreszcie płaszcz. Było już zbyt ciepło aby dalej w nim siedzieć. Czlowiek położył płaszcz na trawie, sam sie na nim wyciągnął i grzał się na słońcu.
Dla mnie ta historyjka miała zawsze taki wydźwięk, że wygrać można tylko dobrem, a nie zlem, nagrodą , a nie karą. Z tym, że wszystko trzeba mądrze rozważyć i wybrać nagrody naprawdę mobilizujące i uczące dobrego.
Tym razem zadam pytanie. Co o tym myślisz? Podziel się z nami.
Jak widzisz taką metodę w przypadku naszych dzieci?
Może masz jakiś inny bardziej skuteczny sposób i pomysł?

HAUT COUTURE

Dziś będzie o modzie. Na szczęście nie wypowiem się na temat sezonu jesień-zima w Paryżu czy Mediolanie, ale może co nieco o sezonie przełomu pory deszczowo-suchej w Yaounde.
Zacznę od głowy, czyli rzecz o fryzurach. Głowa jest tu bardzo ważną częścią ciała i słusznie, myślę nawet, że najważniejszą. Wnioskuję to po:
a). Ilości salonów fryzjerskich
b). Niezliczonej ilości przeróżnych spotykanych fryzur.
Nazwa salon to może zbyt dużo, choć właśnie takie nazwy widnieją. Najczęściej bowiem jest to malutki pokoik, w którym siedzi pani i może bez przesady ma dwa grzebienie. W tych fryzurach zresztą nie o grzebienie chodzi. Żadnej umywalki też tam nie uświadczysz, bo i ta zupełnie niepotrzebna.
No to co u licha potrzebne?
Głowa cudza, znaczy klientki – o to co na pewno. Jakość włosów, długość włosów, też nie ma znaczenia. Przychodzisz z krótkimi, wychodzisz z włosem powiewającym do pasa. Tu w zabiegach liczy się głównie: czas, cierpliwość i zasobność portfela.
Można wpaść do salonu na szybkie uczesanie, czyli zaplecenie na całej głowie cienkich warkoczyków, cienkich z racji tutejszych włosów. Kobiety tu najczęściej mają włosy liche, tylko rozczesane wyglądają jak przysłowiowe już „ jakby piorun w miotłę strzelił” – dosłownie bardzo. Trzeba więc je okiełznać. Te warkoczyki to sposób najprostszy i najtańszy. Ale klientka, może zechcieć wyjść z włosami do pasa, wtedy musi mieć czas, cierpliwość i kasę. Taką fryzurę można robić pół dnia. Potrzebne są obce cieniutkie warkoczyki, które wplata się we własne włosy. Obce tzn. Albo sztuczne albo z włosów prawdziwych sprowadzanych najczęściej z Brazylii.
Warkoczyki mogą mieć różne kolory, fryzura wtedy też jest kolorowa, ale nie upstrzona wszystko na raz lecz albo cała fioletowa, blond, rudy itd. Nigdy bym nie powiedziała, że tu tyle blondynek chodzi po ulicach, to bardzo tu modny i ceniony kolor, trudno się dziwić.
Jeśli ktoś nie chce warkoczyków, bo to bardziej prymitywne rozwiązanie może doczepiać włosy proste. Jest to tak zrobione, że na pierwszy rzut oka nie widać, że to sztuczne włosy. Są więc tu rusałki z długimi prostymi włosami, krótkimi też prostymi w różnych kolorach a wszystko jest właśnie doczepiane. Nie jest to żadne prostowanie, bo ich włosów się nie wyprostuje, poza tym te włosy są naprawdę wyjątkowo cienkie, słabe, takie kędzierzawe piórka. Doczepione zaś włosy są sztywne i nawet długie są jak czapy. Nie są to niestety nasze delikatne, lejące się wręcz, słowiańskie włosy.
Nigdy nie pomyślałabym, że tyle można wycudować na głowie. My jesteśmy pod tym względem kopciuszkami, u nas robi się tyle przedziwnych zabiegów i zmian ale nie umywa się do tego co widzę tutaj, biorąc pod uwagę jakość włosa.
Panowie nie są już tak wymagający i tu jeszcze niczym nie byłam zaskoczona.
Młodsze dzieci, dziewczynki jak i chłopcy często są obcięci do skóry, ze względów głównie higienicznych. Nasze niamaniama tak właśnie wyglądają poza Michu, która ma zdecydowanie najładniejsze włosy ze wszystkich w ogóle. Małe dziewczynki noszą też śmieszne fryzurki, dużo sterczących warkoczyków wyglądają jak kosmitki albo jeżyki.
Jeśli chodzi o garderobę, tu też istnieje podział na pret-a-porter czyli ubrania seryjne współczesne oraz stroje tradycyjne. Ta współczesna podobna do spotykanej u nas na ulicach, bardziej może monotonna , gorsza jakościowo i mniej wyrafinowana.
Jednakże na pewno kobiety chcą tu być kobiece i lubią to podkreślać. Zdecydowanie nie ma tu tzw. Babo-chłopów, czyli kobiet niezdecydowanych, w która stronę wyruszyć bardziej męską czy damską. U nas niestety plaga ta coraz bardziej się rozszerza i wędruje do nas z bardzo już babo-chłopskiego zachodu, szczególnie z Niemiec, gdzie jest to ulubiony styl wielu pań.
Drugi styl tradycyjny, to suknia zwana kaba. Z wzorzystych, bardzo kolorowych, afrykańskich deseni. Kaba jest szeroka, góra to krótki staniczek a dalej namarszczony i szeroki dół. Wygląda to podobnie jak suknia ciążowa. Ma krótki rękawek albo bez. Muszę się pochwalić, że będę szczęśliwą posiadaczką kaby. Już zdjęto ze mnie miarę. Wybieram się bowiem na ślub i wesele i kaba jest wtedy obowiązkowa. Finansuje to dla wszystkich gości pan młody, podobnie jak ubiór dla mężczyzn.
Tak trafiłam do mężczyzn. Otóż ich strojem tradycyjnym jest taki wzorzysty garniturek. Z tego samego materiału koszula z krótkim rękawem, bez kołnierza i nierozpinana oraz spodnie. Jak dla nas przypomina to … piżamę. Oprócz strojów tradycyjnych, panowie noszą się podobnie jak u nas. Wszystko zależy od zasobności portfela i gustu. Jako, że to stolica, czyli różne urzędy, widuje się dużo mężczyzn w garniturach. To już właściwie koniec tej opowiastki o modzie. Może jeszcze kilka słów o stroju szkolnym. Dzieci i młodzież szkolna do 14 lat to ważna część społeczeństwa Kamerunu, bo jest ich aż 41%. Każda szkoła ma swój strój, są one śliczne , kolorowe, proste i bardzo wdzięczne. Dla dziewczynek może to być bluzka i bezrękawnik albo sukienka. Różne fasony i kolory nawet różowe,pomarańczowe, jedno i dwukolorowe. Dla chłopców koszula i spodnie i też różne kolory te same co dziewczęta. Rano gdy wszystkie dzieci idą do szkoły widok jest, zapewniam przepiękny. Od razu widać kto jest uczniem i z jakiej szkoły.
W tej sprawie zapraszam naszych decydentów z Ministerstwa Oświaty na wycieczkę do Kamerunu – wiele by się nauczyli.

ESTETKA I FINISTERRA

Lubię piękno wokół siebie. Piękne wnętrza i przedmioty, szlachetne tkaniny, cenne bibeloty. Zawse też lubiłam sama kształtować moje otoczenie, od dawna interesuję się modą i stylami wnętrz, wszelkimi nowinkami w sztuce wystroju wnętrz. Sama maluję meble, zajmuje się tapicerką, decoupagem, techniką malowania shaby chic. Sama szyję,dziergam, wyszywam, projektuję. Przed wyjazdem szykowałam się na warsztaty witrażu ale odłożyłam to na później. Tak więc jestem na pewno estetką. Co więc ta estetka robi tu na końcu świata, bo tak dla przeciętnego Polaka na pewno jawi się Kamerun?
To inna historyjka i na inną opowiastkę dla wytrwałych podglądaczy tego co się u nas dzieje.
W każdym razie każdemu estecie skrzydełka tu szybko opadają. Biedak patrzy i oczom nie wierzy i ciągle sobie zadaje pytanie, ale nie czy to jest miłość czy to jest kochanie jak w piosence Marka Grechuty, tylko „co ja tutaj robię”, jak śpiewają Elektryczne Gitary; co to za bajka, jaka zła wróżka mnie tu przeniosła?
Estetka po przyjeździe dostaje pokój do swojej dyspozycji na czas pobytu, 2,5X2,5m, małe okienko z drewnianymi szprosami, regalik z bambusa, stolik ze zwykłych desek nieoszlifowanych, pomalowany jedynie na błękitno. Krzesło plastikowe, łoże małżeńskie w stanie użytecznym, materac, cienki sama gąbka, prześcieradło, dwa cienkie śpiwory. Jedna czynna jarzeniówka. Dodatkowe wyposażenie: mysz sztuk-1, pająk, karaluchy słusznej budowy, muchy, komary, insekty nierozpoznawalne, sztuk – ilość nieoszacowana. Podłoga – wylany i wygładzony beton z wyraźnymi wżarciami czerwonej ziemi, aha i miotła z rózeg. Sufit jest, jedno gniazdko elektryczne także. Estetka zadziwiona i zaniepokojona, a gdzie łazienka, a gdzie toaleta? A jakże, gospodarz czyli O. Darek jest nadzwyczaj uprzejmy prowadzi do toalety i łazienki według życzenia. 2 w 1, no cóż może być i tak, ale zaraz? Żółta, plastikowa kotarka w drewniano murowanym baraczku. Nawet płytki do połowy ściany, dziura w posadzce, także płytki. Wiadra z wodą i czerpaczek, czyli umywalka + bateria + prysznic. Gwoździe solidnej wielkości jako wieszaczki i wszechobecne muchy bo pomieszczenie jest otwarte i nic nie utrudnia im wlatywania. Oto więc łazienka z toaletą, chcesz załatwiasz sprawy, chcesz nad tym samym się myjesz i woda od razu ścieka. Proste, łatwe ale czy przyjemne ? Estetka stoi nieco wystraszona, czy to taki nowy design? A autor tego dzieła czy chociaż on znany i uznany?
Tak oto pokój i łazienka przedstawione. Zostaje kuchnia, salon i cały budynek z pokojami dzieci.
Kuchnie są dwie, o to luksusowo. A mianowicie? Tak, mianowicie pierwsza kuchnia z desek nieoszlifowanych na zewnątrz, druga przedłużenie pierwszej w formie wiaty z miejscem na palenisko. W kuchni zamkniętej kuchenka dwupalnikowa z butlą na gaz, duża zamrażarka, półki z desek nieoszlifowanych. Na nich garnki, talerze, sztućce w pojemniku, w workach różne ziarna, przyprawy. W kuchni otwartej też parę półek z desek, też garnki, obok drewno, do porąbania. Niedaleko beczki z wodą do prania i mycia naczyń. Woda do nich nabierana jest ze studni. To są więc kuchnie. Teraz oglądanie pokojów dzieci. Gospodarz pokazuje to co się kryje za kolejnymi drzwiami. W każdym pokoju łóżka trzy-poziomowe, duży surowy regał z takich samych desek jak wszystko inne. Czasem w pokoju jest stół czasem nie ma. Materace na łózkach, cienkie z samej gąbki, cienkie śpiwory a i tak już sfatygowane. Na regałach ułożone ubrania,czyste w jednym miejscu brudne w drugim. Ubrania dzieci mają swój czas świetności dawno za sobą czyli jest to tw. Second a może i third hand.
Wszystkie pokoje są podobne, jedynie te starszych dziewczynek bardziej zadbane i czyste. Jeszcze został salon, żeby nie było zaskoczenia, salon to taki sam metrażem pokój jak cała reszta. Salonowość polega jedynie na tym, że stoi w nim zestaw wypoczynkowy, sofa trzyosobowa, dwa fotele i sofa dwuosobowa, ława szklana na środku oraz przy oknie turystyczna lodówka. Tak oto całe domostwo zostało zaprezentowane. Estetka otrzymała jeszcze kostkę szarego mydła do prania uprzedzająco dla zbędnych pytań o pralkę. Jako, że ubrania, które miała na sobie były na niej przez dwie doby, najpierw poszła sprawdzić łazienkę a potem działanie pralki czyli swoich rąk.

ŚWIĘTY MARCIN W KAMERUNIE

Dziś niedziela 11 listopada, u nas już po Mszy świętej. Postanowiłam trochę się poruszać, zobaczyć co w wielkim świecie, czyli za naszą bramą. Mam chyba manię chodzenia,”pieszochod” jakiś jestem, jak się nie nachodzę i nie zmęczę to ciężko mi żyć i łatwo wtedy u mnie u smutek i przygnębienie. Świat jest poza tym pełen przeróżnych niespodzianek i nawet małe rzeczy mogą wywołać wow zachwytu, a ja lubię się zachwycać, szukam więc gdzie te zachwyty się pochowały i próbuję je wynaleźć. Wyruszyłam więc aby połączyć przyjemne z pożytecznym.
W niedzielę ruch nie różni się praktycznie od tego codziennego, nie ma dzieci idących i wracających ze szkół, ale reszta taka sama. Niedaleko nas podjechała właśnie śmieciarka i wywożą kubły ze śmieciami. O. Darek, mów, że jeszcze kilka lat temu tego nie było, na ulicach o prostu walały się śmieci gnijące i śmierdzące. Nawet nie umiem sobie tego wyobrazić bo i dziś czysto to tu nie jest.
Na ulicach więcej ludzi prawie wszyscy odświętnie ubrani, idą lub wracają z przeróżnych kościołów, zborów czy czego tam jeszcze. Idąc dalej mijam właśnie taki dom modlitwy. To jakaś sekta opierająca się na Biblii, sporo tu takich. Dziś brama otwarta i słychać śpiew. Przyjeżdżają tu różni wyznawcy, różnych religii i właśnie takich sekt i każdy ciągnie w swoją stronę. Powstają także rodzime na bazie różnych rozłamów czy też „objawień”. Jest kościół ewangelicko-augsburski czyli luterański, są wyznawcy prawosławia no i oczywiście kościół powszechny czyli rzymsko-katolicki. Katolików jest najwięcej w całym Kamerunie, biją na głowę nawet muzułmanów. Muzułmańska jest głównie północ, tu u nas przeważają katolicy.
Mijam już dobrze znane sobie miejsca, sklepiki pootwierane. W niedzielę przydrożne knajpki wcześniej niż zwykle zapraszają na łyk zimnego piwa dla ochłody.
Nie mam wyraźnego planu mojej marszruty, po prostu idę, za każdym razem staram się iść trochę dalej. Postępuję więc jak typowy kot. Nagle w mojej głowie pojawia się myśl, a może pójdę dziś do kościoła. Akurat w tym kierunku jest kościół. Tylko gdzie dokładnie? Byłam tam dwa razy z O. Darkiem, tzn. Nie w kościele ale u naszych polskich sióstr, które mieszkają vis a vis kościoła. Samochodem jednak droga wydaje się inna a teraz idę pieszo. Błądzę więc, idę za daleko, jeszcze trochę a wyjdę z miasta. No cóż trzeba wracać, bo i chmury coraz ciemniejsze. Rozglądam się jednak może ujrzę niewielką wieżyczkę kościoła, nagle jest, widzę ją, skręcam więc w stronę kościoła. Wokół sporo samochodów, drzwi otwarte. No tak, jest Msza, a to sobie wchodzę. Kościół dosyć duży, wypełniony ludźmi, wszystkie miejsca siedzące zajęte oraz balkon. Od razu czuję wzniosłą atmosferę. Dużo ministrantów i służby liturgicznej w rożnych kolorowych sukienkach, wg roli jaką kto pełni. Śpiewa chór dziecięco-młodzieżowy, także w odpowiednich strojach. Muszę zostać. Bardzo lobię obserwować to czego nie znam, jak tylko mam możliwość korzystam wszędzie gdzie tylko jestem. Coraz bardziej mi się podoba, chór ładnie śpiewa liturgia prowadzona godnie i z namaszczeniem. Wciskam się do ławki. Mimo otwartych wszystkich drzwi i wiatraków zawieszonych u sufitu, czuję jak cała się lepię i wręcz świecę od potu. Mam wrażenie, że jestem w saunie, nie ruszam się aby nie potęgować gorąca. Widzę ludzi w swetrach i szalikach. Nie wiem jak oni to robią, że z rękawów nie płynie im pot.
Staram się zachowywać jak wszyscy, jednocześnie nie mogę sobie odmówić aby nie robić zdjęć, taka okazja może się nie powtórzyć. Tak czy siak wszyscy się na mnie gapią, jestem jedyną białą, sprawdziłam. Szczególnie dla dzieci jestem atrakcją ,patrzą na mnie jak na UFO-ludka. Najśmieszniejsze jest to, że ja już w ogóle nie czuję,że jestem inna. Na ulicy spotkałam się nawet z tym,że ludzie mnie dotykali, jakby chcieli sprawdzić czy nie jestem może z białej waty. Mniejsza o to.
Msza mocno rozciągnięta, potem mnóstwo ogłoszeń, ale tu tak ma być. Uprzedził już o tym O. Darek, że kazanie to przynajmniej 40 min. Ludzie wtedy mają świadomość,że uczestniczą w czymś ważnym.
Po Mszy postanawiam zawitać do naszych sióstr, Aliny i Natalii. Dyskretnie pukam, są w domu razem z siostrą Adrianne, która była wychowanką O. Darka jeszcze w Bertoua.
Dziś święto, siostry jak zwykle przygotowane, mają nawet rogale marcińske. Dla Poznaniaków bowiem dzień św. Marcina bez rogali z białym makiem to dzień stracony. Na stole z okazji święta Odzyskania Niepodległości leży rozłożony szalik z orłem w rodzimych barwach. Piękne to, że my Polacy nawet na obczyźnie tak dalekiej pamiętamy o naszych najważniejszych momentach dziejowych/ Muszę powiedzieć, że osobiście czuję wielką dumę, że jestem Polką, że wywodzę się z tego narodu, którego historia tak pięknie wpisała się w dzieje Europy i chrześcijaństwa.
Rozmowa przy kawie i rogalach oraz wypiekach S. Natalii upływa bardzo miło. Siostry są w Kamerunie już kilka lat, były wcześniej w Bertoua i Ngaoundere. Teraz zajmują się głównie dziećmi, których rodzice przyjeżdżają do pracy w charakterze nadzoru budów bogatych ludzi. Po prostu mieszkają na tych budowach i pilnują aby nikt niczego nie ukradł. Samo przez się jasne jest, że warunki ich życia są bardzo surowe i prymitywne, ale i tak są szczęśliwi, że mają pracę. Dzieci są w różnym wieku i są bardzo zaniedbane, siostry uczą je i prowadzą szkółkę.
Nie mogę dłużej nadużywać gościnności sióstr, zwłaszcza, że jeszcze gdzieś wyjeżdżają. Umawiamy się, że w tygodniu mogę przyjść na Adorację Najświętszego Sakramentu. U nas nie ma jeszcze kaplicy. Wracam dosyć się śpiesząc bo szykuje się burza.
Dziękuję za ten piękny spacer, za tyle wrażeń co krok, dowodów Bożej – Ojcowskiej miłości.

RODZINA, ACH RODZINA

Przyjechaliśmy na …, a niech będzie, że dworzec autobusowy, chociaż tyle to ma wspólnego, że autobusy stoją. Rozjeżdżona ziemia, co jakiś czas jakiś kocioł z jedzeniem, drewniane budy, pełniące rolę barów. Przy nich drewniane, krzywe ławy z podartymi obrusami, przy nich plastikowe krzesła, różnego wzoru i koloru.
Czekamy na autobus z Bertoua, którym ma przyjechać rodzina Achilla.
Autobusu jeszcze nie ma i kiedy będzie też nie wiadomo, kupujemy więc piwo i siadamy przy „stole”. Tym razem nie podano żadnych szklanek. Szklanka to już swojego rodzaju luksus, więc nie zawsze się ją otrzymuje.
Niebawem do sąsiedniego „stolika” dosiada się rodzinka: ojciec, matka z niemowlakiem ok 3-miesięcznym i chłopczyk około 2 letni. Chłopczyk staje przy ojcu. Obydwoje rodzice są wysocy, kobieta przy tym masywna, taki babo-chłop, niczym czołg. Od razu jak ją zobaczyłam, pomyślałam sobie, że ta na biedną, zahukaną żoneczkę nie wygląda i w razie czegoś tam, swojego chłopa usadzi jednym machnięciem ręki, chociaż i on nie chuchro. Za chwilę stawiają przed nimi talerz z rybami i czymś co mi na maniok albo pataty wyglądało, do tego miska z wodą do płukania rąk. Oczywiście nie zabrakło wszechobecnego piwa. Obydwoje zaraz wzięli się do konsumpcji. Ryby i dodatek znikały szybko i rytmicznie. Dziecko stało przy ojcu, ale jakoś nikt go nie widział. Chłopczyk wyciągał rączki do ryby ale gdy już coś chwycił, za chwilę, któryś z rodziców zabierał to i sam zjadał. Następna próba małego i ponowna sytuacja, no może coś tam udało mu się polizać. Stał jednak spokojnie, może liczył, że cichutko stojąc więcej zdobędzie dla siebie. Ale to już tylko moje domysły. Ryba dalej znikała w ustach najwyraźniej głodnych dorosłych, razem ze skórą, pletwami, głową i całą resztą, aż nadziwić się nie mogłam tej gospodarności i dbałości o szczegóły. Chłopczyk dalej próbował zagospodarować coś dla siebie, raz wychodziło to lepiej, raz gorzej. Na szczęście maluch na rękach mamy, był jeszcze w tym wieku, że smażona ryba nie była w centrum jego zainteresowania. W jego interesie było aby mama zjadła jak najwięcej, a przez to zaspokoiła jego potrzeby.
W końcu ojciec jakby zainteresował się synkiem, oho pomyślałam, rychło w czas, przecież tu już prawie nic nie zostało. Oj, duża taka i nic nie rozumie, dziecku po prostu chciało się pić i dobry tatuś napoił je piwem z butelki. Mały ciągnął śmiało, najwyraźniej ten smak był już jemu dobrze znany. Talerze opustoszały, z ryb zostało parę wyssanych dobrze ości, ciągle nie mogłam wyjść z podziwu dla tej dokładności. O. Darek, nie był zdziwiony i przytoczył przykład z własnego podwórka, gdy to z podanego kurczaka nie zostaje, żadna kompletnie kosteczka. Dzieci z Foyer też mają opanowaną technikę wymiatania do czysta.
Ciekawa jestem co na to nasi rodzice, szczególnie ci, jakże przeżywający problemy ze swoimi odmawiającymi jedzenia dziećmi. Nianię naszą narodową muszą biedacy prosić o pomoc aby ich Tadka – niejadka na dobrą drogę sprowadziła i zaczął biedactwo jeść, zamiast pluć, kopać, wierzgać, no i rodziców wykańczać.
„Nie ma brzydkich kobiet, tylko wina czasem brak” – śpiewał kiedyś Shakin’Dudi. Nie, nie na mawiam do pojenia dzieci piwem jak to uczynił wspominany tatuś. Tylko może u nas rozsądku czasem brak, i od tych „dzikich” wciąż dla nas, może właśnie w pewnych sprawach trzeba było by się rozsądku uczyć.

STUDNIA BEZ DNA

Nie ukrywam, że ten artykulik ma ukryty choć może nie aż tak bardzo cel.
Będę pisała o studni, o pompie, o naszych potrzebach i będę prosiła o wsparcie finansowe i to bardzo konkretnie. Obecnie w naszym domu, w którym przebywamy wodę niezbędną dla wszystkich czerpiemy ze studni na posesji. Woda ta służy do mycia się, do prania, mycia naczyń, podłóg itp. Ma więc wielkie znaczenie jest po prostu niezbędna do życia. Aby mogła być trzeba ją wyciągać ze studni. Robią to głównie dzieci. To ich codzienny obowiązek. Przed kuchnią stoją dwie wielkie beczki na wodę, trzeba je napełnić. Także wiadra w dwóch toaleto-łazienkach muszą mieć wodę do mycia. W końcu myje się tu codziennie 20 osób więc wiadomo, że muszą być napełniane kilka razy dziennie. Ile więc razy dziennie, dzieci muszą iść do studni, wyciągać wodę i chodzić z wodą do miejsc jej rozlania? Nie ma u nas niestety żadnych Pudzianów ani innych siłaczy. Poza tym, że jest to wysiłek to dodatkowo zabieracz czasu w ciągu i tak napiętego planu dnia.
Oczywiście jest rozwiązanie. Nie piszę o wszystkich trudnościach po to aby pokazać ilu tu mamy męczenników z powodu samej wody.
Piszę po to aby prosić o wsparcie. My Polacy XXI wieku zapomnieliśmy co to znaczy problemy z wodą. Woda? Odkręcam kurek i mam jaką chcę od zimnej do gorącej. Skąd jest woda? Każde dziecko wie, że z kranu. Tu dzieci w większości kranu nie widziały i nie wiedzą co to jest.
Czy my jakoś specjalnie zasłużyliśmy na tak łatwy dostęp do wody? Na pewno nie. Po prostu mamy to szczęście, że urodziliśmy się we właściwym miejscu na kuli ziemskiej, nic innego.
Możemy jednak pomóc tym, którzy tyle szczęścia nie mieli ale mają nas chętnych do pomocy. Już tłumaczę czego pomoc konkretnie dotyczy i jak wygląda rozwiązanie, które tak bardzo ułatwi życie w Foyer.
Potrzebna jest pompa, która wypompowywałaby wodę ze studni, rury, którymi woda byłaby transportowana do wielkiego plastikowego zbiornika o pojemności 2000l wody. Zbiornik musi znajdować się na rusztowaniu metalowym o wys. 10m. Siłą grawitacji woda będzie spływała rurami odprowadzającymi na dół gdzie byłby zamontowany kran. Woda w tutejszym klimacie szybko się nagrzewa tak więc będzie ciepła, a w porze suchej nawet gorąca, gdyby zbiornik był czarny. System prosty a jakże ułatwiający życie. Ciepła woda na zawołanie. Teraz wszyscy myją się w zimnej podobnie jest z praniem, myciem garnków i talerzy. Nawet w tym klimacie zarówno mycie się jak i pranie w zimnej wodzie nie jest przyjemne, poza tym jest oczywiście mniej skuteczne.
Teraz to co najważniejsze i wstrzymuje jak na razie marzenia o ciepłej wodzie w zasadzie bieżącej. Koszt. Koszt całości to wydatek ok. 20tys. Złotych.
Właśnie taką sumę musimy zebrać aby dzisiejszym i przyszłym mieszkańcom Foyer było łatwiej. Wychodzi to obecnie jakby 1000zł na każdą osobę, o to chcemy prosić licząc na zrozumienie i dobra wolę.
Jeśli jesteś chętny pomóc, pokaż naszą stronę znajomym, przekaż tę informację do jak największej ilości ludzi, opowiedz o dzieciach w Foyer St. Dominique, razem można tak wiele. Tak jak pisałam wcześniej,- dziś Ty mnie jutro ja Tobie. Nigdy nie wiemy kiedy będziemy potrzebować pomocy i od kogo.

SKRZYDEŁKO CZY NÓŻKA

Może dobrze byłoby opowiedzieć film z Louis’em de Funes’em pod tym właśnie tytułem i problem byłby rozwiązany. Ale czy właśnie ten dylemat spędza sen z oczu naszym dzieciom? Wybrać skrzydełko czy nóżkę?
Mamy w Foyer trzy kury ale żadna z nich do gara się jeszcze nie wybiera, ani na ochotnika ani z typowania. Kurczaka, nasze dzieci, na talerzu nie widzą za często.
To co widzą? Bo o jedzeniu właśnie chciałabym napisać. Opisać ich posiłek nie jest tak trudno, boj jak już kiedyś nadmieniłam – jest on tylko jeden, takie obiado-kolacjo-śniadanie. Śniadanie w formie szybkiej czasem może się udać ale to w ramach własnej organizacji. W sobotę i niedzielę jest lepiej bo zjeść mogą nawet trzy posiłki.
Swój codzienny posiłek, dzieci przygotowują po przyjściu ze szkoły czyli ok.16. Rozpoczyna się rozpalanie paleniska w kuchni zewnętrznej. Jeśli jest woda w beczce to już dobrze, jeśli nie, to trzeba jeszcze ją ze studni zaczerpnąć i przynieść.
Częstym posiłkiem są pataty albo maniok, w różnej postaci. Pataty są gotowane, więc, najpierw trzeba je obrać, pokroić i wrzucić do wody. Ilość mus być dość znaczna bo w końcu musi wystarczyć dla dwudziestu osób. Mogą być same, albo z jakimś sosem, dodatkiem może też być ryba smażona bądź gotowana, fasola. Maniok jest gotowany jak pataty, podobnie podawany, może też być maniok suszony i mielony. Otrzymuje się wtedy mąkę, którą zalewa się wrzącą wodą, formuje coś na wzór cepelinów czyli owalnych dużych klusek. Można to jeść również z sosami czy innymi dodatkami. Dzieci bardzo to danie lubią, bo są do niego od małego przyzwyczajone. Jest szybkie do przyrządzenia i tanie. Nazywa się to kuskus, nie ma nic wspólnego z kuskusem, który my znamy. Z manioku można też jeść liście. Myje się je, drobno kroi i gotuje, dodaje się do niego rożne ostre głównie przyprawy. Można jeszcze dodać krewetki. Kamerun jest bowiem krajem krewetek ale nie tych, o których zaraz pomyślimy ale takich bardzo malutkich, które żyją tu w każdej rzece. Wymieszane z liśćmi manioku są niewidoczne a bardziej wyczuwalne. Wszystko to razem wymieszane, przypomina mi włoskie zielone pesto, i tak to danie nazywam. Ziemniaki nie są rozpowszechnione i rzadko goszczą w menu, poza tym są drogie. Często natomiast spożywany jest ryż, z fasolą, „pesto”, rybą, mielonymi orzechami arachidowymi. Moim ulubionym daniem zostały smażone plantany, lekko słodkawe w smaku. Plantany wyglądają jak banany bo właściwie nimi są. Jedzone na surowo nie są najsmaczniejsze, twarde jeszcze bardziej mączne niż te znane u nas. A tak dla ciekawości, bananów jest przeszło 200 odmian. Aż trudno nam w to uwierzyć, którzy głównie znamy jedną. Z innych owoców papaja, arbuz, ananas.
Zdarzają się także rarytasy, co do których zdania mogą być podzielone, moje całkowicie na nie. Cóż to więc za rarytasy? Bardzo proszę, np. Robaki przypominające wyglądem nasze gąsienice ale brązowe i większe. Są one suszone i mogą być spożywane w takiej postaci, ale można je też ugotować i podawać w ostrym sosie. Ponoć przysmak, niestety nie mogę potwierdzić, jako, że nie kosztowałam. Podobnie rzecz ma się z pędrakami. Tłuściutkie, żółtawe, kupuje się na targu, gdy sobie jeszcze wierzgają i kręcą się w misce. Procedura ich przyrządzania również nie jest mi znana. Jako danie finalne mogą być podawane same albo w sosie, mogą też im towarzyszyć inne robaczki np. Te omawiane poprzednio. To już zależy od zamiłowania konesera ich smaku. Ja na pewno do nich nie należę.

VANITY FAIR

Pierwszy obraz jaki się pojawia, to ludzka zbita masa, przeciskająca się między sobą w każdym możliwym kierunku. Nawet ciężko cokolwiek odróżnić czy też powiedzieć co to właściwie jest. Jakby ktoś zawołał, oto Hunowie wrócili aby niszczyć i mordować, bez zastanowienia mogłabym powiedzieć, – tak, szybko, uciekajmy.
Wzrok zaczyna się jednak przyzwyczajać, odróżniam już pewne wątki tego co przed moimi oczami. Ktoś trzyma kury za nogi, w jednej ręce kilka w drugiej też, wymachując nimi. Biedne kury wiszą głowami do dołu, nawet się nie odzywają, pewnie ledwo żyją ze strachu i wycieńczenia. Ktoś inny niesie na głowie stertę ręczników czy kocy, wyższą prawie od niego samego. Inni pędzą z taczkami, na nich jakieś worki, kartony.
My siedzimy w samochodzie i chcemy przejechać, chcemy gdzieś zaparkować, trzeba więc chyba rozjechać ten tłum, innego wyjścia nie ma. Czy w Kamerunie ludobójstwo jest prawnie dozwolone?
Achille wjeżdża w tłum bez zastanowienia, co teraz?
Krew się leje, ludzie krzyczą, fruwają ręce i nogi, czyjaś oderwana głowa uderzyła w naszą szybę?
Nic z tego, miłośnicy horrorów muszą chyba sięgnąć po inną lekturę.
Ludzie się spokojnie usuwają z drogi, taczki rozjeżdżają, ktoś szybko zwija swój przenośny straganik. Jedziemy powoli ale do przodu, nagle stajemy, Achille znalazł miejsce do zaparkowania.
Tak, znaleźliśmy się na targowisku miejskim. Urzęduje ono codziennie, dziś sobota, ludzi pewnie więcej. To o czym jechaliśmy to właściwie nie było samo targowisko ale droga dojazdowa. Ci, którzy się nie zmieścili na placu, albo których nie było stać na opłatę, kręcą się właśnie po drodze wyłapując klientów. Po drugiej stronie drogi są miniaturowe sklepiki,spożywcze, drogeryjne, gospodarstwa domowego, materiały,ubrania, nawet fryzjer. Trzy osoby wejdą i nie można się ruszyć. W jednym z nich Marianne kupuje napoje, olej jakieś worki, nie wiadomo z czym. Zaraz znajduje się chłopak z taczką i pakuje na nią zakupy. Czyli po to są taczki. Teraz będzie już wszędzie nam towarzyszył. Idziemy na plac targowy. Same warzywa i worki z czymś sypkim, jakaś drobnica. Marianne kupuje krewetki malutkie i wysuszone. To te, które znajduję potem w potrawie, którą nazwałam pesto. Idziemy po pomidory, worek kukurydzy, wszystko ląduje na taczce. Przechodzimy dalej aby kupić orzeszki arachidowe. Gdy czekam stojąc obok, widzę jak kobieta coś czyta, w książce obrazek z jakimś świętym. Przyglądam się bliżej. Kobieta odrywa wzrok od książki widząc moje zainteresowanie. Pokazuje, tak, to kameruński kandydat na ołtarze – Baba Simon. Kobieta mówi, że czyta Biblię, pokazuje też kalendarz, w którym ma zapisane czytania z dzisiejszego dnia. Bardzo dobra lektura na targu, gdy się czeka na klienta. Myślę, że można by się założyć, że w Polsce nie znalazło by się żadnego handlarza na targu z Biblią w ręce. Przecież Polska to taki porządny katolicki kraj(sic!)
Idziemy dalej, teraz kolej na cebulę białą i czerwoną oraz czosnek. Wychodzimy z tej części targu, taczka cały czas z nami. Przechodzimy na drugą stronę. Idziemy po ryby. Hala z zamrażarkami, a w nich różne ryby. Mnie przypadł do gustu karp olbrzym, obok normalny taki jak u nas. Ten olbrzym jakieś trzy czy cztery razy większy. Łypie zamrożonym okiem, a ja robię jemu zdjęcie. Na taczkę zostają załadowane dwa duże kartony z rybami.
Przyjechałam z torbą, którą miałam zawieszoną przez głowę. W pewnym momencie została mi zabrana, wzięła ją Fifi, siostra Achillea, tłumacząc, że to niebezpiecznie. Białych rabują, jeszcze kazała mi zdjąć łańcuszek z medalikiem, chociaż materialnie był prawie bez wartości. Biały to łakomy kąsek, takie tu jest ciągle myślenie, a zabrać potrafią tak szybko, że nie zauważysz.
Jeszcze raz idziemy na plac. Teraz, drewniane stoły, na nich mięso. W Kamerunie jest to głównie wołowina, wieprzowiny prawie nie ma. Marianne wybiera wielkie kawały mięsiwa, które są na drewnianym pniu rozrąbane na mniejsze kawałki. Na stole waga, taka z szalkami obok odważniki. Kiedy u nas tak było? Pamiętam z dzieciństwa, a swoje lata przecież mam. Ten niedzisiejszy dla mnie obraz też uwieczniłam aparatem.
. Idziemy jeszcze do pasmanterii po nici do wyszywania i kosmetyki. Mamy już chyba wszystko, jeszcze po drodze kapusta i papryka.
Taczka jest już wypchana po brzegi. Wreszcie dochodzimy do samochodu, gdzie wszystkie sprawunki zostają załadowane. Wsiadamy i tą samą drogą wyjeżdżamy. Kury dalej wiszą głowami do dołu, taczki jeżdżą, ktoś macha butem a na głowie ma przenośny kramik . My czasem mówimy, np. mam cały sklep na głowie (właściciel), ale przecież nic nie ma. Tu dosłownie tak jest.
Vanity fair. Targowisko próżności i różności. Wszystko ma ustalone zasady, mięso sprzedają mężczyźni, także czosnek, cebulę, ryby. Kobiety siedzą przy warzywach i owocach. Razem z nimi dzieci, obok jedna drugiej zaplata warkoczyki.
Cały dzień w upale i bałaganie. Bo ten targ to jeden wielki rozgardiasz i bałagan. Ludzie tu widać ubodzy, każdy chce coś sprzedać aby móc przeżyć.
Inni przyszli aby połowić na takich jak ja –białych – łakome kąski.
My wracamy do domu.
Jutro będzie nowy dzień i wszystko zacznie się od początku.

CZEGO JAŚ SIĘ NIE NAUCZY

Rano, gdy nasze dzieci wychodzą do szkoły, robi się kolorowo.
Jakiś specjalny blask czy też kolorowa tęcza wiedzy od nich nie bije, o to nie ma zmartwienia.
Kolorowo jest od ich szkolnych mundurków. Dziewczynki njama njama bordowe bezrękawniki i kremowe bluzeczki, chłopcy njama njama czekoladowe spodnie beżowe koszulki. Warren i Aida na zielono, kołnierze marynarskie. Sonia, pomarańczowa sukienka, Natasza i Epi, białe bluzki, chabrowe spódnice, a reszta dziewczyn niebieskie sukienki. To wyraźnie pokazuje, że chodzą do różnych szkół.
Ponad 40% społeczeństwa stanowią dzieci do 14 roku życia, czyli mieszczą się w tym uczniowie szkoły podstawowej. W części francuskiej językowej szkoła podstawowa trwa 6 lat, od 6 do 12 roku życia, w części języka i systemu angielskiego – 7lat, od 5 do 12 roku życia. Szkoła podstawowa jest obowiązkowa i bezpłatna. Jednakże nie znaczy to, że wszystkie dzieci chodzą do szkoły. Nikt przecież tego nie kontroluje i nie ma żadnych kar za nieposyłanie dzieci. Podaje się, że chodzi ponad 80% ale dokładnie nie wiadomo. Na wsiach sytuacja jest o wiele gorsza niż tu w Jaunde. Za mundurki i podręczniki też trzeba płacić, a wszystko jest droższe niż w Polsce. Pomimo dużej ilości szkół klasy są 50 i więcej osobowe, a w całej szkole potrafi być kilka tysięcy dzieci. Wydaje się to nie do przerobienia, można sobie wyobrazić bandę 60 pierwszoklasistów naraz. Bo to rzeczywiście banda, dzieci jeszcze niedostosowane, zdezorientowane. W okolicach Bertoua jak podaje O. Darek, są szkoły gdzie jest jeden nauczyciel na trzy klasy jednocześnie, a w każdej klasie setka dzieciaków. Taki nauczyciel to faktycznie kamikadze, a dzieciaki pewnie po roku nauki jeszcze nie załapały, że już chodzą do szkoły . Często bowiem miejsce to szkoły nie przypomina ale jakieś przypadkowe, akurat wolne baraki.
Założenia owszem są, testy cząstkowe także. Pisałam już o takim, w którym ujawniła się nasza gwiazdorska załoga. Założenia sobie, życie sobie jak wszędzie. Gdy się weźmie podręczniki do ręki, nawet tych maluchów, zawartość wydaje się być bardzo ambitna, niestety nie idzie w parze z ambicją uczniów, a także często, nauczycieli. Tych ciągle brakuje, nie są dobrze wynagradzani oraz wykształceni. Wielu przedmiotów nie ma. Czego uczyć np. na historii, gdy wszystko sprowadza się do niewolnictwa, kolonializmu i kilkudziesięciu lat niepodległości.
Szkoła średnia dzieli się na niższą i wyższą czyli jakby nasze gimnazja a potem licea albo technika. I tu też są pewne różnice w systemie brytyjskim i francuskim. Dotyczą jednakże głównie podziału na ilość lat szkoły średniej niższej i wyższej a nie samego zakresu materiału czy poziomu wymagań. Obydwie opcje na poziomie wyższym kończą się maturą. Szkoła średnia nie jest obowiązkowa i jest już w pełni płatna co znacznie ogranicza ilość uczniów, szczególnie na wsiach. Lekcje rozpoczynają się we wszystkich szkołach o 7:30 i kończą ok.16. W Jaunde gdzie obowiązuje system francuski, w środy lekcje trwają do 13. Sobota jest dniem wolnym.
Licea i technika na rok przed maturą mają tzw. Pre-maturę. Zakres jej obejmuje prawie to co normalna matura. W liceach trwa pięć dni od 8:00 do 16:00 i obejmuje francuski, historię, matematykę, geografię, wychowanie obywatelskie i moralne. W technikach trwa pierwszy tydzień tak jak w liceach, a drugi tydzień obejmuje przedmioty profilowe.
Na samej maturze dochodzi jeszcze język angielski oraz filozofia. Matura jest w czerwcu, wyniki są ogłaszane w sierpniu. I to jak , jeśli ktoś nie zdał albo zdał kiepsko, to lepiej żeby sobie na sierpień przygotował dobrą kryjówkę. Wyniki matur są bowiem odczytywane w radio. Codziennie zamiast normalnego programu spiker odczytuje rezultaty każdego ucznia po kolei, ze wszystkich szkół całego kraju.
Jak się już to wszystko przeżyje i dożyje, to jak kogoś stać może się kształcić dalej.
W 1962 roku powstał pierwszy uniwersytet w kraju, właśnie w Jaunde.
Obecnie są uniwersytety w kilku miastach oraz szkoły wyższe zawodowe czy techniczne. Powstały także szkoły wyższe prywatne. Szkolnictwo wyższe jest dwustopniowe tak w systemie angielskim jak i francuskim. Pierwszy stopień to licencjat, drugi magisterium. Ukończenie drugiego stopnia uprawnia do rozpoczęcia studiów doktoranckich.
Ze względu na to, że jest tak dużo ludzi młodych, średnia wieku w kraju to 18 lat, poza tym panuje wysokie bezrobocie, nawet studia nie dają żadnej gwarancji znalezienia pracy. Kamerun jest także krajem o jednym z najwyższych poziomów korupcji, na każdym szczeblu i w każdej dziedzinie. Dodatkowo normalnym tu zjawiskiem jest nepotyzm. Myślenie, że lepiej zatrudnić kogoś z rodziny, znanego sobie i sprawdzonego jest odbierane ze zrozumieniem. Nie można przy tym zapominać o wyjątkowo silnych tu więzach i zależnościach rodzinnych, zapleczem człowieka jest jego rodzina, jego klan, z którego się wywodzi.
Start życiowy naszych dzieci tym bardziej jest utrudniony. Większość jest sierotami, wszystkie pochodzą z Bertoua albo okolicznych wsi trudno wyrobić w nich potrzebę kształcenia, potrzebę zdobywania wiedzy. Owszem siadają i codziennie odrabiają lekcje, uczą się ale bardziej dlatego, że biały im kazał, że jemu jest to do czegoś potrzebne. Tu poza tym nie myśli się perspektywicznie, żyje dniem dzisiejszym. Drugi już tydzień wałkujemy tabliczkę mnożenia a rezultaty…..inny zestaw pytań proszę.

MELANCHOLIA

Dziś do obiadu cały czas pisałam przy komputerze, jak wstaję przeważnie kręci mi się w głowie i muszę chwilę odczekać. Poza tym byłam jakby to powiedzieć, zasiedziała, bo wczoraj niegdzie nie wychodziłam. A to u mnie zdecydowanie wpływa na samopoczucie. Jak ponoć Polak głodny to zły, tak u mnie jak się nie namęczę, nie nachodzę to nastrój się obniża. Wyszłam więc by naprawić nastrój. Pogoda też nie sprzyjała, niebo wisiało nisko i zapowidało burzę albo przynajmniej deszcz. Do tego jeszcze całe ciało swędzi, juz nawet nie wiem jak się drapać i gdzie najpierw. Sprawcami głównymi są robale tak małe, że prawie niewidoczne gołym okiem, ja bynajmiej ich nie widzę, za to widzę czerwone placki, które w niedługim czasie zaczynają nabrzmiewać i okrutnie swędzieć, tak, że można dziurę w ciele zrobić a potem dopiero to zauważyć.
Za bramą nie było lepiej, ba nawet gorzej, jakby mroczniej i mniej przyjaźnie. Pewne jednak elementy mijanej rzczywistości dziwnie wyostrzone, jakby narzucające się i próbujące za wszelką cenę zwrócić moją uwagę.
-Jak tu brudno i obskurnie wokół,-tak sobie myślalam idąc-przecież prawie codziennie tędy przechodzę i nie przeszkadzało mi to?
– Przecież tu śmierdzi, gnije i wala się pod nogami, czysta ohyda.
Zajęta swoimi rozmyślaniami na temat widzianego brudu, nawet nie zauważyłam, że ktoś zbliża się w moją stronę. Nie był to nikt stąd.
Tajemnicza postać na pewno była la blanche, do tego ubrana w ciemną suknię jak w ciemne myśli. Otulona szarym szalem jak mrocznym narzekaniem, biadoleniem i oskarżeniem. Niosła w ręce jakiś przezroczysty ale ciemnej barwy kamień, przez który spoglądała. Spróbowałam zaglądnąć co pokazuje. Świat w nim ciemniał jeszcze bardziej, ponurość wychodziła z niego i spogladała nieprzyjaźnie.
Melancholia, smutna, rozgoryczona pani wyniosła w swoim wiecznym niezdowoleniu i jednoczesnym fatum nieuniknionej klęski.
Jak mogłam jej nie rozpoznać od razu.? Przecież to częsta towarzyszka życia większości z nas.
Czy rozmowa z nią miała sens? Zresztą ona nie patrzyła na mnie, tylko mówiła, jakby do siebie ale myślę,że chciała być słyszana.
Monodram? występ jednego aktora?
– Jaki sens ma przebywanie tu? Po co to wszystko? Przecież to kompletna głupota, stracony czas i pieniadze. Gdzie nie wyjdziesz wszędzie brud i smród. Śmieci walają sięna każdym kroku, papiery, zgniłe odpadki. Parchate psy wylizują swoje wyliniałe ciało, pogryzione przez choroby i robactwo. Oberwane dzieciaki biegają między śmieciami. Nikomu z tych niby dorosłych nawet nie przyjdzie do głowy aby choć trochę ogarnąć miejsce swojego życia. Niczego się tu nie szanuje, jest to jest, rozwali się to cóż, może ktoś da.
– Daj, daj, bo jesteś biały to masz. Jak nie dasz to ukradnę, nie będę wiedział do czego, to zniszczę albo wyrzucę. Ale dlaczego ty masz a ja nie.
Idzie taki jeden, coś żre ( bo nie je przecież), papier w ręce. Co z nim zrobi? Naiwny człowiecze. Pod nogi sobie walnie. Tak, właśnie to zrobił. Przecież to normalne.
Proszę, stoi i sika, nawet się nie schował w bok, pod krzak jakiś, przy samej drodze stoi i sika. Czy kogoś to dziwi z przechodzących dżentelmenów, hi,hi,hi. Ależ skąd, bo jeśli tego jeszcze nie zrobili to zaraz zrobią.
A tu siedzą tłuste matrony, jedna drugiej zaplata te postrzępione resztki włosów. Włosów, jakich? nie powiem przez wrodzoną wrażliwość i kulturę. Tak samo jak nie powiem co jeszcze można by tu widzieć oprócz sikających, ale po co mówić i tak każdy wie o co chodzi.
A te ich fryzury małpie, byle na głowie, a w głowie choćby wiatr hulał. Nie ma znaczenia.
Ta z kolei dziaciaka niesie na plecach, drugi brudny i obsmarkany pędzi, a ona jescze brzuch przed sobą niesie. Każde z innym tatusiem (chołota kompletna). Przecież inaczej nie podobna, wbrew tradycji by było. A kto ma potem pomagać, biały. Przecież i tak wiadomo, że to jego wina.
Straganiara pomarańcze jakieś skapciałe sprzedaje, zdziera z nich skórę brudnymi łapami, i na brudnej ceracie rozkłada. Wokół kurz, brud i smród. Skóry od pomarańczy gdzie, a pod nogi sobie. Przecież myślenie skaża tę beztroską niczym niezmąconą tępotę.
Najgłupsi to już ci misjonarze. Nie dość, że swoje życie marnują i zdrowie tracą to jeszcze innych tumanią. Żebrząc to na łóżka, koce, materace, dach nad głową, dla tych co i tak wszystko zniszczą a swojego „dobrodzieja” okradną albo zatłuką.
Co za naiwność, sto lat minie a i tak nic się nie zmieni.
Melancholia cały czas szła obok mnie, zupełnie nie zwracjąc na mnie uwagi. Nagle skręciła w bok nie przerywając swojego monologu.
Jak tak jej słuchałam, momentami wydwało mi się, że ma rację. Przecież wszystko to co mówiła było prawdą, sama to widziałam. Jednakże nie mogłam się z nią zgodzić do końca. W głębi siebie słyszałam cichy ale wyraźny głos.
– Byłem głodny, byłem nagi, spragniony, przechodniem, byłem….
Te słowa, czy one dziś mają tę samą moc? Przecież to było dawno temu. Czy tu też są aktualne, wśród tych istot? Czy można je odrzucić i żyć spokojnie, planując kolejne wycieczki, uzupełniając pękającą w szwach szafę.
Byłem ……nie mówił – ktoś był…, jakiś obcy…, nieznany mi czarny, brudny, niedouczony, śmierdzący …!. Mówił – Byłem !.
On, Jezus, ciągle Jest, ciągle Jest obecny w każdym, we mnie, której się jakoś powiodło i w nim, czarnym i brudnym, któremu się nie powiodło.
Może trzeba lat, może jedno życie nie wystarczy, może sie nie uda i efekt będzie inny niż się chciało, może….
Powiedział też Jezus, że będzie z nami aż do skończenia świata i będzie właśnie w tym spragnionym, niedouczonym, bezdomnym i czarnym.
Dobrze, że Melancholia odeszła…..
Wróciłam do Foyer, przybiegły dzieciaki, bawią się, śmieją, będą przygotowywać kolację……

MAŁPI GAJ

Jako dziecko uwielbiałam wszelkie karuzele, huśtawki, wesołe miasteczka. Nawet w domu miałam huśtawkę zawieszoną na futrynie drzwi.
Moje dzieci też uwielbiały huśtawki i karuzele, żadnej nie pozostawiły bez wypróbowania . Czasem wydawało mi się ile można i czy koniecznie każda musi być sprawdzona, ale przecież to właśnie przywilej dzieci.
Dla nas to takie normalne wszędzie dziś pełno placów zabaw z wymyślnymi uciechami dla dzieci. Każde dziecko chyba zna karuzelę, zjeżdżalnię, godzinami może siedzieć w piaskownicy wozić piasek na wywrotkach, przesiewać na kolorowych sitach czy stworzyć sobie cukiernię z przeróznymi piaskowymi babami.
I znów to co dla nas normalne i „oklepane”, tu zupełnie nieznane.
Yaounde miasto dwumilionowe, nie ma tu żadnej karuzeli, zjeżdżalni, huśtawki, placu zabaw, trampoliny, dmuchanych zamków, wymieniać można bez końca, to czego
Tu nie ma. Większość nawet by nie wiedziała o czym mówimy, co to takiego jest? Myślenie poszło by w kierunku jedzenia bo zawsze w tym kierunku idzie. Jak dla starożytnych rzymian wszystkie drogi prowadziły do Rzymu, tak dla kameruńczyków wszelkie myślenie koncentruje się wokół jedzenia.
Wracając do uciech dziecięcych, ponoć jedynie na święta Bożego Narodzenia coś się pojawia. Co to jeszcze mam nadzieję zobaczę. Ale i tak pojawia się aby za chwilę zniknąć, a większość dzieci nawet w stolicy tego nie zobaczy i co najważniejsze nie wyprobuje, bo wejście jest płatne.
Tak więc nasze dzieci, mimo, że niektóre z nich to już 20 i 22 letnie panny i kawalerowie, nie znają huśtawek.
Przyjemność wprawiania huśtawki w ruch, prostowaniem i zginaniem nóg, aby mogła poruszać się do góry i na dół coraz to wyżej i wyżej. Gdy wiatr rozwiewa włosy, owiewa twarz i mimo czeasem strachu wciąż chce się więcej i wyżej. Potem powstaje już swoiste prześciganie
– a ja umiem, wyżej, -a ja na stojaco, – a ja „bez trzymanki”.
Pomysłowość nie zna granic.
A nasze dzieci nic. Chodzą tylko po czerwonej ziemi, nie wiedząc, że bujanie w obłokach na huśtawce jest potrzebne aby być dzieckiem, i aby potem móc zostawić swoje dzieciństwo jako spełnione i szczęśliwe, i ruszyć w stronę dorosłości.
Wczoraj jednak zaszła u nas wielka zmiana. Przełom w życiu Foyer, choć przecież dotyczy sprawy niby błachej. Mamy –małpi gaj.
O. Darek dostał kiedyś mocne żółte taśmy do wyciągania z błota samochodów, leżały niewykorzystane. Znalazly teraz swoje najlepsze zastosowanie. Zostały zamontowane na palmach na terenie ośrodka. Jedne są hustawką inne linami do chodzenia, brykania, robienia koziołków i fikołków.
No i się zaczęło. Wszyscy fruwali w obłokach, także O. Darek i ja. Fikaliśmy koziołki i huśtaliśmy się pod niebo. Nasza huśtawka jest obok studni więc prawie można do niej wskoczyć dla ochłody. Ale to chyba niezbyt mądry pomysł.
Uciechy nie było końca, jeszcze po ciemku wszyscy kręcili się koło nowej atrakcji.
Jaka radość była w tych dzieciakach, w odkrywaniu całej lekkości dzieciństwa.
Zaczną się teraz wymyślania co jeszcze można zrobić na dwóch równoległych taśmach, rozpietych na dwóch wysokościach. Już teraz wchodzili, spadali, znów kombinowali. Trzeba przyznać, coś w tym jest na rzeczy, te dzieciaki mają wyjatkową chciało by się powiedzieć „małpią” zwinność. Nie boją się przy tym ryzykować i nic ich nie odstrasza.
Myślę sobie, jakie zawody można by przeprowadzić. Może zrobić dzien sportu i wymyślić różne konkurencje, nie związane nawet z małpim gajem jak skoki w workach, biegi, konkurencje z piłką. Pomysłów jest dużo, to już to już nie będzie trudne.
Najpiekniejsza jest radość w ciemnych oczach, błysk dziecięcej beztroski.

GROCH Z KAPUSTĄ

Czasem nam Polakom wydaje się, że jesteśmy narodem, który ciągle jest gdzieś gnany i przeganiany, ze wschodu na zachód i odwrotnie, a jeszcze dodatkowo po Europie i nie tylko.
W Kamerunie te nasze wędrówki wydają się niczym. My chociaż wszyscy jesteśmy Polakami i mówimy tym samym językiem. Natomiast tu mieszanka językowa jest wręcz niewyobrażalna. Współistnieje tu ponad 200 różnych plemion, które mają własne języki i tradycje. Obejmują one 55 języków afroazjatyckich, dwa języki nilo-saharyjskiej i 173 języki niger-kongijskijskie. Większość z nich jednak już tymi językami nie mówi, a też i plemiona wymieszały się między sobą.
Występuje 5 regionalnych, grup kulturowych, zawierających grupy plemion. I tak, są zachodni górale (zwani również grassfielders), należą tu Bamileke, Bamoun oraz wiele mniejszych grup w północno-zachodniej części; przybrzeżni tropikalni leśni ludze, która to grupa obejmuje Bassa, Doula, i wiele mniejszych grup na zachód; grupę południowych tropikalnych lasów, które obejmują Beti czyli Ewondo , Eton oraz Beulou; muzułmanów części północnej, półpustynnych regionów i wyżyny centralnej, która obejmują Fulani-20% populacji; oraz Kirdi, oraz nie-muzułmanie ludów północnej pustyni i wyżyny centralnej. Na wschodzie plemiona Baya, Maka, oraz grupa 40tys. Pigmejów Baka.
W dużych miastach różnice zacierają . Małe wioski jednakże często zachowały swoją odrębność plemienną i językową.
Oczywiście prawie wszystkie języki mają tylko formę mówioną, dlatego też i zachować je w obecnych czasach było trudniej. Kamerun jak na ogólną liczbę ludności ok 18 mln, jest krajem o olbrzymiej różnorodności. Do tego dochodzi drugi tutejszy ewenement – klimat i przyroda..
O Kamerunie mówi się, że to Afryka w pigułce, bo jak żaden inny kraj ma różne ukształtowania terenu, od gór po niziny i wreszcie dostęp do oceanu, oraz różny klimat także w zależności od miejsca.
Różnorodność tę obrazuje także flaga. Trzy kolory zielony, czerwony i żółty nie są przypadkowe. Zielony to kolor lasów na południu kraju, kolor czerwony to kolor zjednoczenia z umieszczoną centralnie gwiazdą zjednoczenia i jednocześnie kolor ziemi, która tu wszędzie na „czarnym lądzie” jest jak nazwa wskazuje – czerwona, kolor żółty obrazuje sawannę północy Kamerunu.
My znajdujemy się w klimacie tropikalnym z porą deszczową i suchą co wyraźnie już zdążyłam odczuć. Właśnie pora deszczowa się kończy i niedługo deszcz pozostanie tylko marzeniem gdy wszystko zacznie powoli usychać i wszędzie będzie mnóstwo kurzu.
Wracając jednakże do ilości występujących plemion, rodzi się pytanie, skąd się ta różnorodność wzięła?
Myślenie może pójść w dwóch kierunkach; wytworzenie sytuacji, w której jeden język zaczął się różnicować ale jednocześnie musiały by się zmieniać cechy charakterystyczne ludności przebywającej na danym terenie, może poprzez mariaże z okoliczną ludnością? Niestety taka wersja nie jest niczym poparta.
Drugi kierunek to nagromadzenie na obecnym terytorium Kamerunu, ludności z różnych części Afryki. Zaraz jednak pojawia się dalsze pytanie, skąd się tu wzięli?
Wytłumaczeniem są ucieczki niewolników i migracje. Tu się chronili uciekając ze statków, innych rejonów Afryki głównie centralnej i północnej. W Jaounde istnieje instytut języków afrykańskich i ich pochodzenia. Wciąż wiele jest niewiadomych a temat ten ściąga sporą liczbę białych zainteresowanych tym problemem. Sami Afrykanie interesują się tym w mniejszym stopniu.
Dziś niektóre plemiona przetrwały w formie szczątkowej, inne rozrosły się i posiadają wewnątrz siebie ukształtowaną przez lata hierarchię. Tak jest np. Wśród plemienia Bamileke, najliczniejszej grupy etnicznej w Kamerunie -25% populacji kraju. Głównie osiedleni w dużych miastach, z nich wywodzi się swoista elita kraju, stanowią grupę zamknietą i nie dopuszczają obcych. Zajmują się głównie biznesem na większą skalę, piastują wysokie stanowiska w administracji, dzięki dbałości o wykształcenie.
W Poznaniu mieliśmy ślub kobiety Bamileke z Polakiem, który w kościele dominikańskim błogosławił O.Darek. Byli ze sobą już kilka lat, ona pracowałą jako lekarz kardiolog wykształcony w Europie, on inżynier. Rodzina też nie bardzo chciała się zgodzić na ślub z nie-bamileke, ale że to biały w końcu odpuszczono. Na przyjęciu weselnym byli Polacy oraz Jacky, wychowanka o. Darka z sierocińca w Bertua, która obecnie w Polsce studiuje położnictwo. O. Darek, mówi, że gdyby nie to, że to w Polsce nigdy Jacky nie byłaby zaproszona na żadne przyjęcie do Bamileke, pochodzi bowiem po części z plemion Kapere i Pole i to już ją kompletnie dyskwalifikuje. Kameruńczycy znają swoje miejsce w hierarchii, tego uczy się od małego. Miejsce w rodzinie, grupie wreszcie z racji pochodzenia.
Oczywiście zdarzają się udane „przebicia” do lepszej części społeczeństwa. To nie są Indie. Urodzenie nie determinuje i nie skazuje na prestiż albo zamyka całkowicie drogę do awansu społecznego. Sam prezydent kraju Paul Biya jest tego przykładem, pochodzący z plemienia Boulou i nawet w nim nie wywodzący się z bardziej zamożnej rodziny.
W dużych miastach różnice się zacierają, jednak gorzej postrzegany jest ktoś pochodzący ze wschodu czy północy. Fizyczne różnice też się zacierają, chociaż w ramach dużych plemion można rozróżnić cechy charakterystyczne. Kobiety Bamileke są otyłe i często wyższe od mężczyzn. Na pewno wyglądem wyróżniają się Pigmeje, którzy nie należą do wielkiej grupy etnicznej Bantu ( cała środkowa i południowa Afryka) zamieszkujący południową i wschodnią część kraju, oni też stoją najniżej w hierarchii międzyplemiennej.
Można powiedzieć, że system kolonialny był dla Kamerunu dobrodziejstwem. Od końca XIX do 1916 był w rękach niemieckich, natomiast potem przeszedł po części do Francji i Wielkiej Brytanii, z przewagą terytorialną pierwszej. Rozwiązało to bowiem bezkrwawo problem językowy. Dziś urzędowym jest nadal francuski i angielski. Szkoły są w dużej mierze bilingwistyczne, ale z dominacją języka kraju, do którego dana część wcześniej należała. Kamerun jest też krajem, który jest stabilny pod względem politycznym bez zamieszek na tle plemiennym czy językowym. Na pewno jest to wielki atut bardzo ceniony przez samych Kameruńczyków, którzy mogą spać spokojnie.
Choć może kilkudziesiecioletnie już rządy prezydenta Paula Biya nie wszystkim do końca się podobają, jego argument –
„ja gwarantuję wam spokojne życie bez wojen, zobaczcie tylko na kraje sąsiednie”
jest mocno przekonujący, wart utrzymania status quo nawet za cenę pewnych niedogodności

ACH, CO TO BYŁ ZA ŚLUB…

Tak, to był ślub.
Ślubowanie a potem weselicho zajęło nam cały dzień. Młodym oczywiście dużo więcej licząc wszystkie przygotowania.
O ślubie dowiedziałam się dwa tygodnie wcześniej, bo miałam mieć szytą kabę aby móc wystąpić zgodnie z afrykańską tradycją. Nie był to bynajmniej mój wymysł ale zarządzenie odgórne czyli państwa młodych dla swoich gości.
Goście panny młodej i pana młodego mają różne kaby, tzn. Z różnych materiałów aby można było odróżnić kto jest od kogo. Panowie także ubierają się w uniformy z wyznaczonego materiału, a że jest on kolorowy więc uszyte wdzianko, spodnie i nierozpinana koszula przypomina naszą piżamamę. Za materiał i uszycie płaci wedlug tradycji pan młody.
Ja miałam być ze strony panny młodej. Młodzi obydwoje są przyjaciółmi Marianne i Achilla, którzy zostali też zaproszeni na świadków.
Nasi młodzi Julienne i Yves to nie tacy całkowici nowicjusze, są razem już niezłych parę lat skoro dorobili się dwóch córeczek.
W Kamerunie to zjawisko nikogo nie dziwi, wręcz odwrotnie, można powiedzieć, że szybko zdecydowali się na ślub.
Ślub cywilny odbył się w budynku merostwa czyli naszym ratuszu.Wyznaczono godzinę 10:00. My z domu wyjechaliśmy trochę po 10, jakby dziwnie?
O. Darek od razu jednak uspokoił, że to całkiem normalne i właściwie to wychodzimy za wcześnie.
Za wcześnie? To jak wiadomo na którą? Właśnie, nie wiadomo, ale na pewno nie na wyznaczony czas, bo to dużo za wcześnie, o godzinę przynajmniej,
Sprawdziło się według przewidywań, ceremonia, rozpoczęła się ok 11:30.
Pani mer, protokolantka oraz mistrz ceremonii, dwie pary ślubowały jednocześnie.
Z ciekawostek należy podać, że Kamerun jest państwem, w którym jest dozwolona poligamia. Mer zadaje pytanie nowożeńcom, jaki rodzaj małżeństwa chcą zawrzeć. Zarówno nasza para jak i druga obecna, zdecydowali się na monogamię. Zostało to przyjęte oklaskami. Tendencje w kraju idą w kierunku monogamii i taki wybór jest milej widziany. Oczywiście jesteśmy w stolicy na wsi pewnie jest inaczej podobnie na muzułmańskiej północy. Jednakże powszechnie wiadomo, że stolica wyznacza trendy a one z czasem przyjmują się dalej.
Cała ceremonia trwała około godziny. My wróciliśmy do domu ponieważ następny etap, czyli ślub kościelny miał być o 14:00. Właściwie to nie kościelny. Panna młoda jest ewangeliczką i młodzi, zdecydowali się na ślub w zborze luterańskim.
Oczywiście nie jechaliśmy na wyznaczony czas, to już wiadomo. Byliśmy ok. 15 i wcale nie wygladało byśmy byli na ostatni moment.
Dostaliśmy potem oficjalny program uroczystości i okazało się, że ślub był wyznaczony na 15:00, czyli my byliśmy grubo za wcześnie.
Ceremonia rozpoczęła się ok. 16:00. Ładnie to wszystko przygotowane, najpierw wprowadzenie pana młodego przez jego matkę, potem wprowadzenie panny młodej przez jej brata, który jest szefem rodziny. Sypanie kwiatów przez druhny, w tym córeczki młodych, obok druhowie, wszyscy jednakowo ubrani.
Śpiewy chóru: Martin Luther, także dobry poziom. Dwaj pastorzy, duża gromadka ludzi ale smutno ogólnie. Wiadomo, my katolicy bez Eucharystii, liturgii ani rusz.
Nawet chyba sobie nie zdajemy na co dzień sprawy, ile daje Eucharystia, jaka to wielka łaska i dziedzictwo Kościoła katolickiego. Nic nie zastąpi Pana Jezusa żywego w tabernakulum, cudu przeistoczenia i możliwości spożycia Ciała Pańskiego w Komunii Świętej.
Tak więc ceremonia była długa ale nie różniła się za bardzo od tej w merostwie. W zborze młodzi także podpisywali akt ślubu, i każdy dostał swój papier. Bardzo urzędowa procedura, a ta religijna prawie niewidoczna.
Na zdjęcia przed zborem nie pozwoliła pogoda. Jakby się chmura oberwała, świata nie było widać. Na szczęście niezwykle szykowny Chrysler wiozący młodych mógł podjechać prawie pod drzwi, niestety my goście musieliśmy brnąć w niezłym czerwonym błocie. Ale kolejny etap mieliśmy za sobą.
Zostało jeszcze wesele, które według planu było przygotowane na godzinę 20:00.
Wyruszyliśmy po 21, wiadomo na czas nie ma po co. Kolejny raz sprawdziło się, uroczystość rozpoczęłą się o 23:00. Ładnie byśmy sobie poczekali, a i tak trochę się nasiedzieliśmy.
Wszystko przygotowane na modłę Europejską, wystrój, ubiory, kaby zostały zamienione na sukienki lub spodnie.
Kameruńczycy mają pewną cechę wspólną z Polakami – lubią się pokazać. Nasze porzekadło „postaw się a zastaw się” jest tu dobrze przestrzegane. Każdy chce mieć najpiekniej, najbogaciej, wyjątkowo aby zaćmić gości i aby długo mieli co opowiadać.
Co trzeba oddać Kameruńczykom, umieją się bawić, kulturalnie, bez dużej ilości alkoholu, a nawet jak piją jest spokojnie. W Kamerunie pije się ogromne ilości piwa, o każdej porze i w każdym miejscu ale wszędzie jest spokojnie.
Bardzo ciekawy jest zwyczaj wręczania prezentów podczas wesela.
Wszyscy stoją w kolejce do młodych, poruszając się w rytm muzyki postępują do przodu, jest to widowiskowe, bo każdy chce się indywidualnie zaprezentować, a do tańca każdy ma niezwykły talent.
Jest przewidziana część artystyczna gdzie zapraszani są znani artyści, u nas była m.in. piosenkarka Lynda Raymond, której przebój bez przerwy jest w radio.
Podchodzenie do bufetu też nie jest przypadkowe, najpierw młodzi, ich świadkowie, przedstawiciele rodzin, potem szedł nasz stolik, czyli byliśmy ważnymi gośćmi.
Końcowym punktem programu były tańce. Wytrwaliśmy dzielnie do 4 rano, siedząc, obserwując tancerzy oraz wymieniając swoje uwagi.
Może niedługo znów niespodziewanie dowiem się, że chcą mi szyć kabę?

DOMINIKANIN I CIZIE

O. Darek od dluższego czasu szykował się na przyjazd Ciź. Informował mnie gdzie Cizie właśnie są, słyszałam więc- są w Mali, Burkina Faso, Cizie już w Nigerii, wreszcie w Kamerunie. Chcąc nie chcąc zostałam więc wciągnięta w tę tajemniczą wizytę i byłam jej bardzo ciekawa.
No właśnie Cizie, a to dopiero? Dominikanin wyczekujący przyjazdu Ciź.
Wreszcie są, dzwonią, że są w Yaounde i trzeba wyjechać i pilotować ich dojazd na miejsce. To jedziemy, do anteny mamy przymocowaną Polską flagę, która łopocze tak mocno, że aż postrzepiły się jej brzegi.
Jedziemy niezły kawałek, rozglądając się na wszystkie strony. Widzimy ich samochód, charakterystyczny wehikuł i zawracmy aby się z nimi spotkać.
Pierwsze spotkanie dotąd znaliśmy się tylko z widzenia i to nie w rzeczywistości.
Serdeczne przywitanie, Cizie nie da się ukryć zmęczone, a właśnie chyba bardziej zmęczeni? Zmęczeni?
Tak, bo nasze Cizie to Cizia – Paweł i Zyke – Norbert i to obydwaj z ukochanego mojego Krakowa. Przywitani, to jedziemy do naszego Foyer a chłopaki z nami.
W Polsce mało znany (ja nie znałam) Cizia Zyke stał się w pewnym sensie idolem Pawła, po przeczytaniu jego przewodniej książki – „Oro” czyli – „Złoto” i drugiej „Sahara”
Historia życia Cizi wywarła na Pawle takie wrażenie, że postanowił w jakiś sposób przeżyć samemu część przygód swojego bohatera.
Co było do tego potrzebne?
Mercedes z lat 80-tych zwany potocznie beczką, do tego bialy i koniecznie kombi, bo takim właśnie podróżował Cizia Zyke. Dobry byłby jeszcze kompan bo razem wiadomo zawsze raźniej. Wiesław Michnikowski w Kabarecie Starszych Panów, śpiewał, że nawet kochać jest lepiej we dwóch, co dopiero więc podróżować i to jeszcze po Afryce. Kompan znalazł się w osobie Norberta podobnie zwariowanego na punkcie podróży i przygód. Norbert „łyknął” książkę i powiedział, może nie sakramentalne w tym przypadku ale jednak – tak.
Samochód znaleźli w Bytomiu. Po bardzo dokładnych oględzinach i wielostronnym sprawdzaniu czyli kopnięciu w przednie koło „zaklepali” kupno. Jak dobrego dokonali wyboru dowiedzieli się już w drodze powrotnej do Krakowa gdy samochodzik postanowił strzelić pierwszego focha. W ten sposób do zakupionego za niecałe 4 tys.zł Wehikułu, musieli dorzucić, bagatela jeszcze 16tys. Zł, czyli zakup rzeczywiście dobry i udany.
Najważniejsze, że Charlie był. Potem zaczęła się reszta przygotowań i wybór trasy, oczywiście z Krakowa, przez Hiszpanię, Maroko i dalej na południe przez połowę Afryki aż do Kamerunu.
Nie była to trasa prawdziwego Cizi ale nie to było najważniejsze. Poza tym Paweł i Norbert są zapalonymi motorowcami i nie raz szaleli na swoich dwóch kółkach po Afryce. Tak poznali O. Darka, który jako szczęśliwy posiadacz dwóch motorów Kawasaki, śledzi co dzieje się w motorowym światku.
Postanowiono więc wspólnie, że podróż zakończy się w Yaounde, a potem już tylko odlot do domu. Oczywiście najpierw kilkudniowy odpoczynek w Foyer.
Wypada jeszcze powiedzieć trochę o samym Cizi, skoro to taki spiritus movens.
Cizia Zyke, a właściwie Jean – Charles Zyke, pół Grek, pół Albańczyk po ojcu. Niespokojny duch, łowca przygód i awanturnik, poszukiwacz złota, handlarz dziwnymi towarami, najczęściej nielegalnymi. Raz na wozie, raz pod wozem ale to było dla niego całą frajdą. To Afryka, Azja to Ameryka Południowa i Północna, zawsze tam gdzie niebezpiecznie, bezprawnie, wbrew temu czy tamtemu, pod górę i pod prąd.
Z samej góry spadał na samo dno aby znów drapać się wyżej. Przy okazji Cizia miał talent literacki. Zaczął wiec swoje przygody opisywać. Najpierw wydał przeżycia podczas poszukiwania złota w Kostaryce, czyli „Oro”. Bardziej znane jeszcze to „ Sahara” czy „Gorączka”. Łącznie opublikowano około 20 jego książek i tak wszedł na stałe do historii. Zmarł we wrześniu ubiegłego roku, mając 62 lata.
W pełni rozumiem decyzję chłopaków bo sama też uleglam podobnemu zauroczeniu. Przeczytałam pewną książkę i dosłownie mnie „zaczarowało” na punkcie jednego z jej bohaterów. Nie musiałam co prawda kupować mercedesa ale nauczyć się komunikatywnie włoskiego i pojechać w góry Sybillini niedaleko Adriatyku bo tam mój bohater własnoręcznie odbudował z kamieni kościółek poświęając na to prawie 40 lat swojego życia.
Wracam jednak do Ciź. Szybko się u nas zadomowili, dobrze poczuli i po należnym odpoczynku jak to ciekawe świata istoty zapragnęli poznać życie w Yaounde.
A, że w Yaounde za dużo do poznawania nie ma, zaczęliśmy od zwiedzania barów. Nie robiliśmy tego dokładnie bo czasu było niewiele a na odwiedzenie wszystkich trzeba by chyba kilku lat.
Najwiekszą wyprawą była noc najpierw w kabarecie Maeve, a potem w opisywanym już clubie Safari. Znów zabawiliśmy do 5 rano i nawet hałas mi nie przeszkadzał o dziwo.
Na niedzielę postanowiliśmy jechać do Kribi, miejscowego kurortu nad oceanem, ale o tym opowiem osobno.
A co z Charlie’m?
Otóż zostaje w Foyer. Mercedes na krakowskich numerach znalazł swój dom w Kamerunie. Co by pomyśleli o tym jego kolejni właściciele?
Nie będzie jednak próżnował, już mamy dla niego zajęcie ale póki co o tym cisza.
Wymaga trochę dopieszczenia, przejechał przecież 12tys. Kilometrów w miesiąc czasu ale i tak wygląda rewelacyjnie. Jak to O. Darek mówi, – igła.
Igła przejechała pół Afryki. Co bardzo smutne to pół Afryki to ziemia wciąż będąca w stanie wojen i zamieszek. Niebezpieczny świat gdzie życie ludzkie ma małą wartość. Jak przykro to odczuć i patrzeć na niepotrzebne zniszczenia i ludzki niepokój.
Obydwaj, Cizia i Zyke stwierdzili zgodnie, że dopiero w Kamerunie poczuli się bezpiecznie. Jak cenny jest pokój, możliwość powolnego ale rozwoju. Siłą pokoju może jest własnie róznorodność, ludzie różnego pochodzenia, języków nauczyli się w Kamerunie zgodnie żyć.
A nasi bohaterowie w czasie swojej ciężkiej i nebezpiecznej podróży nauczyli się lepiej siebie. Ich przyjaźń miała swój sprawdzian, wszystko było możliwe.
Sprawdziła się, już myślą o nowej wspólnej wyprawie.
Kto teraz da do niej natchnienie?

KRASNOLUDKI, BALET, KLASA NA 100 OSÓB I PLANYODGÓRNE

W Kamerunie kończy się pierwszy semestr szkolny. Na 10 dni prze dświętami zaczynają się ferie. Tak wypada w tym roku, bo piatek to 14 grudnia. Dzieci wrócą do szkoły dopiero 3 stycznia. Nie ma żadnych ferii zimowych jak u nas ale właśnie obecny czas wolny międzysemestralny połączony ze świętami Bożego Narodzenia. Semestr kończy się egzaminem pisemnym ze wszystkich przedmiotów, obejmujący wyrywkowo cały materiał przerobiony. Nie ma żadnych ocen z poszczególnych przedmiotów, miernikiem jest test. Biada tym, którym źle poszło, ocena z obecnego testu plus test na koniec roku w czerwcu to będzie wyznacznik – witaj następna klaso czy też wyjątkowego przywiązania do klasy obecnej, np. Ktoś może już trzeci rok być w piątej klasie. Takich delikwentów trochę jest, w naszym Foyer rownież.
Mimo, że szkoła podstawowa jest obowiązkowa nikt tego nie sprawdza i wielbiciel np. Piątej klasy mający 14 lat w końcu ją opuszcza aby zająć się pracą i zarabianiem bo naukowego już z niego nie będzie.
Ten przedłużony wstęp nie ma za celu rozwijanie mojego wywodu o wielbicielach pozostania w jednej klasie dożywotnio. Będzie zupełnie o czymś innym jak to w życiu, trochę radości trochę smutku.
Z okazji zakończenia semestru i jednocześnie przedstawienia z okazji zbliżających się świąt Bożego Narodzenia, O. Darek został zaproszony do szkoly katolickiej. Oczywiście ja również, zwłaszcza, że okazałam się gościem ważnym i rokującym, ale o tym dalej.
Dyrektorka szkoły siostra Sylwia jest byłą wychowanką O. Darka z Bertoua. Znają się już 18 lat, a siostra Sylwia była wtedy młodą licealistką, przebywającą w internacie sasiadującym z domem biskupim gdzie wtedy ojciec mieszkał.
Poprzez kolejne życiowe wybory, i decyzje przełożonych „wylądowała” w końcu w szkole Saint Kisito de MvogMbi w Yaounde jako dyrektorka.
Uroczystość została zaplanowana na godzinę 9 rano, oczywiście wyjechaliśmy po 10 a byliśmy ok 10:30. Zrozumiałe jest, że jeszcze nic się nie rozpoczęło. Czekały na nas miejsca w pierwszym rzędzie obok samej siostry dyrektor.
Plac szkolny niezbyt wielki, wejście z ulicy po schodach drewnianych. Chyba schodach to za dużo powiedziane, są to przypadkowe deski róznej wielkości i maści. Myślałam , że wchodzimy na plac budowy
. Ale pomysł, jestem tu już dwa miesiące i takie myślenie? Powinnam się nieco orientować. Nie było to żadne wejście prowizoryczne na żadną budowę tylko „normalne”.
Na placu szkolnym pełno ludzi, głównie rodzice, wystające z klas i balkonów, głowy uczniów. We właściwym czasie czyli plus, minus dwie godziny, rozpoczęła się uroczystość.
Najpierw krótka modlitwa, wciągnięcie flagi Kamerunu i odśpiewanie hymnu, potem przemówienie siostry dyrektor i część artystyczna.
Wszyscy goście honorowi czyli my także dostaliśmy program uroczystości.
Zapowiadało się dosyć długie posiedzenie, bo to balet, to przedstawienie i tak na przemian.
Pierwszy punkt programu to dosłownie był „wysyp” czarnych krasnoludków. Cały plac zapelnił się malutkimi, czarnymi ludzikami w białych sukienkach lub spodenkach i koszulkach, z czerwonymi czapeczkami na główkach. Mieli to chyba być Mikołaje i Mikołajki ale mi bardziej kojarzyli się z krasnoludkami.
Małe czerwono – czarno – białe istotki, zaczęły zabawnie podrygiwać w rytm muzyki. W Afryce taniec to wyrażanie siebie już od najmłoszych lat a nawet miesięcy. Maluchy, poczucie rytmu mają we krwi, ruchy ich nie były przypadkowe ale wyraźnie odpatrzone u doroslych. Przecież tu tańczy się przy każdej okazji i taniec jest wszechobecny.
Miejsce maluszków, zajęli starsi uczniowie, zapowiedziani jako balet.
Absolutnie nie mylić z rozumianym przez nas. Nikt nie wyszedł w baletkach i nie odtańczono „Jeziora łabędzi” ani „Dziadka do orzechów”. Wybiegli w białych T-shirtach i spodniach, i też w rytm muzyki afrykańskiej pokazali swoje umiejętności wyginania się na rózne strony.
My biali nie potrafimy tego podrobić, oddzielnie tańczy brzuch, pupa, nogi, część piersiowa oraz ręce. Kompletnie nie do powtórzenia. Po tańcach młodzieży znów inwazja krasnoludków tym razem płci pięknej w różowych topach i spódniczkach w rytm kolejnego przeboju.
Jeszcze podczas tańca młodzieży, weszła krasnoludka z bukietem kwiatów i siostra dyrektor wywołała mnie do odebrania tego pięknego wyróżnienia.
Bardzo to było miłe i dalo okazję do wspólnego tańca z maluchami na tle baletu.
Dodatkowo dostałam stałe „zagospodarowanie” moich kolan. Przez pewien czas siedziały na nich nawet dwie, śliczne, małe krasnoludzice.
Trzeba koniecznie dodać, że te dzieciaki są śliczne. Potem jak dorastają róznie to wygląda ale jako dzieci są czarujace.
Zanim przyjechałam do Kamerunu, myślałam, że wszyscy czarni są podobni. Pewnie tak myśli większość białych i odwrotnie. Teraz wiem, że twarze są tak różne, zupełnie jak u nas. Nie wszyscy mają duże usta i płaskie nosy. Róznorodność jest zadziwiająca. Oczywiście nie umiem rozróznić plemion, poza niektórymi ale już bardzo charakterystycznymi z północy kraju.
Tak więc na moich kolanach siedziały małe, czarne aniołki i w ogóle się nie bały, wręcz przeciwnie, a nigdy chyba wcześniej nie widziały białej istoty.
Program arrtystyczny został urozmaicony czymś w rodzaju jasełek, odegranych przez uczniów młodszych klas, potem bylo jeszcze kilka wystepów krasnoludków i baletu.
Wreszcienastąpiło odczytanie wyników egzaminów. Słuchając tej prezentacji można było wywnioskować, że specjalnych orłów szkoła się nie dochowała. Na pewno jednak będzie kilkoro dzieci, może więcej, którym się w życiu powiedzie.
Do szkoły uczęszcza 1300 uczniów i co powiedzie się najwyżej kilkunastu? Czy to ie farsa czy też skrajna czarna wizja z mojej strony?
Ani jedno, ani drugie ale czysta statystyka.
W każdej klasie jest ok 70 i więcej uczniów. Szkola jest w biednej dzielnicy, otacza ją coś na wzór slamsów. Inny wynik jest tu niemożliwy.
Patrząc na zdjęcia szkoły nawet te robione przeze mnie absolutnie nie widać – rzeczywistości: drapanych murów, dziur, blaszanego, rozgrzanego do bólu sufitu, brudnych klas, w których małe okna, plus ilość uczniów, plus niewysokie sufity czy wspomniany blaszany dach, dają efekt sauny zupełnie nieoczekiwany w klasie szkolnej. Na dodatek dzieci przebywają w tych warunkacj od 7:30 do ok. 16. Nie można w takich warunkach wysiedzieć, a co dopiero, kojarzyć, myśleć, zapamietywać. Siedzą tak blisko siebie, że pisać może chyba co drugi.
Klasy nie mają żadnego wyposażenia poza starą, brzydką tablicą, jakich u nas nigdzie juz nie ma. Ławki to zbite z desek, nieoszlifowane i niepomalowane siedziska z blatem do pisania.
Weszłam do jednej z takich klas, okna pootwierane, drzwi także. Zresztą okna tylko dwa i to małe. Dzieciaki od razu wyskoczyły do mnie, śmieją się, machają. Nikt ich nie prosił o taki entuzjazm. Czasami zazdrość bierze jak się widzi ich radość z niczego. Wśród naszych dzieci taki spontaniczny odruch juz dawno zniknął, jaka szkoda.
Oglądając szkołę, chodząc po jej trzech kondygnacjach, mimo starań i myślę nie aż tak zduszonej, czy nieobecnej we mnie wyobraźni, nie mogę pojąć jak się tu taka ilość dzieci mieści.
Szkoła nie ma korytarza, wejście jest z zewnątrz po schodach i do klas wchodzi się z zewnetrznego balkonu. Na każdym poziomie jest pięć klas czyli razem pietnaście, jedna taka klasa to dodatkowo jakby sekretariat i pokój siostry dyrektor.
Toaleta jest na zewnątrz, to drewniana przybudówka, z której rozchodzi się niezbyt przyjemny zapach, szczerze – smród po prostu.
Patrząc na zdjęcia z naszej wizyty mozna być lekko wygłupionym To co piszę i co widać na zdjęciach trochę nie pasuje do siebie.
Jak to, piszę, że brud i smród, że bieda, a dzieci niby ze slamsów w pięknych ubrankach?
Po pierwsze jak się patrzy na ich rodziców już tej wykwintności nie widać, po drugie często to co mają na sobie to ich jedyny kapitał, wizytówka. I tak na nic nie stać to chociaż ubrać się jakos trzeba. Dom to drewniana buda z wychodkiem na zewnątrz , zresztą kto w nim siedzi, pierze się, je, siedzi, głównie na powietrzu.
Zresztą pamiętamy sami czasy gdy u nas sukienka u tzw. prywaciarza kosztowała czasami całą pensję i trzeba bylo zbierać na nią przez parę miesięcy albo dokładała się do niej cała rodzina. Tak też to wygląda tutaj.
Ostatnim punktem wizyty był poczęstunek, przygotowany w jednej z klas. Czekał zastawiony stół z tradycyjnym menu poczęstunkowym: ryżem, kurczakiem, rybą, plantanami, owocami, piwem, colą i wodą.
Siostra dyrektor poza rolą dyrektorki pełni chyba także funkcję kelnerki bo cały czas gdzieś biega i przynosi kolejne potrawy, zachęca do jedzenia. Wreszcie trochę mogła usiąść przy nas, do mnie mówi trochę po polsku, pamięta jeszcze jak była młodą dziewczyną. Niezwykła.
Ojciec Darek prostuje potem, abym nie myślała, że kwiaty dostałam ot tak. Po prostu zainwestowano we mnie licząc, że znajdę pomoc dla szkoły i dzieci.
Pomoc, ale gdzie?
Gdzie? To może nie moje zmartwienie na teraz. Skoro „ Góra” zadbała o to, żebym się tu znalazła to ma swój cel i ma już to gdzieś, i ludzi, i środki, ja najwyżej będę musiała to wszystko powiązać. Jak to w życiu bywa.

AFRYKAŃSKIE BOŻE NARODZENIE

Był już Adwent, a wciąż nie dochodziło do mnie, że to grudzień i niedługo Boże Narodzenie. Nawet nasza codzienna msza była jakby adwentowa. Sprawowana o godzinie szóstej rano mogłaby być roratami, ale palmy obok i to nie w doniczce. Z drugiej strony nasza tzw. atmosfera przedświąteczna nie miała do mnie dostępu co było swoistym dobrem. Myślę tu atmosferze przedświątecznych zakupów, szału reklam, prześcigania się w zakupowym amoku.
Tu na ulicach o zbliżających się świętach przypominały mrugające gdzieniegdzie kolorowe lampki. Domokrążny sprzedawca, w czerwonej czapce z białym pomponem oraz sztuczną choinką w rękach. Akurat nasza część kraju jest w przeważającej mierze katolicka ewentualnie ogólnie mówiąc chrześcijańska. Zupełnie inaczej wyglądało by na północy gdzie mieszkają muzułmanie, tam zbliżających się świąt nie byłoby widać w ogóle.
Na parę dni przed Wigilią zagościły u nas kolorowe lampki nad oknami budynku. Na zewnętrznej ścianie kuchni, kolorowe gałązki choinki utworzonej z lampek. Dzień przed Wigilią pojawiła się palmowa choinka, z prawdziwymi bombkami, światełkami nawet malutkim, polskim żłóbkiem. Zaczynało być coraz bardziej świątecznie, tak jak się to w naszych polskich głowach przez lata wyobraża. Chociaż Boże Narodzenie bliższe jest palmie niż świerkowi oraz ciepłej porze roku niż krajobrazowi z bałwankiem i płatkami śniegu oraz świętym Mikołajem pędzącym na saniach, które ciągną renifery. Zresztą święty Mikołaj biskup z Hipony dawno przestał być święty, zamiast biskupiego infuału została mu czerwona czapka z pomponem, jakiś bliżej nieokreślony czerwony płaszcz z białym futerkiem i kij zamiast pastorału biskupiego. Do tego sanie i renifery przeniosły tego dziwnego przebierańca w śnieżną krainę Norwegii. Po pierwowzorze zostało mu imię i to, że chętnie rozdaje prezenty, lubiąc uszczęśliwiać ludzi.
W tygodniu pojechałyśmy z Marianne na targ po prezenty dla dzieciaków. Jest tu zwyczaj, że prezentem są nowe ubrania, które potem się dumnie obnosi przez święta. Zakupione zostały sukienki dla młodszych dziewczynek ora spodnie i koszulki dla młodszych chłopców. Nowe to tu przeważnie chińskie i to bardzo drogie. To samo u nas kosztuje grosze i nie wzbudza prawie żadnego zainteresowania. Tu jest przejawem dobrego statusu i pewnego prestiżu. Jak porównać to z przeciętnymi zarobkami to wychodzi prawdziwy koszmar. Jeśli znajoma nauczycielka zarabia 40 tys. fcfa a my zapłaciłyśmy 70tys cf to prawie jej dwie pensje. Ona akurat ma sześcioro dzieci, tyle dla ilu my kupowałyśmy. Wszystko jasne.
Starsze dzieciaki dostały pieniądze i same mogły sobie wybrać co chcą kupić. Nasze panny były wręcz wniebowzięte, zaraz zagospodarowały gotówkę i pokazywały potem swoje niezwykłe „łupy”. Ojciec Darek w roli św. Mikołaja zaopatrzył jeszcze całe towarzystwo w nowe buty, także wszyscy zostali ubrani w nowe rzeczy rzeczywiście od stóp do głów.
Na parę dni przed świętami zostały zrobione duże zakupy. Z Bertoua przywieziony został żywy prosiak i bynajmniej nie miał być gościem na wieczerzy. Jeszcze tego samego dnia został zaszlachtowany co tu dużo mówić w niezbyt już dla nas do przyjęcia sposób. Jednak jesteśmy w Afryce i nie wszystkie nasze zwyczaje i preferowane metody tu dotarły. Jedne dobrze, że nie, inne szkoda, że nie. Afryka w przeciwieństwie do Europy ma czas i czas nie jest w niej wart pieniędzy.
W samą Wigilię trwało już od samego rana na całego gotowanie i pichcenie. Na święta przyjechało czterech chłopaków z Bertoua oraz mała Jolanta, córka siostry Marianne. Do tego dwie mamy, mama Marianne i Achilla. I to mamy, dziewczyny oraz jak zwykle Jaśka czyli Jeanne, przejęły rządy w kuchni. Zresztą mężczyźni, a nawet chłopcy nie przekroczą za nic progu kuchni. To królestwo kobiet i dla płci tej niezbyt ponoć pięknej byłby to swoisty dyshonor. Honorowo za to jest przesiadywać w barze nad butelką piwa, choćby przez cały dzień.
Pasterka u nas zaczęła się o godzinie dwudziestej. Nie ma tu zwyczaju czekania do pierwszej gwiazdki z wieczerzą wigilijną. Wszystko wygląda inaczej. Msza była bardzo uroczysta, dzień wcześniej pod wodzą Marianne wszyscy ćwiczyli śpiewy. Bardzo lubię to tutejsze śpiewanie. Część jest w rodzimym języku, do tego bęben, a raczej pełniący jego rolę plastikowy, pusty kanister na wodę oraz tamburyno. Główne części śpiewa Marianne solo, swoim lekko ochrypłym jak dla mnie pasującym niezwykle afrykańskim głosem. Mimo, że tutejsza pasterka całkowicie nie przypominała naszej bardzo mi się podobała, te niezwykłe śpiewy światła lampek, palmowa choinka, czytania mszalne, nie było wątpliwości, że jesteśmy tu po to aby cieszyć i witać mającego się narodzić Pana Jezusa. Pasterka na podwórku, ciepłe powietrze, towarzystwo palm, rozgwieżdżone niebo. Tak musiało wyglądać prawdziwe narodzenia Pana Jezusa.
Jeszcze w czasie mszy o. Darek złożył wszystkim zebranym życzenia świąteczne a zaraz po niej zachęcił do świętowania. Do tego w tym kraju nie trzeba dwa razy zapraszać. Radosne okrzyki, śpiewy i taniec, aż nad wyraz pokazywały, że gotowość do świętowania jest w pełni. Zaczęło się ustawianie stołów, przynoszenie potraw. Nie można się było spodziewać żadnej nam znanej ale tym bardziej było ciekawie. Była co prawda smażona ryba ale zupełnie nieznana, szaszłyki, pieczony kurczak i mięso z prosiaka, który tu zakończył swoje życie, zresztą podobnie jak kury. Frytki do tego moje teraz ulubione smażone plantany, jakieś siekane liście z przyprawami, mogę podejrzewać, że był to maniok, który rośnie nawet za naszym płotem, wszechobecny pimont aby dodać ostrego, afrykańskiego smaku wszystkim potrawom. Potrawy stoją na jednym stole, najpierw podchodzą osoby najbardziej uprzywilejowane, aby mogły wybrać sobie najlepsze kawałki, potem ci mniej uprzywilejowani. Dzieciom potrawy zostały nakładane na talerze i tym razem każdy miał swój talerz ale maluchy i tak siedziały na posadzce, to ich ulubione miejsce. Był także gość –przybysz, pan nadzorujący sąsiednią budowę, mieszkający na jej terenie, dla niego to pewnie pierwsza i ostatnia Wigilia, jest bowiem bardzo chory.
Po jedzeniu zaczęły się tańce, to chyba druga ulubiona czynność w Afryce zaraz po jedzeniu. Każdy tańczył na swój sposób. Te rytmy i atmosfera udzieliły się także mnie, zaczęłam pląsać tak jak umiałam, na szczęście w tym jest kompletna dowolność.
Biesiadowanie i tańce trwały jeszcze po północy. Nasze dziewczyny były na pewno szczęśliwe, że mają wreszcie odpowiednie towarzystwo do tańca. Dziewczyny bardzo lubią się stroić, w czasie wieczoru przebierały się kilka razy. Nie mogłam nadążyć za zapamiętywaniem kto jak w danej chwili wygląda, może tej trudności sprzyjało jeszcze wszechobecne piwo. Dziś był go nie tylko dostatek w ilości ale nawet w różnorodności. Jest w Kamerunie duży wybór tego trunku, rodzimej produkcji ale także holenderskiej np. Amstel i irlandzkiej np. Guiness, których produkcja jest dokładnie nadzorowana przez przedstawicieli producentów, także nie odbiega niczym od produkowanych w krajach pochodzenia.
Mogę śmiało powiedzieć, że była to jedna z piękniejszych moich Wigilii. Oczywiście, że brakowało mi moich najbliższych, tych żywych i tych, którzy już odeszli, byłam cały czas z nimi modlitwą i sercem. Jednakże widok radosnych dzieci, z których większość nie ma rodziców albo jednego z nich, a które znalazły tu swój dom, troskę i miłość bardzo mnie uszczęśliwiał. To dla mnie prawdziwy wymiar świąt Bożego Narodzenia. Przychodzi do nas sam Bóg, nasz Pan Jezus Chrystus jako małe bezbronne Dziecię. On sam powiedział do nas: „Wszystko co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” Mt25;40

LAWINA W CENTRUM MIASTA

Wraz z początkiem ferii świątecznych czyli już 14 grudnia, rozpoczęło się Yafe czyli Yaounde en fete ( Świąteczne Yaounde) . Swoista tutejsza atrakcja, jedyny tego rodzaju festyn w całym Kamerunie.
Dzień Narodzenia Pańskiego po Mszy świętej i posiłku, my także całą ekipą pojechaliśmy na Yafe. Ścisk był w samochodzie okrutny, mimo, że Toyota jest bardzo pakowna ale z tyłu siedziało na dwadzieścia dwie osoby, w tym tylko siedmioro mniejszych dzieci. Ściski tego wieczoru pozostał normą. Samochód na szczęście udało się zaparkować. Ruszyliśmy tłumnie w tłum. Cała główna ulica ze sławetnymi trybunami dla dostojników z prezydentem Biyą na czele stała się na te dwa tygodnie deptakiem. Rzeczywiście ludzi było tyle, że nie trudno było deptać kogoś po piętach i vice versa, samemu być dosłownie zdeptanym. Posuwaliśmy się dzielnie naprzód, licząc na moc atrakcji. Przynajmniej ja na nie liczyłam, wysłuchując wcześniej, że w tym czasie można kręcić się na karuzelach. Bowiem urządzenie takie służące w zasadzie li tylko, żeby człowiekowi się w głowie kręciło, nie jest tu znane. Myślę sobie, że wynalazek ten właściwie to nie ma tu racji bytu. Po cóż bowiem tak zmyślne urządzenie specjalnie montować, dbać o nie, konserwować, skoro stan zawrotu w głowie można osiągnąć w sposób bardziej prosty i nie trzeba się daleko wybierać, może być własny dom albo ewentualnie pobliski bar. Pobliski dosłownie, każdy mieszkaniec Yaounde ma bowiem w swojej okolicy co najmniej kilka pobliskich barów. No właśnie, ale że karuzele to przecież nie dla dorosłych ale dla dzieci, to co jakieś piwo ma do tego? Pytanie niby nie bezzasadne i całkiem logiczne ale odpowiedź na pierwszy rzut oka nie bardzo. Sama już widziałam przecież, gdy piwo podawano niespełna dwulatkowi. Młodsi przecież na karuzeli nie jeżdżą i tak czyli wszystko jasne. Nasze dzieci jednakże piwa jeszcze nie piją więc chcieliśmy im ten zawrót głowy zafundować w tradycyjnie dla dzieci, znany nam sposób.
O dziwo albo inni też tak uznali albo może chcieli w celach badawczych osobiście sprawdzić czy efekt w obydwu przypadkach jest zbliżony, bo kolejka była gigantyczna. Właściwie to już nie była kolejka tylko można powiedzieć, że ok. jedna trzecia przebywających na Yafe, stała za specjalną barierką ciągnącą się z pół kilometra a prowadzącą do kas wejściowych. Widok ten jakoś łatwo nas przekonał, że nie warto do tego tłumku dołączać. Można by ostatecznie ustalić komitet kolejkowy i starać się poprzez pilnowanie miejsca wejść jutro, ale jeśli wszyscy stojący mieli by takie zamiary to nasze wejście byłoby chyba za parę dni, więc zrezygnowaliśmy.
Poszliśmy szukać miejsca przy stolikach, aby usiąść i trochę pogapić się na ludzi popijając jakiś napój. To gapienie się wydawało się być jedyną rozrywką skoro karuzele odpadły. Miejsc jednak nie było, ale były stoły, które zaraz przyniesiono, dostawiając do nich krzesła. Także cała nasza ekipa, dwadzieścia pięć sztuk, mogła sobie spocząć. Nawet jak cały czas obiektów gapienia się nie brakowało to ile czasu można patrzeć na przesuwające się przed oczami czarne twarze. Zauważyliśmy z o. Darkiem, że są to sami młodzi ludzie. Może to odkrycie nie było na miarę Nobla, bo w kraju gdzie średnia wieku wynosi 18 lat, to jacy ludzie mieli paradować przed naszymi oczami? Jednak my sprytni Polacy znaleźliśmy sobie atrakcyjne zajęcie, szukanie osób zbliżonych wiekowo do nas. Rozpoczęliśmy polowanie. Rzeczywiście musiało to być polowanie, bo nikt taki się nie pokazywał. Normalnie myślącemu człowiekowi pochodzącego z naszych obszarów geograficznych wydaje się to niemożliwe i brzmi jak bujda. W ogromnym tłumie, łącznie może stu tysięcy osób nie można znaleźć nikogo powyżej czterdziestki? Prze chwilę się cieszyliśmy z wypatrzonych ofiar, niestety zaraz okazywało się, że to handlarze z różnych straganów, a ci się nie mogli liczyć. W końcu parę sztuk zostało wyłapanych. Frekwencję podbijał albo i nie pewien pan powyżej sześćdziesiątki, który przemaszerował przed nami ze cztery razy, ale właśnie czy tę samą osobę można liczyć kilka razy?
Zmęczeni wyszukiwaniem czarnych, starszych twarzy, zwłaszcza, że zrobiło się ciemno i wszystko było czarne, wpadliśmy na pomysł wyszukiwania białych. Tu było jeszcze gorzej, biali widocznie sprytnie się pochowali i takie atrakcje ich nie nęciły. Wytrwałość nasza jednak została nagrodzona i licząc czas od przybycia aż do końca znaleźliśmy aż cztery sztuki.
Dla urozmaicenia postanowiliśmy skosztować lody. Poszłam do kolejki i zamówiłam dwadzieścia pięć porcji. Taka ilość wyczerpała szybko pojemnik w maszynie do tzw. lodów włoskich. Pan dolewał magicznego płynu, z którego po schłodzeniu miały pojawiać się kolorowe lody, jednak to co wychodziło było raczej skręconą kolorową mazią z poznańska zwaną, – glajdą. Nawet nie byłam wstanie tego jeść choć to ja byłam inicjatorką pomysłu lodowego.
Robiło się coraz później, ludzi jednak nie ubywało, ale jakby odwrotnie. Swoje odsiedzieliśmy, wypiliśmy, czas wracać. Jeszcze odbyło się liczenie zawartości paragonu i porównywanie ze stanem faktycznym. Ma się rozumieć, że przy zamówieniu dla dwudziestu pięciu osób mogły pojawić się pomyłki(sic!), oczywiście były, więc zaczęły się prostowania co też zajęło trochę czasu.
Wreszcie opuściliśmy stoliki i szliśmy ku wyjściu. Miejsce konsumpcyjne gdzie siedzieliśmy było bardzo zatłoczone, nie dość siedzących jeden przy drugim to jeszcze cały czas przesuwający się szpaler przechodniów i handlarzy, zabawiaczy jakimiś marionetkami, maskami itp. Wydostaliśmy się poza teren stolikowy, teraz około kilometra i będziemy przy samochodzie. Nagle rozpoczęło się coś co znam tylko z filmów katastroficznych czy też grozy.
Za nami jak lawina, pędził przerażony ludzki tłum. Rozlewali się jak domino wprawiając w ruch następnych. Poddając się zaraźliwej reakcji tłumu tez zaczęliśmy uciekać, zwłaszcza, że cała, stłoczona masa była tuż za nami. W mojej głowie pojawiła się tylko myśl i jakby zarzut: mój Boże dlaczego w taki głupi sposób i w tym miejscu? Zadeptanie wydawało się nieuniknione. Nagle cała rozpędzona masa, zatrzymała się. Wszystko zatrzymało się jakby odcięto prąd. Staliśmy zadziwieni jak wszyscy wokół. Patrzyliśmy kto z naszych jest obok, brakowało małej Patrycji. Zaczęły się nawoływania, ale w takim zamieszaniu i tłumie przecież nic nie słychać. Obok mnie była wystraszona Miszu, chwyciłam ją mocno za rękę. Uspokojenie nie trwało długo, prąd został ponownie włączony i cała masa znów ruszyła, ponowna paniczna ucieczka do przodu. I znów odłączono prąd. Sytuacja była nieprzewidywalna, stwierdziliśmy, że idziemy w stronę samochodu, rozglądając się ale trzeba wyprowadzić resztę młodszych dzieci. Ruszyłyśmy z Mizszu, byłam jedyną białą w tym chyba bez przesady milionowym tłumie. Cały czas naprzeciwko nas szli ludzie, którzy nie wiedzieli co się tu przed chwilą działo. Pierwszy raz miałam wrażenie wrogości, jakiegoś takiego dziwnego patrzenia na mnie, ale pewnie to mnie się tak wydawało.
Doszłyśmy z Miszu do samochodu, tam już czekała część naszych, była też poszukiwana Patrycja. Po chwili zjawił się O. Darek. Brakowało jeszcze Marianne i Achilla oraz starszych chłopaków. Wreszcie wszyscy przyszli. Jak się okazało Achille, poszedł do toalety i całą nawałnicę widział jakby z boku stojąc w drzwiach. Marianne czekała na niego i została wciągnięta przez lawinę. Przewróciła się i przebiegło po niej kilka osób. Na szczęście nic się jej nie stało. Ze strat to kilka zadrapań u dzieci, zgubiony but Jasona i rozdarte kompletnie spodnie Thibo, jednego ze starszych chłopaków.
Zaraz myślałam o dzieciach, których tak dużo widziałam, takich malutkich niesionych na brzuchu czy plecach przez matki. Widząc zniszczenia, które były obok nas, i słuchając tego co mówiła Marianne i chłopaki, można sądzić, że mogły być ofiary. Stoły, krzesła zostały połamane, powywracane i poniszczone stragany, lodziarnie, jakieś sprzęty elektryczne. Takiego małego człowieczka jest przecież łatwiej „uszkodzić” niż wymienione przedmioty.
Co się stało, że doszło do tej wariacji. Ludzie krzyczeli ponoć, że to koniec świata i dlatego uciekali a inni padali. Ojciec Darek mówi, że tu nie trudno zrobić takie zamieszanie celowo w celach rabunkowych. Widział coś podobnego nie raz na targu, ale oczywiście na małą skalę. Jeden coś krzyczy, biegnie reszta za nim, a inni kradną. Co to było naprawdę, raczej się nie dowiemy. Media na pewno tego nie podadzą, bo przecież Yafe ma trwać do drugiego stycznia i tłumy muszą przychodzić i będą. Afrykanie to nacje stadne i pojedynczo nie czują się najlepiej.

Jola z Niemiec

Przygody Joli – część 1

——————————–

3 marca 2005 miał być wielkim dniem. Dniem lądowania w Afryce! Już w „przednoc” wyjazdu słuchałam z niepokojem dramatycznych komunikatów o burzy śnieżnej, zatorach na drogach, poblokowanych autostradach..

Krótko po drugiej w nocy szwagier zabrał mnie i pojechaliśmy na lotnisko. Bez przygód, choć w głębokim śniegu dotarliśmy do Hannoveru. Sytuacja była zła, ale na szczęście nie tragiczna. Szybko przeszłam przez kontrole Straży Granicznych i bezproblemowo „zaczekowałam” się do samego Kamerunu. Nie dostałam niestety miejsca przy oknie, z czego byłam bardzo smutna. Tak bardzo chciałam patrzeć na Saharę!! Ale i tak wszystko szło jak z płatka…jakoś za dobrze…

Rzucili mi się w oczy dwaj wagabundzi. Byli ubrani, podobnie jak ja, tylko i wyłącznie w rzeczy „funkcjonalne”. Podejrzewałam, że mamy podobny cel podroży. Moje rozmyślania przerwał komunikat. Nie możemy wystartować. Nie mamy zgody z Paryża, ponieważ sytuacja na CDG jest tragiczna. Powiało grozą! Zaczęłam w panice liczyć godziny i stwierdziłam, że być może zdążę jeszcze się przesiąść w Paryżu… Po godzinie oczekiwania, wszyscy, którzy mieli dalszy lot z Paryżu zostali poproszeni o opuszczeniu gate (bramki). Z samolotu przywieźli nasze bagaże. Jednym słowem: lot trzeba przełożyć. Nie polecimy dziś. „Ładnie się zaczyna” – pomyślałam tylko. Szwagier odjechał, Axel w pracy, jak się dostanę z powrotem do domu???

Stanęłam na końcu dość długiej kolejki i zaczęłam się przysłuchiwać o co wykłócają się „moi wagabundzi”. Kątem ucha wychwyciłam „Yaounde” i zdecydowanie zagadnęłam ich dokąd lecą. Okazało się, że lecą również do Kamerunu, a wiec postanowiliśmy trzymać się razem. Następny, proponowany lot Air France był za dwa dni!!!! Wagabundzi stwierdzili kategorycznie, że lot z Paryża jest również opóźniony. Ich koledzy lecą z Frankfurtu, wszyscy mieli spotkać się w stolicy Francji i na lotnisku we Frankfurcie podano takie właśnie informacje. Pani z Air France dala za wygraną i powiedziała, że sprawdzi te informacje, jednakże na wszelki wypadek zrobiła nam rezerwacje na następny lot w sobotę.

Czas nerwowego oczekiwania spędziliśmy na zapoznaniu się. Bjoern i Christian lecieli w odwiedziny do kolegi Markusa, który studiuje teologie w Yaounde. W Paryżu mieli dołączyć Mattihas i Janine, którym bliżej było do Frankfurtu niż do Hannoveru. W końcu do poczekalni wleciała pani i powiedziała, że lecimy! Lot w Paryżu faktycznie jest opóźniony! Więc znów „czekowanie”, bagaże na taśmę. Byłam spocona jak szczur, ale szczęśliwa, że coś się dzieje!!! Żartowaliśmy ze studentami, że mamy przedsmak Afryki.

Po lądowaniu zagubili się moi studenci. Postanowiłam spojrzeć na monitor, o której mam wreszcie ten odlot i ze zdziwieniem nie znalazłam lotu do Kamerunu. Pomyślałam, że jest widocznie przełożony na jeszcze dalsze godziny. W tym momencie stanęli za mną Bjoern i Christian, którzy poinformowali mnie, że samolot już odleciał… poczułam się niesamowicie bezsilna. Bez bagażu! Bez zmiany bielizny!! Z ciężkim plecakiem wyładowanym prawie tylko i wyłącznie lekarstwami dla O.Darka i dzieci z misji! Zaczęłam żałować, że zdecydowałam się polecieć do Paryża, mogłam, kurka wodna, poczekać do soboty!!

Rozpoczęliśmy poszukiwania parki z Frankfurtu. Przylecieli oni wcześniej i nawet widzieli przez chwile samolot do Yaounde… mogli mu niestety tylko pomachać. Cieszyli się na nasz widok, bo byli przekonani, że my jednak zdążyliśmy i będą musieli lecieć sami. Ustawiliśmy się w dlugaśnej kolejce do Informacji Air France. Takich poszkodowanych jak my było wielu. Każdy petent był załatwiany godzinami. Ludzie podenerwowani. W poczekalni ciągnęło jak w Irkucku na dworcu. Zaczęłam drętwieć z zimna! W końcu stanęliśmy przed miłą panią, która chciała rozmawiać tylko po francusku. Na szczęście Bjoern władał trochę tym językiem.

Okazało się, że następny lot do Yaounde, czyli w sobotę, na który początkowo mieliśmy rezerwacje jest pełny!!!! Następny w poniedziałek!!! Zaproponowała nam wobec tego lot do Johannesburga (!!!!!!!), stamtąd do Nairobi i kenijskimi liniami lotniczymi dalej do Yaounde. Roześmiałam się i powiedziałam, że na taką opcje nie zgadzam się absolutnie! Studenci byli mojego zdania. Wobec tego pociągiem do Brukseli. Nocleg tam na własną rękę i rano samolot do Yaounde. Prawie przystaliśmy na ta opcje, klnąc „globalizację” („niby globalna wioska, a do głupiej Afryki nie można się dostać!!”), gdy pani się przypomniało, że nie mają więcej umowy z Sabeną.

Zostaliśmy znów na lodzie… i nie wiedzieliśmy co dalej. Pani z Air France była też bezradna. Pomógł przypadek! Spotkaliśmy Kameruńczyka Johna, który też nie miał jak dostać się do rodzinnego kraju. Zaproponował on nam lot do Douali, która jest stolicą gospodarczą Kamerunu i która ma codzienne połączenia z Europa.

Naczytałam się wiele złego o Douali! Zaśmiecone lotnisko, 98% wilgotność powietrza, klimat absolutnie nie do wytrzymania dla Europejczyka!! Wysoka kryminalność!! Każdy przewodnik odradzał pobyt w tym mieście, a już dla podróżujących po raz pierwszy do Afryki szczególnie!! Mimo tego opcja lotu „już” następnego dnia wydala się BARDZO pociągająca.. John zapewniał, że z Douali jeżdżą expresowe autobusy do Yaoundy, ale nie wierzyliśmy mu ani na słowo. Byliśmy wystarczająco oczytani i braliśmy poprawkę na wszystko co mówi Afrykańczyk, co zresztą się potwierdziło…

Pani z Air France odetchnęła z wyraźną ulgą, wydrukowała nam wejściówki na pokład i zdobyłam nawet miejsce przy oknie! Ucieszyłam się, że tyle dobrego z tych przygód, że zobaczę przynajmniej Saharę!!! Dostaliśmy również super hotel, oczywiście na koszt linii lotniczych, choć szukanie wolnych miejsc trwało bardzo długo i Bjoern zaczął żartować, że zaproponują nam na pewno hotel w Hannoverze, dokąd mają tanie loty! Uśmialiśmy się, bo co nam pozostało??? . Uuuuf! Dostałam wreszcie pokój, normalnie dla dwóch osób. Z wielgachnym łożem i wanną!!! Żyć nie umierać ? (…jakoś nie wierzyłam w lot następnego dnia. Zrobiłam sobie herbatę, plądruję mini-bar, kąpię się w gorącej wodzie, nacieram ramiona woltarenem. Bez skrupułów wykorzystuję wszystkie poduszki i kołdry. Mam wrażenie, że ktoś się ze mnie nabija. Taki luksus przed Afryką??? Chyba po to, aby kontrast potem był jeszcze większy ? )

Przepakowuje plecak. Będę miała jutro przedsmak Afryki. Musze ubrać całkowicie przepocone ciuchy.

04.03.2005

(w samolocie)

Lecę! Nie mogę jeszcze w to uwierzyć!! We wspomnieniach zostaną mi cudnie, ośnieżone Alpy, bliskie na wyciągniecie ręki!! Przelecieliśmy już Saharę!! 3 godziny rożnych odcieni żółtości! Jestem zachwycona!! Jest godz. 15.17, zostało jeszcze jakieś dwie godziny lotu. Oglądam 2 cz. „Bridget Jones”. Wyschnięte rzeki i spalona ziemia w dole działają na moja podświadomość. (Wołam stewardesę, bo BARDZO zachciało mi się pić ? Towarzystwo w większej części czarne. Ubrane dosyć dziwacznie, biorąc pod uwagę „europejski standard”. Domyślam się, że u krewnych w Afryce zrobią duże wrażenie. Są oni elegancko ubrani, w kolorowe garnitury. Na pewno będą zadawać szyku. Jem pyszny obiadek z przystawkami (mozarela i suszone pomidory), kurczaka z kaszka kuskus, ciasto, sery, wino – w końcu to Air France. Przelatujemy nad Niamey (Niger), który znam tylko z literatury. Nie chce mi się Wierzyc, że jestem już w głębi Afryki!!! Nie zdaję sobie zupełnie z tego sprawy!! Tyle, że słońce mocno przygrzewa przez szybę i jest mi bardzo ciepło. Modlę się, aby mój bagaż doleciał razem że mną, choć podświadomie czuję, że jest inaczej. Nie martwię się tyle o bagaż co o formalności i utrudnienia. Języka też nie znam… Wylecieliśmy z chmur. Jak okiem sięgnąć wszędzie spalona żółtoczerwona ziemia. Zastanawiam się, czy ktoś tam na dole żyje??? Przecież to niemożliwe w tych warunkach!!

Wlatujemy znów w chmury. Robi się bardzo ciemno i niemiło. Nagle samolotem trzepnęło! Ale jak! Ludzie zaczynają krzyczeć histerycznie. Bardziej przestraszyłam się tego krzyku niż trzepnięcia. Już tak mam, że w momencie największego zdenerwowania zachowuje absolutnie zimna krew. Dosłownie i w przenośni. Czuje jaki mam zimny czubek nosa. I lodowate dłonie.

W końcu wylatujemy z chmur i zbliżamy się do lądowania. Jestem oszołomiona widokiem!! Niesamowicie gęste i BARDZO zielone lasy jak okiem sięgnąć. Wiem, że jest jedna definicja zielonego. Zielone to zielone i basta. Trzeba to zmienić!!! Proponuje nowa nazwę: zielony tropikalny ?

Las poprzecinany jest rzeczkami o brązowej wodzie, dymią się cale połacie, na „uwolnionych” od chaszczy powierzchniach dzieci grają w piłkę. Jak okiem sięgnąć boiska do piłki nożnej, dym i zieloność.

WYSIADAMY! W „rękawie” w Paryżu było mroźno. Rzuciłam ze śmiechem do studentów, żebyśmy pooddychali po raz ostatni orzeźwiającym powietrzem. Po opuszczeniu kabiny samolotu ZATYKA MNIE! Byłam przygotowana na gorąco, na duszność, ale to przerasta moje wyobrażania!! Sauna to nic w porównaniu! Łaźnia parowa to też nic! Mam wrażenie, że oddycham przez watę, nie mogę złapać powietrza. Duszny upał dosłownie zwala z nóg! Duchota jest podbarwiona nieznanym, egzotycznym zapachem..nie potrafię go jeszcze sprecyzować. To sa wiec te słynne tropiki ????????????? Boże! Gdzie ja jestem????!! Welcome słynna Douala! W ciągu paru sekund jestem mokra! Nie wiem jak ludzie mogą egzystować w takich warunkach! Obserwuje czarnych. Cierpią tak samo jak ja. Pracownicy na lotnisku sa również ZLANI potem. Jasne! Do czegoś takiego nie można się przyzwyczaić!!

Mimo to kontrola „żółtych papierów” (świadectwo zdrowia – z wpisanymi obowiązkowymi szczepieniami, którym trzeba się poddać przed przyjazdem do Afryki – jest koloru żółtego) przebiega bezproblemowo, dwie czarne zostały zatrzymane. Widoczny jest swoisty rasizm wobec swoich żyjących w Europie.. celnik uważnie ogłada mój paszport, stempluje, głęboko i uważnie patrzy mi w oczy. Patrzę spokojnie i obojętnie. Kiwa, że mogę iść dalej. Przechodzę do hali. Czasy rozkwitu zostawiła już dawno za sobą. Nie ma klimatyzacji. Jest tak samo jak na zewnątrz. „okna” sa bez szyb. Robi się ciemno i zwabione światłem, nadlatują roje moskitów. Na taśmę zaczynają wjeżdżać pierwsze bagaże i mojego oczywście nie ma! Przeczucia potwierdziły się! Już wiem, dlaczego nie chciałam lecieć z Air France! Moi studenci też goli i weseli. Spędzamy godziny na lotnisku. Pracownicy biegają, szukają i oczywiście nic nie znajdują. Podświadomie cieszę się, że nie tylko mój bagaż zaginął. Nie wiem co zrobiłabym gdybym miała zostać sama… brrrr…ciągle ktoś do mnie podchodzi, cos mi proponuje. Odpowiadam niezmordowanie „Non, merci”, choć nie wiem o co chodzi. Po studentów wyjechał ich kolega z Yaounde bierze mnie w ramiona i mówi że śmiechem: „Witamy w Afryce!”. O yeah! Postanawiam sprawdzić, czy po mnie też ktoś wyjechał, zgodnie z obietnica O.Darka i wychodzę na zewnątrz. Celnicy od bagażu znudzeni już poszli do domu. Można wynieść bezkarnie pół lotniska. Z daleka macha mi 17-letnia Yvette. Trzyma wyrwaną z zeszytu kartkę papieru z moim imieniem. Kiwam do niej i do żołnierzy na zewnątrz, pokazuję na migi aby ją wpuścili. Yvette ściska mi rękę i mówi ślicznym niemieckim: „Serdecznie witamy”. Wchodzi z nią 27-letnia Marianne, katechetka z misji. Formalności przedłużają się. Z dziewczyn też leje się pot. W końcu mogę wejść do biura i zaczynam doceniać uroki cywilizacji! Jest klima!!! Wdycham cala piersią powietrze. Tankuję siły na opuszczenie lotniska. Urzędnik wystawia mi protokół o zaginięciu bagażu. Mowię mu, żeby wysłali walizkę do Yaounde. Obsługuje on bardzo stary komputer, coś tam wstukuje jednym palcem, a ja nie wierzę, żeby miał jakiekolwiek połączenie ze światem i że kiedykolwiek zobaczę moje rzeczy. Zostawiam moje dane, numer telefonu, pod którym jestem w Kamerunie. Nie wiem po co, bo przecież i tak nikt nie zadzwoni. Niby jutro wieczorem będę mogła odebrać walizkę na lotnisku w Yaounde. Tym lotem miałam przylecieć, gdybym została w Hannoverze….. Temperatura na zewnątrz jest powalająca z nóg! Marianne jest bardzo niespokojna. Dzwoni O.Darek i mówi, że po zapadnięciu zmroku w Douala jest bardzo niebezpiecznie. Nie podnosi to mego nastroju. Ze zdenerwowania zaczyna boleć mnie brzuch. Lotnisko już dawno opustoszało. W końcu i my zbieramy się do wyjścia. Żegnam się że studentami, Markus ostrzega mnie, abyśmy nigdzie nie podróżowały po nocy. Mój nastrój jest całkiem do bani. Jestem bliska paniki. Pytam Yvette co robimy. Odpowiada zdecydowanie, że jedziemy do Yaounde. Po czym patrzy na mnie uważnie i pyta: „Boisz się?”. TAK ! – prawie krzyczę. W odpowiedzi słyszę śmiech. No cóż. Afryka !. Chciałabym być przynajmniej czarna!!!!! Boje się okrutnie. Z drugiej strony chcę jak najszybciej opuścić to straszne miasto!! Jedziemy taksówką na „dworzec PKS”. Wszędzie pachnie DYMEM, pieczonym mięsem, grillowanymi rybami i…. czymś zupełnie nieznanym i nie określonym… Podoba mi się ten zapach!!! Dojeżdżamy do dworca. Nie widzę żadnego napisu, ale wszyscy widocznie wiedzą, że to tu, bo stoją tłumy z bagażami. Mamy wielkie szczęście, bo bus jest prawie pełny i zaraz ruszamy. Pan sprzedający bilety dyskutuje z Marianne. Nie wiem o co chodzi – pokazuje na mnie. Cos mu się nie podoba. W końcu Marianne daje mu wypitą do połowy butelkę coca-coli i możemy wsiadać! Autobus jest bardzo zniszczony, z siedzenia wystaje sprężyna, dziewczyny wciskają się obok mnie. W autobusie jestem jedyną białą. Pasażerowie lustrują mnie dokładnie, lecz nie natarczywie. Leje się ze mnie pot. Z nich również. Wachlujemy się. Yvette mnie pociesza, że w Yaounde jest inaczej. Wierzę jej na słowo. Po przedsionku piekła może być tylko lepiej! Moja białość aż razi, ale w duszy jestem już Murzynem. Siedzę cierpliwie i czekam. Co ma być, to będzie. Po co się denerwować ??? Jak autobus ruszy to będzie jechał. Jeśli nie, to stoimy i czekamy dalej. Ha! Ruszamy! Powiewek wiatru! Rozsądek nakazuje mi założyć kurtkę, owinąć się szczelnie. Ale jestem tak spragniona „chłodku”, że nie myślę o ewentualnym przeziębieniu, za co bardzo odpokutuję.. ale to będzie potem. Kiedyś tam. Teraz najważniejsze jest, że jest trochę chłodniej! Kierowca jeździ po mieście, trąbi, nawołuje pasażerów. Dziwne. Wydawało mi się, że autobus jest pełny, ale widocznie nie wg. standardów afrykańskich. Kierowca zatrzymuje się i idzie do pobliskiego baru na posiłek. A my ??? My się POCIMY!!! W końcu pasażerowie zaczynają nawoływać kierowcę, wyzywać go. Przychodzi powoli, żuje jeszcze coś, ale w końcu ruszamy. Mdli mnie trochę. Autobus zarzuca na wertepach. Biorę tabletkę i przysypiam. Yvette przytula się do mnie i kimamy! Budzą nas tylko policyjne kontrole, ostre światło stawia na nogi. Przykrywam się kurtką i udaje murzyna. Obserwuję, że popaduje deszcz, przez to robi się jeszcze bardziej duszno. W końcu bus stanął na dobre, a moja mała tłumaczka informuje mnie, że dojechaliśmy do stolicy. Wychodzę na zewnątrz. Nie widzę żadnych domów, jakieś pola i jak zwykle czuję dym. Wsiadamy do jednej z oczekujących taksówek i jedziemy do hotelu. Taksówkarz trąbi parę razy, wychodzi zaspany strażnik, Mariannę idzie do środka i wraca z hiobową wieścią, że nie ma wolnych miejsc. Jestem już tak przyzwyczajona do złych wiadomości, że nie robi na mnie wrażenia to, że jest druga w nocy, że nie mamy gdzie spać, że po ulicach grasują gangi. Taksówkarz jest bardzo miły, wiezie nas dalej i nie chce zostawić samych. Przy kolejnym hotelu Marianne wychodzi i mówi, że miejsca są. Zaspany portier prowadzi mnie do pokoju. Jest bardzo zniszczony, ale za to nawet z łazienką, co mnie bardzo cieszy i dosyć czysty. Dziewczyny będą spać piętro niżej, wiec zostawiają mnie samą. Najpierw dokładnie zaglądam w każdy zakamarek. Zaglądam nawet pod łóżko. Otwieram rozwalającą się szafę. Balkonu nie otworzę (KOMARY!!), choć jest bardzo gorąco. Śmierdzę jak skunks! Koszulka, bielizna, skarpetki sa tak mokre, że mogę je wykręcać! Jedynie spodnie zdają egzamin. Zdążyły już wyschnąć na mnie. Piorę majtki i koszulkę kawałeczkiem mydła leżącego na umywalce i wchodzę pod lodowaty prysznic. Ciepłej wody oczywiście nie ma, ale nie liczyłam na to ani przez chwile. Czuję się zdecydowanie lepiej i wreszcie mogę wyciągnąć się na łóżku! Poduszki są twarde, więc biorę pod głowę mojego polara. Jak dobrze czuć cos swojskiego!! Zasypiam w końcu.

Budzi mnie zdecydowane pukanie. Wchodzą dziewczyny. Mówią, żebym się szykowała i idziemy na śniadanie. Jestem zapuchnięta z gorąca, ale wszystko to nic w porównaniu z wilgotnością w Douali!! Wskakuję szybko pod prysznic. Bielizna zdążyła już wyschnąć. Koszulka jest nadal mokra i zdecydowanie śmierdzi. Nie mam wyboru, wiec ją wkładam. Przewiązuję torbę na brzuchu, łapiąc niezadowolone spojrzenie Marianny. Ruszamy!

Chaos, kolorowe ciuchy, SMRÓD z rynsztoków, dzieci przewiązane w chuście, banany, ananasy, papaje na ulicy. Kolorowo (znów o nową definicję kolorowości poproszę ;)), zielono, GŁOŚNO, kurz i spaliny oto jest Afryka i taką ją znamy z obrazków. Idziemy spory kawałek i nie widzę ani jednego białego. Ludzie wytykają mnie palcami i krzyczą na mój widok „La Blanche”. Śmiać mi się chce, bo wiem już jak czuje się Murzyn w Europie. Próbuje nie łapać kontaktu wzrokowego i nie reagować na zaczepki. Dziewczyny prowadzą mnie jak ochroniarze. Marianna idzie przodem, ja za nią, Yvette osłania mnie z tylu. Zaczynam przeklinać moją białą skore! W końcu dochodzimy do hotelu. Naprzeciwko drużyna rozgrzewa się do meczu. Podziwiam ich jak w takim upale maja ochotę na taki wysiłek. Ledwo dycham. Jest wcześnie rano, a gorąco już daje się we znaki. Na śniadanie podają nam smażone omlety z cebulą, świeżutkie bagietki i dżem truskawkowy. Tak mi zbrzydł zapach smażonego, że moja porcje oddaje dziewczynom. Zalewam gorącą wodą Neskę. Drugiej filiżanki z mlekiem w proszku nie tykam. Za to Yvette się rozkoszuje i wrzuca do mleka parę kostek cukru. Z powrotem jedziemy taksówką. Jestem za to bardzo wdzięczna, bo nie przestawiłam się z zimy na klimat zdecydowanie bardzo letni, zmęczenie daje mi się we znaki, krążenie świruje a przede wszystkim zmęczona jestem ogólnym zainteresowaniem. O. Darek. Rozmawia z Marianne i mówi do mnie, że one boją się chodzić że mną. Musze torbę zostawić w hotelu, a pieniądze dać Marianne. Czuje się niepewnie. Drzwi do pokoju można otworzyć na pych, nawet nie trzeba specjalnie kopnąć w drzwi. Boję się kradzieży, ale zapewniają mnie, że mam zabrać tylko paszport i idziemy na targ. Muszę koniecznie kupić koszulkę, bieliznę na zmianę i jakieś gumowe klapki. W martenach za kostki długo nie pociągnę. Z tęsknotą myślę o koszulach funkcjonalnych, które są gdzieś w Paryżu???? Ruszamy i znów ten obraz jak z książki: kolorowa ulica, zgiełk, hałas, trąbiące samochody, kosze, torby na głowach i nieśmiertelne „MADAME BLANCHE!!”, do którego już się przyzwyczaiłam. Co chwila ktoś łapie mnie za rękę. Niektórzy są bardzo agresywni i wyraźnie szukają zaczepki. Marianne ostro na nich pokrzykuje. Widzę, że chyba też ma dosyć. Kupujemy szybko to co potrzebne i do taksówki! Po drodze dosiada się bardzo młoda kobieta z może rocznym bobasem. Mały nie spuszcza że mnie wzroku. Wpatruje się we mnie wielkimi, rozszerzonymi, czarnymi oczętami, w których maluje się niesamowite osłupienie!!! Matka się śmieje i zagaduje coś do Marianne. Z potoku słów wyławiam dobrze mi znane „blanche”. Malec nigdy nie widział białego człowieka;))

W hotelu włażę pod lodowaty prysznic. Trochę boli mnie żołądek, nie ma czym oddychać, ale nie jest aż tak bardzo wilgotno! Po Douali nieprędko coś mnie wzruszy! Leżymy na łóżku. Mariannę rozłożyła się na kaflowej posadzce. Myślę, że to niegłupi pomysł. Jednak trochę obawiam się o moje nerki. Yvette ogląda „Mangas” i ślicznie podśpiewuje po francusku. Wypytuje mnie co jemy w Europie, czy mam męża i dzieci. Widzę, że tak jak my postrzegamy Afrykę jako całość, tak Afrykanie postrzegają Europę.

Wieczorem jedziemy na lotnisko. Idziemy do restauracji. Jest klimatyzacja, lotnisko jest nowsze i o niebo czystsze niż w Douali, więc podoba mi się wszystko. Toalety w restauracji są czyściutkie. Jestem pozytywnie zaskoczona.

Wychodzimy na zewnątrz. Mamy jeszcze mnóstwo czasu. Myślę o tym, że gdy przyleci walizka (w co intuicyjnie nie wierzę !!!) ruszymy w nocną podróż przez dżunglę do Bertoua. Robi mi się jakoś tak dziwnie w żołądku. Obawiam się trochę o tę jazdę po wertepach i do tego w nocy…ciągle się zastanawiam, czy nie poprosić O.Darka abyśmy zostali jeszcze dzień i jechali dopiero na następny dzien.

Zaczyna robić się niewesoło. molot wylądował, próbuję przedrzeć się przez tłum. Żołnierze blokują przejście. Pokazuje zaświadczenie z Douali. Celnik patrzy znudzony, lustruje mnie od stóp do głów i wreszcie skinieniem ręki pozwala wejść. Pokazuję na Yvette, lecz on stanowczo ją odpycha. Wchodzę sama. Wjeżdżają bagaże. Mojego oczywiście nie ma ! Stojący obok biały mężczyzna zaczyna dyskusję z pracownikiem Air France. Domyślam się, że jego walizka też nie dotarła. Wtrącam się do rozmowy i okazuje się, że Włoch też wczoraj przyleciał do Douali i jego bagaż też gdzieś wędruje po świecie. Włoch jest bardzo miły, tłumaczy mi z francuskiego na angielski to co mówią znudzeni czarni pracownicy Air France. W końcu przychodzi celnik i mówi, że jego walizka się znalazła ! Ale mu zazdorszczę !! Bardzo niemiła murzynka mówi do mnie, żebym zadzwoniła w PONIEDZIAŁEK (jest sobota), wtedy może przyleci mój bagaż. No teraz już wierzę, że jestem w Afryce! Nikogo nie obchodzi, że muszę jechać dalej, że koczuję w stolicy. A teraz przede wszystkim musimy dostać się do miasta!! Lotnisko leży jakieś 35 km za Yaounde. Na zewnątrz ciemna noc i Włoch proponuje, że nas odwiezie!! Dzwoni O.Darek i zdecydowanie mówi, że mamy natychmiast wyruszyć do Bertoua, wyśle kogoś później po walizkę. Muszę załatwić upoważnienie. Oddaję telefon Włochowi i panowie obmyślają plan działania! Mam wszystkie kwity oddać Massimo! On pracuje w Yaounde i będzie co wieczór jeździł na lotnisko sprawdzić, czy nadeszły moje rzeczy! Zaczynam wierzyć w Opatrzność i wierzę, że spotkałam anioła!! Kamień spada mi z serca!!! Nie musze jeździć więcej na lotnisko! Massimo wychwytuje z naszej rozmowy „Bertoua” i pyta z niedowierzaniem czy mamy zamiar w nocy jechać do Bertoua. Potwierdzamy, na co on stwierdza stanowczo, że nie ma mowy! Zawiezie nas do swojego hotelu, mamy się tam przespać, o nic nie martwic i jutro po śniadaniu możemy ruszyć WRESZCIE do Bertoua! Czuje się jakby mi ktoś z pleców zdjął furę kamieni!! Dziewczyny też się cieszą!!! Wchodzimy do hotelu, dziewczyny chichrają. To luksusowy hotel! Marianne obdzwania krewnych i opowiada z podziwem coś. Wychwytuje z nabożeństwem powtarzane co chwile słowo TROPICANA!!! (dzielnica gdzie mieście się nasz hotel). Odkrywam klimatyzację. Włączam ja na maksa, ustawiam się pod nią z wyciągniętymi rękoma. Dziewczyny pękają że śmiechu!!! Yvette wchodzi do łazienko. Po raz pierwszy widzi wannę!! Vivat cywilizacja:)

Rankiem z balkonu mam okazje bezpiecznie oglądać kameruńskie życie codzienne. Pranie w miskach przed glinianymi chatkami, gdzieniegdzie widzę umięśnionych młodzieńców uprawiających poranne biegi. Ludzie myją obtłuczone z wszystkich stron auta. Robię parę zdjęć i schodzimy na śniadanie. Kelnerka jest znudzona. Przypominają mi się restauracje w Polsce z czasów ciężkiej komuny. Dopiero gdy chwalę, naprawdę wyśmienitą kawę, rozjaśnia oblicze w uśmiechu. Zabieramy rzeczy i wychodzimy w upał.. jedziemy na dworzec. Marianne ma gęsią skórkę, trzęsie się z zimna mimo gorąca i mówi, że boli ją brzuch. Martwię się o nią. Na dworcu, najpierw szukamy „toalety” dla Marianne. Jest to dziura w betonie, nad którą krążą stada much. Trzymamy z Yvette parę desek, które robią za drzwi, aby ja osłonić. W końcu wsiadamy do małego busika i czekamy aż się zapełni. Moim zdaniem on jest już pełny!!! Do okien podchodzą sprzedawcy. Towar mają ułożony na głowie i proponują nam różne rzeczy. Napoje, banany, orzeszki ziemne, zegarki, „złotą” biżuterię, radyjka etc. Kupuje futerał na telefon, Yvette nabywa kurtkę. Na dach ląduje coraz to więcej bagażu. Jest już tam motocykl i „wózek inwalidzki”, kiście bananów, skrzynie, torby i walizki. Nie mam pojęcia jak ruszymy z miejsca, ale WIERZĘ (chce wierzyć) w doświadczenie kierowcy i mam wielką nadzieję, że nie ma on skłonności samobójczych… jestem jak zwykle jedyną białą, ludzie patrzą na mnie ciekawie, lecz życzliwie. Uśmiecham się, oglądam towar oferowany przez sprzedawców, z grubą mamą przymierzamy bransoletki i wybuchamy śmiechem. Kameruńczycy to bardzo wesoły naród. Do busika wsiada matka z dwójką malutkich dzieci. Są one bardzo brudne i obdarte. Chłopczyk ma może niecałe dwa latka, dziewczynka z roczek. Dziewczynka płacze, co wywołuje duże zniecierpliwienie i utyskiwanie mężczyzn. Kobieta milczy. Chyba nie zna francuskiego. Na pewno nigdy nie chodziła do szkoły. Na twarzy jej maluje się duma. Trzyma przy piersi dziewczynkę, która się poci!! Ale jak! Nigdy nie widziałam, tak spoconego dziecka! „Woda” wychodzi jej wszystkimi porami. Myślę, że dziecko ma gorączkę. Chłopczyk siedzi obok mnie i ciekawie się wpatruje. Ma w ręku woreczek z wodą i co chwila pociąga z niego łyka. Jest bardzo poważny i się nie uśmiecha. W Afryce dorasta się wcześnie. Uczę się od niego cierpliwości. Podziwiam stoicki spokój. Europejskie dziecko wydzierałoby się już w niebogłosy. Robi się dwunasta. Słońce przygrzewa coraz mocniej. Pomocnik kierowcy zagłada do środka, liczy pasażerów i mam wrażenie, że niedługo ruszymy… biegnę do dziury z betonem na ostatnie „siku” i w końcu jedziemy! Bus trzeszczy i kwiczy. Jest załadowany do granic niemożliwości. Czeka nas 140 km asfaltowej drogi i ponad 250 polnej przez busz… Modlę się i wierzę, że dojedziemy cało i zdrowo, choć rozsądek mówi mi co innego.. Jestem już trzeci dzień w Afryce i jeszcze nie dotarłam do Bertoua… Zdaję się całkowicie na Opatrzność!

Część 2 – Jazda do Bertoua

No to jedziemy! Mamy przed sobą najpierw 150 km asfaltowej drogi! Busik MKNIE jak zwariowany, kolebie się na boki, trzeszczy, wydaje dziwne dźwięki, powiew wiatru z otwartych okien omiata nas przyjemnie. Na złamanie karku bierzemy zakręty, wyprzedzamy dziko pojazdy przy dźwiękach klaksonu, a ja w swojej naiwności myślę o tym, że w końcu asfalt mógłby się skończyć, to kierowca zwolni jazdę!!!

Co jakiś czas zatrzymujemy się na posterunkach kontrolnych. W tym samym momencie nadbiega stadko dzieciaków, trzymających obrane i poporcjowane części ananasa w woreczkach, prażone orzeszki ziemne. tysiące rączek wciska się przez okna busa i proponuje posiłek. Kierowca decyduje się na ananasa i ruszamy dalej. Jest bardzo gorąco i każdy postój to tragedia! Bus nagrzewa się błyskawicznie, nie ma czym oddychać. Jesteśmy upchnięci jak sardynki, każdy ciężko oddycha. Wypacam resztki wody w organizmie. Pociągam małymi łykami wodę z butli. Nie muszę się martwic o niemożliwość skorzystania z toalety. Wszystko wypocę. Mamy przed sobą daleką drogę i staram się pić dużo, bo krążenie i tak mi strajkuje. Po prawie trzech godzinach wariackiej jazdy z klaksonem dojeżdżamy do miasteczka Ayos.

Kierowca zjeżdża na bok, wszyscy wychodzą, leniwie przeciągają się w upale i kurzu, jedynie muzułmanin bez nóg zostaje w pojeździe. Ludzie z wioski zbiegli się, stoją i patrzą na nas. Jestem znów w centrum uwagi, więc biorę Yvette pod rękę. Chcę należeć do ich wspólnoty. Cholera! Nie chcę być biała! Nie chce aż tak się odróżniać!

Dziewczyny prowadza mnie pod wiatę, która służy za restaurację. W garnkach, różnych kotłach gotują się potrawy. Marianne zagląda to tu, to tam, w końcu zamawia porcje. Nie wygląda to zachęcająco, ale pachnie smakowicie. Wielkie kawałki ryby w sosie własnym z cząstkami papryki. Kręcę głową na nie, ale dosiadam się i przyglądam jak ludzie się posilają. Podłoże usiane jest ościami. Ludzie wypluwają je po prostu pod nogi. Pod stołami koczuje mnóstwo strasznie chudych kotów, które polują na lepsze kąski. Ich cierpliwość jest rzadko nagradzana. Ości są wycackane do białości, dopiero po tym lądują na ziemi. Proszę Marianne aby kupiła mi banany. Nie chcę ryzykować rozwolnienia w podroży. Nie wiem jak długo będziemy jechać, więc banany wydają mi się najlepszym rozwiązaniem. Marianne krzyczy na chłopca, który nieśmiało podchodzi, ale szczęśliwy i stremowany ofiarowuje mi do wyboru różne kiście. Uśmiecham się, aby go trochę ośmielić, wybieram, co ładniejsze. Mały dostaje pieniążek i w podskokach leci do mamy, ciesząc się i głośno coś opowiadając. Sprzedał banany białej! Będzie miał, czym szpanować przed kolegami! Nie przepadam za tym owocem, ale te są słodkie, dojrzale, no i to prostu „z drzewa”. PYCHA!!!

Idziemy w kierunku busa, są już wszyscy- możemy jechać. Cieszę się na dalszą jazdę. Byle do przodu! Zaraz za zakrętem oczy stają mi w słupki!! TO NIEMOZLIWE!!! PO TYM????? Po czymś takim będziemy dalej jechać?????? Wertepy, wąska polna droga, bo bokach głębokie rowy, bez żadnego pobocza!!! Nie chcę myśleć, co będzie, gdy kierowcy „omsknie” się koło. Przecież się zabijemy!!! Co gorsza droga idzie ostro pod goórę !! Tylko ja wydaję się być zszokowana. Yvette mówi spokojnie „schlechte strasse” i patrzy spokojnie przed siebie. W krótkim momencie paniki chce mi się płakać. 7 godzin jazdy po takiej drodze?????? Mam cały czas nadzieję, ze coś źle zrozumiałam.

W buszu nie mamy zasięgu. Nie można nigdzie zadzwonić, „gdyby co”. Staram się nie dopuszczać do złych emocji, ale właśnie jedziemy z góry!!!!!!! Kierowca pędzi na złamanie karku!! Jestem przerażona, a jeszcze z naprzeciwka nadjeżdża ciężarówka wyładowana drzewem!!! Łapię się za przednie oparcie, zamykam oczy i głośno odmawiam „Pod Twoja obronę”. Wierze, ze P. Bóg nie pozwoli mi tak głupio umrzeć w rowie, w dżungli!!! Mam nadzieje, ze te góry się skończą i po płaskim w razie wypadku mamy większą szanse na przeżycie!! Ale na takie rozmyślania nie mam za wiele czasu, bo minięta ciężarówka zostawia taki tuman kurzu, ze kaszlemy i krztusimy się wspólnie. Przykładam do ust chusteczkę, która momentalnie robi się czerwona. Jestem już dokładnie pokryta czerwonym pyłem! Przecieram okulary z kurzu, aby coś widzieć i kolebiemy się dalej! Wyjeżdżamy wreszcie na „prosta” drogę, jedziemy bardziej po płaskim, od czasu do czasu kontrole. Kierowca uiszcza opłaty, do okien pchają się rączki z ananasami, wokół gliniane chatki, śmieszne, małe świnie biegające w obejściach, machające do nas, nagie dzieci. Wrosłam juz w krajobraz. Mam wrażenie, ze znam to wszystko!!

Nagle w głębokim lesie STOP! Na drodze stoi bus podobny do naszego i równie jak nasz wyładowany! Pękła mu ośka i stoi rozkraczony. Zatrzymujemy się i musimy zabrać wszystkich ludzi i bagaże. W dżungli nie zostawia się nikogo, a ja zastanawiam się, w jaki sposób ludzi z dwóch załadowanych busików uda się upchnąć do jednego!!! Jako pierwsze zostają przeładowane bagaże.

Korzystam z okazji i wskakuje miedzy drzewa. Jestem zachwycona ciszą i różnymi, nieznani dźwiękami! Fruwają, wielkie kolorowe motyle, bzykają owady. Jak ślicznie!!! Tylko muszę chować się do cienia. Słońce jest niemiłosierne!!

Marianne zorientowala się, ze brakuje jej torebki! Robi głośną awanturę. Kierowca twierdzi, że na pewno jest gdzieś na dachu pomiędzy bagażami.

W końcu możemy wsiadać…. mam plecak między nogami, jestem ściśnięta. Dobrze, ze siedzę przy oknie, więc łapię jak ryba wyrzucona na piach powietrze. Mogę poruszać jedynie palcami w czubkach buta. Znów nachodzą mnie czarne myśli. W razie wywrotki zadusimy się na nic…. bus trzeszczy bardzo niebezpiecznie. Myślę, ze do pęknięcia „naszej” ośki też niedaleko. Zdecydowanym plusem całej sytuacji jest to, że kierowca zdecydowanie zwolnił tempo! Przy każdym najmniejszym dole, auto robi „quik quik” i przestaję mieć nadzieję, że dojedziemy przed zapadnięciem zmroku…przestaję mieć nadzieje, że w ogóle dojedziemy!! Jedziemy dosyć wolno, wyprzedzają nas teraz busy, auta – wzniecając potworne tumany kurzu. Nie widzimy nic, machamy rękoma, a w kierowcy obudziła się ambicja i zaczął ścigać pojazd, który właśnie nas wyprzedzil!! Jedziemy wiec non stop w tumanie potwornego kurzu i dopiero dosyć spore wzniesienie przychodzi nam na ratunek. Kierowca stwierdza, ze nie ma żadnych szans pod góre….oddycham z ulgą… parę kilometrów dalej w rowie leży ścigany pojazd. Kierowca z satysfakcją ich mija. Nie zabieramy juz nikogo, ale w następnej wiosce informujemy o wypadku…

Za każdym razem, gdy się zatrzymujemy na posterunkach, dopadają mnie ataki klaustrofobii. Muszę natychmiast wyjść! Mam wrażenie, że się uduszę! Na szczęście wszyscy chcą, choć na chwilę rozprostować nogi, więc każdy przystanek się przedłuża. Stoimy, przeciągamy się. Słońce juz zachodzi, więc nie przygrzewa tak mocno. Jest mi głęboko obojętne, na którą zajedziemy. Czas PRZYSZŁY przestał dla mnie istnieć. Ważne jest TERAZ! Zaczynam rozumieć mentalność tubylczą…. co im po domach, „posiadłościach”, dobrach doczesnych, gdy w każdej chwili tak łatwo można stracić życie! Jestem przepełniona podziwem dla tych prostych ludzi, którzy żyją i radzą sobie w tak ekstremalnych, z mojego punktu widzenia, warunkach.

Zapada zmrok i mijając wioski widzimy tylko gdzieniegdzie palące się ogniska. Bez prądu, bez wody radzą sobie i żyją z pokolenia na pokolenia. Ba! Na swój sposób są na pewno szczęśliwi. Dużo się śmieją. Mam wrażenie, że żyję we wspólnocie. Dosłownie i w przenośni jedziemy na jednym wózku. Jestem pod wrażeniem i pełna wdzięczności, że mogę brać udział w ich życiu.

Niestety często robi mi się słabo i wreszcie pytam Yvette jak długo jeszcze będziemy jechać. „Ile kilometrów czy ile godzin?” – pyta rezolutnie, po czym dodaje:, „conajmniej 4 godziny”. Nie wierzę w to!! Jesteśmy cały dzień w drodze i końca nie widać! W następnej wiosce dosiada się starsza, biała kobieta i dwóch jej towarzyszy. Wymaga to niemałej akrobacji, bo miejsca NAPRAWDĘ juz nie ma! Część ludzi STOI zgarbionych, jedna kobieta siada na siedzeniu OBOK kierowcy i jedziemy dalej!! Leje się z nas w dalszym ciągu, dzieci biednej kobiety wybuchają głośnym płaczem. Dziewczynka zanosi się. Ma na pewno malarie. Ludzie są wkurzeni. Mówią cos niemiłym tonem do niej. W busie słychać tylko głośny, rozpaczliwy płacz dziecka. Wypakowuję z kieszeni glukozę, którą zawsze noszę na wszelki wypadek, ściągam z niej folię, lamię na pól tabletkę i podaję w kierunku maluchów. „FOR BABY!” – mowię groźnie, bo mężczyzna, juz wkładał sobie cukier do buzi. Niechętnie podaje on dalej białe kawałki dzieciom, które natychmiast milkną i z namaszczeniem liżą kostkę… Wszyscy patrzą na mnie z wielka sympatia i uśmiechają się. „Nareszcie słychać radio a nie ryk dzieci” – komentują. Chłopczyk się do mnie uśmiecha!! Prawie chce mi się płakać. Jestem rozchwiana emocjonalnie. Wyciągam z torby paczuszkę cukru. Wymaga to nie lada wysiłku w tym ścisku i wciskam kobiecie, która błyskawicznie ukrywa ją w fałdach sukni. Kiwa mi głową w podziękowaniu i uśmiecha się nieznacznie. Głaszczę spoconą dziewczynkę, która wniebowzięta ssie cukier. Kolebiemy się dalej, radio głośno gra, śpiewam razem ze wszystkimi „mama lecki”. Nie mam pojęcia, co to znaczy, ale pasuje mi rytm.

Na zewnątrz od dłuższego czasu jest ciemno, jestem przepocona i mokra, nic w tym klimacie nie schnie, więc wkładam kurtkę. I tak już mnie gardło boli. Jest podrażnione wiatrem, różnicą temperatur i PYŁEM. O nim nie da się zapomnieć. Co jakiś czas systematycznie muszę przecierać szkła okularów. Nawet teraz, gdy słońce zaszło mam je na nosie. Zawsze to jakaś ochrona…

Jedziemy przez busz, widzę, ze padał deszcz. Powietrze przez to jest lepsze, ale nagle wjeżdżamy w kałużę!! Czujemy się jak na lodzie!! Mokra, ubita glina jest bardzo niebezpieczna! Auto wykonuje karkołomne manewry, staje lekko w poprzek, kierowca zdecydowanie skręca i wyjeżdżamy na drogę! Uuuuf! Zatrzymujemy się w wioskach. Bus stopniowo się opróżnia. Bagażu też juz mniej, auto juz nie kwiczy, a tylko trzeszczy. Robi się luźniej. Jest nawet przyjemnie. Nawet droga jakby się poszerzyła i wreszcie po wielu godzinach, wyjeżdżamy na ASFALT!!! Cieszę się jak wariatka, śpiewam z innymi juz w głos, teraz możemy jechać nawet na koniec świata!!! Do Bertoua już niedaleko, czuje wielka ulgę! Wjeżdżamy na rogatki miasta i STOP kontrola. Tym razem żołnierze zaglądają do środka. Przyczepiają się do starszego białego mężczyzny i chcą zobaczyć jego książeczkę szczepień. Pechowo Belg nie ma jej przy sobie. Żołnierz stwierdza, że w takim razie musi go zabrać na posterunek! W tym momencie siedzący pasażerowie nie wytrzymują nerwowo i zaczynają krzyczeć, ze Kamerun potrzebuje turystów! Jeśli będzie się ich tak traktowało, nikt nie będzie chciał tu przyjeżdżać! Żołnierz spłoszony wycofuje się i …. możemy jechać dalej;))

Wjeżdżamy do miasta, a ja myślę tylko: NARESZCIE!!! Teraz (SIC!) Zaczynam się zastanawiać nad tym, jak będzie w misji, jaki będzie O. Darek. W końcu poznałam go przez internet. Może to jakiś ortodox i po dwóch dniach będę chciała uciekać??? ;)))

Do busika podbiegają ludzie, jest tłoczno, juz ktoś siedzi na dachu i podaje bagażu. Marianne ciągnie mnie za rękaw i nagle staję twarzą w twarz z O.Darkiem- „Witamy! Nareszcie! Ale masz przygody!” – padamy sobie w objęcia. „Wytrzymasz jeszcze trochę??” – pyta Darek i leci załatwiać formalności związane z kradzieżą torebki Marianne. Stoję przed pick-upem misyjnym, na pace siedzą dzieci, które teraz zeskakują, podchodzą do mnie i podając rękę przedstawiają się grzecznie. Salome próbuje mi po francusku coś opowiadać. Rozumiem, że pyta, jaką miałam podroż i cieszy się, że dobrze zajechalam. Dzieciaki wypychają Nelly, która uczy się niemieckiego i zamieniamy kilka zdań. Dziewczynka bardzo się wstydzi, wybuchamy śmiechem. Staram się zapamiętać, jak kto ma na imię. Mylą mi się czarne twarze, więc staram się zapamiętać po włosach. Jednak wszyscy są jednakowi, więc patrzę na ubrania. Dzieci odpytują mnie co chwila. Dobrze, ze pamiętam trochę twarzyczek ze zdjęć. Wybuchamy często śmiechem.

Wszystkie obawy, co do tego jak będę przyjęta, jak się z nimi dogadam, pryskają jak banka mydlana. Wiem, ze, bedzie wszystko dobrze! Dzieci są bardzo ciekawe, mile i bardzo dobrze ułożone. To wielka zasługa Ojca Darka. Inaczej wałęsałyby się po ulicach, a co starsze dziewczyny niańczyłyby juz potomstwo… w końcu Darek przychodzi, ładujemy się wszyscy do samochodu i ruszamy! Jeszcze jakieś 10 minut jazdy i stoję przed celem: POLSKA KATOLICKA MISJA W KAMERUNIE.

Przygody Joli – część 3

Gladys otwiera bramę, dzieci zeskakują z pick-upa. Jestem! Jestem! Przepełnia mnie radość! Ostoja cywilizacji w środku lasu tropikalnego! Darek prowadzi mnie do mojego pokoju. Misja jest zbudowana w kształcie litery „U” i moje mieszkanie jest na samej górze, po prawej stronie literki. Po zapaleniu światła w pokoju budzimy popłoch w karaluchu wielkości MYSZY: ” O proszę! Tu jest łazienka, a to jest karaluch!” – mówi Darek.

Cieszę się na prysznic. Mam własną łazienkę! W pokoju stoi łóżko, szafeczka i szafa. Spartańsko, ale czego mi więcej potrzeba? Nie mam żadnych rzeczy do rozpakowania oprócz paru kosmetyków w plecaku. Błogosławię pomysł zapakowania moskitiery do podręcznego bagażu.

Darek stwierdza, że najpierw muszę coś zjeść i idziemy do kuchni. Przy bagietce z pomidorami i pasztetem upieczonym przez siostry zakonne Darek zwierza mi się, że rozmyślał już o…. transportowaniu zwłok do Europy!

Tak długo jechaliście. Nie mogłem się nigdzie dodzwonić i już myślałem, że rozbiliście się w buszu – opowiada mi o swych „różowych myślach”. Tym bardziej dziękuję Opatrzności, że dojechałam cała i zdrowa.

Po kolacji dostaję na drogę latarkę i mogę udać się na spoczynek. W łazience widzę moje odbicie w lustrze i wybucham śmiechem. Widać mi tylko oczy! Jestem cała pokryta czerwonym kurzem: w nosie, w oczach, na całej twarzy mam czerwony pył. Myję się, rozwieszam moskitierę nad łóżkiem, gaszę światło, kładę się nareszcie i przyświecając sobie telefonem komórkowym (w latarce zamokły baterie) upycham szczelnie siatkę… i… zasypiam…

Budzi mnie szczekanie psów i rozmowy. Wychodzę na werandę. Życie już się toczy, a Darek pyta, czy się wyspałam. Jest bardzo gorąco i wilgotno. Minie pewnie jeszcze trochę czasu, zanim się przyzwyczaję do klimatu. W kuchni czeka na mnie jajecznica. Wsuwam, aż mi się uszy trzęsą. Jestem bardzo głodna. Chwalę głośno pyszne śniadanko. Na mój przyjazd Darek kupił nawet Nescafe. Jakie luksusy! Marianne podskakuje i klaszcze w dłonie. Cieszy się, że mi smakuje. Postanawiamy jechać na targ. Trzeba kupić coś do jedzenia. Skończyły się zapasy i… pieniądze. Przelew nie dotarł na czas.

Jedziemy do biura parafialnego wydębić parę groszy. Poznaję Ewę Gawin – świecką misjonarkę, która miała po mnie wyjechać na lotnisko. Mogę już zacząć się śmiać z moich przygód. Ewa to cudowna osoba! Deklaruje, że może pożyczyć mi parę ciuchów. Ale to wydaje mi się nieważne, a nawet śmieszne. To co mam na sobie jest OK. Mam tabletki przeciw malarii, parę innych, niezbędnych leków, moskitierę, krem przeciw słońcu, szczoteczkę do zębów i jest OK! Śmieję się sama z siebie, że tak mnie przeraziło to zagubienie bagażu. Po wariackiej jeździe przez busz cieszę się po prostu, bez zbytniej egzaltacji, że ŻYJĘ.

Idziemy na targ. Jestem oszołomiona różnorodnością oferowanych towarów. Ludzie przyglądają mi się dyskretnie. Są zazwyczaj bardzo brudni, ale ja też jestem brudna. Po krótkim marszu już pokrył mnie wszechobecny kurz. Niektóre kobiety mają tylko jeden but, albo podarte i podniszczone kreacje sylwestrowe. Na pewno z darów. Nikomu to nie przeszkadza i nikt nie zwraca na to uwagi.

Bertoua leży na granicy lasu tropikalnego z sawanną i widać wyraźnie co oferuje busz. Ananasy, banany, papaje, różne rodzaje zielska, a także… wędzone w całości małpy! Pamiętam, że widziałam taki obrazek w GEO i zalewałam się łzami. Po paru dniach w Afryce, po dzikiej jeździe przez busz, przez bardzo biedne wsie, nie robi to na mnie wrażenia. Ludzie muszą przecież coś jeść. Zabrzmi to może banalnie, ale takie są prawa dżungli. Jedz albo będziesz zjedzony… Opowiadanie TUTAJ o ochronie środowiska, o wirusach przenoszonych przez małpy graniczy z absurdem. Gdy nie ma wyboru, trzeba jeść to, co się ma. Pardon, to co oferuje dżungla.

Zwracam uwagę na chłopca w podartej koszuli. Ma może 15 lat. Jest umysłowo chory. Bełkocze coś, ślini się, ssie kawałek trzciny cukrowej.

To na pewno jego jedyne dzisiejsze pożywienie – mówi Darek. – I tak cud, że się do tego wieku uchował na ulicy.

Kupujemy warzywa, ryby, wędzone mięso. Mamy już pełne siaty. Upał wciąż nieznośny.

Wchodzimy do baru, czyli rozwalonego baraku. W emaliowanych miskach wnoszą gotowane mięso. Dostrzegam, że pokryte jest jeszcze szczeciną. Darek je ze smakiem. I na zdrowie! Mnie jednak odradza konsumpcję. Twierdzi, i wierzę mu na słowo, że przygotowanie „potrawy” nie ma nic wspólnego z higieną. On ma już żołądek ze stali i zahartowany przebytym durem, tyfusem i malarią. Marianne znów na mnie krzyczy, że muszę coś pić i jeść! Wypijam więc gęste i słodkie piwko karmelkowe. Gasi pragnienie i koi głód. Darek zamawia wino palmowe. Uzyskuje się je w bardzo prosty sposób. Wystarczy naciąć palmę daktylową i podstawić naczynie. Uzyskana w ten sposób ciecz fermentuje i – voila – wino gotowe. Mam spróbować, ale nie za dużo, bo może to się skończyć rozwolnieniem. Dostaję brudny słoik z oderwaną nalepką. Zamykam oczy, staram się nie myśleć o mikrobach i bakteriach na słoju i pociągam łyk. Wino jest białe, lekko musuje i przypomina mi w smaku sok z kapusty. Orzeźwia jednak doskonale.

W drodze powrotnej zajeżdżamy do „asocjacji” Gołąb Pokoju, w której działają Marianne i Lidia (pracownice misji). W samej Berotua jest ok. 200 „asocjacji”. Są to stowarzyszenia, kluby. Ich działanie jest właściwie niezgodne z zasadami… bankowości. Kobiety wpłacają składki i wypłacają sobie pieniądze raz na jakiś czas. Są to niebagatelne sumy, ale na taką wypłatę trzeba czasem czekać po parę lat.

Na mój widok kobiety klaszczą i śpiewają, że przygnał mnie „dzwon”. Nie wiem, jaki to dzwon pokierował mnie do Kamerunu, ale jestem szczęśliwa, że jestem z nimi. W dłonie wciskają mi motykę, to miotłę, maczetę – symbole ciężkiej pracy kobiet kameruńskich. Wykonuję symboliczne ruchy, wywołując mnóstwo śmiechu. Robimy zdjęcie.

Śmieję się i podryguję w rytm. To niesamowite, ile radości i serdeczności jest w tych ludziach! Kobiety zapraszają nas na mecz piłki nożnej, który odbędzie się wieczorem w wigilię „Dnia Kobiet” (!!!) i pytają, czy wezmę udział w defiladzie, która odbędzie się nazajutrz. Pytanie okazuje się całkowicie retoryczne. Darek informuje mnie, że szyją mi już tradycyjną kabę. Czuję się zaszczycona i podekscytowana tym „wystąpieniem”.

W południe niespodzianka – telefon z lotniska w Douali. Jestem zaskoczona, że ktoś zadzwonił. Wylądował mój bagaż! Pytają, co mają z nim zrobić. Darek nakazuje wysłać go następnym samolotem do Yaounde, a ja po krótkiej euforii znów mam przeczucie, że bagaż tym razem przepadnie na zawsze. Szkoda mi przede wszystkim tych wszystkich rzeczy, które zakupiłam i zorganizowałam (w tym miejscu specjalne podziękowania dla dziewczyn z gazetowego forum „30+”, które masowo nadsyłały mi paczki) dla dzieci z misji…

Wieczorem jedziemy na „stadion”. Nie dowierzam własnym oczom, gdy widzę rozgrzewające się KOBIETY! Kibice śpiewają i walą w wielkie bębny. Jestem zachwycona! Co za dźwięki! Niesamowita atmosfera tego klepiska (eee…stadionu – przepraszam bardzo!) udziela mi się. Żałuję, że nie ma ze mną mojego Taty! On kocha futbol, a w takim miejscu i wykonaniu to prawdziwy rarytas!

Wychodzimy wcześniej, bo jedziemy na wieczorną Mszę świętą. Odbywa się ona inaczej niż w Polsce. Inne pieśni, ludzie tańczą i grają na bębnach. Teraz wiem już na pewno, że jestem w Afryce.

Udaję się na spoczynek i widzę mojego „znajomego” karalucha. Budzi we mnie odrazę, ale i zachwyt. Jest taki wielki, porusza wąsami (?). Nie widziałam nigdy takiego „stwora”. Jednak spędzenie z nim wspólnej nocy nie wchodzi w rachubę! Mówię do niego głośno:

Przykro mi, stary, ale zaraz zginiesz.

Pokonuję obrzydzenie i walę w niego gazetą. Teraz mogę się spokojnie umyć. Spływa ze mnie czerwona woda. Dostrzegam sens mycia się w Afryce. W Europie zmywamy najwyżej zapach potu (jeśli ktoś oczywiście nie pracuje w kopalni) i odświeżamy się. W Afryce zmywamy brud! Ze ścian przyglądają mi się jaszczurki. Żywią się moskitami, więc nie przeganiam ich. Ściągam przepocone spodnie, śmierdzącą koszulkę, piorę majtki kawałkiem szarego mydła. Wielką, przydziałową kostkę dostałam zaraz przy przyjeździe od ojca Darka. SZARYM mydłem myją się dzieci, piorze się rzeczy, więc i ja myję się „mydełkiem FA”, jak nazywa je ojciec Darek.

08.03.2005 – Dzień Kobiet.

Ktoś powiedział, że to święto komunistyczne. Tu nikt nie słyszał o takich wynalazkach, ale Kameruńczycy uwielbiają defilady i wszelkie „namacalne” święta. Wczesnym rankiem ściągam ze sznurka skarpetki, które suszą się już trzeci (!) dzień i jeszcze są mokre. Przypominam, że temperatura otoczenia wynosi ponad 30°C. No, ale ta wilgotność… Rozwieszam skarpetki w pokoju. Przynajmniej jest (mała) szansa, że trochę podeschną.

Po śniadaniu jak na złość chmury rozstąpiły się i nad nami rozciągnęło się niebieściuteńkie niebo. Będzie jeszcze większa smarówa! Na mopedzie przyjeżdża Marianne wystrojona w kabę uszytą specjalnie na Dzień Kobiet. Rzuca mi reklamówkę, w której jest moja suknia. Z pewną ulgą przebieram się. Zaczynam nienawidzić butwiejącej koszulki! Jedynie spodnie są warte swojej ceny. W stu procentach spełniają swoją funkcję, niemniej zaczynają również śmierdzieć, ale w końcu będę mogła je wyprać! Dzieci śmieją się na mój widok. A Darek z aprobatą stwierdza: „No, możesz tak chodzić!”. Zauważam, że obszerny krój kaby również spełnia swą funkcję. Jest przewiewna, chroni przed upałem i wszechobecnymi insektami. W fałdach odkrywam nawet kieszeń. Zmieści się tam litrowy bidon z wodą! W kuchni Lidia próbuje różne wersje wiązania chustki i narzeka na moje gładkie, lśniące włosy. Kunsztowne wiązania bez wątpienia lepiej trzymają się na głowach afrykańskich. Decyduję się na wersję a la żołnierz Legii Cudzoziemskiej. Chcę mieć dodatkowo kark zasłonięty przed palącym słońcem.

Wyjeżdżamy. Mijamy tłumy kobiet wystrojonych w jednakowe sukienki. Darek objaśnia, że i po strojach poznać różnice w mentalności. Europejskie kobiety chcą być ubrane niepowtarzalnie, afrykańskie jednakowo. Rozróżnia je tylko kolor chusty na głowie – deklaracja przynależności do danego stowarzyszenia. Moja asocjacja nosi kolor żółty.

Rozczulają mnie małe dziewczynki, przystrojone również w sukienki.

Słońce pali niemiłosiernie. Co chwila pociągam łyka z bidonu. Czuję jak po skórze płyną mi kropelki potu, a jest jeszcze wcześnie rano. Wzbudzam niesamowity entuzjazm! Kobiety cieszą się, klaszczą w ręce, pokazują kciuka do góry. La Blanche jest jedną z nich! To słowo słyszę non stop, ludzie fotografują mnie. Nie lubię być w centrum uwagi, ale udziela mi się ich radość i serdeczność. Afrykanie są tacy inni niż „zimni” Europejczycy! Może to kwestia klimatu, ale zdecydowanie znalazłam się w innej strefie kulturowej.

Główna „aleja” jest zapełniona kobietami, przygrywa głośno muzyka, skrzyżowania są obstawione policją, w loży honorowej zasiadł gubernator prowincji i miejscowi prominenci odstawieni w garnitury i LAKIERKI. Mam wrażenie, że znalazłam się w południowych Stanach po wojnie secesyjnej. Takie to wszystko nierealne i jak z obrazka. Kobiety obwieszone są sztuczną, złotą biżuterią. Marianne wciska mi również bransoletkę na rękę, abym nie wyglądała za biednie. Modlę się w duchu, żebym nie dostała uczulenia od metalu. Przecież nie będę tłumaczyła tym ludziom walczącym o przetrwanie, co to jest alergia! Nie zrozumieliby i tak, albo uznali, że to kolejne dziwactwo białych. Ojciec Darek tłumaczy, że miejscowi uważają za śmieszne wydawać pieniądze na prawdziwe złoto! Im tańsze i bardziej się błyszczy, tym lepiej. Gdy się znudzi, to kupuje po prostu nowe. Po co wywalać kasę na prawdziwe złoto? Po krótkim namyśle stwierdzam, że nie jest pozbawione to logiki.

Stoimy w tłumie. Jesteśmy numerem 80 (!) w kolejce. Cierpię w słońcu i obawiam się, że zemdleję. Kobiety widzą to i trzymają nade mną transparenty. Cień nie istnieje. Jesteśmy przecież prawie na równiku. Jestem tym bardzo wzruszona. Pocą się wcale nie mniej ode mnie. Tyle, że ich skóra jest przystosowana do tego cholernego słońca! Mam nieść transparent na przedzie. Boże! Ledwo powłóczę nogami, a tu takie coś! Transparent wykonany jest z kawałka drewna i waży swoje. Odmowa jest nie do pomyślenia, więc koncentruję się z całych sił, aby nie upaść pod ciężarem i z wyczerpania… Jestem mokra od potu, nie mam czym oddychać… Marianne pokazuje mi grupkę stłoczonych kobiet pigmejskich. Pigmeje traktowani są jak niewolnicy i pracują często za parę papierosów cały tydzień na polu „lepszego” czarnego, czyli Bantu.

Wreszcie ruszamy! Na przedzie kobieta z flagą Kamerunu, za nią ja w rzędzie z Lidią, która ciągle psyka i pokazuje, abyśmy równały krok i do kogo obracać tablice. Po paru krokach czuję, że poruszam się jak w zwolnionym tempie, a do loży jeszcze tak daleko! NIE MOGĘ JEDNAK ZEMDLEĆ! Mobilizuję wszystkie siły i nawet udaje mi się kurczowo uśmiechać do wiwatujących tłumów. Wszyscy ciągają się za rękawy i w osłupieniu wskazują w moim kierunku. Towarzyszy temu nieśmiertelne La Blanche! Szczególny zachwyt wzbudzam w dziewczynkach w wieku szkolnym, które w ślicznych, aczkolwiek bardzo przybrudzonych szkolnych mundurkach, wykonują podskoki na mój widok.

Przy loży uśmiecham się do kamery, według wskazówek odwracam transparent, z ulgą idę jeszcze parę kroków i wreszcie koniec! Obowiązkowe zdjęcie grupowe, pojedyncze to z tą koleżanka, to z tą. Jak małpka w ZOO daję się obracać i fotografować: uśmiech, skłon, objęcie – biała tu nieczęsto defiluje z czarnymi. Darek się śmieje jak wariat, a ja zauważam, że trzęsę się z wysiłku.

Idziemy do baru się napić. Co za ulga! Miejscowi jedzą lody, Darek również, ale mnie odradza. Zresztą nie ruszyłabym ich za nic na świecie. Od przyjazdu do Kamerunu „czuję” mój żołądek. Piję pyszny sok z pampelmuse, przykładam do szyi zimną butelkę.

Wstępuje we mnie nowa energia. Ruszamy do baru, którego właścicielka jest szefową stowarzyszenia. Jest już pełny wiwatujących kobiet. Każdy podaje mi rękę życząc miłego święta. Przedstawia mi się żona ambasadora Kamerunu we Włoszech, która należy również do mojego „stowarzyszenia”. Nawet ambasador zaszczycił nas na krótko swoją obecnością. Darek proponuje mi wypicie piwa Guiness, które robi tu zawrotną karierę i pomaga na… żołądek. O tym, że ma rację, przekonałam się niejednokrotnie.

Jemy szaszłyki od przygodnego sprzedawcy, który ma towar rozłożony wprost na… papierowym worku po cemencie. Mięso jest panierowane w orzeszkach ziemnych, a ja staram się nie myśleć o moim żołądku. Każdy kęsek mięsa zagryzam połówką cebuli i mam nadzieję, że są w nich „antybiotyki”, które zabiją bakterie w nieznanego pochodzenia mięsie.

Lidia wyciąga kulkę i podaje ją w obieg. Każdy odgryza kawałek i żuje z namaszczeniem. Darek szepcze mi do ucha, że to koka. Patrzę z przerażeniem na kawałek „korzenia” i stanowczo odmawiam. Przecież nie będę się narkotyzowała! Darek twierdzi, że to nic strasznego. Nie można tego zaliczyć nawet do „miękkich” narkotyków, nie muszę się bać. Jednak w obawie o mój żołądek nie mam ochoty na dalsze eksperymenty. Wieczorem czytam w przewodniku, że popełniłam OGROMNY nietakt towarzyski. Cholera!

Po kilku leniwych godzinach spędzonych w cieniu drzewa wracamy do misji. Stwierdzam, ze zdumieniem, że koszulka powieszona rano jest wreszcie sucha!! Hallelujah!! Wchodzę pod lodowaty prysznic, woda robi się momentalnie czerwona. Myję się gruntownie w zimnej wodzie. Innej tu nie ma, ale to żaden problem. Co za odprężenie! Spływa ze mnie brud. Z niepokojem obserwuję, że dekolt, twarz i ramiona mam spalone słońcem.

Wieczorem…

Pompa się zepsuła. Nie mamy wody. Hm… Przygód ciąg dalszy. W Afryce można bez ciuchów na zmianę przeżyć bez problemu, ale bez wody? Ojciec Darek stwierdza, że nieprędko naprawią. Niby ma jutro ktoś przyjść, ale pojęcie czasu w Afryce jest bardzo względne.

Cholera jasna! – klnie całkiem nie po księżemu i bacznie obserwuje moją niepewną minę.

W końcu mówi, że podziwia mnie za stoicki spokój. Inna już na lotnisku w Douali dostałaby histerii, a ja z dwiema Kamerunkami przejechałam kraj z zachodu na dziki wschód miejscowymi środkami lokomocji. Teraz najważniejsza jest dobra organizacja. Dobrze, że mały „basen” w podwórzu wypełniony jest do połowy wodą deszczową. Będzie na codzienny użytek.

Wodę pitną trzeba zorganizować. W dzielnicy jest wspólna pompa, musimy chodzić po wodę kilkaset metrów. Każdy dostanie do dyspozycji po dwa wiaderka dziennie. Jedno z zieloną wodą na spłukiwanie „brudów”, drugie z wodą czystą do mycia. Błogosławię mój pomysł ścięcia długich włosów specjalnie na ten wyjazd. Jakbym coś przeczuwała. Dlatego może nie dziwi mnie nic? Wody tej jednak nie można pić. Należy ją przefiltrować i gotować 10 minut. Zastanawiam się, co z niej zostanie po takim długim gotowaniu?

Idziemy na kolację, którą specjalnie dla nas przygotowała Lidia. Robi się swojsko. Jemy gołąbki z nadzieniem mięsnym i… makaronem! A dlaczego właściwie nie? Smakuje super! Choć mój żołądek uciska, oj uciska… zapobiegawczo łykam Immodium.

Po wieczornej Mszy uczę się historii plemion. Żyje ich w Kamerunie ponad 200! Ojciec Darek pokazuje mi wśród dzieci różnice w wyglądzie. Faktycznie, różnią się układem głowy, drobnymi bądź wydatnymi rysami, a dzieci plemienia Kepere mają dodatkowo blizny na policzkach. Są nacinane po urodzeniu żyletką, najczęściej przez babcie. Taki to sposób upiększania.

Darek zarządza zbiórkę, bierzemy starsze dziewczyny i jedziemy na dalsze świętowanie. Chata wybudowana w polu, bez okien, służy za dyskotekę. Nikomu nic nie przeszkadza. Najważniejsze, że głośno gra muzyka. Na ziemi śpią zmęczone dzieci. Tańcuje tu każdy! Maluchy nie potrafią chodzić, trzymają się ściany i wywijają bioderkami. Starsze, bardziej nieśmiałe i przeganiane przez dorosłych, stoją pod ścianami i przyglądają się wygibasom starszych. Tyle w nich radości życia, a ja po raz kolejny zastanawiam się czego właściwie chcę? Po co ta ciągła pogoń za dobrami doczesnymi w Europie? Przecież do szczęścia potrzeba tak niewiele.

Zostaję entuzjastycznie powitana. Kobiety ściskają mi rękę i dziękują za przybycie. Przewodniczący rady parafialnej stara się prowadzić ze mną konwersację po angielsku i pyta, czy jadam jajka. Potwierdzam, na co on podaje mi jedno, obrane brudnymi paluchami. Gdy w przerażeniu odmawiam, on nie rozumie, co jest grane. Później w przewodniku czytam, że w języku Kameruńczyka nie istnieje przeszłość i przyszłość. Liczy się teraźniejszość. To wiele tłumaczy. Miejscowy policjant siedzi na parapecie i zaśmiewa się, a i ja się śmieję z mojej głupoty i strachów przed wyjazdem:

Jadę z wieloma strachami, stereotypami, z wielką obawą aby nie zachorować. Nie wiem jak zniosę klimat. Ciekawe czy potwierdzi się „mój obraz” Afryki. Postanowienie numer jeden: nie jeść mięsa, co przez podróżników kwitowane jest śmiechem. W Afryce często można jeść tylko mięso… Pocieszam się, że w dżungli będzie wystarczająco owoców. Moje wyobrażenia są na pewno bardzo naiwne. Właściwie jestem przygotowana na najgorsze. Boję się kontroli celnych, częstych lądowań, nie wiem jak sobie poradzę bez znajomości francuskiego. Właściwie cała jestem strachem.

Nie wiem, czy zabrałam wystarczająco rzeczy na pobyt? Czy starczy mi lekarstw. Mam nadzieję, że dobrze zniosę malarię. Same wahania i mnóstwo wątpliwości. We wschodnim Kamerunie popaduje już deszcz (pora deszczowa (mała) na całego zaczyna się w kwietniu, ). W mojej głowie powstaje natychmiast obraz: MNÓSTWO MOSKITÓW! Ponieważ nie ma dużo białych, pewno wzbudzę niesamowite zainteresowanie (wśród moskitów). Autan powinien mnie skutecznie chronić. POWINIEN!

Potwierdziło się jedno. Faktycznie jestem bardzo naiwna:)

Przygody Joli – część 4

Moje codzienne życie w misji

Dzwonek rozbrzmiewa o 5.30. Dzieci wstają, robią porządki, idą w pole. Uprawia się na nim maniok, banany, papaje, ananasy, trzcinę cukrową – podstawowe składniki żywienia dzieci. O 6.15 zbieramy sie w kaplicy misyjnej na krótką modlitwę. Jest jeszcze zmrok, komary tną niemiłosiernie, dookoła panuje cisza. Jest czas na skupienie i zastanowienie się. Później, do siódmej, mam czas na korespondencję.

Jeśli mamy prąd, nie pada deszcz i wokół nie grzmi burza, kontaktuję się przez Internet ze światem. O siódmej jem z ojcem Darkiem wspólne śniadanie, dzieci szykują się w tym czasie do szkoły i przedszkola. Salome smaruje dla najmłodszych bagietki z masłem.

Przenoszę się do biura misyjnego i do obiadu pracuję. Wszędzie umieszczone są wentylatory skierowane na komputery bez osłonek. Darek twierdzi, że kurz nigdy nie zaszkodził, ale wszechobecna wilgoć wykończyła mu już niejeden sprzęt.

Pracuje się przyjemnie. Od czasu do czasu ktoś do mnie zagląda, pokazuje mi coś na migi. Komunikacja bez francuskiego udaje się znakomicie. W zasięgu ręki mam wielki kubol herbaty z cytryną, z którego przed upiciem łyka zgarniam jakieś insekty. Są wszędzie, więc szybko przyzwyczajam się do ich obecności. Po napiciu się należy kubek czymś przykryć, aby robactwo nie nalazło do środka. Skaczą na mnie piętnastocentymetrowe „koniki polne”. Są przepiękne, mimo to boję się, że nabawię się jakiegoś tiku, spędzając i odganiając ciągle owady. Mam na sobie długie spodnie, koszulę z długimi rękawami, na szyi zawiązałam sobie chustę, stopy i twarz spryskałam autanem. Tak odstrojona mogę w miarę spokojnie pracować. Wkurzają mnie tylko termity, które uparcie przykrywają mi monitor komputera, lecąc do światła.

W południe jemy obiad, później udajemy się na popołudniową sjestę. Jest bardzo gorąco. Myślenie w tych warunkach jest bardzo trudne. Kładę się pod moskiterą i prawie natychmiast zasypiam.

Po południu zasiadam znów przed komputerem i pracuję do kolacji. Zmrok zapada nagle i zawsze o te samej porze, ok. godz. 18. O 21-ej idziemy spać.

10.03.2005

Jest bardzo gorąco. Chodzę w zwolnionym tempie. Na obiad jemy mięso w sosie orzeszkowym, do tego świeżo utarty piment i gotowane banany. Pycha! A wieczorem…

A wieczorem boli mnie brzuch… i to tak na bardzo poważnie. Nie tracę nadziei, że to „tylko” od ostrego jedzenia. Mój europejski żołądek jest najwyraźniej zupełnie niedostosowany. Darek daje mi lokalne tabletki. Twierdzi, że po takiej dawce szybko mi przejdzie. Nie dopytuję się o składniki. Mniej wiem – lepiej śpię.

Z Yaounde zadzwonił Massimo. Jest moja waliza! Lydia natychmiast udała się po nią do stolicy. Przy dobrych wiatrach wróci za dwa dni.

Czuję się źle. Boli mnie gardło. Przyszedł czas odpokutować jazdę przy otwartym oknie…

11.03.2005

Wstaję zasmarkana. Darek się śmieje, że przeziębiłam się w Afryce. W płucach mi rzęzi, z nosa leci, głowa pęka. Psy szczekały całą noc, a ja przestraszona opowieściami o napadach prawie nie zmrużyłam oka. Jestem zdecydowanie nie w humorze. Ale przyjechałam tu do pracy, a nie żeby mieć muchy w nosie, choć jedno wcale nie wyklucza drugiego…

Humor poprawia mi sie wyraźnie, gdy starszy mężczyzna z parafii przynosi mi prezent! Rozczulam się i dziękuję mu pięknie! Jest to zabita kura, z głową, piórami i skrępowanymi kończynami. Doceniam ten podarunek i daję dzieciom. Będą miały ucztę!

Darek opowiada mi o swoim marzeniu. Marzy mu się piernik. Taki nasz, polski. No problem! Niezawodna mama przesyła mi przepis na taki trochę „oszukany” piernik. Marianne dokupiła parę koniecznych rzeczy i możemy zabrać się do dzieła.

Najpierw trzeba utłuc cukier, który w wilgotnym klimacie przypomina bryłę, za to margaryny nie trzeba roztapiać. Leje się sama. Dzieci się przyglądają i notują. Pachnie smakowicie i swojsko. Wszystkie łyżki, miski, kubki zostają wylizane. Śmiejemy się ze zdania mamy: „Wrzuć wszystko do miksera” – nie ma tu takiej możliwości, ale za to dużo rąk do kręcenia. Postanawiam zrobić jabłecznik. Zagniecenie ciasta kruchego jest prawie niemożliwe. Ciasto przelewa mi się przez palce. Dobrze, że jest lodówka. Odstoi swoje i po drodze krzyżowej pieczenia ciąg dalszy. Jabłka są tu bardzo drogie i ojciec mówi ze śmiechem, żebym sobie podgryzała papaję, a jemu zostawiła takie rarytasy.

Duchota staje się nie do zniesienia, niebo pokryły czarne chmury. W panice wyłączamy komputery, zamykamy bramy przed rozszalałym wiatrem. Rzeczy rozwieszone fruną, łapiemy je w pośpiechu i nagle… lunęło! Chwytam za kamerę i filmuję ten huk i ścianę wody. Darek twierdzi, że do prawdziwego deszczu dużo mu brakuje. Musimy się przekrzykiwać. Nic nie słychać! Na mnie robi to mimo wszystko wrażenie. Wystawiamy na zewnątrz wszystkie naczynia, kotły i beczki. Wody nadal nie mamy, trzeba łapać okazję. Do pompy ma ktoś przyjść o 15-ej, ale jestem już doświadczoną Afrykanką i wiem, że gdy przyjdzie za tydzień, to dobrze.

Wieczorem

Idziemy na Drogę Krzyżową. Wędrujemy przez cały cartier, procesja z wielkim krzyżem, jak się należy.

Leje deszcz. Mam na sobie kurtkę z goreteksu i pocę się pod nią bardzo. Dzielę z Carolyn parasol. Rozkoszuję się tym spacerkiem! W czasie, gdy pada deszcz, jest tak orzeźwiająco! Wszechobecna zieleń spłukana z kurzu ukazuje swą krasę. Jest tak pięknie! Gdzieniegdzie lepianki, rozwalone chałupy, lecz, o dziwo, ludzie wygladaja na szczęśliwych. To nie Europa i nie ten standard.

Po przyjściu do misji czeka mnie w moim pokoju niespodzianka. Moja waliza przyjechała! Nie mogę w to uwierzyć! Oklejona, zabezpieczona przez Massimo i ubłocona jak nieboskie stworzenie. Ale zawartość nienaruszona! Rzeczy pachną!Pachną tak swojsko, domowo i… czystością. Zdaję sobie sprawę, jak bardzo śmierdzę. Wyciągam podkoszulek, który w domu przeznaczyłam do spania. Wlałam na niego odrobinę wody Axela. Jaki zapach! Ile mam rzeczy! Kiedy mam to nosić? Jestem bogata! Boże Narodzenie, urodziny i imieniny w jednym! Czuję się trochę jak osiołek, któremu w dwa żłoby dano i zdechł z głodu, bo nie mógł się zdecydować – tak i ja zamykam szczelnie walizkę. Niech sobie rzeczy popachną! Do moich brudnych spodni się przyzwyczaiłam. Chętnie zmienię tylko butwiejącą koszulkę.

Przynoszę z dworu wiadro pełne krystalicznie czystej deszczówki i namydlam się obficie. Płuczę się za pomocą kubeczka. Mycie się w pięciu litrach wody mam opanowane do perfekcji. Włosy wymyte taką wodą są mięciutkie w dotyku, a ja decyduję się jeszcze na zgolenie zbędnego owosienia tu i tam. No cóż, europejskie nawyki dają o sobie znać. Obcinam paznokcie. Tak, tak, obcinacz był w walizce, jak i maszynka. Co za skarby! Czuję się jak człowiek. Jak niewiele potrzeba mi do szczęścia… Dziewczyny śmieją się z ogolonych nóg. One dla odmiany golą sobie… głowę, a wszystko poza tym jest kaprysem i niemądre.

Zanoszę do Darka lekarstwa, herbatę, ubrania dla dzieci i zabawki. Jest wniebowzięty. Wstawiam szarlotkę do pieca, smarujemy konfiturami piernik. Częstujemy dzieci, rozdaję zabawki. Jest dużo pisków i śmiechu! Co za radość! Prawdziwe święto! A przed spaniem… a przed spaniem pisałam to i wdychałam całymi, zaziębionymi płucami cudowny zapach mojego czystego podkoszulka! I am happy!

Przygody Joli – część 5

W dżungli

Wchodzimy w gęstą, mroczną zieleń. Uderza mnie w twarz niesamowite gorąco, wilgoć i zapach zgnilizny. W lesie tropikalnym wilgotność powietrza wynosi 100 procent. Szklarnia rozgrzana w lipcowym słońcu to małe piwo! Mimo to zapinam szczelnie kurtkę, wkładam kapelusz i błogosławię pomysł zabrania go na wyprawę. Już wiem, po co Indiana Jones nosił szerokie rondo!

12.03.2005

Wstaję rano i… mam sraczkę. Zastanawiam się czy brać immodium. Rozwolnienie jest dobre na pozbycie się bakterii. Tak zaleca mój niezawodny przewodnik i doświadczeni podróżnicy. Szykuję mieszankę izotoniczną. Nie mogę dopuścić do odwodnienia, a mam wielkie plany na dziś.

Co roku w Wielkim Tygodniu odprawiany jest marsz pokutny. Organizują go siostry zakonne. Zastanawiam się, co może oznaczać „pokutny” dla tubylców – dla mnie egzystencja w tym klimacie to już niezła pokuta. Z ochotą zgadzam się jednak na uczestnictwo w marszu przez dżunglę.

Po porannych modlitwach i krótkiej Mszy ruszam z siostrami do buszu. Dwie toyoty wyładowane pielgrzymami z Bertoua pędzą po czerwonych drogach. Mam na sobie skórzane buty za kostkę, długie spodnie, koszulę, kurtkę i kapelusz z wielkim rondem. Umieram z gorąca. Jest jeszcze ciemnawo, ale upał daje się już we znaki.

Przejeżdżamy przez wioski. Wszędzie dominuje kolor czerwony pomieszany z zielenią tropikalnych drzew. Dojeżdżamy do Yoko Betougou. Oczekuje nas już szef wioski i główny katechista – Pierre, którego syn studiuje medycynę i specjalnie na tę okazję przyjechał do Yoko. Na co dzień mieszka w Yaounde, stolicy kraju. Nie mogę się nadziwić, że tak łatwo można się przestawić z cywilizacji na… erę kamienia łupanego. Wszędzie dymi ogień. Ten zapach towarzyszy mi od chwili lądowania w Kamerunie.

Student zna angielski i zabawia mnie rozmową. Cieszę się, że wreszcie mogę sobie z kimś w miarę swobodnie porozmawiać. Zauważam jednak, że student mnie… hmm… podrywa. Zaczynam opowiadać mu o moim mężu, aby nie robił sobie złudnych nadziei.

Bose dzieci stoją jak skamieniałe i przypatrują się wielkimi, nieruchomymi oczyma. Uśmiecham się do nich, co je jeszcze bardziej onieśmiela. Widać, że żaden biały, oprócz misjonarzy, tu nie dociera. Nikt nie żebrze, wszyscy są bardzo mili i gościnni. Cieszą się z wizyty i ciągle powtarzają, jak bardzo są zaszczyceni. Robi mi się trochę głupio, bo nie lubię zwracać aż takiej uwagi.

Wchodzimy do rozwalonej chałupy pokrytej blachą, krzywe ściany podparte są „pustakami” z gliny. Mam nadzieję, że chałupa nie zawali się w ciągu najbliższych minut. Dowiaduję się, że jest to… KOŚCIÓŁ! Wraz z ponad setką wiernych będę szła przez dżunglę w marszu pokutnym. Cieszę się i równocześnie ogarnia mnie strach. Droga jest niebezpieczna, między wiernymi będą szli ochroniarze z maczetami. Katecheta apeluje o rozwagę, zwraca uwagę na niebezpieczeństwa czyhające w dżungli i mówi, że… diabeł może przyjąć różne formy. Dokładnie w tym samym momencie do sali wpada becząca koza! Towarzystwo zamiera, a ja wybucham śmiechem. Za chwilę trzęsie się ze śmiechu całe bractwo!

W końcu nieźle „nastraszeni” ruszamy. Z niedowierzaniem patrzę na „wejście do buszu”. Przez takie chaszcze mamy się przedzierać? W głowie kołacze mi się niespokojna myśl, że ten marsz pokutny jest dla tubylców! Oni żyją w dżungli, więc jakie to „atrakcje” nas czekają?

Wchodzimy w gęstą, mroczną zieleń. Uderza mnie w twarz niesamowite gorąco, wilgoć i zapach zgnilizny. W lesie tropikalnym wilgotność powietrza wynosi 100 procent. Szklarnia rozgrzana w lipcowym słońcu to małe piwo! Mimo to zapinam szczelnie kurtkę, wkładam kapelusz i błogosławię pomysł zabrania go na wyprawę. Już wiem, po co Indiana Jones nosił szerokie rondo! Całą drogę strzepuję wielkie mrówy, które spadają znienacka. Zaciskam troki przy szyi, aby nic nie sypało mi się za koszulę, odkrywam przy nogawkach spodni podobne „zaciskacze”. Spodnie są super! Dopiero teraz odkrywam ich prawdziwe przeznaczenie i funkcjonalność.

Siostra jest już pogryziona przez czerwone mrówki. W tym klimacie każda ranka jątrzy się i nie chce goić. Wszędzie roi się od insektów. Raz po raz przecieram twarz autanem. Na przedzie idzie kilku mężczyzn z maczetami, którzy torują dla nas drogę, a mnie ogarnia uczucie klaustrofobii. Przez gęste konary drzew nie przebija się słońce.

Jest około dziesiątej. Słońce normalnie grzeje z całych sił, a w lesie jest ciemno, wilgotno, ale nie ponuro! Idziemy gęsiego, człapiemy w mokrych liściach i błocie. Coraz to zapadam się, zaczepiam o pędy roślin. Każdy ruch to wielki wysiłek. Za mną i przede mną ciągnie się śpiewający rozgłośnie sznur pielgrzymów. Przechodzimy parę rzeczek, trzymając się lian. Mam dobry zmysł równowagi, jestem wysportowana, ale tu wszystko jest mokre, ocieka, woda wlewa mi się do uszu. Jestem zupełnie mokra i… paruję. Pnie są obślizgłe. Boję się, aby nie wpaść do brązowej wody, w której żyją krokodyle i wszelkiego rodzaju robactwo. Udaje mi się! A za mną… plusk, śmiech i szybkie wyciąganie „topielca”. Również się śmieję, ale… z samej siebie.

Na tę „wycieczkę” zabrałam paszport. Nie wiem, kto miałby mnie tu kontrolować. Może małpy? Mam wrażenie, że znalazłam się w studio hollywodzkim! Wszystko jest tak nierealne: ogromne baobaby, drzewa żywiczne, zwisające fantazyjne liany, powalone pnie, powykręcane konary, a na nich wielkie, nieznane w barwie grzyby, latające ogromne różnokolorowe motyle. Słyszymy pohukiwania, piski, jęki – dżungla żyje i dopuszcza nas do tego niezwykłego widowiska. Przez wszechobecną wilgoć wszystko się błyszczy.

Mimo to, nie mam czasu na podziwianie. Duszny upał przywołuje do rzeczywistości. Muszę się koncentrować na oddechu, trzymać tempo, co wcale nie jest łatwe, patrzeć pod nogi, na boki, coraz to odgarniać wilgoć z twarzy, zgarniać mrówki, pająki, odgarniać kolczaste gałęzie, uważać na ostre trawy, które rozcinają mi dłonie i… pić regularnie. Bolą mnie nerki, pot drażni oczy. Wszystko, co wypijam, wypacam. Mam kłopoty z oddawaniem moczu i przez tę wyprawę boję się zaognienia sytuacji. Zaczepiam się o gumkę od spodni na krzaku, co wytrąca mnie z równowagi. Idący za mną mój „ochroniarz” błyskawicznie przyskakuje z maczetą i… w ostatnim ułamku sekundy wstrzymuje ruch. Śmiejemy się głośno! Refleks ma dobry. Konar, który mnie „przytrzymał” to nie niebezpieczeństwo, ochroniarz pomaga mi się odplątać. Przynajmniej wiem, że jest „zwarty i gotowy”.

Przechodzimy przez gniazda i drogi termitów. Tu wskazany jest pośpiech! Przeskakujemy jak antylopy, na paluszkach, gnając dalej. Siostra straszy, że gdy oblezą one człowieka, to ratunek musi być bardzo szybki, inaczej biada…

Naszą stacją końcową ma być wielka, czarna, granitowa skała. To właściwie prawdziwa „czarna wyspa” w dżungli. Afrykanie bardzo się boją takich miejsc. Związanych jest z nimi mnóstwo zabobonów i wierzeń ludowych. Szef wioski i katecheta mówią, że wejdą pierwsi. Gdyby czyhało tam niebezpieczeństwo, to oni jako nasi opiekunowie UMRĄ pierwsi. Chce mi się śmiać, myślę, że to takie żarty, jednak widzę powagę na twarzach moich towarzyszy. Komuś ukazał się duch przodka, innemu straszny potwór. Normalnie pewnie bym machnęła ręką na takie „pogańskie bajdy”, ale jestem całkiem sama w centralnej Afryce, w samym środku dżungli równikowej i robi mi się nieco… nieswojo.

W końcu możemy wejść! WOOOOOOW!!!!! Wreszcie „wolna” przestrzeń! Żegnaj klaustrofobio, podstępne mrówki i pająki! Ściągam kurtkę, mój podkoszulek można wyżymać. Słońce pali z całą siłą, ale to dobrze! Wywracam kurtkę na drugą stronę – niech podeschnie, ściągam kapelusz, mam mokrutkie włosy. Można wreszcie usiąść na rozgrzanej skale. Co za ulga! Wyschną mi rzeczy wśród wszechobecnych aloesów i innych nieznanych mi kwiatów. Ludzie zaczynają się posilać, wyciągają z chust zapasy i… niemowlaki! Robimy piknik! Na kolanach trzymam parotygodniową Baby-Rosanne, która sika mi na spodnie. Ale co tam, i tak są mokre. Odprawiamy celebracje, dziękujemy Panu…

Dwie siostry zakonne – organizatorki tego marszu – z niepokojem obserwują rozwój sytuacji. Wprawdzie ustawiono ołtarzyk z krzyżem, ale katecheta coraz to zmienia język z francuskiego na… plemienny. Szepczę do siostry, że zaraz zaczną składać ofiary duchom. Po co nieśliby banany, maniok, ananasy, różne liście, makabo, kukurydzę tą całą drogę? Siostra wprawdzie niepewnie, ale jeszcze twierdzi, że to datki dla katechety. Śmieję się pod nosem i obstaję przy tym, że właśnie bierzemy udział… w ceremonii obłaskawiania duchów, a nie w nabożeństwie! Moją teorię potwierdza to, że gdy zabieramy się do odejścia, każdy składa pokłon i „dary” zostają na skale. Siostry są zbulwersowane, zdegustowane i przyznają mi rację. Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek. Jestem rozbawiona tą sytuacją. Zabieram ukradkiem kawałek odłupanej skały na pamiątkę. Nikt nie zauważył. I dobrze, bo zmusiliby mnie do zostawienia na miejscu…

Drogę powrotną wszyscy znosimy źle. Godzina 14. Niesamowity upał w tej wilgotności. Łyk wody to natychmiastowe wypocenie. Kręci mi się w głowie, wody mam marną resztkę. Przeliczyłam się, niestety, w zapasach. Siostry także są umęczone. Musimy się często zatrzymywać. Opadliśmy z sił. Na mostach z pni mój ochroniarz musi mnie już trzymać, nie jestem w stanie przejść samodzielnie. Wszystko wiruje. Jestem tak odwodniona, że ledwo trzymam się na nogach. Dziękuję mu co chwilę za pomoc, jest mi głupio – nie dość, że biała, to jeszcze mięczak. A on w końcu mówi, żebym się nie odzywała i nie zabierała płucom tlenu!

Wreszcie wychodzimy z „zielonego piekła”! Jesteśmy znów w wiosce! Czuję napływ adrenaliny. Ktoś kiedyś powiedział, że człowiek wchodzący do dżungli równikowej czuje dwie radosne chwile. Pierwsza – gdy w nią wchodzi. Gdy chce zdobyć naturę, gdy chce wziąć udział w tym niesamowitym, pełnym zasadzek widowisku, jakim jest las tropikalny! A druga chwila – to ta, gdy się z dżungli wychodzi… Bogowie są potężni, ale potężniejsza i okrutniejsza jest dżungla. Nie dziwię się tubylcom, że nie rezygnują z własnych rytuałów i zwyczajów! Swoje spostrzeżenia zachowuję jednak dla siebie.

Zasiadamy przy ogniu, szef częstuje nas bananami. Nie przepadam za nimi, ale przysięgam, że NIC, nigdy w życiu tak mi nie smakowało! Zbieramy się powoli do odjazdu. Okazuje się, że przebiliśmy oponę, ale no problem. Miejscowi już zabierają się za zmianę koła.

W misji czeka na mnie ojciec Darek z dziećmi. Opowiadam nieskładnie o moich wrażeniach. Co za niezapomniany dzień! Dzieci przerywają mi i mówią, że jest WODA! Lecę więc szybko pod prysznic, namydlam się i… po wodzie. Łapię resztki wody w umywalce i staram się, o ile to możliwe, wypłukać szampon. Wody mam może z… pół litra. W tych mydlinach myję się cała. W kuchni smaruję bagietkę masłem i posypuję grubo solą. Do szklanki wlewam wodę, wyciskam sok z cytryny, wrzucam parę kostek cukru i garść soli! Darek pyta, czy to napój na wymioty. Fakt, smakuje obrzydliwie, ale po jakimś czasie zaczynam obserwować powrót sił witalnych. Robię jeszcze jedną szklankę takiego „koktajlu”.

Wieczorem, po zgaszeniu światła, słyszę… dżunglę. Jak w filmie przewijają mi się obrazy. Ale słyszę również dziwne głosy. Jestem pod wrażeniem przeżyć dnia i zaczynam się bardzo bać! Siadam w panice pod moskitierą i zastanawiam się, czy nie wyrzucić… kawałka skały. Wierzenia udzieliły mi się. Robię sama sobie wyrzuty, że przez własną lekkomyślność narażam się na gniew przodków! Chce mi się płakać. Jestem w panice. W końcu tłumaczę sama sobie, że jestem chrześcijanką, powinnam się wstydzić, poza tym wyjście teraz w ciemności nie wchodzi w ogóle w rachubę. Udaje mi się w końcu zasnąć. Umęczona, ale szczęśliwa, śnię o czarnej skale…

Przygody Joli – część 6

Doły i wyżyny w Bertoua

Wychodzę na zewnątrz. Słońce w całej krasie, niebieskie niebo. Od samego rana odbywają się nabożeństwa, do kościoła nadciąga młodzież, dorośli i dzieci z okolicy. Niedziela to dzień wolny od pracy i szkoły, więc trzeba go uczcić. Idę na mszę. Siadam na niskiej ławce bez oparcia. Kościół jest zapchany.

13.03. Niedziela

Jestem chora. Ciężkie zapalenie oskrzeli. Boję się zapalenia płuc. Oddech sprawia trudność, rzężę, chrypię, smarkam. Nic dziwnego. Płacę za jazdę przy otwartym oknie, alternatywnie mogłam się udusić, WILGOĆ, wszechobecny kurz i, niestety, Autan, który ciągle drażni mi drogi oddechowe, ale do wyboru mam malarię, więc… wyboru nie mam.

Wychodzę na zewnątrz. Słońce w całej krasie, niebieskie niebo. Od samego rana odbywają się nabożeństwa, do kościoła nadciąga młodzież, dorośli i dzieci z okolicy. Niedziela to dzień wolny od pracy i szkoły, więc trzeba go uczcić. Idę na Mszę. Siadam na niskiej ławce bez oparcia. Kościół jest zapchany. Dużo ludzi mnie nie zna, więc jestem jak zwykle z ciekawością taksowana. Kręci mi się w głowie, więc siedząc kładę tułów na swoje kolana, odsłaniając kawałek pleców. Nagle czuję, że ktoś nieśmiało mnie dotyka. Wodzi palcem po nieznanej mu białej skórze, dotyka włosów. Zamieram i kątem oka dostrzegam może 2-letniego malucha, który zafascynowany „bada” białasa. Widząc, że ojciec dziecka chce go zdzielić po łapach, mrugam znacząco i kiwam głową na „nie”, aby go zostawił.

Po nabożeństwie tańcuję w kółeczku, gram z chłopcami na bębnach. Czuję się jak ostatnia niezdara. Aby mieć TEN rytm we krwi, trzeba urodzić się czarnym. Marianne prowadzi mnie do kaplicy, gdzie tańczy starsza młodzież. Oczywiście chwaląc przy tym Pana. Klaszczemy w kółeczku, zostaję wyciągnięta na środek i… zwrot języka na plemienny!!! Nie rozumiem, co śpiewają, ale najwyraźniej nabijają się z mojej białej skóry i blond włosów. Co i raz ktoś podchodzi, ciągnie mnie za włosy i podszczypuje w udo! Śmiejemy się. I zmiana. Teraz „naśmiewamy” się z innego nieszczęśnika.

Upał jest nieziemski, a tu jeszcze każdy chce się ze mną fotografować! Żartobliwie zastanawiam się, czy nie zacząć pobierać opłat. Ksiądz obiecuje każdemu odbitkę. Jest wesoło i na chwilę zapominam o mojej chorobie.

14.03. Poniedziałek

W biurze misyjnym przeglądam bogatą biblioteczkę. Dominują książki o tematyce religijnej, o misjach. O. Darek się śmieje, że czytał to kiedyś, zanim 15 lat wcześniej wyjechał do Kamerunu. Teraz ma to wszystko na co dzień, sam jest w stanie ocenić sens życia religijnego wśród „dzikich”. Moją uwagę zwraca książka bardzo odbiegająca tematycznie, a mianowicie „ABC kierowcy rajdowego”. Śmieję się głośno, a Darek stwierdza z powagą, że to jedna z najbardziej przydatnych książek w Kamerunie. Jest w niej wiele cennych rad i dzięki niej wyszedł już nieraz z opałów.

O tym, że ma rację, przekonam się niedługo…

15.03. Wtorek

Czuję się źle. Czyżbym osiągnęła ten sławny dół tropikalny? Płaczę bez powodu.

Obserwuję siedzącą na ławce przed misją kobietę, która karmi niemowlę z butelki. Jest to bardzo rzadki widok w Kamerunie. Taki rodzaj żywienia wśród biedoty świadczy o tym, że matka jest chora na AIDS. Możliwość zarażenia się dziecka w ciąży i przy porodzie od zainfekowanej matki jest wbrew pozorom bardzo niska, ale pokarm matki może być dla malucha powolną śmiercią. Mleko sztuczne jest bardzo drogie i praktycznie niedostępne dla przeciętnego mieszkańca. W misjach jest rozdawane mleko z darów, ale zazwyczaj popyt przewyższa podaż. Pytam Darka, co będzie, gdy matce lub misji zabraknie pieniędzy na mleko w proszku. W odpowiedzi słyszę, że matka będzie karmić piersią. Ponad 210.000 dzieci w Kamerunie straciło oboje rodziców przez AIDS.

Smutno mi tak okropnie. Jestem przytłoczona ogromem nieszczęścia.

Widzę wszędzie okropną biedę, owrzodzone nogi, rozlatujące się gliniane chatki, chorych na AIDS. Według statystyk liczba zachorowań wzrosła po akcjach propagujących prezerwatywy. Kolejny afrykański paradoks? Tubylcy uwierzyli, że cienka gumka ma właściwości czarodziejskie i uchroni ich przed wszelkim syfem. Wstrzemięźliwość okazuje się jednak najskuteczniejsza?

W misji oprócz sierocińca znajduje się przedszkole dla maluchów i przychodnia lekarska, prowadzone przez polskie siostry zakonne. Rozmawiam z lekarką, dopytuję się, czy oni sobie zdają sprawę, co to naprawdę znaczy AIDS. W głowach wielu Europejczyków dominuje pogląd, że Afrykanie są prymitywni i myślą tylko o seksie, nie zdając sobie sprawy z możliwych konsekwencji. Lekarka zapewnia, że wiedzą doskonale. Lekarze często mają dylemat, czy informować pacjenta o zakażeniu HIV, ponieważ zachorowanie to także śmierć społeczna. W Kamerunie prawie nikt nie jest ubezpieczony. Nie istnieje system zabezpieczeń socjalnych. Oznacza to, że za wszelką pomoc lekarską trzeba płacić natychmiast i gotówką. W szpitalu chorzy są zdani na łaskę (i niełaskę) rodziny. Nie ma kuchni, nie ma żywienia pacjentów. Odwiedzający przynoszą jedzenie, myją i dbają o krewniaka. Gdy rodziny zabraknie, chory jest skazany, oprócz dolegliwości, na głodowanie.

Chorzy na AIDS, odizolowani społecznie, nie chcą umierać powoli, męcząc się w okropnych warunkach i często, dowiadując się o infekcji, popełniają samobójstwo. Potrzebna jest więc pomoc psychologiczna. Przychodnia nie ma jednak środków na taki „ekskluzywny” etat, więc często dla ich dobra (!!!) nie informuje się pacjenta o infekcji. Statystyki są wstrząsające. W ostatnich badaniach (Misja zorganizowała odczynniki i miejscowi za symboliczną opłatą mogli się przebadać) wyniki były przerażające: 74% badanych było zarażonych. W całym kraju zarażona jest 1/8 mieszkańców. Codziennie w Kamerunie wirusem HIV zaraża się ponad 600 osób. Tendencja wzrostowa.

Z listu do przyjaciółek:

Codziennie uczę się pokory. Nie myślcie o mnie: „To ta, co wyjechała do Afryki i ją powaliło!” To jest krańcowe doświadczenie. Właśnie skaczą na mnie dziesięciocentymetrowe koniki polne, czy inna szarańcza. Na szczęście nie mam lęków, jeśli to nie jadowite i mnie nie gryzie. Mieszkam z jaszczurkami, ale one wpieprzają moskity, więc to są moi przyjaciele. Już mi nie żal wielkich karaluchów i, niestety, giną bez pardonu. Wyłażę sama na Quartier, nie patrzę ciągle pod nogi w poszukiwaniu węży. Dziś po tygodniu przyszła woda i nawet zdążyłam się umyć, zanim się skończyła. Zresztą, nie ma wody, ale jest Guinness!

Naprawiam bazy danych w głównym banku w mieście, patrzę na tę biedę z nędzą i czuję, że tu wrócę. Jestem u siebie!

Już wiem, co myślicie!! Porąbało ją z upału!

Myślę, że ktoś celowo sobie ze mnie drwi (programiści Matrixu?). Zdążyłam się przyzwyczaić do dwóch koszulek i jednej pary spodni, to przyszła waliza. Uniezależniłam się od wody, a raczej od jej braku, to ciura w kranie! Takie mam małe problemiki w kraju, gdzie ludzie jeszcze mieszkają w lepiankach ze świniami.

Codziennie przewartościowuje mi się świat.

Dziś miałam straszny kryzys… Już z tego wyłażę.

Ściskam Was wszystkie mocno!

16.03. Środa

Dylematy afrykańskie:

Gdy smarkam w chusteczkę, parują mi okulary. Co to za zjawisko? Takie coś zdarza mi się w Europie w zimie, gdy mój oddech jest dużo cieplejszy od temperatury otoczenia. Czy to znaczy, że teraz jest o wiele zimniejszy?

Z listu do przyjaciółek:

Znów dopadła mnie sraczka, ale nażarłam się Immodium i innego dziadostwa i jakoś się trzymam. Pożarły mnie muszki mutumutu (niewidoczne dla oka), i zareagowałam lekko alergicznie.

PS. Dziś wody znów nie ma, ale opanowałam technikę mycia się (łącznie z włosami) w puszce wody po oleju Elf.

To byłam ja – czysta i pachnąca (wyjątkowo).

Przygody Joli – część 7

Zakupy, krawcowa i seminarium

Idziemy dalej. Wszędzie brud, upał, kurz i ten nieodłączny, specyficzny ZAPACH AFRYKI… Przy stoisku z przyprawami wybieram i przebieram. Rozkoszuję sę zapachem świeżego pieprzu. Po raz pierwszy założona koszulka Wolfskina sprawdza się w stu procentach. Chłonie wilgoć spoconego ciała i wysycha błyskawicznie.

Środa, 16.03.2005

Katar zelżał. Mogę oddychać. Po porannych modlitwach udajemy się do kuchni, gdzie czeka na nas „suto” zastawiony stół. Ojciec Darek żegna się znakiem krzyża i mówi:

Pobłogosław, Panie, ten dżemik i musztardę!

Siadamy, patrzymy na siebie i wybuchamy głośnym śmiechem. Eee tam, gorsze rzeczy się jadło, ale trzeba znów jechać na zakupy. Darek, jak zwykle, nie dostał na czas pieniedzy z Europy. Przelew gdzieś „utknął”. Wiadomo, Afryka. Tym razem jednak jest nadzieja, że wyrobiłam mu znajomości w banku. Dyrektor był wniebowzięty, że odzyskałam mu dane. Jako zapłatę dostanę samochód z szoferem (!), który odwiezie mnie na lotnisko. Ufff, odpadło zmartwienie, jak dostanę się do Yaounde. Boję się tylko, aby nie zaczęło na poważnie padać, bo wtedy zostanę odcięta od świata! Drogi będą rozmyte i nieprzejezdne. Deszcze popadują, ale i dosyć szybko wszystko wysycha… Już za sześć dni, w Wielkim Tygodniu odlatuję… Robi mi się nijako…

Aby mnie trochę rozweselić Darek daje mi dzień wolnego i każe wskakiwać do auta. Jedziemy do miasta. Wchodzimy do supermarketu – bardzo „ekskluzywnego”, jak na miejscowe warunki. Handel mają w swoich rękach Libijczycy, uznani w Kamerunie za very białych. Sklep przypomina ciemny magazyn, produkty są zakurzone, gdzieś tam przyświeca obsrana przez muchy żarówka.

Jesteśmy jedynymi klientami. Kupujemy czekoladę do smarowania na chleb. Oglądam produkty „europejskie”. Ceny przewyższają nawet czterokrotnie ceny w Niemczech. Pytam, kto tu kupuje. Słyszę, że biali krezusi z przemysłu drzewnego. Chcemy płacić, ale to nie taka prosta sprawa. Sprzedawca długo i mozolnie wypisuje FAKTURĘ! Kobieta sprawdza, podlicza, mamrocze coś pod nosem z poważną miną. Trzeci sprzedawca rzuca okiem na sprawdzoną fakturę i pakuje nam słoik w woreczek. Wszyscy siedzą przy jednym biurku! Śmieszy mnie groteskowość tej sytuacji.

Na ulicy zauważam sprzedawcę „instrumentów muzycznych”. Chcę kupić dzwony, ale sprzedawca, bezzębny Pigmej, rzuca taką cenę dla Blanche, że Darek mnie odciąga. Marianne przyjdzie za dwa dni i kupi mi te dzwonki. Jestem trochę zła i pytam:

A jak ich już nie będzie?

Darek wybucha śmiechem:

Zwariowałaś? Kto to ma kupić?

No, niby racja. Sprzedawca biegnie za mną, proponuje mi kupno spódniczki z trawy, w jakich tańczą pigmejskie kobiety. Nie chcę? To może bransolety na nogi? A może bęben? Bęben chętnie bym kupiła, ale jest takich rozmiarów, że musiałabym mieć tragarza.

Zatrzymuję się dłużej przy stoisku z materiałami. Co za kolory! Ten „przemysł” należy do islamskich sprzedawców z północy Kamerunu. Muzułmanin zaprasza mnie, abym usiadła i pokazuje przeróżne materiały. Lydia wdaje się w rozmowę i wnioskuję, że postanowiono uszyć dla mnie nową kabę! Nie mam nic do gadania. Mam tylko wybrać materiał. Wybieram i idziemy do krawcowej! O, matko!

Słaniam się. Upał ścina z nóg. Idziemy między rozwalonymi budami. Wszędzie leżą odpadki, w rowach ścieki i brudne mydliny rozkładają się w prażącym słońcu. Niesamowite, jak każdy rozkręca interes, stara się coś sprzedać lub oferuje różne usługi. W jednej budzie odkrywam zamrażarkę! Nikt mnie nie zatrzyma! Wbiegam do środka, pochylam się nad wielką lodówą i wdycham zimny zapach ryb. Co za ulga! Sprzedawca śmieje się. Ach, ci biali…

Krawcowa urzęduje w rozwalonej budzie. Ma pomalowane paznokcie tylko u lewej ręki. To zjawisko zauważyłam już wcześniej. Marianne wyjaśnia, że prawa ręka jest do pracy. Gotuje, zmywa, pierze, szyje, wobec tego bez sensu jest malować paznokcie u „pracowej dloni”. W ten sposób oszczędza się lakier!

Najpierw zaczynam targowanie. Krawcowa rzuca cenę. W odpowiedzi Marianne głośno PIERDZI! Oznacza to: „Do dupy z taką ceną!”. W końcu dziewczyny obgadały sprawę i gruba mama zaczyna mnie mierzyć. Siadam przy maszynie, aby trochę odpracować szycie kaby. Śmiejemy się głośno. Moje smutki odleciały precz!

Darek chce mi pokazać miejscowe „atrakcje” i jedziemy na lotnisko. Budynek jest w miarę nowoczesny, ale bez szyb. Nie widać nikogo. Pas startowy to zwykłe klepisko. Pytam, czy coś tu przylatuje? No, czasem. Raz na pół roku.

W drodze powrotnej u przydrożnego sprzedawcy kupujemy grilowane i wędzone mięso. Szukamy miejsca w cieniu. Lydia przynosi mięso z antylopy w pachnącym smakowicie sosie, Marianne kupiła gdzieś obligatoryjną kulę kuskusa. Jest pora obiadowa. Wszędzie płoną ogniska, każdy coś gotuje, miesza w wielkich kotłach. Przeważnie nie na własny użytek, a na sprzedaż.

Siadamy przy stole pod parasolem. Po jakimś czasie wychodzi zaspany właściciel. Przynosi nam zimne piwo. Upał jest nieznośny. Jesteśmy mokrzy. Rozkładamy nasze zdobycze na stole. Próbuję wędzonego mięsa. Smakuje niesamowicie! Pytam Darka, co to jest, jednocześnie zastrzegam, że jeśli coś obrzydliwego, to niech lepiej mi nie mówi. Darek śmieje się głośno i mówi, że w takim razie jest to WOŁOWINA. Nie wnikam więc w szczegóły i jem ze smakiem. Po drodze kupujemy pieczone na węglach makabo. Pycha! Przypominają w smaku ziemniaki. Różnią się tylko kolorem i są bardziej sypkie.

Idziemy dalej. Wszędzie brud, upał, kurz i ten nieodłączny, specyficzny ZAPACH AFRYKI… Przy stoisku z przyprawami wybieram i przebieram. Rozkoszuję sę zapachem świeżego pieprzu. Po raz pierwszy założona koszulka Wolfskina sprawdza się w stu procentach. Chłonie wilgoć spoconego ciała i wysycha błyskawicznie. Następnym razem pojadę wyłącznie z taką odzieżą! Nic innego nie ma sensu. Śmieję się, bo w Europie rękawy koszulki wydawały mi się dziwacznie skrojone. W Afryce ten „głupi krój” chroni idealnie moje spalone słońcem ramiona.

Zwiedzamy seminarium duchowne wybudowane na obrzeżach miasta. Wszędzie rozstawione są bębny i tamtamy. Płoszymy rozgrzane na betonie bajecznie kolorowe jaszczury. Darek pyta, czy nie chcę zrobić im zdjęcia. Odpowiadam automatycznie:

Eee tam. Ładniejsze mam w pokoju.

Zdaję sobie sprawę z tego, co powiedziałam i wybuchamy śmiechem. Ale to prawda!

Seminarium jest puste. Klerycy mają ferie. Wchodzimy do kościoła i jak zwykle lecę z Marianne do bębna. Co za dźwięk! Roznosi się po pustym kościele. Odstawiamy koncert na cztery ręce.

Wracamy przez dzielnice, kołysząc się po wertepach. W mieście, oprócz głównej ulicy, nie ma asfaltowych dróg. Spotykamy dzieci z misji, które właśnie wracają ze szkoły.

Kolejny dzień dobiega, niestety, końca…