yt kanał misji
Archiwa

Nasze na KAIu BLOGowanie tu skopiowane

2009-10-01   O nas – Misja w Bertoua                 

2010-01-07   Jak minęły święta w Afryce 

2010-04-07  Co słychać w Kamerunie

2010-05-03    Zbiórki w Polsce

Drodzy Przyjaciele Misji Kamerun                      2011-08-19 drodzy przyjaciele misji

Po dłuższej przerwie postanowiłem, że trzeba zająć się pisaniem tego blogu na poważnie. Tyle się u nas dzieje, można by pisać codziennie jakieś niusy. Gdyby nie ciągły brak czasu i problemy z dostępem do Internetu…   Na szczęście pomagają nam w tym nasi przyjaciele w Polsce dzięki aktywności Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca, które założyliśmy dwa lata temu. Dzięki Stowarzyszeniu, możemy na przykład korzystać z 1% podatku. W ubiegłym roku udało nam się nawet zebrać z tego tytułu ok. 64.000 zł. W tym roku „tylko” nieco ponad 31.000 zł. A potrzeby mamy chwilowo zwiększone, ponieważ budujemy nowy sierociniec w stolicy kraju, Yaounde, gdzie w międzyczasie wynajmujemy dom. Więcej napiszę w najbliższym czasie na temat tej budowy, ale dzisiaj chciałem przypomnieć dlaczego przeprowadziłem się z częścią dzieci z Bertoua do Yaounde. To było w 2009 roku. Przyleciałem do Polski z naszą podopieczną Jacky Dangana, która chce się uczyć w Polsce położnictwa i wrócić do Kamerunu służyć swoim rodakom. Pomagałem jej w niezbędnych formalnościach (ile z tym męki, to jeden Pan Bóg wie). Najważniejsze, że się udało i od dwóch lat Jacky uczy się polskiego, najpierw jako studentka Studium języka polskiego na Uniwersytecie Łódzkim i rok później w Poznaniu, a w tym roku ma szanse rozpocząć wymarzone studia.   W międzyczasie doszło również do zmian administracyjno-personalnych w diecezji w Bertoua. Biskup w wieku 75 lat złożył dymisję, która została przyjęta przez Watykan, a równocześnie zgodnie z tutejszymi „zwyczajami” poprosił nas Dominikanów o opuszczenie plebanii, która była własnością diecezji, a nie Zakonu. Ze względu na zaistniałą sytuację mój przełożony o. Bruno Cadore OP postanowił przenieść mnie do klasztoru Dominikanów w stolicy kraju – Yaounde. Nastał również nowy odpowiedzialny za szkolnictwo katolickie, który postanowił nie respektować ustaleń zawartych z poprzednim biskupem, gwarantujących Misji-Kamerun, finansującej w całości dotychczasowe funkcjonowanie szkoły podstawowej, wpływ na dobór kadry nauczycielskiej oraz poziom nauczania. Z tego powodu, postanowiłem zaprzestać bezpośredniego finansowania szkoły, a naszym podopiecznym, z pomocą sponsorów szkoły, nadal zapewniać naukę w innych szkołach gwarantujących odpowiedni poziom nauki. Tak że nasza pomoc trwa nadal i nawet możemy objąć nią większą niż dotąd liczbę dzieci, gdyż nie płacimy teraz pensji nauczycielom.   Zatem nie pozostało nam nic innego jak opuszczenie plebanii w Bertoua. Budynek i cały teren sierocińca nie jest własnością diecezji, tylko naszego Stowarzyszenia. Wynajęliśmy dom w Yaounde, spakowaliśmy dzieciaki z sierocińca i przeprowadziliśmy się do stolicy Kamerunu. Nasi zaś podopieczni, dzieci wspomagane przez adopcję serca, pozostały w Bertoua wraz ze swoimi rodzinami, a Misja Kamerun w dalszym ciągu wspiera ich naukę oraz często pomaga chorym uczniom.   Dodatkowo nie ułatwia nam sytuacji fakt, że mój powrót zaplanowany na lipiec, okazał sie niemożliwy – 1 czerwca odezwała się malaria. Spędziłem 4 godziny na ławce w mieście trzęsąc się jak osika raz z malarii, a dwa że mnie zgarnie zaraz policja jak jakiegoś kloszarda. Na szczęście miałem przy sobie chininę i po upływie jeszcze kilku kolejnych godzin wstałem z ławki miejskiej. Po przeprowadzeniu wnikliwych badań i konsultacjach ze specjalistami od medycyny tropikalnej zapadła decyzja, że muszę przez co najmniej kilka miesięcy zostać w Europie i poddać się intensywnemu leczeniu.   Po moim powrocie z Polski zaczęliśmy zajmować się rozwijaniem sierocińca w Yaounde i zaludnianiem na nowo „starego” sierocińca w Bertoua, który doglądam dojazdowo z klasztoru w Yaounde. Gdy pozostawałem kilka tysięcy kilometrów od Kamerunu, dzieci były pod opieką Marianny i Achilla. Ja nad wszystkim czuwałem przy pomocy codziennych emaili i sms’ow i innych internetowych komunikatorów. Dzieci miały, tak jak dotychczas, zapewnioną opiekę: spanie, wyżywienie, ubranie, oraz naukę, dzięki wspaniałomyślności i hojności Przyjaciół Misji Kamerun z całej Polski.   Sierociniec jest teraz w Yaounde, ale Bertoua to ciągle też nasza Misja-Kamerun. Co rusz ktoś przyjeżdża z Bertoua po pieniądze na szkołę dla dziecka, brata, siostry, kuzyna czy kuzynki. Często opiekunowie sierocińca jeżdżą do Bertoua i kontrolują sytuację na ile się da. Wkrótce napiszę o tym, jak nam się żyje w Yaounde i jak posuwa się budowa sierocińca.   o. Dariusz Godawa OP

Wszystko od nowa                                    2011-08-26   wszystko od nowa

Dziś chcę opisać jak wygląda nasze życie na placówce w Yaounde. Choć jesteśmy tu jakiś czas, to przez te kilka a nawet kilkanaście miesięcy nasze warunki życia niespecjalnie się zmieniają. Nie mamy naprawdę nic. Po prostu startujemy od zera i wszystko musimy stwarzać od nowa.   Wynajmuję dla naszych podopiecznych dom. Oczywiście kosztuje to spore pieniądze, więc docelowo chcemy zbudować Dom Dziecka w okolicy i kupiliśmy ziemię, o czym napiszę trochę później.   Ale najpierw o tym jak wygląda nasze życie. Żyjemy bardzo ubogo, więc wynajmujemy dom (w którym żadne drzwi się nie zamykają) ale już nie stać nas na umeblowanie. Nie mamy też bieżącej wody ani lamp w pokojach dla dzieci. Dzieci po prostu śpią na materacach a ubranka mają poupychane w wolnych miejscach na podłodze. Uczą się na betonie przy jednej lampie. Ja też wcale nie mam lepiej. Nie mam w pokoju ani krzesła ani stołu. Z laptopem mogę pracować tylko siedząc na łóżku, albo kładąc go na stary głośnik, który służy nam za podstawkę. Myję się polewając się kubeczkiem plastikowym wodą z wiaderka. Pastę do zębów Colgate kupiłem dopiero po 2 miesiącach po powrocie do w Kamerunu – pasta jest kilkukrotnie droższa niż w Polsce i aż żal było wydać na nią tyle pieniędzy, ale nie mogłem dłużej żyć jak kloszard.   Oszczędzamy na jedzeniu. Najtańsze jedzenie to ryż – 50 kg kosztuje 120 zł, ale przy 20 osobach do wyżywienia nawet taka ilość znika bardzo szybko. Ryż jest tańszy nawet niż maniok, który też jadamy od czasu do czasu. Od święta jemy rybę, a coś lepszego czyli np. kurczaka, tylko wtedy gdy ktoś nam podaruje. Żeby mieć jakiekolwiek witaminy jemy tutejsze liściaste rośliny.   Jemy jak typowi kameruńczycy – tylko raz dziennie. Normalne warzywa i owoce są bardzo drogie, ostatnio kupiliśmy 4 cebule które kosztowały nas aż 10 zł. Nie często możemy pozwolić sobie na taki luksus. W ciągu ostatnich kilku miesięcy schudłem 15 kilo. Dzieci na szczęście wyglądają w miarę dobrze.

 

Początek roku szkolnego w Yaounde                      2011-09-04 poczatek roku szkolnego w yaounde

Tu w Yaounde wakacje miały tylko dzieci. Ja przez cały czas pilnowałem budowy i poganiałem murarzy. Udało nam się postawić mury do takiej wysokości, że by budować dalej trzeba już używać rusztowań. Obecnie, ze względu na przygotowania do roku szkolnego, wbrew naszym planom musieliśmy budowę wstrzymać.   Trzeba dzieciom opłacić szkołę, a nie mamy funduszy na jedno i na drugie. W zasadzie na nic nie mamy i jemy już tylko ostatnie zapasy manioku. Opieką misyjną objęte są także dzieci z Bertoua oraz kilkoro studentów i studentek. Między innymi Yvette, która właśnie zrobiła magisterkę z prawa i od października zacznie robić doktorat oraz Marianne studiująca biochemię na Uniwersytecie Katolickim. Pomagamy im opłacić czesne za studia w wysokości około 4500 zł rocznie dla jednej osoby oraz wynająć skromne pokoiki, w których mogą zamieszkać. Serdecznie pozdrawia

      Budowa sierocińca w Yaounde                                2011-09-10 budowa sierocinca w yaounde

Mówiłem w poprzednich wpisach, że buduję drugi sierociniec w Yaounde (po sierocińcu z Bertoua). Kupiłem tu 2000 m2 terenu w mieście.   Ogrodziłem najpierw wszystko, nauczony doświadczeniem (zostaliśmy napadnięci i pobici 2 września 2001 w Bertoua) i w lipcu zacząłem budowę budynku sierocińca. Na razie od czasu wypadku w maju 2009, dzieciaki mieszkają w wynajętym domu, za który płacimy miesięcznie 1550 zł. Już od jakiegoś czasu negocjujemy z właścicielką by ta cena została utrzymana, gdy tymczasem ona chce, byśmy zaczęli płacić 2000 zł miesięcznie. Na razie udało nam się wynegocjować aktualną cenę do końca listopada. Chcemy jak najszybciej sie wyprowadzić do nowego domu, który to właśnie budujemy by nie płacić za wynajęcie. Tu w Yaounde mam 13 dzieci, ale jak pobudujemy dom to będzie docelowo może 32 dzieci tu w Yaounde, w tym pierwszym budynku, który stawiamy, za parę lat może być drugi tak jak na planie.   Prace nad budową rozpoczęliśmy z wielkim rozmachem. Jak ju/aż wcześniej pisałem kończymy spłacać raty za ziemię, którą zakupiliśmy głównie za pieniądze uzbierane w czasie mojego pobytu Polsce, a także z zeszłorocznych wpłat z 1% podatku. W ostatnich miesiącach trwały prace nad budową ogrodzenia zapewniającego bezpieczeństwo naszym wychowankom, które zakończyliśmy z sukcesem. Poniesione koszty to około 43750 zł. W lipcu rozpoczęliśmy budowę samego domu. Zatrudniliśmy 10 murarzy i liczyliśmy, że prace bez przeszkód będą wykonane do końca roku.   Tymczasem okazało się, że akcja 1% nie przyniosła oczekiwanych rezultatów. Być może ze względu na brak mej obecności w Polsce i osobistego proszenia o 1% dla Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca, mniej ludzi postanowiło wspomóc naszą organizację. Choć suma, jaką otrzymaliśmy, jest znacząca, bo wynosi aż 31.733,58 zł, to jest to zaledwie 49% tego, co spłynęło do nas z Urzędów Skarbowych w zeszłym roku. Właśnie na ten 1% liczyliśmy dla naszej budowy. Tymczasem kwota, jaką dostaliśmy, wystarczy zaledwie na fundamenty i posadzkę. W związku z tym zwolniłem 8 murarzy i w sierpniu zaledwie dwuosobowa ekipa powolutku pracowała, gdy tymczasem my musimy jak najszybciej się wyprowadzić.   A potrzebujemy teraz łopat, taczek, piasku, pustaków, cementu, kamieni i oczywiście wyżywienia dla robotników. Do wybudowania domu pod klucz potrzebujemy minimum 80 938 zł (wg szacunków architekta, które już w kilku aspektach budowy okazały się zaniżone).   Modlę się do Boga o cud, bo akcja 1% okazała się również cudem, ale niestety połowicznym

Rok szkolny 2011/2012 w Kamerunie i w Misji Kamerun      2011-09-19 rok szkolny 20011-12

Szkoła tutaj wygląda trochę inaczej niż w Polsce. Wprawdzie system szkolnictwa jest podobny, z niewielką tylko różnicą, ale cała reszta jest jeszcze daleko, daleko w tyle…   Szkoła powszechna jest niby obowiązkowa, ale to tylko teoria, ponieważ praktyka zupełnie się z tym nie liczy. Mało tego, że jest niby obowiązkowa to jeszcze jest niby darmowa, a w praktyce to też zupełnie co innego. Obowiązkowa – i co z tego, gdy rodzice nie mają pieniędzy. Kto ich ukarze, jak nie poślą swoich dzieci do szkoły? Gdyby ich wysłać do więzienia, pół kraju musiałoby w nim siedzieć. Są plemiona, które edukacją szkolną zupełnie się nie przejmują, a dzieci mają pracować w polu a nie „łazić” do szkoły, bo po co to komu i na co? Zwłaszcza, że po tej szkole i tak żadnej pracy nawet dla absolwenta Harwardu nie ma, jeśli nie ma pleców. Synek prefekta, gubernatora czy mera dostanie pracę choćby nawet matury prawdziwej nie miał.   No to zaczęła się ta szkoła w pierwszy, jak zwykle, poniedziałek września, ale to też tylko w teorii, bo w praktyce to dopiero za tydzień lub dwa zaczną rok szkolny tzw. „anciens”, czyli ci, którzy kontynuują naukę w tej samej szkole, a nowi będą się do szkół zapisywać do końca listopada lub nawet dłużej. A nowych to tu cała masa. W Polsce nie znana jest zupełnie praktyka, by zmieniać szkoły prawie co roku, a tu jest ona na porządku dziennym. Gdy w danym roku jest mniej pieniędzy w kasie domowej (a takiej i tak nie ma, bo chłop ma swoją kasę a kobieta swoją, i jest to ściśle strzeżona przez nich tajemnica, skąd biorą pieniądze i ile ich jest), to się dzieci zapisują do tańszych szkół. Gdy wypłata się spóźnia ( często nawet do 6 miesięcy) to już nie ma miejsc w szkole, ale tylko teoretycznie ich nie ma, bo praktycznie gdy się „negocjuje” z kim trzeba i ile trzeba to miejsce się znajdzie. No a negocjuje się zapis, miejsce w ławce, komitet rodzicielski i „takie tam” – co tylko dany zarządzający szkołą „wykaże”, że trzeba uiścić. Istnieją też takie szkoły w wioskach, gdzie są 3 klasy, a każda liczy po 100-105 uczniów i wszystkie te dzieci uczy jeden, jedyny nauczyciel. Przechodzi z klasy do klasy co 10-15 minut, zadaje zadania i idzie dalej. Gdy rok szkolny się kończy, w klasach znowu są te same dzieci, bo to przecież wioska, a więc nie ma ich za bardzo gdzie posłać. W mieście zmienia się więc te szkoły jak rękawiczki, a częściej nawet. Bywa ze dziecko jest co roku w nowej szkole, a to dlatego, że ot nie ma pieniędzy na tę samą, bo droższa tego roku, choć darmowa, a to brat taty się trochę podreperował finansowo, to się mu 3 dzieci upchnęło, a młodsza siostra przysłała swoje młodsze to się je za tanie pieniądze w byle jakiej szkole umieści; i tak dzieci nie tylko szkołę, ale i region kraju często zmieniają.   Nasze dzieci z sierocińca w większości chodzą już do szkoły. Znalazły się pieniądze na pierwszą ratę, bo na szczęście można płacić za tę „darmową” szkołę ratami. A na początku roku szkolnego wydatki na szkołę są nawet większe niż za czasów, gdy była ona oficjalnie płatna. Teraz każdy dyrektor („proviseur”) wymyśla sam, co trzeba zapłacić, jakie trzeba mieć mundurki, jakie buty, ile wynosi składka na komitet rodzicielski, ile na święto nauczyciela, ile na święto narodowe dla nauczycieli, żeby mogli sobie poszaleć, i każdy nauczyciel w klasie też dodaje swoje „roszczenia” itd. itd. O zeszytach i przyborach nie wspomnę. Książki w podstawówkach raczej nie funkcjonują, powszechnie używa się ich dopiero w „collège”, czyli w gimnazjum. Na początek, w pierwszych klasach wystarczy tabliczka z kredą i parę zeszytów, a później w klasach wyższych same zeszyty. Plecaki na te zeszyty, piórniki, linijki, ekierki i długopisy co roku muszą być nowe oczywiście, bo chińska jakość co roku musi być „odnawiana”. A tutaj artykuły chińskie to jak „zachodnie”, bo nie uświadczysz żadnych rzeczy „dobrej jakości”. Produkty chińskie to jak dla nas te z zachodu, a nigeryjskie to jak u nas „chińskie”.   Wśród dzieci z sierocińca, które jeszcze nie chodzą w tym roku do szkoły, jest jeszcze Patrick, bo powtarza klasę „Première” czyli tę przed klasą maturalną, Ingride, Cabrole i Hypolyte. Ingride i Cabrole to nasze nowe dzieci – sieroty całkowite, więc zapiszemy je do École Bilingue Barack Obama tuż obok naszego wynajmowanego domu. A Hypolyt to się chyba za pomocnika spawacza będzie kształcił, bo nie zbyt dobrze idą mu przedmioty typowo szkolne.   Napisałem, że Hypolyte powtarza klasę. Tutaj dzieci często oblewają rok i powtarzają go raz, dwa lub nawet trzy razy. Rzadko kto zalicza egzaminy za pierwszym podejściem, a są takowe: CEPE po podstawówce, BEPC po gimnazjum, Probatoire po zakończeniu klasy przed klasą maturalną i BAC, czyli matura, która rzadko jest zdawana za pierwszym razem. Ciekawostką w Kamerunie jest to, że wszystkie wyniki wszystkich egzaminów z całego kraju są podawane w radiu CRTV miejscowym, tak że swoje nazwisko można usłyszeć, a częściej go nie usłyszeć, wśród grona szczęśliwców.

Wakacje w kameruńskim stylu                          2011-09-24 wakacje w kamerunskim stylu

W Kamerunie niemal co chwilę są wakacje. Obchodzi się święta katolickie, muzułmańskie i narodowe, których jest też cała masa.   Świętuje się 1 stycznia, bo to dzień niepodległości z 1960 roku, 11 lutego bo to dzień młodzieży, 8 marca bo to dzień kobiet, wprawdzie wszystko niby funkcjonuje jak w dniu roboczym, ale tylko w teorii. Dalej 1 maja, bo wiadomo, 20 maja bo rocznica zjednoczenia Kamerunu anglo- i francuskojęzycznego, więc główne święto narodowe, itd. itd. No i żeby na defiladzie 11 lutego, 1 maja i 20 maja dobrze maszerować, to zamiast lekcji są kursy marszruty – czasem nawet na dwa tygodnie przed świętem. Jak już 20 maja minie, to niby szkoła powinna normalnie funkcjonować do ok. 20 czerwca, ale to tez tylko w teorii, bo w praktyce zajęć już prawie nie ma.   I jak w tych warunkach dzieci mają się czegoś nauczyć?   Dariusz Godawa OP

      Wiara    2011-10-06

Średnia wieku w Kamerunie wynosi ok. 26 lat, a średnia długość życia to 53 lata. Umiera się najczęściej na skutek malarii, AIDS (co 8 osoba jest nosicielem) i innych chorób w mniejszym stopniu. No ale w praktyce nie umiera się ani na skutek malarii ani AIDS, ale na skutek woli innej osoby. Takie są tu wierzenia: tu się samemu z siebie czy z powodu choroby nie umiera, tylko ktoś tę śmierć spowodował, szybko albo wolno, z bliska albo z daleka.   Co ciekawe klepsydry całego kraju są czytane codziennie w radiu o godzinie 13 i wtedy przez parę godzin słucha się tylko, że ten na skutek szybkiej, a ten na skutek długiej choroby zmarł.   Mało się tutaj czyta, a jeśli już to tylko Biblię, co bardzo sprzyja rozwojowi licznie reprezentowanym wiarom chrześcijańskim. Wiara jest tu obecna w życiu codziennym i całodziennym. W nocy natomiast jakoś umyka z głowy. W katolickiej Irlandii czy Polsce nie spotyka się takiej ilości różańców zawieszonych na wewnętrznych wstecznych lusterkach, takiej ilości napisów chwalących boga (niekoniecznie z dużej litery) na samochodach, takiej ilości piosenkarzy komponujących piosenki świeckie, przebojowe, wydawane na CD, które wychwalają Boga i zachęcają do pójścia za nim. Tutaj Bóg jest obecny wszędzie i nikt się go nie wstydzi. I nie mówię tu tylko o 38 procentach katolików rzymskich ale o Bogu w rożnych „wydaniach”.   Dariusz Godawa o.p.

Przyszłość                                                2011-10-14 przyszlosc

Rodzice adopcyjni dzieci (w ramach „adopcji serca”) często pytają: „jakie są marzenia, plany na przyszłość ‘mojego dziecka’?”   Gdy nam takie pytania zadają, tzn. mnie albo Jacky w Polsce, to się leciutko uśmiechamy. Najprostsza odpowiedź byłaby: „No… marzenia Pani/Pana dziecka są takie, żeby dzisiaj coś zjeść, a plany na przyszłość – czy starczy jedzenia do jutra wieczorem.” Nie mam zbyt często styczności z dziećmi z bogatych rodzin, bo za „mały” jestem by do nich dotrzeć, więc piszę tylko o tych, których tu większość. Może te bogate dzieci mają inne marzenia i inne plany niż po prostu „coś zjeść dziś wieczór”. Choć co do tych planów na przyszłość, to też niekoniecznie jest tak jak myślimy o tym w Europie. Mimo że francuski jest językiem powszechnie używanym w Kamerunie, myślenie jest inne i o przyszłość sobie tutaj głowy nie łamią. W językach Bantu, a tych w Kamerunie jest ponoć przeszło 250, malutko jest słów i pojęć wyrażających przyszłość, a jeśli są, to wyrażają przyszłość maksymalnie na dwa lata do przodu, tak że utrwaliło się takie bycie i życie „dziś” i maksymalnie do jutra. To też jest przecież ewangeliczne, skoro lilie polne piękniejsze od szat króla Salomona, a ptaki powietrzne żyją sobie, choć w jutro się nie patrzą.   Dariusz Godawa o.p.

Czarne i białe – rzecz o spowiedzi                                   2011-10-25 czarne i biale rzecz

Zaraz (3 tygodnie) po święceniach kapłańskich w 1993 roku wyjechałem z Polski. Najpierw byłem 3 miesiące w Kamerunie, później 10 miesięcy w Paryżu, i od 1994 roku non-stop tutaj w Kamerunie, z przerwami na urlopy. Otóż będąc ostatnio w czasie mojego przedłużonego urlopu w klasztorze poznańskim, jak każdy ze współbraci miałem dużo spowiedzi. W okresie przedświątecznym nawet do 6-8 godzin dziennie. Ja nigdy w moim 18 letnim posługiwaniu kapłańskim nie spowiadałem Polaków, oprócz jednej, czy dwóch osób w dzień po święceniach.   Jakież było moje zadziwienie w tych poznańskich ładnych konfesjonałach. Nie będę „polskich grzechów” wymieniał, bo znane są wszystkim, spojrzę tylko na nie z punktu widzenia spowiednika nowicjusza, który do tej pory pasał tylko czarne owieczki.   Może to ze mną coś nie tak w spojrzeniu na tę sprawę, więc proszę o wyrozumiałość i modlitwę.   Nagminnie większość spowiadających się w Poznaniu oskarżała się o rozproszenia na modlitwie, o niezachowywanie piątkowych postów, o spóźnienia na Msze Świętą czy również z brak skupienia na niej, o nieodmawianie pacierza, trochę o grzechy przeciwko 6 przykazaniu. Rzadziej już spowiadała się ze zła wyrządzonego bezpośrednio drugiemu człowiekowi. Pisze bardzo w uproszczeniu o większości, jaka trafiała do mojego konfesjonału, bo oczywiście są też i zupełnie inne spowiedzi, ale trafiają się dużo rzadziej niż te „typowe”. Tym, co mnie zdziwiło był fakt, że tak mało bliźniego w tych „wymieniankach”. Piszę oczywiście ciągle tylko w porównaniu z moim doświadczeniem spowiedzi w Kamerunie. Nic nie wartościuję i nie osądzam. I tak, chyba w 90 % przypadków wedle mojego, może zdziczałego już sumienia, po uważnym wysłuchaniu po raz enty prawie identycznej spowiedzi – w ogóle nie odnosząc się do wymienionych grzechów – od razu pytałem prawie każdego penitenta: „A co ty zrobiłeś dziś dla twojego brata/siostry, a czego dziś nie zrobiłeś? „Byłem, głodny, spragnionym nagi….” Komu ty dzisiaj (i tu wymieniałem datę dzisiejszą) dałeś jeść, komu pić, kogo przyodziałeś, do kogo się uśmiechnąłeś, bo jakiś taki dziś smutny, kogo odwiedziłeś w szpitalu, w domu dziecka, w więzieniu byłeś choć raz w życiu u kogoś? Kogo przytuliłeś dzisiaj, z kim płakałeś, bo stracił pracę, rzuciła go żona, zdradził mąż, bo syn umiera na rak? A z kim poszedłeś na piwo do knajpy, bo do kościoła sam już drogi dawno zapomniał i jedyny jego ratunek i pocieszenie we flaszce; wypiłeś z nim kielicha, wysłuchałeś, zaprzyjaźniłeś się, zaprosiłeś do „innej knajpy”? (Mam nadzieję, że tu nikt się nie gorszy, jak ci, co Jezusa pijakiem nazywali…)   Nie trzeba jechać do Afryki, zobacz ilu ludzi w twojej klatce schodowej woła o miłość, także o twoją miłość… a ty się spowiadasz, ile skwarek było w piątkowej jajecznicy, że się rozproszyłaś na Mszy Świętej, alboś zasnęła na różańcu.   Rożne są te polskie spowiedzi od kameruńskich. Mam mocne wrażenie, że w Polsce spowiadamy się bardziej z pierwszych trzech przykazań, a w Kamerunie bardziej z tych od 4 do 10. Zachęcałem więc penitentów w Poznaniu, by może zwrócili większą uwagę na kolejne przykazania, te zaczynające się od 4. W Kamerunie zaś, po spowiadaniu w Polsce, nawołuję teraz do przypomnienia sobie pierwszych trzech, bo tutaj z kolei to wszystko, co w Polsce słychać na spowiedzi nie jest prawie poruszane. Tutaj Bóg jest chyba gdzieś wyżej, za wysoko może, by tak można było od razu bezpośrednio przeciw niemu zgrzeszyć. Choć jednocześnie paradoksalnie jest bardziej obecny w życiu, w mentalności, w myśleniu. On jest i żaden Kameruńczyk nie podda tego w wątpliwość. Tu nie trzeba przedstawiać dowodów na istnienie Boga. Jest i tyle! …że wysoko?, ….ale JEST! „Trudno” przeciw Niemu bezpośrednio zgrzeszyć, bo jest za wysoko, a bliźni blisko, w tym samym łóżku (cale rodziny razem), na podwórku ( dom jest tylko do spania), przy ognisku, w szkole, na polu w pracy. Wszyscy się znają, wiedzą co, kto, z kim i kiedy i jak. Spowiada się więc Kameruńczyk, że nie pomógł babci, że się posprzeczał i czasem aż do rękoczynu doszło z żoną, że długo zwlekał z przebaczeniem, „ale proszę księdza, już się pogodziliśmy”. Tu nawet dziecko jakoś czuje, że nie może się wyspowiadać z ukradzionego długopisu, jeśli go najpierw nie odda. Gdzieś to pewnie w ich bajkach się pojawia, co od dziadków przy ognisku słyszą. Panuje tutaj wielki respekt starszeństwa, nie tylko dziadków, rodziców, ale brata choćby był 1 dzień starszy (poligamia tu wszechobecna, więc brat dzień starszy nie szokuje) i wykroczenia przeciw temu są również bardzo częstym tematem spowiedzi.   A jakby tak w Polsce przed spowiedzią oprócz o Panu Bogu, biała owieczka przypomniała sobie też o bliźnim, o swoich wobec niego zaniedbaniach. (W minimalnym procencie spowiadamy się w Polsce z grzechów zaniedbania w ogóle.) A jakby tak w Kamerunie przed spowiedzią czarna owieczka oprócz grzechów przeciwko bliźniemu, przypomniała sobie o Panu Bogu. To chyba by troszkę lepiej było na świecie!!!   Dariusz Godawa o.p.

Nasze codzienne życie w sierocińcu                                    2011-11-13 nasze codzienne zycie

Życie nasze ciągle monotonne i co dzień takie samo. Prąd nawala, przepaliły się podziemne kable łączące licznik przy bramie z domem, a nie będziemy przecież właścicielce wymieniać podziemnego kabla (jakieś 50 m), bo i bez tego chce nam podnieść czynsz. Czasami włączam agregat, ale pożera on 1 l ropy (3,50 zł) na godzinę. Najgorsze są deszcze. To już ostatnie opady w tym roku, bo pora sucha za parę dni, ale gdy pada, cały salon jest w wodzie i w większości pokoi mamy wodę na 3-4 cm wysokości.   Wtedy dzieciaki ze szmatami i wiaderkami zbierają tę wodę całymi godzinami. Cały dach jest dziurawy, mimo że z zewnątrz wygląda „elegancko”. A deszcze tutaj niewiele mają wspólnego z tymi w Polsce, pada raczej krótko – maksymalnie 1-2 godz., ale zwykle tylko parę minut, i wtedy pada najintensywniej. Wiadro można postawić pod gołym niebem i za chwilę jest pełne. Burze tutaj są „poziome”. Nie zabijają wiele osób, choć wali piorunami tak, jak nigdy w Polsce przez 33 lata nie słyszałem. Trzęsie się cały dom i huk trwa bardzo, bardzo długo, czasem nawet parę minut.   Dzieciom w szkole idzie nie za dobrze – kilkoro ma średnią w okolicy średniej danej klasy, a dwójka dzieci ma bardzo duże trudności w nauce. Jak łatwo się domyśleć, Yaounde to nie Bertoua (skąd przyjechaliśmy z dziećmi). Dzieci z Wilkowyj (z serialu Rancho) też miałyby trudności w szkole w Warszawie. Nasze dzieci tutaj nie tylko są z Wilkowyj, ale i też z rodzin patologicznych albo rodziny w ogóle nie mają. Dzieci w szkole w Yaounde nie mają katechezy, ponieważ tutaj religii uczy się tylko w szkołach katolickich, a na takie szkoły nas nie stać. Dzieci przygotowujące się do sakramentów mają katechezę w pobliskiej (1 km stąd) parafii, reszta ma tylko moje codzienne kazania katechetyczne i codziennie, od 17:30 do 18:30, odmawiamy z nimi cały różaniec .   Pomimo trudności jakoś sobie dajemy radę, nawet małe sumy odkładamy na budowę naszego domu. Ciągniemy pomalutku po worku cementu z 1 murarzem, na razie nikt nam nic nie dał na kolejny etap budowy „Elewacja”. Cały czas mamy pieniędzy „na styk”, ale można by powiedzieć, że Bóg nam pomaga finansowo – od lat już, gdy nie mamy prawie grosza, a trzeba nagle pomóc jeszcze jakiemuś dziecku (szczególnie z poza sierocińca), to najpierw wydaję na to dziecko ten ostatni grosz, a później zaglądam przez Internet na konto, a tu widzę, że ktoś wspaniałomyślnie właśnie tyle przelał na nasze konto, jakby tu był i wszystko widział i słyszał. Więc innego wytłumaczenia nie ma, jak tylko Boża interwencja. Morał: jak nie masz juz prawie nic w kasie, to za tę resztę pomóż komuś i a na Twoje konta nazajutrz wpłynie jeszcze większa kwota, hihihihi.   Dariusz Godawa o.p.

 Stary nowy prezydent                                         2011-11-23

Dziewiątego października odbyły się w Kamerunie wybory i po raz 6 Paul Biya (prezydent Kamerunu od 1982) został wybrany na kolejne 7 lat.   Dwie trzecie ludności to ludzie poniżej 25 roku życia, a w tej grupie prawie nikt nie głosował. Karty miało 7 na 20 milionów mieszkańców czyli te 1/3 powyżej 25 roku życia. I to ci głosowali. Chyba 77,9 % głosujących (z tych 7 milionów) zagłosowało na Paula ponownie. „Le choix du peuple” (wybór narodu) brzmiały hasła na transparentach i potężnych reklamach w mieście przed wyborami. Teraz mowa o „La volonté du peupe” (wola narodu). Jego motto to LA PAIX (pokój). Wmawia ludziom, że dzięki niemu w Kamerunie nigdy nie było żadnej wojny ani domowej ani z państwami ościennymi, oprócz małych potyczek z Nigerią w Bakassi o ropę. Więc skoro Kameruńczycy kochają LA PAIX to niech na niego głosują. I tak głosują ci starzy. Młodzi nie głosują wcale, bo co to zmieni.   Później, w czwartek, dwa tygodnie temu miała miejsce inwestytura, a w niedzielę odbyła się uroczysta modlitwa ekumeniczna w katedrze Notre Dame de la Victoire w jego intencji. Miało być o 13:00 i wszyscy już siedzieli od 10 godz. rano w katedrze, tzn. ci z zaproszeniami, czyli sama elita państwa, ale zaczęło się o 15:35, ponieważ Paul Biya zawsze przyjeżdża z kilkugodzinnym opóźnieniem. Jest przecież taki ważny. Wszedł do kościoła z żoną Chantal (która jest mulatką) i najpierw na chwilę uklękli przed tabernakulum, a potem zajęli wyznaczone im miejsca. Później były modlitwy: katolików, muzułmanów, prawosławnych i protestantów, śpiewały chóry poszczególnych konfesji. Na końcu udzielono błogosławieństwa parze prezydenckiej. Prezydent i jego żona trzymali w tym momencie grube świece. Z tej okazji całe centrum miasta było zamknięte dla ruchu już od 9 rano. To wszystko oglądałem oczywiście w telewizji.

 

Yaounde en Fête, czyli Boże Narodzenie w stolicy Kamerunu    2011-12-23 yaounde ne fete

Jak wszystko co przychodzi od białych i żółtych – jest czymś do skopiowania, często niestety ślepego. Zaczyna się jak u białych w okolicach połowy listopada od przyozdabiania sklepów w świecidełka, w przedświąteczne SOLDES (przeceny), w choinki, które tu są obcym nieznanym drzewem, ale dostępne są chińskie sztuczne. Często w domach miejskich widzi się taką choinkę raz przyozdobioną, która stoi zakurzona przez cały rok w największym domowym pokoju. Na święta się ją odkurzy, bo wielki kurz u nas nastaje szczególnie od listopada wraz z porą suchą.   Adwent – czas, w Polsce (w tej Polsce, jaką ja pamiętam sprzed 1993 roku), oczekiwania na Boże Narodzenie w wyciszeniu prawie wielkopostnym jest tutaj zupełnie nieznany. Księża trochę nawołują do zadumy, do ograniczenia tańców i picia, ale na niewiele to się zdaje. Nigdzie chyba, na żadnym innym kontynencie nie umieją ludzie pogodzić picia codziennego i codziennych tańców z wyciszeniem i zadumą nad misterium Wcielenia, jak potrafią to w podsaharyjskiej Afryce. Wszystko daje się tu pogodzić.   Rekolekcje adwentowe są oczywiście organizowane w parafiach, ale nie cieszą sie takim wzięciem jak bary obok kościoła. Widać to się jednak zmienia, ale jest to proces bardzo powolny. Pocieszające jest to, że tendencja w ewolucji obyczajów adwentowych jest tutaj pozytywna w przeciwieństwie do Europy. Jest tu coraz więcej wiernych uczestniczących w życiu Kościoła, a w Europie niestety coraz mniej. Seminaria Duchowne pękają w szwach. Inną sprawą jest „jakość”, ja piszę tu o ilości. Za 100 lat polskie kościoły będą pod opieka czarnych księży, to pewne na 100 %. Będąc na urlopie w Polsce, w jednym z dużych miast, po którejś z niedzielnych Mszy św., podczas której opowiadałem o Kamerunie i podałem kilka cyfr, podszedł do mnie Dziekan wydziału Statystyki i Demografii miejscowego Uniwersytetu. Podobały mu się jako demografowi moje statystyki i podzielił się swoją wiedzą. Powiedział mi, że wraz ze swoimi studentami przeprowadził badania, które doprowadziły ich do ciekawych wniosków: „czy Ojciec wie, że w roku 2300 w Polsce zostanie tylko – tu już nie pamiętam dokładnie – 2000 czy 3000 Polaków. Taka cyfra wyskoczyła profesorowi jako wynik, czyli krótko mówiąc za 300 lat nie będzie już w Polsce Polaków. Oczywiście te badania były prowadzone na podstawie aktualnych tendencji rozwojowych. Do tego czasu wszystko się może oczywiście zmienić. To była tylko taka mała dygresja na temat tego, że za jakiś czas mogą być potrzebni księża z Afryki w polskich parafiach.   U nas w domu może nie przez cały Adwent, ale od czwartej niedzieli Adwentu, czyli w ostatnim tygodniu Silentium Profundum, panowała wielka cisza: ani radia, ani telewizji, ani żadnego wychodzenia na zewnątrz, żadnych rozrywek. Nie ma tutaj żadnego nadzwyczajnego postu, bo w Afryce post trwa przez 365 dni w roku, ale jest przynajmniej to. Moje kaznodziejstwo towarzyszy dzieciakom na co dzień non-stop, więc nie zwołuję ich na specjalne katechezy. Codziennie odmawiamy Różaniec i odprawiamy Mszę św.   Od początku grudnia bardzo intensywnie pracują już miejscowe bary. A barów w Kamerunie jest najwięcej na świecie. Mamy tu regularnie, co parę miesięcy, kilkudniowe postoje globtrotterów, którzy to wszystkie kraje afrykańskie mają „w małym palcu” i wszyscy zgodnie się dziwią nad tym fenomenem unikalnym w Afryce: ilość barów w Kamerunie i litry pochłanianego tu piwa. W Yaounde nie przejdziesz 10 metrów, by nie było baru. I serwuje się w nich tylko piwo, żadnej herbaty, żadnej kawy, nie masz o tym co marzyć. A w barach tych ciągle siedzą ludzie i piją od rana do wieczora. Nie widuje się tu jednak zataczających się pijaków, co jest równie ciekawe. Kameruńczycy piją z głową. No i właśnie czas Adwentu to pełne bary, wszyscy „się cieszą z nadchodzącego Noël”, a nawet już nie Noël (co oznacza Boże Narodzenie po francusku), coraz powszechniej funkcjonuje określenie: „les fêtes de fin d’année” (święta końca roku), a najhuczniejszy jest „Bonne Année” czyli 1 stycznia.   Od kilku lat, od połowy grudnia w środku Yaounde, na placu defilad odbywa sie YAFE (YAounde en FEtes) czyli targi wszystkiego, co tylko kto ma do sprzedania. Centrum miasta (nie ma tu Rynku ani starego ani głównego) to takie rondo koło Katedry i centralnej poczty i to rondo jest całe w girlandach i migoczących światełkach ułożonych w formie palm (co ciekawe nie w drzewka wigilijne). Więc od kilku lat Święta w Yaounde kojarzą się większości mieszkańcom głównie z tym YAFE i nawet z Douala pielgrzymki ciągną na ten targ. Żadnych cudów tam nie wystawiają i nie sprzedają, ale za to barów tez tam bez liku i nawet zjeść można z rożna „sterydowego” kurczaka europejskiego. W tym roku nowość, reklamy tego lecą nawet na miejscowych 3 kanałach TV: La Girafe. A ta żyrafa to nic innego jak długa na metr prawie szklana rura pełna piwa „Castel” albo „33” do wyboru. I za równowartość jedynie 20 złotych można sobie kranik w żyrafie stojącej na barowym stole otworzyć i pociągnąć 5 litrów żyrafiej zawartości. Mamy więc Święta BN edycji 2011 pod patronatem Żyrafy w tym roku. To powszechne skojarzenia ze Świętami tego roku w Yaounde.   Jakieś porządki też się robi w mieście na te święta końca roku, częściej widać zamiataczy ulic i samochody Hysacam – to takie przedsiębiorstwo oczyszczania miasta. Nie było tego w ogóle w latach 90-tych, miasto tonęło w śmieciach. Teraz jest coraz czyściej. Miasto zbiera śmieci, ale ludzie tak jak kiedyś wszystko rzucają tam, gdzie stoją. Pomału się i to zmieni, mam nadzieję. U nas w domu też codziennie od początku „zimowych” wakacji dzieciaki latają z maczetami, motykami i miotłami i porządkują co się da. Trwa wielkie koszenie, zamiatanie i pranie w szarym mydle wszystkich rzeczy.   W domach ludzie kupują w dużych ilościach wszystko, co jadalne i pijalne, a piwa oczywiście zabraknąć nie może. Może w domach jest tak rzadziej, ale bary wykupują piwo skrzynkami z większych hurtowni, całymi dziesiątkami skrzynek. Częsty widok na przedświątecznej ulicy to chłopak z wózkiem wyładowanym 12 skrzynkami piwa. Na szczęście w Yaounde jest wielki browar, więc święta mogą sie odbyć. My sprowadziliśmy „les vivres” (prowiant) i dziczyznę ze wschodu, z naszego Bertoua, gdzie lasy aż sie roją od pancerników, mrówkojadów, jeży, gazeli, szczurów palmowych, waranów, węzy grubych jak noga, żółwi, ptactwa wszelkiego rodzaju no i, prawie tak jak w Polsce swininy – małp „mécaniciens”, nazywanych tak, ponieważ mają dłonie czarne od środka, czemu się moi czarni przyjaciele nie mogą nadziwić, wiec je ochrzcili mianem mechaników (czarne ręce od różnych smarów:-). Są też szympansy, goryle i leśne słonie, ale nie mogę napisać, że do tego też się strzela, bo jest to oficjalnie w kraju zabronione – zabronionych jest też wiele innych rzeczy… Ma też dojechać do nas osobowym autobusem jedna prawdziwa świnia (taka mała, ważąca około 50 kg, samożywiąca się, przydomowa) .Tu nawet świnie i kozy nadaje sie jako bagaż autobusowy w jednym mieście, a odbiera w drugim. Naszą brunetkę (świnie są w większości czarne albo czerwone, więc nie będzie to blondynka) wyekspediuje z Bertoua nasza znajoma Séverine. Pojedzie sama jak paczka nadana na poczcie. Po 350 km nasza brunetka wyląduje w naszym Foyer na ognisku.   W szkołach rozdano świadectwa za pierwsze półrocze. Jak zwykle dość hucznie to sie odbyło i dzieci mają wakacje od 16 grudnia do 2 stycznia. Skoro mamy ponad 2 tygodnie wakacji, wszystkie dziewczyny ze starszych klas podstawówek i z liceów „robią sie na piękne”. Każde wakacje tym się dla nich zaczynają. Zakłady fryzjerskie mają pełne ręce roboty. W szkole mundurek, porządne buty i krótka fryzura to reguła. Fryzura dla chłopaków i młodszych dzieci, to włosy długości 2 milimetrów, a dla dziewczyn to włosy splecione sztywno przylegające do czaszki. Niejednokrotnie dzieci wracają do domu z wyciętym maszynką do strzyżenia „pasem startowym” na głowie, bo ktoś tam miał już 3-milimetrowe włosy i pilnujący porządku szkolnego go tak urządził. Teraz będzie musiał ogolić głowę do zera w domu. Dopiero na wakacje wszystkie dziewczyny dopinają, doszywają, doplatają, dosztukowują co sie da. Handel sztucznym włosami w butikach kwitnie w tym okresie, resztę zrobią fryzjerki, których w Afryce jest co najmniej 10 razy więcej niż w Europie.   No i ciuchy, Noël to dla chrześcijańskich i innych niemuzułmańskich dzieci, podobnie jak dla muzułmanów koniec ramadanu, okres strojenia się. Opiekunowie czy rodzice kupują dzieciom ubrania i buty. Niewyobrażalne są święta w starych ciuchach. A że w same święto trzeba być już ubranym, to ubranka te dzieci dostają wcześniej. Nasze już je mają. No i czeka się na same „święta końca roku” (Boże Narodzenie, sylwester, nowy rok)   Święta Bożego Narodzenia dla całego Kamerunu, jak już wspomniałem, zaczyna się od ich opijania już w listopadzie. Dla chrześcijan będzie to natomiast oprócz opijania jeszcze Pasterka 24 grudnia wieczorem i cały 25 grudnia spędzony głównie w barach. Tradycja wieczerzy wigilijnej, opłatka, kolęd, jest nieznana. U nas w domu Pasterka jest ok. 21, a po niej wielkie zajadanie, jedyny raz w roku aż do bólu. Wszyscy oczywiście jesteśmy odświętnie ubrani. Świecidełka parę lat temu sprowadzone z Polski już od kilku dni dekorują nasz wynajmowany dom. Prezentów nie ma, bo kupiliśmy ubrania. Dzieci dostaną jeszcze jakieś landrynkopodobne cukierki, ciastka typu petit-beurre kupione w indyjskim supermarkecie Mahima za straszne, w porównaniu z Polską, pieniądze no i z miejscowego baru Le Jus (sok po francusku) czyli płyn, który nie jest ani czystą wodą ani piwem (woda zabarwiona i osłodzona). Śniegu, jak wy w Polsce w tym roku, nie mamy, mrozu też nie. Nie ma choinki, opłatka, wieczerzy wigilijnej, kolędy śpiewa się tylko na Mszy, bo to takie „nieswojskie”, bardzo francuskie, niezrozumiałe dla miejscowych. Mamy za to nowe ubranka, buty, świecidełka w głównym pokoju, Mszę Pasterską o 21:00, zajadanie i popijanie po Mszy, i kolejną Mszą rano 25 grudnia, a później jakieś wyjścia na miasto, może na YAFE.   W prezencie postanowiłem w tym roku zorganizować wyjazd z kilkorgiem dzieci nad morze do Kribi. Dla wszystkich będzie to pierwszy raz w życiu. 29 grudnia wstajemy o 5 rano, co nie jest dla nikogo żadnym wysiłkiem, bo tak tu się wstaje prawie zawsze, i ok. 9 będziemy juz nad zatoką gwinejską oceanu atlantyckiego. Popławimy sie w morzu, miejmy nadzieje nie potopimy się, a wrócimy do domu wieczorem. Samochód na 13 osób, więc 13-15 się zmieści.   Sylwester w Kamerunie to kolejny raz Bar i Nowy rok to jeszcze więcej i dłużej Bar. Przypominam: nie widzi się pijanych na ulicach. Siedzi sie długo w barze przy 2-3 piwach i może przez to, że trwa to długo ludzie nie upijają się na umór. Wszystkie te święta to Wesołe Święta, dla jednych z Narodzenia Pana, dla innych z końca starego i początku nowego roku, w każdym razie to największy świąteczny okres w Kamerunie, którego nie można nie pamiętać do następnych takich świąt.   Dariusz Godawa o.p.

 Malaria                                                    2012-01-19

malaria

Malaria tutaj to jak przeziębienie w Polsce.   Jeśli już człowiek siebie zna dobrze i potrafi po najmniejszych objawach rozpoznać, że malaria chce się za niego zabrać, to bierze prochy i przez jeden-dwa dni trochę leży w łóżku trochę jest na nogach i się z tego wychodzi i żyje dalej. Po świętach miałem swój drugi atak malarii od grudnia 2010, także spoko. U mnie zaczyna się to od bólu nóg i oczodołów i zaraz łykam 4 Malarone pierwszego, drugiego i trzeciego dnia i koniec malarii.   Tymczasem dostaliśmy pieniądze od naszych polskich darczyńców i mogliśmy posunąć dalej budowę naszego domu. Napiszę w najbliższych dniach o budowie. Jest już podłoga, dach i tynki. Są drzwi i okna (na razie bez szyb). Trzeba jeszcze tylko pomalować i przeprowadzimy się z dziećmi. Resztę (na przykład meble, szambo) będziemy robili mieszkając już na swoim.   Dariusz Godawa o.p.

      Wkrótce przeprowadzka do naszego nowo wybudowanego domu!    2012-01-26 wkrotce przeprowadzka

O budowie nowego sierocińca pisałem na blogu 10 września ub.r. (http://ekai.pl/blogi/misja_kamerun/x437/budowa-sierocinca-w-yaounde/) Dzięki hojności naszych darczyńców w okresie świątecznym będziemy mogli wkrótce się przeprowadzić. Dostaliśmy pieniądze na podłogę, sufit, drzwi i okna oraz na tynkowanie. Bardzo serdecznie dziękujemy wszystkim, którzy nam w tym pomogli.   Dla przypomnienia: budynek ma wymiary 20×10 m, 10 pokoi, łazienkę i salkę do nauki. Mamy juz wstawione okna (na razie bez szyb) i drzwi z żółtego drewna. Koszt drewna z robocizną i z wstawieniem to równowartość 6655 zł (mamy). Obecnie jesteśmy na etapie tynkowania – koszt z robocizną to równowartość 4275 zł (mamy).   Pozostanie nam do zrobienia: – Wylanie ostatniej wierzchniej warstwy podłogi z cementu – koszt całej podłogi 5379 zł (mamy). – Malowanie: farba olejna do 1,5m wysokości i wyżej farba wodna – koszt z robocizną 9027 zł (NIE MAMY). Farby oczywiście sprowadzane są z Europy, bo innych tu nie ma i są strasznie drogie, niestety. – Podłączenia świetlówek i kontaktów do założonej już instalacji elektrycznej – całość elektryki to 4821 zł (mamy). -Założenie kanalizacji/hydraulika/szambo – to zostawiamy na koniec, a koszty nie są jeszcze wycenione, póki co możemy korzystać z wychodka i z mycia na świeżym powietrzu 🙂 – No i mebli nie mamy jeszcze żadnych, wszystkie dzieci, nawet tu w wynajętym domu, śpią na podłodze na materacach z gąbki grubości 7 cm. Kilkoro dzieci siusia jeszcze do łóżka (nie ma co się dziwić, jak się jest sierotą od 3-4 roku życia), więc ich materace są owinięte takim brązowym plastikiem. Nie ma żadnych szafek na rzeczy, żadnych biurek ani krzeseł, że o ludzko wyglądających prześcieradłach nie wspomnę, ale i z tym pomału wyjdziemy na prostą z pomocą ludzi dobrej woli z Polski.   Gdy tylko uda się zebrać pieniądze na farbę, zaraz po malowaniu możemy się przeprowadzać. Początkowo chcieliśmy wprowadzać się zaraz po tynkowaniu, ale pokoje z ciemnoszarym cementowym murem, przy stosunkowo małych oknach są bardzo ciemne i ponure, jak cele więzienne, więc poczekamy na farbę. Okna są małe wszędzie w Kamerunie właśnie po to, żeby było raczej ciemno i ponuro, bo wtedy do środka nie wlatują owady: wieczorem okna się zamyka, zapala się światło i jest ok.   Wszyscy się cieszą na myśl o przeprowadzce, bo po pierwsze będziemy u siebie, a po drugie zluzuje się stan pokojowy. Obecnie na jeden pokój wielkości 4x4m przypada 7 dzieci, a w nowym domu dwójka dzieci będzie mieszkała w pokoju 3×3 m. Obecnie teren całej posesji w wynajętym domu to 1200 m2 a w nowym 2000 m2. Będziemy dalej od ulicy, a więc będzie mniej się kurzyć w porze suchej (kto był w Afryce w porze suchej wie co to znaczy). Przede wszystkim będziemy „na swoim”, a to najważniejsze i dla nas i dla dzieci. Jako że nie mamy wielkiego dobytku, przeprowadzka zajmie jeden dzień. Każde dziecko cały swój dobytek na jeden raz weźmie na ręce, załaduje do samochodu i pojedzie z nim 3 km dalej, gdzie stoi już nasz nowy dom.

 Na razie jeszcze bez prądu                                  2012-02-14 na razie jeszcze bez pradu

Budowa wre! Wszytko ładnie otynkowane, sufit przybity, podłoga wycementowana. Korzystamy „na gwałt” z pory suchej i pogłębiamy naszą studnię, by mieć w miarę pitną, własną wodę.   Ta z wodociągów miejskich, którą pijemy tu, w wynajmowanym domu, roi się od ameb, na które nie ma praktycznie rady, bo choćby przy myciu zębów czy pod prysznicem dostaną się do twojego brzucha. Już 4 razy od roku wiłem się po podłodze z bólu z powodu ataku tych ameb. Raz nawet straciłem przytomność i uderzyłem głową coś tak mocno, że ocknąłem się w kałuży krwi …i wiłem się z bólu dalej 🙂 Ciekawe że w Bertoua znałem ameby tylko z opowiadań, a tutaj stykam się z nimi osobiście raz za razem. Jak nie ja to ciągle któreś dziecko ma amebowe bóle. Na szczęście są na to dość skuteczne leki takie jak Flagentyl 500 mg. Niestety są bardzo drogie, bo jednorazowa dawka to koszt 25 zł, a lek trzeba stosować przynajmniej przez 3 dni, by się tego paskudztwa z brzucha pozbyć. Tańszy jest Metronidazol, ale też łyka się go przez 7 dni, a u mnie wywołuje on potężne zawroty głowy i jakieś omamy.   Tak więc zdecydowałem, że będziemy mieś „naszą wodę” z naszej studni, inaczej ameby nas zjedzą. Elektryk Vital do wcześniej założonej instalacji elektrycznej doczepia właśnie jarzeniówki, gniazdka i kontakty. Murarz Didier dziś lub jutro skończy cementowanie werandy. Na to wszystko dzięki Waszej ofiarnej pomocy mamy już środki. Niestety brakuje nam jeszcze na farbę, choć już uzbieraliśmy paręset złotych na ten cel. Co najsmutniejsze nie mamy pieniędzy na podłączenia do elektrycznej sieci miejskiej. Właśnie dziś rano po przeszło dwumiesięcznym oczekiwaniu „na kolanach” na informację z AES-SONEL (elektryka miejska) dostaliśmy od nich wybłaganą fakturę PRO FORMA, w której na czterech stronach czytamy niestety, że jesteśmy oddaleni o 172 metry od najbliższego słupa miejskiego i postawienie 4 dodatkowych słupów, kabel i wszelkie inne akcesoria będą nas kosztować 1 699 686 cfa – tj 11 333 PLN.   Faktura, jak widać na zdjęciu, jest wystawiona na Achille Ndinga, mojego współpracownika, i tylko dlatego wystawiono ją „już” po przeszło dwóch miesiącach oczekiwania. Tak „szybko”, bo podpisany na niej pan Mbarga Dominique to brat macochy Achilla, więc wszystko po znajomości w „expresowym tempie”, a rzeczona kwota obejmuje wszelkie możliwe rabaty przyznane też po znajomości. Mamy na wykonanie prac czas do końca miesiąca, bo tyle ważna jest ta faktura. Liczymy bardzo że z Waszą pomocą, „wyrobimy się” przed czasem i będziemy mogli podłączyć się do prądu.   Bardzo proszę by przy ewentualnych wpłatach na ten cel na konto (szczegóły o koncie na www.misja-kamerun.pl) dopisać: „NA FARBĘ” lub „NA PRĄD” O wszystkich ofiarodawcach pamiętamy w codziennym różańcu o 17h30.   Szczęść Boże Darek Godawa o.p.

 Razem z dziećmi w naszym nowym domu                     2012-03-15 razem z dziecmi

W Polsce powoli zbliża się wiosna i dzień się wydłuża. Tymczasem u nas w Kamerunie codziennie tak samo: dzień i noc trwają po ok. 12 godzin, tak jak w Polsce pod koniec marca. Nocne ciemności ostatnio dają nam się we znaki, gdyż podjęliśmy męską decyzję o przeprowadzce. Od końca lutego mieszkamy w naszym nowo wybudowanym Domu Dziecka w Yaounde, w którym jeszcze nie ma prądu ani wody. Przed nami jeszcze trochę wyzwań. Cały czas czekamy na zgodę elektrowni i zbieramy fundusze na zainstalowanie prądu (ok. 3000 zł). Przez pół doby, w nocy, musimy dawać sobie radę używając tylko latarek. Mnie udało się po znajomości podciągnąć kabel od sąsiada. Kabel ten daje minimalne napięcie, ale starcza na tyle, bym mógł podłączyć laptopa i komunikować się ze światem.   Poprosiłem dzieci, żeby napisały podziękowania do dobroczyńców. Piszą tak, jak się to robi tutaj przez „Père” (ojciec), ponieważ tu każdy, kto jest w wieku mojego ojca i dobrze mi czyni jest dla mnie „père”.   Przetłumaczyłem niektóre fragmenty tych listów.   Pisze na przykład Alida:   Youndé, dn. 3 marca 2012   Przeprowadzka   Drogi Ojcze, dzień dobry, piszę, aby Ojcu powiedzieć, że przeprowadzka przebiegła pomyślnie.   Widziałam nowy dom, jest naprawdę fajny. Nawet mama Marianne uważa, że jest ładny, lepszy od domu, który wynajmowaliśmy, że został budowany jak trzeba. To Didier budował go ze swoimi braćmi. Ten dom bardzo mi się podoba, wygląda jak w filmach. Jest cały biały i czysty. Jest długi, ma 11 pokojów dla wszystkich. W każdym pokoju jest wszystko, co trzeba.   Lubię nasz dom, bo jest porządnie wybudowany i piękny.   Alida     I jeszcze Dimitri, który skierował swój list do mnie:   Do mojego ukochanego Taty   Drogi Tato!   Chcę się z Tatą dzielić swoją radością i swoją wdzięcznością wobec Taty i cioci Marianne, która jest jak matka. Odczuwam dumę z faktu bycia w rodzinie, dumę przebywania we własnym domu (i na dodatek w samej stolicy).   Tato, od 4 lat nauczyłem się żyć u Taty boku, zawsze mnie Tata wspierał i pocieszał pomimo drobnych moich błędów wynikających z mojej ignorancji. Za wszystko, co było, przepraszam. W 2009 r. myślałem, że to już dla mnie koniec. Pan Bóg Tacie wynagrodzi po stokroć to, co Tata dla nas robi. Dziękuję za nowy dom. Wydaje mi się bardzo ładny i wygodny. Będę się modlić, aby Pan Bóg wypełnił Tatę radością i szczęściem.   Taty syn,   Dimitri     I jeszcze Dangana i Marius:   Niedziela, 4 marca 2012   Do naszego drogiego ojca   Drogi Ojcze!   Ojcze, inni już Ojcu podziękowali za pomoc, którą im Ojciec udziela. Nasze podziękowania są z głębi serca. Przyjął nas Ojciec w 2008. Nauczyliśmy się przy Ojcu dużo rzeczy, o których nawet nie marzyliśmy, że możemy się ich kiedyś nauczyć. Pomimo wszystkich błędów, które popełniamy, nieustannie się Ojciec nami zajmuje. Modlimy się dzień i noc, aby Ojciec nie tracił nadziei. Dzięki Ojcu, odkryliśmy nowe miejsca i chodzimy do szkoły pomimo naszych trudności w nauce. Nasze oceny nie są dobre, ale nie wynika to z naszej złej woli. Myślimy często o naszych braciach i siostrach i zastanawiamy się, co się z nimi dzieje, podczas gdy my tutaj dobrze śpimy, dobrze się odżywiamy. To nas niepokoi cały czas i przeszkadza w nauce, mimo że chcemy się uczyć, nawet teraz gdy nie mamy już problemów ze zdrowiem.   A jeśli chodzi o Ojca, to Ojciec dotrzymuje swoich obietnic tak, jak lew starający się o zdobycz. Po powrocie z Polski, obiecał Ojciec, że nam wybuduje dom i tak się stało w krótkim czasie. Ten dom nam się bardzo podoba, ponieważ czujemy się tu dużo swobodniej niż w starym domu, a w naszych pokojach mamy dzięki Bogu dużo więcej miejsca. Jeszcze raz Ojcu dziękujemy za wszystko, co Ojciec dla nas robi.   Dangana   Marius     W innych listach dzieci dziękują „ojcom” za ten nowy dom, informując, że przeprowadzka przebiegła pomyślnie, że nie jest już tak ciasno jak w starym domu i że już polubili swój nowy dom. Dziękują też swoim opiekunom cioci Marianne i wujkowi Achille. Piszą, że dom jest bardzo ładny i wygodny. Co dopiero będzie jak uda nam się podłączyć prąd i bieżącą wodę! 🙂     Darek Godawa o.p.

 Pasje i marzenia dzieci z naszego domu dziecka „Foyer Saint Dominique”                         2012-04-27 pasje i marzenia

Hejka! Ja jestem Ingride, mam 11 lat, chodzę do III klasy szkoły podstawowej i uwielbiam komedie W domu dziecka z moimi kolegami i koleżankami, czasami przygotowujemy małe przedstawienia. W ubiegłym roku graliśmy jasełki na Boże Narodzenie a ja nawet zagrałam rolę Matki Bożej. Był to radosny moment, wszyscy się cieszyli i było bardzo dużo oklasków, byłam bardzo zadowolona. Bardzo lubię być aktorką, teraz marzę o tym, aby być sławna. Ale chciałabym najpierw skupić się na szkole.   Cześć! Jestem Marlyse, mam 13 lat i jestem w V klasie szkoły podstawowej. Od małego lubię jeść słodkości a najbardziej te o smaku czekolady. Są takie dobre! Jak będę dorosła, chciałabym założyć szkołę kulinarną. Dzięki temu mogłabym piec ciasta o przeróżnych kształtach i smakach. Wyobrażam sobie, jak mogłabym upiec ciasto w kształcie domu czy misia, które byłoby super smaczne! Mój ulubiony film to „Charlie i fabryka czekolady”, ponieważ jest w nim mały chłopiec, który tak lubił słodkości, że zaczął robić najbardziej apetyczne słodkości na świecie. Ja uwielbiam wyroby cukiernicze. Kiedyś może będę miała dużą cukiernię i ludzie będą przyjeżdżali ze całego świata, żeby skosztować moich wypieków…   Hello! Jestem Jaison, mam 10 lat. Mój ulubiony sport to piłka nożna. W sierocińcu z moimi kolegami lubimy organizować małe zawody. Ja jestem kapitanem swojej drużyny i jesteśmy najlepsi! Kilka dni temu, Ojciec Darek podarował mi piłkę i koszulkę mojego ulubionego zawodnika Samuel Eto’o dlatego, że przyniosłem dobre oceny ze szkoły. Bardzo się ucieszyłem i mam dodatkową motywację, żeby jeszcze lepiej uczyć się w szkole. Mam takie marzenie, żeby w przyszłości grać w reprezentacji mojego kraju. Ale jestem jeszcze na to za mały i muszę ciężko pracować, aby zdać w przyszłym roku do IV klasy.   Dzień dobry, Nazywają mnie Alida, mam 13 lat, chodzę do V klasy szkoły podstawowej. Lubię czytać. Na Boże Narodzenie, ojciec Darek dał mi książkę „Harry Potter i Komnata Tajemnic”. Tak mi się ta książka podoba, że przeczytałam ją co najmniej 4 razy. W domu dziecka nie mamy biblioteki. Tak chciałabym, żebyśmy mieli, mogłabym czytać godzinami. Bardzo lubię też kwiaty. Kiedy będę dorosła, będę miała duży ogród, do którego będzie przylatywało całe mnóstwo motyli…   Cześć! Jestem Cabrole. Mam 11 lat, w sierocińcu czuję się jak ryba w wodzie, bo wszyscy są tu bardzo mili i uważni. Bardzo lubię zwierzęta. W naszym domu mamy gołębie i nawet psy. Lubię się nimi zajmować. Jest też papuga Zako, która jest bardzo zabawna, powtarza wszystko, co się do niej mówi. Kiedyś chciałabym być weterynarzem, w ten sposób mogłabym spędzać dużo czasu ze zwierzętami. Moje życzenie obecnie, jest takie żeby było więcej zwierząt z nami w sierocińcu: kaczki, króliki, pawie…   Dzień dobry! Mam na imię Jack, mam 9 lat i chodzę jeszcze do I klasy szkoły podstawowej. Tu w naszym domu dziecka często bawimy się jak szaleni razem z innymi dziećmi. Ale to co ja lubię nade wszystko, to rysować. Moja pani w szkole mówi, że jeśli będziemy się dobrze uczyć, w przyszłym roku będziemy chodzić do II klasy i że to już klasa dla dużych dzieci, nie mogę się doczekać, żeby tam chodzić…   Hej! Ja jestem Nina, mam 14 lat. Kiedy żyłam z babcią nie mogłam chodzić do szkoły, bo nie było jej na to stać i byłam smutna, że inne dzieci z mojej wioski chodzą do szkoły, a ja muszę pracować w polu. Dzisiaj dzięki Bogu i domu dziecka „Foyer Saint Dominique” mogę chodzić do szkoły tak jak inne dzieci i jestem bardzo szczęśliwa. W szkole uczymy się wielu rzeczy. Później chcę studiować medycynę na uniwersytecie. W ten sposób będę mogła leczyć wszystkich maluszków i przede wszystkim wiejskie dzieci, których rodziców nie stać na leczenie. Bye

 Goście z USA                                                      2012-05-31 gosci z usa

Mam tu od paru dni trzech Polaków z USA, którzy przejechali już Maroko, Saharę Zachodnią, Mauretanię, Mali, Burkina Faso, Benin, Nigerię i wylądowali u mnie. Ponieważ nie mam ostatnio czasu pisać ze względu na prace związane w naszym nowym domem, za pozwoleniem jednego z nich publikuję na blogu to, co napisał dla forum samochodów terenowych.   „Zajechałem do Ojca Darka kilka dni temu, jadąc przez Afrykę z Polski. www.misja-kamerun.pl funkcjonuje, dzieciaki żyją, uczą się i pracują. Ojciec Darek pilnuje porządku i prowadzi sierociniec wzorowo. Dzieci mają dla niego bardzo duży respekt i poważanie. Toyota jeździ, często wozi po kilkanaście dzieciaków w środku. Wszyscy wtedy bardzo się cieszą, bo wyjazd gdzieś samochodem to zawsze jakaś atrakcja, jedzie sie żeby odpocząć po długim czasie nauki, pracy i codziennych obowiązków.   Teraz sierociniec znajduje sie w stolicy Kamerunu, Yaoundé. I mimo, że to stolica, ostatni kilometr dojazdu do sierocińca to gliniana droga. Jeżeli jest sucho każdy może dojechać, ale jeżeli pada (tak jak teraz), to dojazd jest możliwy tylko samochodem z napędem 4×4. Błota kameruńskie są bardzo śliskie, to rodzaj gliny, która zalepia bieżnik opon, czasami wystarczy, że jest 5 cm błota i nie można przejechać osobówką. A po dużej porze deszczowej, kiedy pada naprawdę mocno, powstają koleiny, które utrudniają jazdę w czasie suszy. Wiec zawsze trudno tu się jeździ.   Sprzęty, które Ojciec Darek dostał od Was, z forum rajdy4x4, są bardzo dobrze wykorzystywane. Chociaż czasami niezgodnie z przeznaczeniem, bo np. zblocze do wyciągarki jest zainstalowane na studni, żeby było łatwiej wyciągać wodę z głębokości 20 metrów. Nikt chyba nie przypuszczał, że taki element będzie tak dobrze wykorzystywany i tak bardzo ułatwi życie w sierocińcu.   W Toyocie jest założony nowy komplet opon, gdyż oryginalny starł sie już na kameruńskich drogach. A że tutaj wszystko jest bardzo drogie (zazwyczaj 2, a czasami nawet 10 razy droższe niż w Europie), a nalewek brak, to taki zakup nowego zestawu opon to bardzo duży wydatek.   W sierocińcu aktualnie przebywa ok. 20 dzieci. Kilka dni temu nieoficjalnie zaczęły sie wakacje, a zatem część dzieciaków już nie chodzi do szkoły. Ale to nijak nie ma sie do wakacji dzieci w Polsce. Tutaj nie ma wylegiwania się przed telewizorem. Już od rana trzeba wyciągać wodę ze studni, pomagać w kuchni, czy rąbać drzewo do kuchni. Podstawowe rzeczy – pranie, mycie się czy sprzątanie po sobie to normalna rzecz nawet dla 6-latków. Wychowanie jest wzorowe, Ojciec Darek wkłada całe serce w zapewnienie dobrej przyszłości dzieciakom. Często jednak pojawiają się problemy zupełnie nieznane w Polsce: czy będzie coś do jedzenia przez kolejne dni, czy wszyscy będą mieli mundurki, żeby móc uczestniczyć w zajęciach szkolnych, lub czy będzie prąd, żeby móc odrobić zadanie domowe.   Kamerun jest super – kraj, ludzie, przyroda, kultura. Można się tu dużo nauczyć, dużo zobaczyć. Droga przez Afrykę to ok. 9 000 km, przy dobrych wiatrach można tu dojechać w 3 tygodnie. Zobaczyć na własne oczy ten kontynent, poczuć, posmakować. Afryki się nie zapomina. A zwłaszcza Kamerunu.”

 Wakacje                                                    2012-07-04

wakacje

Byli Amerykanie (poprzedni wpis), zostawili motor Kawasaki KLR650, a drugi sprzedali. Może da się zrobić jakąś reklamę na forach motocyklowych, że są dwa motory do dyspozycji na miejscu i motocykliści mogą przylecieć i za opłatą wypożyczyć 2 motory i objechać Kamerun. Taki pomysł wyszedł od naszych gości na motorach, więc może dałoby radę. Publikuję już pierwsze ogłoszenia na stronach motorowców. W czasie pobytu naszych motocyklistów postawiliśmy pierwsze 3-piętrowe łóżka za 126 000 CFA (franków CFA) każde i półki w jednym pokoju za 75 000 CFA. No i oni pojechali, każdy w swoją stronę, a my zostaliśmy tutaj.   Dzieci od ok. 20 maja nie chodzą do szkoły, bo odbywają się już tylko egzaminy. Dziś w Radio Nationale były podawane wyniki i nasze dwie dziewczynki Alida i Nina zdały CEPE i pójdą teraz do 6ème czyli do gimnazjum. Chyba je wyślemy do Adwentystów jakieś 2 km stąd, gdzie jest dobry poziom nauczania, choć nie jest to tania szkoła. Patrick i Dimitri właśnie skończyli egzaminy Probatoire i czekamy na wyniki, które mają być podane ok. 23 lipca. W ubiegłym tygodniu pojechaliśmy z dziećmi z Yaoundé do Bertoua, żeby je zawieźć tam na wakacje, a te z Bertoua zabraliśmy na wakacje do Yaoundé. Fajnie się jechało, bo od 12 czerwca 1993 roku pierwszy raz przejechałem odcinek 340 km na trasie Yaoundé-Bertoua w 100% po asfalcie. Był już asfalt na odcinku 140 km, gdy przyleciałem pierwszy raz do Kamerunu, a pozostałe 200 km budowali od 2005 roku i właśnie je ukończyli.   Zatrzymała nas policja, jak zwykle na rogatkach Bertoua, i policjanci doczepiali się, że do mojego samochodu muszę mieć prawo jazdy kategorii D a nie B. Ale ja zastosowałem metodę, którą mi podpowiedzieli nasi motorowcy, czyli wysiadłem z samochodu, podszedłem do baraku tych policjantów, usiadłem na ich fotelu i zacząłem czytać ich gazety, jakby nic się nie stało. W końcu im się zwykle nudzi i oddają papiery, a nawet przepraszają za niedogodności. Tak też zrobiłem i już po 30 minutach przeprosili mnie i wypuścili. Dzieje się tak dlatego, że gdy klient siedzi obok nich nie mogą zbyt ostentacyjnie brać łapówek od wszystkich przejeżdżających popsutymi samochodami, a tych jest 99%. Muszą się chować przede taką osobą, wiec wolą ją puścić. Jest to najlepsza metoda, teraz już sprawdzona przeze mnie osobiście.   No i dojechaliśmy do Bertoua, wypakowaliśmy się, zrobiliśmy trochę porządków w domu i zabraliśmy te dzieci, które miały z nami jechać w drogę powrotną do Yaoundé.

 Śluby kameruńskie                                                        2012-07-27 sluby kamerunskie

Śluby w Kamerunie są różne, w związku z czym młode pary pobierają się kilka razy, a uroczystości te mogą odbywać się na przestrzeni kilku lat: najpierw jest ślub tradycyjny poprzedzony ceremonią wręczenia posagu przez pana młodego, dalej ślub cywilny i później kościelny (wg przynależności wyznaniowej). Oczywiście, jako że kraj jest „zacofany”, pobierają się tylko i wyłącznie mężczyzna z kobietą i jakoś „małżeństwa” homo nam tu nie leżą i sam homoseksualizm jest nawet karany 8 latami więzienia.   Ślub tradycyjny   Najpierw jest ślub tradycyjny, poprzedzony dużo wcześniejszym spotkaniem rodzin i wręczeniem przez rodzinę panny młodej listy posagowej rodzinie pana młodego. Rodzina to oczywiście nie to samo co w Europie, z każdej strony liczy bowiem kilkuset osób. Rodzina pana młodego podczas zakrapianego spotkania otrzymuje listę i ma się wywiązać z tego zadania w dowolnym albo wyznaczonym czasie (zależy to od plemienia). Na takiej liście może być na przykład (przykład małżeństwa dziewczyny Pole z chłopakiem Ewondo) worek soli, 2 kozy, 20-litrowa butla wina, 7 kawałków materiału na suknię (takie małe bele tkaniny), 4 maczety, 5 garnków (wielkich), radiomagnetofon (niesprecyzowany) i tego typu zapotrzebowanie, raczej bardziej symboliczne. Wtedy po paru miesiącach albo latach, gdy pan młody uzbiera na to wszystko, lub od razu jeśli ma, następuje ceremonia wręczenia posagu. Wszyscy zjeżdżają się z całego kraju, zarówno cała jedna jak i druga rodzina. Zaczyna się uroczystymi przemowami szefów rodzin, przechodzi się do prowokowanej przepychanki słownej, że „to za mało jeszcze”, „ale wy tyle napisaliście i co jeszcze chcecie”, a bo „wy to skąpi”, itd. itd. Przeradza się to czasem w kłótnie dwóch rodzin, przynajmniej tak to wygląda, gdy ktoś patrzy z boku i nie wie o co chodzi. Po paru kwadransach takiej kłótni raczej zaaranżowanej i często bardzo dziś już sztucznej, ale wymogiem tradycji przeprowadzonej, wszyscy się ostatecznie dogadują i zaczyna się wręczanie towaru. Rodzina panny młodej dzieli się nim „na gorąco”. Później następuje wnoszenie jedzenia, ustawianie go na stołach na środku pomieszczenia i zajadanie: zaczynają osoby najważniejsze, a na końcu jedzą ci najmniej ważni, czyli dzieci. Wszystko przeplatane mowami to tego to innego przedstawiciela tej czy innej rodziny. Po koniec ucztowania wnoszone są skrzynki z piwem i pije się do oporu, ale nie jest to „opór” polski ale kameruński.   Pragnę tu podkreślić, że kultury picia Polacy mogliby się od Kameruńczyków uczyć. Kamerun to jedyny kraj w Afryce, gdzie na każdym kroku znajdziemy bar z piwem (z wyjątkiem północy kraju, gdzie islam jest bardziej obecny – mówię tu głównie o południu). Podróżnicy, którzy do nas zajeżdżają po roku podroży po krajach afrykańskich są zaszokowani ilością lejącego się tu wszędzie piwa. Jednak nie widzi się absolutnie ludzi zataczających się lub awanturujących się pod wpływem alkoholu. Nie widzi się bójek po pijanemu, nie ma prawie wypadków spowodowanych przez pijanych kierowców. Kameruńczycy znają miarę bardziej niż my Polacy. Piwo służy do rozweselania serca człowieka i nie ma tu żadnych skutków ubocznych. Jest to ciekawy fenomen opisywany nawet przez wielu podróżników w ich książkach o podróży po Kamerunie.   A więc na tych ceremoniach wręczenia posagu pije się do oporu kameruńskiego. Później są tańce przy wtórze bębnów (nie mylić z tamtamami, bo tamtam to nie bęben). I może to trwać do rana. Rano wszyscy się rozjeżdżają. Ceremonia wręczenia posagu rozpoczyna jakby okres narzeczeństwa, jeśli można to tak nazywać. Należy jednak w tym miejscu zaznaczyć, że młode pary w Kamerunie mieszkają razem, gdy tylko mają gdzie razem zamieszkać, a to może mieć miejsce nawet na lata przed ceremonią wręczenia posagu. Ceremonia wręczenia posagu jest tylko oficjalnym, szczepowym usankcjonowaniem związku i niczym więcej. W praktyce para młoda często mieszka razem od lat i ma już czwórkę dzieci chodzących do szkoły. Jeśli jednak nie ma jeszcze zgody rodzin na małżeństwo, to w każdym momencie szef rodziny może wszystko przerwać. Wręczenie posagu to zgoda szefa i starszyzny na ten związek.   Często w czasie takiej ceremonii rodziny ustalają datę ślubu cywilnego, który odbywa się przed urzędnikiem państwowym (lub przed szefem wioski).   Ślub cywilny   Ślub cywilny może odbyć się np. po roku od ceremonii tradycyjnej u szefa wioski lub w merostwie. Rodzina panny młodej wybiera wzór materiału, z którego będą szyte wszystkie ubrania gości i każdy powinien kupić odpowiedni kawał tkaniny („pagne”) i uszyć sobie wymagany strój. Wszyscy przyjeżdżają do USC zwykle z 2-3 godzinnym opóźnieniem, i jeszcze czekają na urzędnika godzinę zanim zacznie się ceremonia. W końcu rozpoczyna się mowa urzędnika przepasanego szarfą z flagą kameruńską, następuje wzajemne wręczenie obrączek, wszystko oczywiście przy unoszonych jak najwyżej rękach, by goście widzieli dobrze moment zakładania obrączek. W tym momencie rozbrzmiewają radosne 200-decybelowe okrzyki kobiet i brawa. Następnie para młoda i świadkowie podpisują akt małżeństwa. Świadkowie to zalegalizowana już wcześniej para znajomych lub krewnych. Uroczyste wyjście z „Sali ślubów” i obowiązkowe zdjęcia z urzędnikiem i całymi rodzinami trwają około godziny. Cały czas rozradowane i uśmiechnięte chórki śpiewają na całe gardło. Wszyscy uroczyście podchodzą do samochodów udekorowanych często różowym papierem toaletowym i rozpoczyna się tour de la ville (objazd miasta) z przyciśniętym do dechy klaksonem w każdym samochodzie. Na samochodzie poprzedzającym samochód młodych siedzą na masce druhny (ile się da), które mają najczęściej 15-20 lat. Korowód samochodów jeździ po całym mieście parę godzin, jeśli jest tylko ślub cywilny, lub krócej, gdy zaplanowany jest też ślub kościelny: wtedy korowód zajeżdża pod kościół.   Ślub kościelny   W kościele, jeśli rzymsko-katolickim, uroczystość ślubu wygląda tak, jak na całym świecie, jednak w kameruńskim wydaniu ze śpiewami na całe gardło i charakterystycznymi krzykami w momencie potwierdzenia przez kapłana zawarcia związku, po nałożeniu obrączek na wysokości prawie metra nad głowami, po to aby każdy mógł wydarzenie zauważyć. Po końcowym błogosławieństwie przez godzinę robione są pamiątkowe zdjęcia i następuje przerwa. Uroczyste przyjęcie w jakiejś wynajętej sali zwykle zapowiedziane jest dopiero na godzinę 20 lub 21, ale zaczyna się w praktyce jakieś 1-2 godziny później. Do tego czasu goście muszą sami zorganizować sobie czas.   Cały czas piszę o „młodej parze”, ale w Kamerunie na ogół to nie młodzi się pobierają, tylko ludzie co najmniej po trzydziestce a najczęściej nawet po czterdziestce i później. Mężczyzna musi być pewny swojej żony i nie może „żenić się w ciemno” ot tak, nawet jeśli ma z nią już 5-8 dzieci. Ślub następuje dopiero wtedy, gdy „narzeczony” uważa że wszystko ma sprawdzone. W moim 19-letnim posługiwaniu w Kamerunie błogosławiłem zaledwie 20 może 21 związków małżeńskich, a tylko w dwóch przypadkach „pan młody” i „panna młoda” mieli mniej niż 35 lat, choć teoretycznie ślub w Kamerunie można zawierać, gdy ma się 21 lat (mężczyźni) lub 18 lat (kobiety). Dorosłym jest się oficjalnie w Kamerunie od 21 roku życia. Za pozwoleniem rodziców dziewczyna może wyjść za mąż po ukończeniu 16 lat, a za pozwoleniem prezydenta kraju nawet 15.   Należałoby opowiedzieć jeszcze coś o poligamii, która jest w Kamerunie na porządku dziennym i jest oficjalnie uznawana przez państwo, ale niech to będzie temat do kolejnego wpisu.   Dariusz Godawa o.p. Misja Kamerun www.misja-kamerun.pl

 Rzecz o poligamii                                                      2012-09-14

rzecz o poligamii

Dzisiaj pisze Prisca Koungou, jedna z wychowanek Misji Kamerun:

W moim kraju poligamia to zjawisko normalne. W rodzinach kameruńskich często spotyka się liczne małżeństwa poligamiczne. Dla niektórych to nawet tradycja rodzinna, którą należy kontynuować. Na przykład w mojej rodzinie, mój ojciec i moja matka pochodzą z dwóch rodzin poligamicznych. Mówiąc ściślej, moi dziadkowie zarówno od strony ojca jak i od strony matki mieli ślub poligamiczny. Od strony Taty, mój dziadek Stanislas, który był szefem naszej małej wioski, miał 3 żony, wśród których była moja babcia. Proszę się nie obawiać, nie ożenił się ze wszystkimi trzema tego samego dnia! Najpierw poślubił pierwszą żonę, Henriette, potem poślubił moją babcię Delphine, a na końcu Colette.   Jako szef wioski mój dziadek musiał mieć więcej niż jedną żonę, ponieważ tak nakazuje tradycja. Tata opowiadał mi parę razy, jak wyglądało ich życie. Z całą pewnością było ono dobrze zorganizowane! Po pierwsze, jeśli chodzi o warunki mieszkaniowe, Dziadek wybudował trzy kuchnie dla swoich trzech żon. Był też główny dom, z dużym pokojem, gdzie Dziadek jadał, oraz sypialnie. Każda z żon zajmowała jedną sypialnię, podczas gdy Dziadek nie miał własnej. I tak jej nie potrzebował, bo spędzał noce na zmianę w sypialniach swoich żon. Kłótnie między żonami na temat tego, czyja to kolej wypada dziś w nocy, nie były więc rzadkością. Posiłki były podawane w dużym pokoju głównego domu. Babcia i pozostałe żony Dziadka gotowały obiady każda w swojej kuchni, a następnie przynosiły swoje potrawy i ustawiały na stole w dużym pokoju głównego domu. Dziadek codziennie spożywał tam posiłki z synami, podczas gdy córki jadały każda z własną matką w kuchni matki. Dochody rodziny pochodziły głównie z handlu. Moja babcia i jej „współżony” uprawiały, każda ze swojej strony, owoce i warzywa. Część zbiorów była przeznaczana na posiłki dla rodziny, reszta była sprzedawana, aby móc finansować inne jej potrzeby, takie jak szkoła dla dzieci lub opieka zdrowotna dla wszystkich członków rodziny… Dziadek miał też pole kakaowców i sprzedawał kakao na finansowanie wielu innych wydatków. Jeśli chodzi o moich dziadków od strony matki, mój dziadek był nauczycielem w szkole podstawowej. Miał 4 żony, a życie rodzinne wyglądało podobnie jak u dziadków od strony Taty. Każda z żon miała własną kuchnię i sypiała na zmianę z Dziadkiem. Z każdą z nich Dziadek miał dzieci, razem aż 27!!! Najstarsze dzieci musiały więc pomagać w wychowywaniu młodszych i także opłacać swoją część wspólnych kosztów rodziny. Jeśli chodzi o wychowanie dzieci, moi rodzice zostali wychowani w duchu tolerancji i szacunku dla innych i przede wszystkim w stosunku do pozostałych żon ich ojca, które dzieci miały nawet uważać za swoje kolejne mamy. Pomimo tego, moi rodzice byli zawsze bardziej przywiązani do własnej biologicznej matki i do rodzeństwa z tej samej matki. Jeśli chodzi o moich rodziców, to pomimo iż pochodzą z rodzin poligamicznych oni są monogamistami. W Kamerunie poligamia nie jest obowiązkowa, każda para ma wybór, w jaki sposób chce żyć, są zatem obok poligamicznych i rodziny monogamiczne.

 Mały Jason                                                               2012-10-16

maly jason

We Foyer Saint Dominique jest tyle historii ile dzieci, a wszystkie one jednakowo smutne. Jason, lat 11, i jego kuzyn Cabrol, lat 12, zostali przyjęci do Foyer kilka lat temu, gdy zmarli ich rodzice. W przypadku Jasona, wszystko zaczęło się, gdy miał zaledwie rok i na AIDS umarł jego ojciec. Mama Jasona, również chora na AIDS umarła dwa lata później. W wieku 3 lat, Jason i jego starsi bracia zostali bez mamy i taty.   Najpierw przyjął ich do siebie wuj, który miał dwie żony i ponad dziesięcioro dzieci. Wobec potrzeb rodziny, warunki życia u wuja Jasona, który już żył niemal w nędzy, jeszcze bardziej się pogorszyły. Wuj nie był dalej w stanie wyżywić swojej rodziny, która z dnia na dzień stała się jeszcze bardziej liczna, gdyż był on tylko ubogim rolnikiem. To wówczas powierzył Jasona opiece Foyer Saint Dominique. Chłopiec miał wtedy dopiero 4 lata a wuj wkrótce sam zmarł na AIDS, dwa lata po śmierci swoich dwóch żon, z których jedna była matką Cabrola, kuzyna Jasona. Podobnie jak Jason, Cabrol wcześnie został sierotą. Najpierw zaopiekowała się nim siostra matki, która była jednak bardzo uboga i nie mogła sprostać jego potrzebom, a tym bardziej nie stać jej było, aby zapisać go do szkoły we wsi, do której chodziły wszystkie dzieci w jego wieku. Od najmłodszych lat Cabrol ciężko pracował w polu aż wreszcie w 2010 r. został przyjęty do Foyer Saint Dominique, gdzie od razu poczuł się jak w domu. Nie było tak natomiast w przypadku Jasona. Biedny maluch miał ogromne problemy natury psychicznej, nie mógł otrząsnąć się z szoku po stracie całej rodziny w tak krótkim czasie, często budził się w nocy straszliwie krzycząc z powodu sennych koszmarów i tych wszystkich rzeczy, które, jak twierdził, słyszał i widział jako tak małe dziecko. Nie mówiąc już o atakach strachu, w czasie których nie panował nad sobą do tego stopnia, że często załatwiał swoje potrzeby fizjologiczne brudząc ubranie. Ze względu na fakt, iż tak ciężko chorował, Jason jest dzisiaj dzieckiem opóźnionym w rozwoju w stosunku do swoich rówieśników. Ale dzięki Bogu jest dzisiaj w 4. (przedostatniej) klasie szkoły podstawowej i stał się chłopcem żywym, inteligentnym, pracowitym i lubiącym współzawodnictwo. To, co kocha ponad wszytko, to piłka nożna, marzy zresztą, aby zostać zawodowym graczem. Tak jak jego kuzyn Cabrol, który pragnie zostać lekarzem najmłodszych dzieci, i pozostałe dzieci z Foyer, Jason pomału odbudowuje swoje życie.   Napisała (w j. francuskim) Prisca, wychowanka Misji Kamerun, przetłumaczyli polscy przyjaciele Misji www.misja-kamerun.pl

 Kamerun, czyli Afryka w pigułce !                                       2012-11-02 kamerun czyli afryka

Jeszcze nieco ponad rok temu nie przeszłoby mi przez myśl, iż udam się w podróż do Afryki i zobaczę jak wygląda życie dzieci z Domu Dziecka „Foyer St. Dominique” w Yaounde, prowadzonego przez Dariusza Godawę OP, który już od prawie 20 lat pomaga sierotom z Kamerunu. Wypadałoby się szczerze przyznać, iż nawet nie wiedziałem jak nazywa się stolica Kamerunu. Ogólne pojęcie Europejczyka o Afryce zazwyczaj kończy się właśnie na słowie Afryka. Jak łatwo potrafimy uogólniać cos, czego w ogóle nie znamy. A przecież czarny ląd to kontynent z ponad 50 niezależnymi państwami.   Mimo swojego jeszcze młodego wieku, 30 wiosen w kalendarzu, miałem okazję zobaczyć niejedno miejsce na ziemi, nie wliczając wielu krajów europejskich, m.in. Australię, Malezję, Stany Zjednoczone Ameryki, jednakże nigdy wcześniej nie odwiedziłem Afryki. Moje wszystkie wcześniejsze podróże miały charakter bardziej turystyczny, zupełnie inaczej miała się sprawa odnośnie Kamerunu. Powinienem wspomnieć, iż przez kilka lat prowadziłem w Polsce z powodzeniem firmę budowlaną, która pozwalała mi spokojnie finansować moją pasję do podróżowania. Jednakże złote lata w pewnym momencie się skończyły, a przyszedł czas bezowocnej wegetacji na przysłowiowym garnuszku rodziców.   Istnieje duże prawdopodobieństwo, iż taki stan utrzymywałby się do dnia dzisiejszego, gdybym nie trafił na informację o misji prowadzonej przez Ojca Darka w Yaounde. Nawet nie pamiętam skąd i kiedy dowiedziałem się o tym projekcie, ale praktycznie od razu postanowiłem mieć swój, chociażby niewielki, wkład w pomoc potrzebującym dzieciom z Foyer St. Dominique. Była to decyzja, aby przyjechać do Yaounde i pomagać tutaj, na miejscu. Po kontakcie z o. Darkiem i otrzymaniu akceptacji na taką formę pomocy, zacząłem gromadzić środki na zakup biletu do Afryki. Nie będę ukrywał faktu, iż przyjazd wiązał się również, przynajmniej w małym stopniu, z chęcią zobaczenia czarnego lądu, ale głównym zadaniem miała być pomoc wychowankom domu dziecka.   Wybierając się w podróż nie miałem pojęcia, czego się spodziewać, jak wszystko będzie wyglądać, nie miałem nawet opanowanej znajomości języka francuskiego, który jest tu podstawowym językiem urzędowym. Swoje obawy i wątpliwości powierzyłem Opatrzności Bożej, prosząc Pana Boga o natchnienie i siły w realizacji moich planów. Sama podroż była długa i męcząca, zważywszy chociaż na przesiadki i oczekiwania na połączenia autobusowe i lotnicze. Jednakże radosne przywitanie mnie na lotnisku przez wszystkich podopiecznych sierocińca wynagrodziło wszelkie niedogodności podróży z nawiązką. Nie spodziewałem się takiej otwartości i życzliwości od pierwszego momentu, gdy moja stopa stanęła na afrykańskiej ziemi. A z pewnością nigdy w życiu nie przypuszczałbym, jaki los spotka mnie tutaj, w Kamerunie. Ale o tym z dalszej części…   Maciej Kieruj

 Kamerun, czyli Afryka w pigułce ! (cd.)                          2012-11-11 kamerun czyli afryka 2

W Foyer St. Dominique mieszka w tej chwili 17 podopiecznych, którzy są wychowywani wedle prostych reguł, zgodnie z wiarą chrześcijańską. Zasady są tutaj bardzo proste, tak jak i warunki w których mieszkają dzieci. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dobra wola i chęć bezinteresownej pomocy wielu darczyńców, którzy wsparli, bądź też wciąż wspierają utrzymanie sierocińca. Potrzeb jest zawsze wiele więcej niż możliwości, jednakże ojciec Darek doskonale radzi sobie z organizacją funkcjonowania ośrodka. Ktoś mógłby zatem zapytać, czy potrzebna jest tutaj pomoc takich osób jak ja?   Otóż, każda forma pomocy jest zawsze mile widziana, a lista potrzeb, nie tylko materialnych, jest długa. Tutejsze dzieci doskonale radzą sobie z samoorganizacją, nie licząc nauki, która jest jednym z głównych zadań sierocińca, pomagają w utrzymaniu czystości, same potrafią wyprać sobie swoje rzeczy (nikt nikogo tutaj nie wyręcza jak to w Polsce bywa norma). W związku z kłopotem dostępu do wody dzieci same dbają o to, aby nigdy nie brakło wody, która trzeba pobierać ze studni, dzieci potrafią same szyć ubrania, które przecież tak szybko się zużywają i niejednokrotnie są zszywane po kilka razy; takich przykładów można podawać więcej i więcej.   Pragnę podkreślić tutaj pewną rzecz, mianowicie podejście Kameruńczyków, którzy są katolikami, do praktykowania i rozumowania wiary. Nie mam na myśli jedynie wychowanków sierocińca, a ogólnie społeczeństwo. Nauczony obserwacją miejscowej ludności, szczerze przyznaję, że niejeden/niejedna z nas mogliby się wiele tutaj nauczyć. Wiara tutaj jest prosta, dla każdego istnieje Bóg, wszechobecna jest modlitwa, ludzie nie wstydzą się otwarcie rozmawiać o Bogu, chwalić i wielbić Stwórcę!! Prosty przykład: ilu z nas Europejczyków potrafi bez zastanowienia zadeklamować 10 przykazań Bożych, albo wymienić 7 Sakramentów Świętych (sam na tym poległem), albo któż ma w pamięci Tajemnice Różańcowe? My, Europejczycy, patrzymy na Afrykę generalizując ją, uważając za trzeci świat pod każdym względem, a jest to jak najbardziej mylne myślenie. To my, moglibyśmy wiele się nauczyć od tych ludzi!! Owszem, warunki życia tutejszego daleko odbiegają od standardów, do których jesteśmy tak bardzo przyzwyczajeni, jednakże w żadnym stopniu nie możemy twierdzić, że jesteśmy lepsi od mieszkańców Afryki. To czego tutaj brakuje, a wymienię akurat tylko sierociniec, to pieniądze!! Niestety one rządzą wszędzie, a tych brakuje zawsze. Nie ma co ukrywać i pisać miedzy wierszami w czym rzecz, gdyż, jeśli nie wiadomo o co chodzi, zawsze chodzi o pieniądze. Takiej formy wsparcia potrzeba tutaj, aby pomagać dzieciom, które są naprawdę bardzo zdolne, chętne, by się uczyć godnego życia, kształcić się i żyć w zgodzie z wiarą chrześcijańską.   Jednakże wrócę do mojej osobistej ‘przygody’ związanej z pobytem w Foyer St. Dominique. Na czym może polegać pomoc białego człowieka, który ma prawie zerową znajomość języka francuskiego? Otóż, nawet i bez tego można sobie doskonale poradzić w kontakcie z dziećmi. A dodatkowo wspomnę, iż niektóre osoby znają też angielski, co znacznie ułatwia sprawę. Pomóc można i fizycznie, np. przy noszeniu wody, gdzie beczki wcale nie są lekkie, albo tez intelektualnie, zwyczajnie rysując z dziećmi, zajmując czas grami edukacyjnymi, czy starając się nauczyć je chociażby podstaw języka angielskiego a zainteresowanych nawet polskiego!   Pisząc tę historie, nie opisałem jeszcze najważniejszego dla mnie aspektu, połączonego z przyjazdem do Kamerunu. Mianowicie, nigdy nie przypuszczałbym, iż ten daleki wyjazd sprawi, że poznam tutaj wybrankę swojego serca. Tak, dokładnie! Serce nie sługa, jak powiada znane powiedzenie. A wybranka serca okazuje się być jedna z wychowanek misji, Prisca Koungou. Łaska Pana Boga naszego pozwoliła mi spotkać na swojej drodze drugą połówkę aż tutaj. Jeśli ktoś nie wierzy w miłość od pierwszego wejrzenia, to nie podyskutuje ze mną. Juz przy pierwszej mojej wizycie w Foyer, wiedziałem, że to Ta, jedna, jedyna! A zaczęło się na lotnisku, przy pierwszej wizycie w Kamerunie. Jedno spojrzenie na przywitanie i juz coś przysłowiowo zaiskrzyło. Moje szczęście w tym, że Prisca zna język angielski, który pozwolił nam na swobodny kontakt na początku znajomości. Przegadane godziny, które odczuwało się niczym minuty, wbrew pozorom podobne i wręcz takie same zainteresowania, pasje, pragnienia i marzenia, wspólna wiara katolicka, pomogły zapoznawać się lepiej i lepiej… A teraz wiem, ze oboje szczęśliwi i wzajemnie zakochani, wkrótce złożymy przed Bogiem przysięgę małżeńską, ale to już temat na kolejną opowiastkę…   Maciej Kieruj

 Kolorowe sny                                                                2012-12-01 kolorowa sny

W Afryce jestem już dwa tygodnie. Już? Oczywiście, jestem dopiero dwa tygodnie. I gdy będę wyjeżdżać za prawie trzy miesiące, też będę mogła powiedzieć – byłam tu zaledwie trzy miesiące. Nie będę więc pisała o Afryce, bo cóż mogę o niej powiedzieć, ja Europejka przeżarta europejskim patrzeniem na świat, racjonalnym, zawsze najlepszym, wszystko klasyfikującym i doczepiającym etykietki. Będę próbowała jedynie dzielić się moim tu i teraz. TU – to „Foyer St. Dominique” czyli teren ogrodzony wysokim murem na przedmieściach Yaounde, dokąd prowadzi już tylko bita droga, no może w porze deszczowej raczej rozbita. TERAZ – to, chwila, w której opisuję to miejsce, jego mieszkańców i moje odczucia, bo przecież wszystko co będę opisywała będzie subiektywne jakkolwiek bym się nie siliła na obiektywizm. Moje dzisiejsze tu i teraz będzie dotyczyło wczorajszego wieczora.   Jemy z O. Darkiem kolację, rozmawiamy o dzieciach, mówię, że tak wcześnie wstają jeszcze przed piątą choć msza jest dopiero o szóstej. O. Darek odpowiada – one tak wstają z zimna, wolą wstać i się kręcić, cokolwiek robić niż marznąć leżąc. Rzeczywiście, łóżka trzy kondygnacyjne, jeśli tak można powiedzieć, dzieci maja od niedawna. Wcześniej spały na podłodze. Materace na łóżkach liche, do granic możliwości – sama gąbka już mocno zużyta, brak prześcieradeł, koców, przykryć, poduszek, na dodatek troje dzieci jeszcze się w nocy moczy, co dodatkowo utrudnia sprawę. W tym domu dzieci są od marca, wszystko jest nowe lecz tylu rzeczy brakuje. Były przecież ważniejsze potrzeby, budowa domu, a wcześniej zakup gruntu pod dom. Nowa duża inwestycja, a przecież jeszcze funkcjonuje stary dom w Bertoua, gdzie są dzieci, dodatkowo studenci, doktoranci, rodziny, którym o. Darek pomaga, a wszystko z tych samych pieniędzy, których niestety nie przybywa, i są tylko od darczyńców – ludzi dobrej woli. Przybywa jedynie potrzebujących. Od jakiegoś czasu przychodzą z małym dwumiesięcznym dzieckiem, mówi o. Darek – ale jak ja mam wziąć, kto się nim zajmie, to niemożliwe. Teraz w Foyer jest szesnaścioro dzieci, od 7-letniej Patrycji, po 22-letnią Epiphanie. W tym czterech chłopców. Szesnaście światów, szesnaście historii życia, szesnaście cierpień, tęsknot i bólu, szesnaście marzeń. Tych szesnaście światów nakłada się tu w Foyer na siebie, tu się spotkały, aby przeżyć czas niesamodzielny swojego życia, a potem pójść własną drogą. Jakie będą te drogi, tego nie wiemy. Możemy jednak dziś zrobić coś, aby te drogi były bardziej proste, aby nie były labiryntem bez wyjścia. My jesteśmy głodni nowych newsów, wrażeń, sensacji, tu dzieci i nie tylko są zwyczajnie głodne, po prostu z braku pożywienia. Pytamy nasze dzieci, co chciałyby robić w przyszłości. Jeden z chłopców, Jack Andrzej, odpowiada – chciałbym zawsze mieć co jeść. Sama mam czworo dzieci i moim taka odpowiedź nigdy nie przyszłaby do głowy. Twoim dzieciom, Tobie, chyba także nie? Jeśli to czytasz i masz co jeść, gdzie spać, masz swoją poduszeczkę i kołdereczkę to może pomyślisz, i dotrze do Ciebie, że w Afryce też czasem jest zimno, i właśnie Ty możesz kogoś ogrzać, i czyjeś sny na poduszce od Ciebie staną się kolorowe.   Anka

 Pierwsze koty…                                                 2012-12-06 pierwsze koty

Dziś najmłodsze dziewczynki Michu, Ingrid i Patrycja przyniosły swoje pierwsze testy sprawdzające ich poziom wiedzy przyswojonej dotychczas. Test dotyczy matematyki, francuskiego oraz angielskiego. Sprawdzana jest umiejętność rozwiązywania zadań, myślenia analitycznego, logicznego, rozumienia i pisania tekstu, słownictwo j. angielskiego, budowa zdania, wymagania całkiem spore jak na ten wiek. Tak więc nasze gwiazdy miały te swoje pierwsze koty… Patrycja rzeczywiście wypadła jak gwiazda, na 20 punktów zdobyła 14. Natomiast pozostałe dwie kompletna klapa, jedna 0/20, druga 4/20. Wstyd, płacz i tyle wszystkiego gdy trzeba było przedstawić testy do podpisu Marianne, która jest opiekunką dzieci.   Patrycja najmniejsza, najdrobniejsza, chucherko kompletne, stała z taka miną jakby też była czegoś winna, zupełnie nie wyglądała na bohaterkę mimo, że jej gratulowano i podziwiano. Taka mała ale sprytna myszka, jej postura może zmylić ale po krótkim poznaniu widać, że umie walczyć skutecznie o swoje i gotowa jest „przywalić” przeciwnikowi choć z pozoru nie ma szans, nie odstrasza jej ani wielkość ani wiek adwersarza. Podziw dla Patrycji jest podwójny. Pierwszy za to, że taka niepozorna i „zmylająca” przeciwnika, drugi, za to, że w takich warunkach, taki rezultat. Patrycja jak reszta dzieci około piątej rano jest już na swoich malutkich nóżkach. Najpierw musi zejść z „pierwszego piętra” łóżka, ubrać sie choć jeszcze ciemno i zimno (a tak zimno jest rano, nawet 11 st.) Znaleźć ubranie szkolne, trochę się ochlapać wodą, przygotować swój mocno nadwyrężony tornisterek (najpierw przeznaczyłam go do kasacji tak fatalnie wyglądał, potem jednak pozszywałam i jakoś żyje). O szóstej Msza, przebieranie do szkoły, ostatnie porządki i wymarsz do szkoły, na 7:30. Na szczęście nie daleko, ale to dla mnie, jednak dla takiego 7-letniego człowieczka droga wydaje się dłuższa. W szkole cały dzień do prawie szesnastej. W domu trochę zabawy, drobne pranie, mycie się i czas na odrabianie lekcji. O 17:30 codzienny różaniec, cała część, czyli jak to się u nas mówi 50 „zdrowasiek”. Tego Patrycja najczęściej nie wytrzymuje, monotonny, jednostajny rytm modlitwy skutecznie staje się kołysanką, która pozostawia ją uśpioną na ławeczce. Budzi się dopiero zapachem jedzenia. Myślicie może, że w rozkładzie dnia Patrycji coś pominęłam, wypadło śniadanie i obiad? Ależ nie! Ten wieczorny posiłek to pierwszy i jedyny w ciągu całego dnia, może coś uda się zjeść rano albo po lekcjach, ale nie jest to planowane. Obrońcy wszystkich biednych i uciśnionych pewnie kipieli by z oburzenia. No cóż, tu tak jest drodzy Państwo, nie wszystkie dzieci w tym kraju mają nawet ten jeden posiłek. Nasze, zapewniam na umierające z głodu nie wyglądają. Nauka jeszcze trwa do ok. 22. Jak to wygląda? Jeden na kolanie, drugi na ławce zeszyt sam na posadzce, trzeci przy jedynym stole i tak na zmianę. Nie ma tyle stołów ani krzeseł. Pokoje 3X3m dla trojga albo nawet czworga dzieci nie nadają się do nauki, nawet nie ma w nich stołów. To kolejna bolączka Foyer Saint Dominique, miejsce i warunki do nauki. A szkoła to naprawdę priorytet dla o. Darka, dzieci posyłane są do różnych szkół czasem nawet odległych, aby zapewnić im najlepszy start i życie. Nie wszystkie szkoły są bezpłatne a nawet w tych bezpłatnych ciągle trzeba za coś płacić (to akurat bardzo dobrze znamy z naszego kraju) – także w sprawie podręczników, które są jeszcze droższe niż w Polsce. Tak oto, opisałam dzisiejszy szkolny dzień z akcentem na Patrycję. Mam nadzieję, że jeśli to czytasz, to masz komputer, ładne biurko czy stolik, przyzwoite krzesło lub fotel, nocną lampkę, miękki dywan i całą resztę niezbędnych przedmiotów. I bardzo dobrze, i tak ma być, to prawo każdego z nas, na to ciężko pracujemy. Mamy jednak jeszcze jedno prawo, nie obowiązek ale prawo, wolnego człowieka do tego aby się swoimi dobrami podzielić. Nikt nie może nam tego nakazać, to prawo naszej wolnej woli i prawo godności każdego z nas. Możesz skorzystać z tego prawa i pomóc Patrycji oraz jej koleżankom i kolegom, jej rodzinie, bo tu wszyscy są jak rodzina. Akurat Patrycja jest półsierotą bez mamy, ojciec ma nową rodzinę i jej nie chce. Możesz też stać się jej rodziną przez pomoc albo adopcję serca (zobacz jak na naszej stronę www.misja-kamerun.pl). A niech tam, Twoje pierwsze koty niech też pójdą za płoty, skorzystaj ze swojego prawa do pomocy.

 Wiatr i słońce                                                        2012-12-11

wiatr i slonce

Tego już dosyć. Kolejna gwiazda przyniosła test z wynikiem 1/20. Tym razem dokładniej mówiąc to gwiazdor, i wcale nie jest to zabłąkany przedwcześnie jegomość w czerwonym paltociku i czapeczce oraz workiem prezentów pod pachą. Co robić więc z tą plagą nieuctwa i braku zapału? Przygotować lepsze kije do wbijania wiedzy poprzez odpowiednią część ciała? Wydłużyć czas nauki? Jaką groźbą czy karą mobilizować to oporne na wiedzę towarzystwo?   Zrobiliśmy burzę mózgów. Burza jak to burza, zapowiada się tu a pojawia gdzie indziej. Może więc nie karać ale nagradzać? Na początek zorganizujemy wielki konkurs na mistrza tabliczki mnożenia. Jako, że matematyka królową nauk, od jaśnie pani zaczniemy walkę o edukację naszych dzieci. Sprawdziłam już ich wiedzę w tym temacie, słowa tabliczka mnożenia są znane, reszta już mniej. Po półgodzinie od rozdania kartek z przykładami mnożenia w zakresie do 4, przyniesiono mi napisane wyniki, ale i te nie zawsze były prawidłowe.   Każdy dostał więc zeszyt z zapisanymi działaniami w zakresie do 100 i nakaz nauczenia na pamięć. Biedaki i owszem nad zeszytami siedzą, ale z głowa raczej w chmurach niż w liczbach. Stąd konieczność burzy mózgów i decyzja o konkursie i nagrodzie dla zwycięzcy. Nagroda dość przyziemna, niezbyt wyrafinowana, ale miejmy nadzieję, że będzie skuteczna. Jeden tysiąc tutejszych franków czyli ok 6,5 zł. Nasze dzieci nie dostają kieszonkowego więc będzie to dla nich wielka radość móc samodzielnie zagospodarować taką kwotą a dodatkowo będą się uczyły jaka jest wartość pieniądza. Gdy wszystko co potrzebne tylko dostają, nie wiedzą ile to wymaga wysiłku i pracy. Dla trzech najstarszych dziewcząt będzie konkurs, gdzie wygrana już odpowiednio 10 tys. franków. Mamy tu problem z utrzymaniem czystości, w pokojach i na zewnątrz budynku. Zadaniem dziewczyn będzie więc przez tydzień każda, pilnowanie aby zawsze było czysto. Która ten porządek najlepiej wyegzekwuje, ta wygra. Średniaki, czyli nastolatki też nie mogą być poszkodowane. Dla nich konkurs z wiedzy religijnej. Wiszą tu na ścianie teksty dziesięciu przykazań, sakramentów, akt wiary nadziei i miłości. Też opornie bardzo przyswajane. Będzie więc okazja do przyspieszenia – warta 2 tys. franków.   Jeśli to poskutkuje zaczniemy wdrażać tę metodę nagradzania i rywalizacji zarazem. Pamiętam kiedyś w naszej polskiej TV, oglądałam taki krótki filmik animowany. Wiatr i słońce założyli się widząc człowieka w płaszczu idącego drogą, kto będzie w stanie szybciej i skuteczniej nakłonić go, aby płaszcz zdjął. Rozpoczął wiatr, dmuchał, gwizdał, człowiek się przewracał, kulił, chował głowę w płaszcz, wreszcie usiadł, cały się otulił płaszczem i próbował w ten sposób przetrwać nawałnicę. Udało się, bezsilny wiatr szalał jeszcze, ale w końcu musiał ustąpić. Potem wyszło słońce i zaczęło coraz mocniej i mocniej przygrzewać. Skulony człowiek wyprostował się, przeciągnął, zdjął wreszcie płaszcz. Było już zbyt ciepło aby dalej w nim siedzieć. Człowiek położył płaszcz na trawie, sam się na nim wyciągnął i grzał się na słońcu. Dla mnie ta historyjka miała zawsze taki wydźwięk, że wygrać można tylko dobrem, a nie złem, nagrodą, a nie karą. Z tym, że wszystko trzeba mądrze rozważyć i wybrać nagrody naprawdę mobilizujące i uczące dobrego.   Anka

 Nasza zaprzyjaźniona szkoła, czyli krasnoludki, balet, klasa na sto osób i plany „Odgórne”                                            2012-12-18 nasza zaprzyjazniona

W Kamerunie kończy się pierwszy semestr szkolny. Na 10 dni przed świętami zaczynają się ferie. Tak wypada w tym roku, bo piątek to 14 grudnia. Dzieci wrócą do szkoły dopiero 3 stycznia. Nie ma żadnych ferii zimowych jak u nas, ale właśnie obecny czas wolny międzysemestralny połączony ze świętami Bożego Narodzenia. Semestr kończy się egzaminem pisemnym ze wszystkich przedmiotów, obejmujący wyrywkowo cały materiał przerobiony. Nie ma żadnych ocen z poszczególnych przedmiotów, miernikiem jest test. Biada tym, którym źle poszło, ocena z obecnego testu plus test na koniec roku w czerwcu to będzie wyznacznik – witaj następna klaso czy też wyjątkowego przywiązania do klasy obecnej, np. ktoś może już trzeci rok być w piątej klasie. Takich delikwentów trochę jest, w naszym Foyer również. Mimo, że szkoła podstawowa jest obowiązkowa nikt tego nie sprawdza i wielbiciel np. piątej klasy mający 14 lat w końcu ją opuszcza, aby zająć się pracą i zarabianiem, bo naukowego już z niego nie będzie.       Ten przedłużony wstęp nie ma za celu rozwijanie mojego wywodu o wielbicielach pozostania w jednej klasie dożywotnio. Będzie zupełnie o czymś innym jak to w życiu, trochę radości trochę smutku.     Zostaliśmy zaproszeni na imprezę szkolną     Z okazji zakończenia semestru i jednocześnie przedstawienia z okazji zbliżających się świąt Bożego Narodzenia, o. Darek został zaproszony do szkoły katolickiej. Oczywiście ja również, zwłaszcza, że okazałam się gościem ważnym i rokującym, ale o tym dalej.   Dyrektorka szkoły siostra Sylwia jest byłą wychowanką o. Darka z Bertoua. Znają się już 18 lat, a siostra Sylwia była wtedy młodą licealistką, przebywającą w internacie sąsiadującym z domem biskupim, gdzie wtedy ojciec mieszkał.   Poprzez kolejne życiowe wybory i decyzje przełożonych „wylądowała” w końcu w szkole Saint Kisito de MvogMbi w Yaounde jako dyrektorka.     Uroczystość została zaplanowana na godzinę 9 rano, oczywiście wyjechaliśmy po 10 a byliśmy ok 10:30. Zrozumiałe jest, że jeszcze nic się nie rozpoczęło. Czekały na nas miejsca w pierwszym rzędzie obok samej siostry dyrektor.     Plac szkolny niezbyt wielki, wejście z ulicy po schodach drewnianych. Chyba schodach to za dużo powiedziane, są to przypadkowe deski różnej wielkości i maści. Myślałam, że wchodzimy na plac budowy   Ale pomyśl, jestem tu już dwa miesiące i takie myślenie? Powinnam się nieco orientować. Nie było to żadne wejście prowizoryczne na żadną budowę tylko „normalne”.     Jak wyglądały uroczystości     Na placu szkolnym pełno ludzi, głównie rodzice, wystające z klas i balkonów, głowy uczniów. We właściwym czasie – czyli plus, minus dwie godziny, rozpoczęła się uroczystość.   Najpierw krótka modlitwa, wciągnięcie flagi Kamerunu i odśpiewanie hymnu, potem przemówienie siostry dyrektor i część artystyczna.   Wszyscy goście honorowi czyli my także dostaliśmy program uroczystości.   Zapowiadało się dosyć długie posiedzenie, bo to balet, to przedstawienie i tak na przemian.   Pierwszy punkt programu to dosłownie był „wysyp” czarnych krasnoludków. Cały plac zapełnił się malutkimi, czarnymi ludzikami w białych sukienkach lub spodenkach i koszulkach, z czerwonymi czapeczkami na główkach. Mieli to chyba być Mikołaje i Mikołajki, ale mi bardziej kojarzyli się z krasnoludkami.   Małe czerwono-czarno-białe istotki zaczęły zabawnie podrygiwać w rytm muzyki. W Afryce taniec to wyrażanie siebie już od najmłodszych lat a nawet miesięcy. Maluchy, poczucie rytmu mają we krwi, ruchy ich nie były przypadkowe, ale wyraźnie podpatrzone u dorosłych. Przecież tu tańczy się przy każdej okazji i taniec jest wszechobecny.   Miejsce maluszków zajęli starsi uczniowie, zapowiedziani jako balet.   Absolutnie nie mylić z rozumianym przez nas. Nikt nie wyszedł w baletkach i nie odtańczono „Jeziora łabędzi” ani „Dziadka do orzechów”. Wybiegli w białych T-shirtach i spodniach, i też w rytm muzyki afrykańskiej pokazali swoje umiejętności wyginania się na różne strony.   My biali nie potrafimy tego podrobić, oddzielnie tańczy brzuch, pupa, nogi, część piersiowa oraz ręce. Kompletnie nie do powtórzenia. Po tańcach młodzieży znów inwazja krasnoludków tym razem płci pięknej w różowych topach i spódniczkach w rytm kolejnego przeboju.   Jeszcze podczas tańca młodzieży, weszła krasnoludka z bukietem kwiatów i siostra dyrektor wywołała mnie do odebrania tego pięknego wyróżnienia.   Bardzo to było miłe i dało okazję do wspólnego tańca z maluchami na tle baletu.   Dodatkowo dostałam stałe „zagospodarowanie” moich kolan. Przez pewien czas siedziały na nich nawet dwie, śliczne, małe krasnoludzice.   Trzeba koniecznie dodać, że te dzieciaki są śliczne. Potem jak dorastają różnie wyglądają, ale jako dzieci są czarujące.     Zanim przyjechałam do Kamerunu, myślałam, że wszyscy czarni są podobni. Pewnie tak myśli większość białych i odwrotnie. Teraz wiem, że twarze są tak różne, zupełnie jak u nas. Nie wszyscy mają duże usta i płaskie nosy. Różnorodność jest zadziwiająca. Oczywiście nie umiem rozróżnić plemion, poza niektórymi ale już bardzo charakterystycznymi z północy kraju.   Tak więc na moich kolanach siedziały małe, czarne aniołki i w ogóle się nie bały, wręcz przeciwnie, a nigdy chyba wcześniej nie widziały białej istoty.   Program artystyczny został urozmaicony czymś w rodzaju jasełek, odegranych przez uczniów młodszych klas, potem było jeszcze kilka występów krasnoludków i baletu.   Wreszcie nastąpiło odczytanie wyników egzaminów. Słuchając tej prezentacji można było wywnioskować, że specjalnych orłów szkoła się nie dochowała. Na pewno jednak będzie kilkoro dzieci, może więcej, którym się w życiu powiedzie.     Kilka słów o tej szkole     Do szkoły uczęszcza 1300 uczniów i co? Powiedzie się najwyżej kilkunastu? Czy to nie farsa czy też skrajna czarna wizja z mojej strony?   Ani jedno ani drugie, ale czysta statystyka.   W każdej klasie jest ok. 70 i więcej uczniów. Szkoła jest w biednej dzielnicy, otacza ją coś na wzór slumsów. Inny wynik jest tu niemożliwy.   Patrząc na zdjęcia szkoły nawet te robione przeze mnie absolutnie nie widać rzeczywistości: drapanych murów, dziur, blaszanego, rozgrzanego do bólu sufitu, brudnych klas, w których małe okna, plus ilość uczniów, plus niewysokie sufity czy wspomniany blaszany dach, dają efekt sauny zupełnie nieoczekiwany w klasie szkolnej. Na dodatek dzieci przebywają w tych warunkach od 7:30 do ok. 16. Nie można w takich warunkach wysiedzieć, a co dopiero, kojarzyć, myśleć, zapamiętywać. Siedzą tak blisko siebie, że pisać może chyba co drugi.   Klasy nie mają żadnego wyposażenia poza starą, brzydką tablicą, jakich u nas nigdzie juz nie ma. Ławki to zbite z desek, nieoszlifowane i niepomalowane siedziska z blatem do pisania.   Weszłam do jednej z takich klas, okna pootwierane, drzwi także. Zresztą okna tylko dwa i to małe. Dzieciaki od razu wyskoczyły do mnie, śmieją się, machają. Nikt ich nie prosił o taki entuzjazm. Czasami zazdrość bierze jak się widzi ich radość z niczego. Wśród naszych dzieci taki spontaniczny odruch juz dawno zniknął, jaka szkoda.   Oglądając szkołę, chodząc po jej trzech kondygnacjach, mimo starań i myślę nie aż tak zduszonej, czy nieobecnej we mnie wyobraźni, nie mogę pojąć jak się tu taka ilość dzieci mieści.   Szkoła nie ma korytarza, wejście jest z zewnątrz po schodach i do klas wchodzi się z zewnętrznego balkonu. Na każdym poziomie jest pięć klas czyli razem piętnaście, jedna taka klasa to dodatkowo jakby sekretariat i pokój siostry dyrektor.   Toaleta jest na zewnątrz, to drewniana przybudówka, z której rozchodzi się niezbyt przyjemny zapach, szczerze – smród po prostu.     Jak to, piszę, że brud i smród, że bieda, a dzieci niby ze slumsów w pięknych ubrankach?   Po pierwsze jak się patrzy na ich rodziców już tej wykwintności nie widać, po drugie często to co mają na sobie to ich jedyny kapitał, wizytówka. I jak na nic nie stać to chociaż ubrać się jakoś trzeba. Dom to drewniana buda z wychodkiem na zewnątrz, zresztą kto w nim siedzi, pierze się, je, siedzi, głównie na powietrzu. Zresztą pamiętamy sami czasy, gdy u nas sukienka u tzw. prywaciarza kosztowała czasami całą pensję i trzeba było zbierać na nią przez parę miesięcy albo dokładała się do niej cała rodzina. Tak też to wygląda tutaj.     Palec Boży     Ostatnim punktem wizyty był poczęstunek, przygotowany w jednej z klas. Czekał zastawiony stół z tradycyjnym menu poczęstunkowym: ryżem, kurczakiem, rybą, plantanami, owocami, piwem, colą i wodą.   Siostra dyrektor poza rolą dyrektorki pełni chyba także funkcję kelnerki, bo cały czas gdzieś biega i przynosi kolejne potrawy, zachęca do jedzenia. Wreszcie trochę mogła usiąść przy nas, do mnie mówi trochę po polsku, pamięta jeszcze jak była młodą dziewczyną. Niezwykła.   Ojciec Darek prostuje potem, abym nie myślała, że kwiaty dostałam ot tak. Po prostu zainwestowano we mnie licząc, że znajdę pomoc dla szkoły i dzieci.   Pomoc, ale gdzie?   Gdzie? To może nie moje zmartwienie na teraz. Skoro „ Góra” zadbała o to, żebym się tu znalazła to ma swój cel i ma już gdzieś i ludzi, i środki, ja najwyżej będę musiała to wszystko powiązać. Jak to w życiu bywa.

 Afrykańskie Boże Narodzenie                                              2013-01-02 afrykanskie boze nardzenie

Był już Adwent, a wciąż nie dochodziło do mnie, że to grudzień i niedługo Boże Narodzenie. Nawet nasza codzienna msza była jakby adwentowa. Sprawowana o godzinie szóstej rano mogłaby być roratami, ale palmy obok i to nie w doniczce. Z drugiej strony nasza tzw. atmosfera przedświąteczna nie miała do mnie dostępu, co było swoistym dobrem. Myślę tu o atmosferze przedświątecznych zakupów, szału reklam, prześcigania się w zakupowym amoku. Tu na ulicach o zbliżających się świętach przypominały mrugające gdzieniegdzie kolorowe lampki. Domokrążny sprzedawca, w czerwonej czapce z białym pomponem oraz sztuczną choinką w rękach. Akurat nasza część kraju jest w przeważającej mierze katolicka, ogólnie mówiąc chrześcijańska. Zupełnie inaczej wyglądałoby na północy gdzie mieszkają muzułmanie, tam zbliżających się świąt nie byłoby widać w ogóle.   Na parę dni przed Wigilią zagościły u nas kolorowe lampki nad oknami budynku. Na zewnętrznej ścianie kuchni, kolorowe gałązki choinki utworzonej z lampek. Dzień przed Wigilią pojawiła się palmowa choinka, z prawdziwymi bombkami, światełkami nawet malutkim, polskim żłóbkiem. Zaczynało być coraz bardziej świątecznie, tak jak się to w naszych polskich głowach przez lata wyobraża. Chociaż tak naprawdę Boże Narodzenie bliższe jest palmie niż świerkowi oraz ciepłej porze roku niż krajobrazowi z bałwankiem i płatkami śniegu oraz świętym Mikołajem pędzącym na saniach, które ciągną renifery.   W tygodniu pojechałyśmy z Marianne na targ po prezenty dla dzieciaków. Jest tu zwyczaj, że prezentem są nowe ubrania, które potem się dumnie obnosi przez święta. Zakupione zostały sukienki dla młodszych dziewczynek oraz spodnie i koszulki dla młodszych chłopców. Nowe to tu przeważnie chińskie i to bardzo drogie. To samo u nas kosztuje grosze i nie wzbudza prawie żadnego zainteresowania. Tu jest przejawem dobrego statusu i pewnego prestiżu. Jak porównać to z przeciętnymi zarobkami to wychodzi prawdziwy koszmar. Jeśli znajoma nauczycielka zarabia 40 tys. franków CFA a my zapłaciłyśmy 70 tys. frankow CFA to prawie jej dwie pensje. Ona akurat ma sześcioro dzieci, tyle dla ilu my kupowałyśmy. Wszystko jasne. Starsze dzieciaki dostały pieniądze i same mogły sobie wybrać co chcą kupić. Nasze panny były wręcz wniebowzięte, zaraz zagospodarowały gotówkę i pokazywały potem swoje niezwykłe „łupy”. Ojciec Darek w roli św. Mikołaja zaopatrzył jeszcze całe towarzystwo w nowe buty, także wszyscy zostali ubrani w nowe rzeczy rzeczywiście od stóp do głów.   Na parę dni przed świętami zostały zrobione duże zakupy. Z Bertoua przywieziony został żywy prosiak i bynajmniej nie miał być gościem na wieczerzy. Jeszcze tego samego dnia został zaszlachtowany w niezbyt już dla nas Europejczyków do przyjęcia sposób. Jednak jesteśmy w Afryce i nie wszystkie nasze zwyczaje i preferowane metody tu dotarły. Jedne dobrze, że nie, inne szkoda, że nie. W samą Wigilię trwało już od samego rana na całego gotowanie i pichcenie. Na święta przyjechało czterech chłopaków z Bertoua oraz mała Jolanta, siostrzenica Marianne. Do tego dwie mamy, mama Marianne i Achilla. I to mamy, dziewczyny oraz jak zwykle Jeanne, przejęły rządy w kuchni. Zresztą mężczyźni a nawet chłopcy nie przekroczą za nic progu kuchni. To królestwo kobiet i dla płci tej niezbyt ponoć pięknej byłby to swoisty dyshonor. Pasterka u nas zaczęła się o godzinie dwudziestej. Nie ma tu zwyczaju czekania do pierwszej gwiazdki z wieczerzą wigilijną. Wszystko wygląda inaczej. Msza była bardzo uroczysta, dzień wcześniej pod wodzą Marianne wszyscy ćwiczyli śpiewy. Bardzo lubię to tutejsze śpiewanie. Część jest w rodzimym języku, do tego bęben, a raczej pełniący jego rolę plastikowy, pusty kanister na wodę oraz tamburyno. Główne części śpiewa Marianne solo, swoim lekko ochrypłym jak dla mnie pasującym niezwykle afrykańskim głosem. Mimo, że tutejsza pasterka całkowicie nie przypominała naszej bardzo mi się podobała, te niezwykłe śpiewy, światła lampek, palmowa choinka, czytania mszalne, nie było wątpliwości, że jesteśmy tu po to aby cieszyć i witać mającego się narodzić Pana Jezusa. Pasterka na podwórku, ciepłe powietrze, towarzystwo palm, rozgwieżdżone niebo. Tak musiało wyglądać prawdziwe narodzenia Pana Jezusa.   Jeszcze w czasie mszy o. Darek złożył wszystkim zebranym życzenia świąteczne a zaraz po niej zachęcił do świętowania. Do tego w tym kraju nie trzeba dwa razy zapraszać. Radosne okrzyki, śpiewy i taniec, aż nad wyraz pokazywały, że gotowość do świętowania jest w pełni. Zaczęło się ustawianie stołów, przynoszenie potraw. Nie można się było spodziewać żadnej nam znanej, ale tym bardziej było ciekawie. Była co prawda smażona ryba ale zupełnie nieznana, szaszłyki, pieczony kurczak i mięso z prosiaka, który tu zakończył swoje życie, zresztą podobnie jak kury. Frytki do tego moje teraz ulubione smażone plantany, jakieś siekane liście z przyprawami, mogę podejrzewać, że był to maniok, który rośnie nawet za naszym płotem, wszechobecny piment, aby dodać ostrego, afrykańskiego smaku wszystkim potrawom. Potrawy stoją na jednym stole, najpierw podchodzą osoby najbardziej uprzywilejowane, aby mogły wybrać sobie najlepsze kawałki, potem ci mniej uprzywilejowani. Dzieciom potrawy zostały nakładane na talerze i tym razem każdy miał swój talerz, ale maluchy i tak siedziały na posadzce, to ich ulubione miejsce. Był także gość – przybysz, pan nadzorujący sąsiednią budowę, mieszkający na jej terenie, dla niego to pewnie pierwsza i ostatnia Wigilia, jest bowiem bardzo chory.   Po jedzeniu zaczęły się tańce, to chyba druga ulubiona czynność w Afryce zaraz po jedzeniu. Każdy tańczył na swój sposób. Te rytmy i atmosfera udzieliły się także mnie, zaczęłam pląsać tak jak umiałam, na szczęście w tym jest kompletna dowolność. Biesiadowanie i tańce trwały jeszcze po północy. Nasze dziewczyny były na pewno szczęśliwe, że mają wreszcie odpowiednie towarzystwo do tańca. Dziewczyny bardzo lubią się stroić, w czasie wieczoru przebierały się kilka razy. Nie mogłam nadążyć za zapamiętywaniem, kto jak w danej chwili wygląda, może tej trudności sprzyjało jeszcze wszechobecne piwo. Dziś był go nie tylko dostatek w ilości ale nawet w różnorodności. Jest w Kamerunie duży wybór tego trunku, rodzimej produkcji ale także holenderskiej np. Amstel i irlandzkiej np. Guiness, których produkcja jest dokładnie nadzorowana przez przedstawicieli producentów, także nie odbiega niczym od produkowanych w krajach pochodzenia. Mogę śmiało powiedzieć, że była to jedna z piękniejszych moich Wigilii. Oczywiście, że brakowało mi moich najbliższych, tych żywych i tych, którzy już odeszli, byłam cały czas z nimi modlitwą i sercem. Jednakże widok radosnych dzieci, z których większość nie ma rodziców albo jednego z nich, a które znalazły tu swój dom, troskę i miłość bardzo mnie uszczęśliwiał. To dla mnie prawdziwy wymiar świąt Bożego Narodzenia. Przychodzi do nas sam Bóg, nasz Pan Jezus Chrystus jako małe bezbronne Dziecię. On sam powiedział do nas: „Wszystko co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” Mt25;40   Anka

 Haute couture                                                              2013-01-24 haute couture

Dziś będzie o modzie. Na szczęście nie wypowiem się na temat sezonu jesień-zima w Paryżu czy Mediolanie, ale może co nieco o sezonie przełomu pory deszczowo-suchej w Yaounde. Zacznę od głowy, czyli rzecz o fryzurach. Głowa jest tu bardzo ważną częścią ciała i słusznie, myślę nawet, że najważniejszą. Wnioskuję to po: a) Ilości salonów fryzjerskich b) Niezliczonej ilości przeróżnych spotykanych fryzur. Nazwa salon to może zbyt dużo, choć właśnie takie nazwy widnieją. Najczęściej bowiem jest to malutki pokoik, w którym siedzi pani i może bez przesady ma dwa grzebienie. W tych fryzurach zresztą nie o grzebienie chodzi. Żadnej umywalki też tam nie uświadczysz, bo i ta zupełnie niepotrzebna. No to co u licha potrzebne?   Głowa cudza, znaczy klientki – o to co na pewno. Jakość włosów, długość włosów, też nie ma znaczenia. Przychodzisz z krótkimi, wychodzisz z włosem powiewającym do pasa. Tu w zabiegach liczy się głównie: czas, cierpliwość i zasobność portfela. Można wpaść do salonu na szybkie uczesanie, czyli zaplecenie na całej głowie cienkich warkoczyków, cienkich z racji tutejszych włosów. Kobiety tu najczęściej mają włosy liche, tylko rozczesane wyglądają jak przysłowiowe już „ jakby piorun w miotłę strzelił” – dosłownie bardzo. Trzeba więc je okiełznać. Te warkoczyki to sposób najprostszy i najtańszy. Ale klientka, może zechcieć wyjść z włosami do pasa, wtedy musi mieć czas, cierpliwość i kasę. Taką fryzurę można robić pół dnia. Potrzebne są obce cieniutkie warkoczyki, które wplata się we własne włosy. Obce to znaczy albo sztuczne albo z włosów prawdziwych sprowadzanych najczęściej z Brazylii.   Warkoczyki mogą mieć różne kolory, fryzura wtedy też jest kolorowa, ale nie upstrzona lecz albo cała fioletowa, blond, rudy itd. Nigdy bym nie powiedziała, że tu tyle blondynek chodzi po ulicach, to bardzo tu modny i ceniony kolor, trudno się dziwić. Jeśli ktoś nie chce warkoczyków, bo to bardziej prymitywne rozwiązanie, może doczepiać włosy proste. Jest to tak zrobione, że na pierwszy rzut oka nie widać, że to sztuczne włosy. Są więc tu rusałki z długimi prostymi włosami, krótkimi też prostymi w różnych kolorach, a wszystko jest właśnie doczepiane. Nie jest to żadne prostowanie, bo ich włosów się nie wyprostuje, poza tym te włosy są naprawdę wyjątkowo cienkie, słabe, takie kędzierzawe piórka. Doczepione zaś włosy są sztywne i nawet długie są jak czapy. Nie są to niestety nasze delikatne, lejące się wręcz, słowiańskie włosy.   Nigdy nie pomyślałabym, że tyle można wycudować na głowie. My jesteśmy pod tym względem kopciuszkami, u nas robi się tyle przedziwnych zabiegów i zmian, ale nie umywa się do tego co widzę tutaj, biorąc pod uwagę jakość włosa. Panowie nie są już tak wymagający i tu jeszcze niczym nie byłam zaskoczona. Młodsze dzieci, dziewczynki jak i chłopcy często są obcięci do skóry, ze względów głównie higienicznych. Nasze dzieci tak właśnie wyglądają poza Michu, która ma zdecydowanie najładniejsze włosy ze wszystkich w ogóle. Małe dziewczynki noszą też śmieszne fryzurki, dużo sterczących warkoczyków wyglądają jak kosmitki albo jeżyki.   Jeśli chodzi o garderobę, tu też istnieje podział na prêt-à-porter czyli ubrania seryjne współczesne oraz stroje tradycyjne. Ta współczesna podobna do spotykanej u nas na ulicach, bardziej może monotonna , gorsza jakościowo i mniej wyrafinowana. Jednakże na pewno kobiety chcą tu być kobiece i lubią to podkreślać. Zdecydowanie nie ma tu tzw. babo-chłopów, czyli kobiet niezdecydowanych, w którą stronę wyruszyć – bardziej męską czy damską. U nas niestety plaga ta coraz bardziej się rozszerza i wędruje do nas z bardzo już babo-chłopskiego zachodu, szczególnie z Niemiec, gdzie jest to ulubiony styl wielu pań. Drugi styl tradycyjny, to suknia zwana kaba. Z wzorzystych, bardzo kolorowych, afrykańskich deseni. Kaba jest szeroka, góra to krótki staniczek a dalej namarszczony i szeroki dół. Wygląda to podobnie jak suknia ciążowa. Ma krótki rękawek albo bez. Muszę się pochwalić, że będę szczęśliwą posiadaczką kaby. Już zdjęto ze mnie miarę. Wybieram się bowiem na ślub i wesele i kaba jest wtedy obowiązkowa. Finansuje to dla wszystkich gości pan młody, podobnie jak ubiór dla mężczyzn.   Tak trafiłam do mężczyzn. Otóż ich strojem tradycyjnym jest taki wzorzysty garniturek. Z tego samego materiału koszula z krótkim rękawem, bez kołnierza i nierozpinana oraz spodnie. Jak dla nas przypomina to… piżamę. Oprócz strojów tradycyjnych, panowie noszą się podobnie jak u nas. Wszystko zależy od zasobności portfela i gustu. Jako, że to stolica, czyli różne urzędy, widuje się dużo mężczyzn w garniturach. To już właściwie koniec tej opowiastki o modzie. Może jeszcze kilka słów o stroju szkolnym. Dzieci i młodzież szkolna do 14 lat to ważna część społeczeństwa Kamerunu, bo jest ich aż 41%. Każda szkoła ma swój strój, są one śliczne, kolorowe, proste i bardzo wdzięczne. Dla dziewczynek może to być bluzka i bezrękawnik albo sukienka. Różne fasony i kolory nawet różowe, pomarańczowe, jedno i dwukolorowe. Dla chłopców koszula i spodnie i też różne kolory te same co dziewczęta. Rano gdy wszystkie dzieci idą do szkoły widok jest, zapewniam, przepiękny. Od razu widać, kto jest uczniem i z jakiej szkoły. W tej sprawie zapraszam naszych decydentów z Ministerstwa Oświaty na wycieczkę do Kamerunu – wiele by się nauczyli.   Anka

 Goście na motocyklach                                                        2013-02-11

goscie na motocyklach

W tym roku (2012), przejeżdżając motocyklem pół Afryki, dojechałem do Kamerunu. Była to już moja piąta wyprawa na ten kontynent. Przyjechałem z dobrym znajomym, z którym objechałem kawałek świata, ale dla niego Afryka była nowością, był tam pierwszy raz. Jechaliśmy najpierw przez Afrykę północną (arabską) – Maroko, Saharę Zachodnią, Mauretanię, Dalej – Mali, Burkina Faso. Przejechaliśmy przez Nigerię, by w końcu dotrzeć do Kamerunu. Po drodze widzieliśmy biedę, głód oraz dużo innych mało przyjemnych rzeczy, z którymi kojarzy nam się Afryka. Będąc w drodze, jadąc na motocyklu nie dało się nie poczuć Afryki. Spaliśmy w namiotach, kapaliśmy się w rzekach, jedliśmy jedzenie kupowane na straganach. Nie ominęły nas choroby takie jak ameba, malaria.   Ojciec Darek był pierwszą białą osobą spotkań od kilku tygodni, a na pewno pierwszym Polakiem, z którym mogliśmy porozmawiać w ciągu naszej dwumiesięcznej podroży po Afryce. Sierociniec, który Ojciec Darek prowadzi w stolicy Kamerunu, wydał nam się ostoją bezpieczeństwa i spokoju. W obrębie murów, oddzielających sierociniec od miasta, czuć spokój, porządek i bezpieczeństwo. Dla mnie, człowieka , który dzieciństwo przeżył w czasach komunistycznych, który nie był rozpieszczany i nigdy nie poznał nadmiaru zabawek, ani słodyczy, życie w sierocińcu jest najzwyklejszym życiem, dorastaniem, jakie dziecko może mieć. Najzwyklejsze nie oznacza w tym przypadku braku czegokolwiek. Dzieci, które są w sierocińcu mają to, co do wychowania jest najważniejsze – porządek, poczucie jedności z innymi, hierarchię wartości.   Ojciec Darek zachowuje się jak prawdziwy ojciec – dba o wszystkich, trzyma porządek. Widać jego troskę o zapewnienie przyszłości dzieciom. Zarówno tej najbliższej przyszłości – żeby było co zjeść, żeby były pieniądze na opłaty, żeby dzieci miały coś do ubrania. Ubrania to też już dalsza przyszłość – żeby chodzić do szkoły zazwyczaj trzeba mieć mundurek szkolny. A szkoła i edukacja – to już dalsza przyszłość. Widać, jak bardzo w sierocińcu dba się o edukację; i że to, czego nauczymy się w młodości, będzie procentowało w przyszłości. Znając poziom edukacji w szkołach państwowych Ojciec Darek stara się, by jak najwięcej dzieci chodziło do szkol prywatnych, w których poziom nauczania jest zdecydowanie wyższy. A jeżeli ktoś jest dobry w szkole, dobrze się uczy, takiego młodego człowieka warto wysłać do szkoły średniej, a później i na studia. A wszystko kosztuje – więc nawet, jeśli już dany wychowanek sierocińca nie mieszka w obrębie murów, a próbuje żyć jak dorosły człowiek, a jest zdolny i chce kontynuować edukacje – Ojciec Darek w miarę możliwości dalej wspiera.   W Afryce wychowanie dzieci jest zupełnie inne niż w Polsce, czy w Europie. Tutaj nie ma zajęć pozalekcyjnych, nie ma kółek zainteresowań, nie ma sekcji sportowych. Dla prawie wszystkich dzieci normą jest to, że po szkole pomaga się w domu. I tak jest też w sierocińcu – każdy ma swoje zadanie do wykonania – pomóc w kuchni, posprzątać w obrębie sierocińca, przynieść wody. Oprócz tego dzieci muszą zająć się sobą. Nie ma niańki, nikt się nad dziećmi nie użala. Jak ktoś sobie wbije drzazgę w palca, albo stłucze kolano, to nie ma lamentów, nie ma głaskania, czy przytulania. Afryka rządzi się swoimi prawami, nie możemy oceniać tego co się tam dzieje, wg skali ocen człowieka białego. I w Afryce byłoby śmieszne, lub nie do pomyślenia, żeby robić lament przy każdym stłuczeniu kolana, czy tez zadraśnięciu. Dzieci bawią się dalej. Lecz kiedy jest potrzeba, drzazgę się wyciągnie, a stłuczone kolano opatrzy. Dla dzieci w Afryce czymś nienaturalnym jest przytulanie, czy rodzicielskie czułości. Rodzic jest od tego, żeby nakarmić, wychować i dać poczucie bezpieczeństwa. Jednak znaczna część ludzi w Afryce jest na tyle biedna, ze nawet nie jest w stanie zapewnić takich podstawowych rzeczy dla swoich dzieci. W Misji Kamerun dzieci mają zapewnione mieszkanie, wyżywienie, ale także bezpieczeństwo.   Mówiąc o różnicach pomiędzy ludźmi z Afryki, a nami, białymi, daje się zauważyć także podejście tamtejszych ludzi do życia, do śmierci. Na tyle życie jest tam ciężkie, ze każdy myśli o tym żeby przetrwać. I bardzo dobrze im to wychodzi – ludzie potrafią zrobić potrawy prawie ze wszystkiego co rośnie. I zjeść można prawie też wszystko – od małpy, czy węża, na larwach robaków kończąc. I nie ma w tym nic odrażającego – to jest Afryka. Małpa, waż, czy osioł – jeżeli da się złapać, zabić, to w końcu ląduje na talerzu. Ale ten talerz, to często jest tylko pojęciem względnym. Tam ludzie maja inna kulturę. Zarówno w krajach arabskich, jak i w Czarnej Afryce, zazwyczaj nie używa się sztućców, czy talerzy. Je się rękami, z jednej, wspólnej miski. Dla nas, nauczonych jeść przy stole, pokrytym białym obrusem, z zastawą w najrozmaitsze wzory i kolory, widok ludzi siedzących na podłodze i jedzących rękami z jednej miski może być przejawem zacofania, czy biedoty. Jednak dla nich jest to czymś najbardziej normalnym, do czego ludzie są przyzwyczajeni, co jest dla nich normalnością. Nie możemy oceniać tego co się dzieje w Afryce swoją europejską miarą, musimy wziąć na uwagę różnice kulturowe, geograficzne, środowiskowe, edukacyjne. Często błędem białych, przyjeżdżających do Afryki jest użalanie się nad biednymi ludźmi, zwłaszcza dziećmi, na rozdawaniu jedzenia, pieniędzy. Takie zachowanie nie uczy nic dobrego. Nie trzeba się nad mieszkańcami Afryki użalać, bo to niewiele pomoże. Nie trzeba przytulać dzieci, ani rozdawać im cukierków. Takim zachowaniem jedynie oszukujemy swoje sumienie – po naszym wyjeździe nic się nie zmieni. Dzieci trzeba wychowywać, zapewniać im możliwości do edukacji, stwarzać poczucie bezpieczeństwa. I to wszystko należy robić zachowując się według ichniejszej kultury, zwyczajów, I właśnie takie rzeczy da się mocno zauważyć w działaniu Sierocińca prowadzonego przez Ojca Darka.   Ojciec Darek już prawie 20 lat jest w Afryce, działa, pomaga, robi co może. W jego działaniu nie widać zapału człowieka, który przyjechał na krótką chwile do Afryki, a któremu się wydaje, że wszystko może i zmieni los wielu ludzi. To tylko mrzonki, wyobrażenie ludzi, którzy przyjeżdżają pełni zapału, a wracają zazwyczaj po poniesionej klęsce. W Afryce trzeba cierpliwości, dużo czasu. Żeby pomóc tamtejszym ludziom, trzeba się nauczyć żyć tak, jak oni żyją, trzeba zrozumieć ich mentalność, trzeba przejąć ich zasady, lub przynajmniej je respektować. I takie zachowanie widać po Ojcu Darku. Jest on osobą szanowaną – poczynając od najmłodszych swoich podopiecznych, a kończąc na ważnych urzędnikach państwowych. Ojciec Darek nauczył się cierpliwości, bo bez tego nie można spędzić dwóch dekad w Afryce. I cały czas pomaga, wychowuje, daje przykład.   Mirek

 Po powrocie do Polski                                                             2013-02-27 po powrocie do polski

Krok, po kroku wracam do zwykłego rytmu dnia, pracy… Nazbierało się wiele spraw – przeważnie zawodowych – które należą do tych, co były do załatwienia „na wczoraj”. Z trudem wypracowuję wolną chwilę, żeby napisać tych kilka słów, które napisać muszę koniecznie!!!   Przede wszystkim, to WIELKIE DZIĘKI! – za zaproszenie, gościnę, pomoc przy załatwianiu dokumentów, ustalaniu trasy, załatwianiu noclegów i w końcu za pożyczony obiektyw do aparatu! Burza emocji i doświadczeń jakie przywieźliśmy ze sobą do domu nie przemija, a przy oglądaniu zdjęć i filmików dodatkowo rośnie, hehe. Nie spodziewałem się, że spotkanie z Afryką okaże się „zderzeniem” z Afryką. Doświadczenie Afrykańskiej rzeczywistości chyba na zawsze wryło się w moje postrzeganie świata, życia, siebie samego…   Muszę się przyznać, że pierwsze chwile u Was w Misji były trochę… szokujące. Wyrwany z europejskiego postrzegania świata, rodziny, relacji, itd. miałem ciągłą gonitwę pytań: dlaczego to…, dlaczego tak… Myślę, że chyba każdy przyjezdny przeżywał lub będzie przeżywał to samo (taki lekki szok), bo jak niby pojąć, że kilkuletnie dzieci muszą tyle i tak pracować, że jedzą raz, dwa razy dziennie, wstają tak rano, itd. Dzisiaj wiem, że gdybym wyjechał od sierocińca nie widząc życia poza murami Misji, to miałbym mieszane uczucia. Dopiero 2 tygodnie podróży przez cały Kamerun pokazały mi, jak wiele szczęścia mają te dzieciaki. Dopiero w konfrontacji z biedą, chorobami, głodem, opuszczeniem innych dzieciaków widać, że Epi, Sonia, Jason, Natasza i cała reszta małolatów wygrały „los na loterii” i otrzymały szansę na normalne życie.   Z całym przekonaniem dziś piszę: DOBRA ROBOTA, Dominikaninie!!!   W pierwszym momencie można się pogubić, bo przenosimy na grunt Kamerunu nasze EUROPEJSKIE kryteria, doświadczenia i oczekiwania, a przecież rzeczywistość jest afrykańska… W pewnych sytuacjach trzeba postępować twardo i konsekwentnie (tak trochę „bez serca”), bo przecież nieubłaganie zbliża się czas, kiedy dzieciaki z Misji same będą musiały zmierzyć się z dorosłym życiem. Będą musiały być twarde, pracowite i jednocześnie wiedzieć, że siłę czerpie się z modlitwy i wypracowanych ciężko przyjaźni! Dopiero z takiej perspektywy widać, że dzieci z Misji, to nie „ciepłe kluchy”, które trzeba będzie niańczyć przez całe życie, ale osoby dobrze przygotowywane do konkretnych realiów życia. Myślę, że to, że dzieci mają co jeść, gdzie spać, w co się ubrać, chodzą do szkoły i nie czują się samotne, to wielki sukces o. Darka i wszystkich ludzi, którzy pomagają (tu wspominam blond Anię i tych, których nie znam osobiście, a tylko z Twoich i Ani opowiadań ). Ten dzisiejszy wpis doczeka się jeszcze kontynuacji, bo bogactwo wrażeń i doświadczeń przywiezionych z Kamerunu nie da się zamknąć w jednym tekście… Dziś chciałem tylko krótko opisać moje spotkanie z Misją Kamerun, z rzeczywistością ich życia, zaskoczeniem – nawet lekkim szokiem – i w końcu zrozumieniem dlaczego życie w Misji musi być poukładane w taki to właśnie sposób.   Dziękuję za wszystko, co mnie dzięki ich dobroci i uprzejmości spotkało. Modlę się o wytrwałość dla wszystkich zaangażowanych w to dobre dzieło, szczególnie za o. Darka i ludzi ze Stowarzyszenia, by nie zabrakło gorliwości i wiary w słuszność ich ciężkiej pracy. Mam nadzieję, że jeszcze będzie mi dane spojrzeć osobiście w te kilkanaście czarnych, niezapomnianych par oczu… Robert

 Święta „po pijaku”                                                    2013-03-30

Dziś Wielki Piątek, budowa drugiego domu naszego sierocińca idzie dalej, a my przygotowujemy się do dzisiejszej Drogi Krzyżowej i adoracji Krzyża Świętego. Każdy na swój sposób. W Polsce godnie i pobożnie, u nas inaczej. Mi w tym roku przypadnie adorować Krzyż na leżąco „po pijaku”. …a no, bo można się upić nie pijąc, a jak?   Mogę podpowiedzieć. Wystarczy w Wielka Środę odłączać ciężko chorego na AIDS (można też wybrać lekko chorego, ale my tu w domu wybieramy zawsze ciężko chorych) od kroplówki i przez przypadek ukłuć się jego igłą (może być bez przypadku). I dalej wszystko już się szybko potoczy: wsiada się do środka lokomocji, dojeżdża się do najbliższego specjalistycznego szpitala, daje się trochę krwi. Później lektura wyników, że są jeszcze póki co negatywne (no chyba, że ktoś już ma pozytywne od dawna, to i tak wie o co chodzi i dalej nie musi czytać, bo wie jak spędzić Triduum na gazie). No i z tymi wynikami i receptą udać się (radzę udawać się żwawym krokiem, bo to wszystko musi odbyć się w 24 godziny od ukłucia, ponoć, jak mówią fachowcy) do najbliższej apteki i zafundować sobie następujące środki: „Lamivudine/Zidovudine Tablets USP 150 mg/300mg” oraz „Efavirenz Tablets 600 mg”. Ten pierwszy specyfik zażywać o godz. 8 i o 20 po 1 tabl., ten drugi zaś przed spaniem, 1 tabl. Gwarantuję permanentny stan upojenia. Szczególnie ten drugi na noc, bo na nogach prawie nie da się ustać. A rano? Dalej klina klinem tak przez miesiąc…. ..a tak musiałbym wypić 1/2 litra króla Sobieskiego ze Starogardu Gdańskiego.   Dariusz Godawa o.p.