yt kanał misji
Archiwa

Intelektualnie dynamiczny

Wszystkie wpisy są pobrane ze strony: http://intelektualniedynamiczny.blogspot.com
poniedziałek, 2 marca 2015

No to zaczynam…

Zaczynam… Swoją obecność w sieci, inną niż Facebook, Google czy Youtube. Nie wiem do końca, dlaczego to robię. Nie uważam, że mam coś szczególnego do powiedzenia czy udostępnienia. Ale coś we mnie jednak chce się wydostać na zewnątrz, i nie ma tu żadnych fizjologicznych konotacji 😉
Jak już zdaje się sugerować tytuł, nie będzie to blog monotematyczny ani szczególnie spójny. Na początek pewnie pojawi się coś z nieodległej podróży. Potem, mam nadzieję, wpisy poświęcone różnym dziedzinom, tak różnym, jak moje zainteresowania. Z góry zatem przepraszam za mający nastąpić bałagan i wielkie rzeczy pomieszanie. Z góry również dziękuję za wszelkie komentarze, zwłaszcza te krytyczne. Zapraszam!
środa, 4 marca 2015

Dlaczego tam?

W pierwszym poście wspomniałem o czekającej mnie podróży, wypada więc się przyznać dokąd. Może po prostu na początek wkleję, co juz ktoś na temat tego kraju napisał a w najbliższych dwóch tygodniu skonfrontuję to z osobistymi wrażeniami, którymi w miarę możliwości postaram się tu podzielić.

„Kamerun na mapie Afryki to wyjątkowe miejsce. Jest tu wszystko, co w Afryce urzeka – ludzie, przyroda, kultura. (…) Powierzchnią, Kamerun dorównuje Hiszpanii, czyli jest o połowę większy od Polski. Znad położonego na północy kraju Jeziora Czad do granicy z Gabonem na południu jest ponad 1 200 km. Północ to suchy Sahel, południe zaś porasta soczysta dżungla. Interior kraju wypełniają wyżyny. Jest to kraj pagórkowaty, większe góry znajdują się tylko przy granicy z Nigerią, w tym najwyższy szczyt Afryki Zachodniej – Góra Kamerun (4 070 m n.p.m.).
Kamerun leży w tej samej strefie czasowej co Polska. Jedyna różnica, to brak przejścia na czas letni – w okresie od listopada do marca czas jest przesunięty godzinę wcześniej w stosunku do Polski. W tym okresie, gdy w Kamerunie jest 12:00 w południe, w Polsce jest już pierwsza. Wszystkie sąsiednie kraje leżą również w tej samej strefie, więc przekraczając granice nie trzeba przestawiać zegarków. Dzień w Kamerunie trwa średnio niemal trzynaście godzin. Ze względu na bliskość równika, nie ma dużej różnicy w długości dnia w przeciągu roku – najdłuższe dnie są w czerwcu, w Yaounde świta wtedy o 5:40, a zmierzcha o 18:50; w grudniu, gdy dnie są najkrótsze, widno jest od 5:50 do 18:30.
Na północy Kamerunu klimat jest suchy, z porą deszczową trwającą od kwietnia do września. W październiku chmury przepędza suche powietrze znad Sahary, niosące z sobą duże ilości pyłu. Ten pylisty wiatr nazywa się harmatan i potrafi mocno ograniczyć widoczność (poza tym efektem, nie jest on specjalnie dokuczliwy). Bliżej równika, w południowej części kraju, występują dwie pory deszczowe: intensywniejsza od czerwca do września oraz umiarkowana od marca do czerwca.
Temperatury na południu nie zmieniają się znacząco w ciągu roku. Zwykle słupek rtęci znajduje się gdzieś w pobliżu 30°C, zarówno w dzień jak i w nocy. Wysoka wilgotność na wybrzeżu sprawia, że odczuwalna temperatura wydaje się tam wyższa. Różnice temperatury w ciągu doby są większe na północy Kamerunu, zwłaszcza w porze suchej, gdy temperatura w dzień może przekroczyć 40°C a nocą spaść poniżej 20°C (…)
Zdrowie
Wjeżdżając do Kamerunu może zostać skontrolowana ważność szczepienia przeciw żółtej febrze. (…)
Zagrożenie malarią występuje na całym obszarze Kamerunu, największe w wilgotnych lasach na południu kraju (…) Pozostałe zagrożenia dla zdrowia to występująca głównie od grudnia do czerwca na południu kraju cholera, HIV/AIDS oraz ślepota rzeczna (Bilharcjoza) (…)
Pieniądze
W Kamerunie walutą obiegową jest Frank Afryki Centralnej (dalej FCFA), o symbolu międzynarodowym XAF. Nie jest to ten sam frank, jaki obowiązuje w Afryce Zachodniej (XOF), choć ma taką samą wartość i niemal taką samą nazwę. W krajach, w których obowiązuje frank Afryki Centralnej nie można płacić frankami Afryki Zachodniej i na odwrót. Oprócz Kamerunu FCFA używają następujące państwa: Czad, Gabon, Gwinea Równikowa, Kongo-Brazzaville i Republika Środkowoafrykańska. Chociaż jeden FCFA dzieli się na sto centymów, w obiegu są tylko pełne franki, nie ma monet o nominałach wyrażonych w centymach. Kurs FCFA względem euro jest stały i ustalony oficjalnie na 656 FCFA za 1 euro (…)
Zagrożenia
Głównym niebezpieczeństwem, zagrażającym turyście w Kamerunie jest bandytyzm w postaci napadów rabunkowych lub porwań na drogach. Zjawisko nie jest powszechne, ale zagrożenie, choć znikome, istnieje. Obszary zwiększonego ryzyka to głównie północ Kamerunu, zwłaszcza przygranicze Czadu i Republiki Środkowoafrykańskiej (…) W miastach drobna przestępczość najbardziej może dokuczyć w Douali i Yaounde. Punktem zapalnym na mapie Kamerunu jest Półwysep Bakassi, o którego posiadanie toczy się spór z Nigerią. Rządy obu krajów doszły do porozumienia w sprawie półwyspu, ale nie oznacza to, że lokalna ludność podziela to stanowisko.
Język
Tylko w wąskim fragmencie Kamerunu, na północ od Douali wzdłuż granicy z Nigerią angielski jest językiem dominującym. Pozostała, większa część kraju to wyłącznie język francuski, znajomość angielskiego jest tu równie nikła jak np. w frankofońskim Nigrze czy Senegalu. Mimo to, komunikacja w języku angielskim jest wszędzie możliwa, choć czasami trzeba wspomagać się rękoma. Kameruńczycy powiadają, że ich znajomość angielskiego zależy od… ilości wypitego piwa.
Z prawie trzystu języków rodzimych trzy najliczniej reprezentowane to Beti i Ewondo (odpowiednio na południowym wschodzie i południowym zachodzie) oraz Fulani na północy.
Komunikacja
Specjalnością Kamerunu są agencje podróży (agences voyages). Specjalizują się one w określonych kierunkach i odjeżdżają z dedykowanych terminali, w związku z czym instytucja placu autobusowego gare routiere, charakterystyczna dla innych krajów Afryki Zachodniej, w Kamerunie prawie nie istnieje. Poza autobusami i mniejszymi minibusami, po Kamerunie można podróżować również taksówką lub pociągiem (…)
Jedzenie i zakupy
Kuchnia Kamerunu to mieszanka typowo afrykańskich potraw – jak na przykład ryżu lub makaronu z sosem (dwa, najczęściej spotykane dania w tanich restauracjach) – z lokalnymi odmianami gęstych zup, jadanych raczej jako dodatek smakowy do brył wypełniaczy, takich jak kuskus, fufu lub innych. Smakowitym urozmaiceniem diety są ryby. Oprócz restauracji, kobiety serwują je z przenośnych grilli wprost z ulicy. Po wyborze świeżej ryby przez klienta jest ona patroszona, nacinana, w powstałe szczeliny wciska się odrobinę pikantnego farszu a następnie opieka przez kwadrans, smarując od czasu do czasu oliwą. Daniu towarzyszy bagietka i surowa cebula – pycha! Przy drodze często spotykane przekąski to szaszłyki, nadziewane warzywnym farszem pierożki lub gotowane jajka. Im dalej na południe, tym częściej można zobaczyć również owoce. Wybór piwa w Kamerunie jest duży. Zdecydowanym liderem w branży jest niezłe, pięcioprocentowe “33” (trente trois – nazwa nawiązuje do równoleżników 33, pomiędzy którymi leży większa część Afryki). Alternatywą do “33” jest najczęściej Castel (5,2%) lub Mützig (5,4%). Rzadziej spotkać można Beaufort (4,6%), Isenbeck (5,2%) lub Kadji-Beer. Butelka piwa ma pojemność 0.65cl.”
piątek, 6 marca 2015

W podróży

Dopiero po jakimś czasie zorientowałem się, że mimo tytułu „Dlaczego tam?”, nadanemu poprzedniemu postowi, nie daję żadnej odpowiedzi na to pytanie ani nawet wskazówki doń. Zanim wyjaśnię, o co z tym Kamerunem chodzi, mała refleksja o podróżowaniu.

Podróże, przemieszczanie się, w zasadzie od zawsze były częścią życia człowieka. Na pewnym etapie rozwoju dość istotną (taką pozostały do dziś dla niektórych ludów; czy jednak z tego powodu mamy prawo nazywać je opóźnionymi w rozwoju, zacofanymi?) Przemieszczano się w poszukiwaniu lepszych warunków życia, zwierzyny, roślinności dającej pożywienie i okrycie, znośniejszego klimatu. Później doszły do tego łupieżcze wyprawy na bliższych i dalszych sąsiadów, wyprawy handlowe czy pielgrzymki. Dzisiaj przemieszczamy się właściwie codziennie – rzadko kto ma komfort posiadania pracy czy szkoły tuż pod oknem (nawet do podstawówki w tej samej miejscowości chodziłem po 10 minut w każdą stronę, zaś przejechane kilometry w dojazdach do liceum złożyły się na 1,5 długości równika). Dzisiaj codziennie pokonuję – jak wielu widzianych po drodze – po kilkanaście kilometrów w każdą stronę w drodze do i z pracy. Parę lat temu nawet na rowerze, później tramwajem i metrem, od pewnego czasu – wstyd przyznać – samochodem… Ale nie tym chciałem…
Po co podróżujemy, jeśli podróż nie jest codzienną rutyną? Najczęściej podróżujemy z punktu A do punktu B, do szkoły, pracy, kościoła, w odwiedziny u rodziny i znajomych czy na wakacje. O, tu zaczyna się robić ciekawie: dopiero wyjazd w nieznane (dla nas) jest podróżą przez duże P. Chociaż trochę ich już w moim życiu było, głównie po Europie, najdalej do Japonii, USA czy Australii, to żadnej z nich nie mogę jeszcze nazwać podróżą życia. Jak sobie ją wyobrażam? Przede wszystkim bez krępujących ograniczeń czasowych (urlop…), przynajmniej częściowo poza utartymi szlakami, gdzie mało kto zagląda. Na spotkanie z przyrodą i działami człowieka, ale przede wszystkim z samym człowiekiem – włączywszy samego siebie. Taka podróż bowiem byłaby też podróżą do własnego wnętrza, próbą odnalezienia się na nowo w otaczającym świecie i zdefiniowania w nim swojej roli. Może nie do końca zdefiniowania (ech, to nasze zachodnie dążenie do opisania wszystkiego i wszystkich, dania im nazw i poukładania na półeczkach…), ale przyjrzenia się sobie w lustrze zmieniających się krajobrazów. Albo i niezmieniających się zanadto.
Czy rozpoczynająca się jutro podróż do Kamerunu taką będzie? Raczej nie, ze względu na czas jej trwania (zaledwie dwa tygodnie). Ale może zacznie się od niej coś nowego i będę dzielił czas na „przed” i „po” Afryce? Może tak, może nie – bądźmy otwarci na to, co nam Opatrzność szykuje.
No i zaś nie dałem odpowiedzi na pytanie, dlaczego akurat tam… Może w następnym poście, może w kolejnym. Ostrzegałem – mój dynamizm intelektualny (jako flegmatyk tylko w tej dziedzinie wykazuję się jakimiś dynamizmem) nawet mnie czasem zaskakuje i pewnie nie pozwoli temu blogowi być zbytnio uporządkowanym. Postaram się jednak, aby wielkiego chaosu nie było.
niedziela, 8 marca 2015

CDG

Dlaczego CDG a nie c.d.n.? Ciąg dalszy i tak nastąpi, musi mieć jednak on swój początek. Jest nim w tym przypadku port lotniczy im. Charlesa de Gaulle’a pod Paryżem. Jego kod IATA  (Międzynarodowe Stowarzyszenie Transportu Lotniczego ) to właśnie CDG. Chociaż właściwie początek nastąpił parę godzin wcześniej, rano pod Brukselą. Wyruszyliśmy z naszego miejsca zamieszkania zabierając po drodze ojca Mariana, który wspaniałomyślnie zgodził się nas odwieźć. Właściwie to jechać z nami te prawie 300 km i wrócić naszym samochodem. Sam port lotniczy dość ciekawie rozwiązany, przynajmniej kosmiczny nieco terminal 1. Trochę kłopotów było przy nadaniu bagażu, bo akurat gdy przyszła kolej na nas, taśma stanęła i chwilę trwało, zanim obsługa wpadła na pomysł przetransportowania walizek wózkami (a mieliśmy tego dobre 100 kg). Może to próba cierpliwości przed afrykańskimi realiami? W końcu jednak o czasie wylecieliśmy do… Brukseli. Tak, z powrotem. Nie, nie odbiło mi. Po prostu, Brussels Airlines na trasie Paryż-Bruksela-Yaounde ma taryfy prawie o 200 euro tańsze niż bezpośrednio z Brukseli. Pewnie przez kameruńską i francuską konkurencję, latającą bezpośrednio z CDG. Biorą jednak pod uwagę poświęcony czas i koszty dojazdu, następnym razem (a pewnie taki nastąpi J) chyba zapłacimy więcej, za mniej zamieszania. Przede mną teraz loty nr 301 i 302 w moim życiu. Lubię latać J P.S. Miało się tu pojawić zdjęcie, ale zarówno niedostatki kameruńskiego internetu jaki i moje początki w blogowaniu w zamieszczeniu jegoż przeszkodziły L Będę jednakowoż próbować.

 Watch movie online Rings (2017)

niedziela, 8 marca 2015

Pustynia

Lot CDG-BRU, jeden z najkrótszych – jeśli nie najkrótszy – w mojej historii podróży lotniczych, odbył się właściwie bez historii. Ot, wzlecieli i wylądowali. O dziwo, większość pasażerów zdecydowania afrykańska: paszporty Kamerunu czy Wybrzeża Kości Słoniowej (urocza dziewczyna w białym berecie – typ łączniczki AK J). Ich obecność dziwi dlatego, że pół godziny wcześniej wylatuje bezpośredni samolot z Paryża do Yaounde i Douali – czyżby te linie nie cieszyły się zaufaniem? Brussels Airlines za to bez zarzutu. Dość wygodne fotele, dobry catering, dotykowy indywidualny ekran z szeroka gamą rozrywek: od śledzenia lotu, przez filmy i muzykę po Euro News i gry. W pewnym momencie Żonka stwierdziła, że ot, samolot, ale czy to dzieje się naprawdę? Naprawdę lecimy do Afryki? No raczej tak, skoro pod nami przesuwa się Sahara i niewidoczne w naturze granice Algierii z Mali, Mali z Nigrem, Nigru z Nigerią i w końcu Kamerun. Odcienie żółci i czerwieni, niby nic i pustka, ale co chwila zmieniająca kolory i kształty. Chyba lubię pustynię i chciałbym kiedyś doświadczyć jej na dłużej. Ma ona w sobie coś z morza, które kocham – ogrom i bezkres, ale wiadomo przecież, że coś jest po drugiej stronie. Dzieląc – łączy, „próbuje w ogniu” srebro ludzkich charakterów i fizycznej wytrzymałości. Oraz – co chyba najważniejsze – zarówno pustynia, jak i morze, skutecznie opróżniają umysł z tego, co zostawiliśmy na brzegu. Troski dnia powszedniego, które z perspektywy pustyni (i morza) wydają się nic nie znaczącymi. W tym oczyszczonym stanie łatwiej o otwarcie na drugiego, który jest obok, oraz na wejrzenie w głąb siebie. Tęsknię za moimi czterdziestoma dniami na pustyni…

 Watch movie online Rings (2017)

niedziela, 8 marca 2015

Powitanie z Afryką

Było, jak ostrzegali. Ale najpierw kontrole wszystkiego, co możliwe. Paszport, szczepienia, zdalny pomiar temperatury aby wyłapać podejrzanych o ebolę, karty przyjazdowe (które trzeba podać pogranicznikowi otwarte, bo nie wpadnie na to, że ta złożona biała kartka wetknięta miedzy strony paszportu to właśnie to). Swoją drogą, mógłby pan w mundurze przypuszczać, że to coś dla niego. Ale to tylko nasza percepcja – tutejsi chyba by nigdy na to nie wpadli. To jednak trochę inna inteligencja. Nadal nie uważam, że gorsza od naszej, ale może za krótko tu jestem…

Już po odbiorze bagażu to, o czym nas ostrzegano: próby „pomocy”, fałszywi tragarze, generalnie natręci. Mój flegmatyzm każe brać ich na przeczekanie (bo wolnych wózków nie widać), ale choleryczno-melancholiczną Żonkę zaczyna to wyprowadzać z równowagi. Zgodnie z poradami nie reagujemy lub mówimy do nich wyłącznie po polsku, uruchamiając kopalnię kultowych cytatów z polskich filmów: od „Młody człowieku, rozmowa ze mną nie ma najmniejszego sensu, ponieważ jestem kompletnie głucha” po „Chrząszczyrzewoszyce, powiat Łękołody”. Widzieć ich miny i słuchać gorączkowych dywagacji, kogo tu spotkali i co z nimi zrobić – bezcenne. Ale nie da się inaczej – każdy sygnał z naszej strony wskazujący na rozumienie (a niestety znamy i francuski, i angielski…) byłby zaproszeniem do świadczenia „usług”, za które trzeba by potem było płacić. W końcu sala powoli pustoszeje, upolowujemy wolny wózek i wio. Przy drzwiach ostatnia przeszkoda – celnicy. Niestety, trzy pękate, kraciaste ruskie torby zwracają ich uwagę i każą jedną otworzyć. Wśród ubrań odnajdują paczkę z czymś dziwnym i po próbach oddania na francuski czym jest siemię lniane, okazuje się, że jest to… kawa. Soniu droga, nie rób nam tego więcej! 😉

Komitet powitalny z ojca Darka, Marty, Artioma i trojga innych mieszkańców ośrodka (chwilę mi zajmie poznanie imion i przyporządkowanie ich do twarzy, niech mi na razie wybaczą pozostawienie ich bez opisu) szybko nas przejmuje, pakujemy się do Land Cruisera i w drogę. Krótką dzisiaj, prostu w podstołeczną, afrykańską noc. Już w samym Yaounde, obie strony drogi rozświetlają się i rozbrzmiewają sobotnimi imprezami. Widok i atmosfera jak na promenadzie w lanzaroteńskim Puertondel Carmen – tylko tak jakby bardziej autentycznie i bez komercji. Chyba będzie mi się tutaj podobało 🙂

 Watch movie online Rings (2017)

niedziela, 8 marca 2015

Pierwszy dzień w Yaounde

Po przyjeździe do ośrodka (w sumie należałoby pisać „domu”, bo tak go tutaj nazywają i tak nas powitano) obowiązkowe zimne piwo (0,65 l butelka „33”), rozmowy i przygotowane wcześniej przez Martę przepyszne pierogi z mięsem. Nocne rodaków rozmowy i pierwsza noc w Kamerunie. Na szczęście, po deszczu, przyjemnie rześka. Następnego dnia, w niedzielę, śniadanko (pomidory, sałata, czosnek robiący za środek na malarię, jajecznica, kawa) a po nim Msza Św. Jak Pan Bóg przykazał, o 10:00. Czyli jak u nas. Ogromne wrażenie robią wyciszone dzieciaki – od dwu- po trzydziestolatków. Żadnych płaczów, gadania czy zabawy. Msza to Msza, czas szczególny. Ogólnie szacun wielki dla ojca Darka, bo w końcu to jego wieloletnia praca, doświadczenia i świadectwo. Wszystko wydaje się działać samo: starsze dzieci zajmują się młodszymi, młodsze słuchają starszych. A starsze znaczy tu mniej więcej 9-10 latki. Starsze od nich uczestniczą już w pracach wokół „obejścia”, np. przy czyszczeniu pompy do wody. Niedziela mija niedzielnie, dużo rozmów, zabawy z najmłodszymi i… przygotowań do wieczornego wyjścia na imprezę w barze z okazji Dnia Kobiet, na której pewnie zostanie wypróbowana konsola DJ-ska, którą przywieźliśmy. Niestety, nie mieliśmy okazji zobaczyć i usłyszeć jej w akcji, bo Żonkę zmogło jakieś żołądkowe paskudztwo i zostajemy w domu. Próbujemy zasnąć wśród walących grzmotów i łomoczącego o dach z blachy falistej deszczu. Nie pamiętam, czy się udało, w każdym razie rozbawione towarzystwo wróciło z dyskoteki po czwartej nad ranem („Może sen przyjdzie…”). I znów można się było przekonać o posłuchu, który ma ojciec Darek – kilka jego cichych słów wystarcza, aby umilkły śmiechy, nawoływania i śpiewy. Foyer St.Dominique układa się do krótkiego snu, przed rozpoczęciem zwyczajnego dnia pracy i nauki…

 Watch movie online Rings (2017)

niedziela, 8 marca 2015

Pierwszy dzień w Yaounde

Po przyjeździe do ośrodka (w sumie należałoby pisać „domu”, bo tak go tutaj nazywają i tak nas powitano) obowiązkowe zimne piwo (0,65 l butelka „33”), rozmowy i przygotowane wcześniej przez Martę przepyszne pierogi z mięsem. Nocne rodaków rozmowy i pierwsza noc w Kamerunie. Na szczęście, po deszczu, przyjemnie rześka. Następnego dnia, w niedzielę, śniadanko (pomidory, sałata, czosnek robiący za środek na malarię, jajecznica, kawa) a po nim Msza Św. Jak Pan Bóg przykazał, o 10:00. Czyli jak u nas. Ogromne wrażenie robią wyciszone dzieciaki – od dwu- po trzydziestolatków. Żadnych płaczów, gadania czy zabawy. Msza to Msza, czas szczególny. Ogólnie szacun wielki dla ojca Darka, bo w końcu to jego wieloletnia praca, doświadczenia i świadectwo. Wszystko wydaje się działać samo: starsze dzieci zajmują się młodszymi, młodsze słuchają starszych. A starsze znaczy tu mniej więcej 9-10 latki. Starsze od nich uczestniczą już w pracach wokół „obejścia”, np. przy czyszczeniu pompy do wody. Niedziela mija niedzielnie, dużo rozmów, zabawy z najmłodszymi i… przygotowań do wieczornego wyjścia na imprezę w barze z okazji Dnia Kobiet, na której pewnie zostanie wypróbowana konsola DJ-ska, którą przywieźliśmy. Niestety, nie mieliśmy okazji zobaczyć i usłyszeć jej w akcji, bo Żonkę zmogło jakieś żołądkowe paskudztwo i zostajemy w domu. Próbujemy zasnąć wśród walących grzmotów i łomoczącego o dach z blachy falistej deszczu. Nie pamiętam, czy się udało, w każdym razie rozbawione towarzystwo wróciło z dyskoteki po czwartej nad ranem („Może sen przyjdzie…”). I znów można się było przekonać o posłuchu, który ma ojciec Darek – kilka jego cichych słów wystarcza, aby umilkły śmiechy, nawoływania i śpiewy. Foyer St.Dominique układa się do krótkiego snu, przed rozpoczęciem zwyczajnego dnia pracy i nauki…

 Watch movie online Rings (2017)

poniedziałek, 9 marca 2015

Zimny wychów w afrykańskim słońcu

Normalną reakcją na płaczącą dwulatkę jest wzięcie jej na kolana lub przynajmniej przytulenie. Tu może się to okazać faux pas i błędem wychowawczym. To, że starsze dzieci opiekują się młodszymi nie oznacza, że te drugie są otaczana jakąkolwiek czułością. Mała Vantienne, po próbach schronienia się w naszych ramionach, jest stanowczo przywołana do porządku („Chcesz się bawić w niemowlaka? W Twoim wieku???”) i usadowienia się na powrót przed starszą koleżanką, która skończy doprowadzać do porządku jej fryzurę. Mała chlipie i z nadzieją zerka w naszą stronę, ale nie możemy ingerować w tutejsze stosunki. Po początkowym zaskoczeniu przychodzi zrozumienie, że inaczej się nie da. Tak podziwiana przez nas organizacja pracy i hierarchia wśród mieszkańców ośrodka nie wzięła się znikąd. To nie jest kraj, w którym da się coś trwałego osiągnąć uśmiechem i dobrotliwością (nie mylić z dobrocią). Dyscyplina, którą widzimy, osiągnięta została konsekwentnym trzymaniem się reguł i wychowującym do odpowiedzialności systemem kar (np. brak wieczornego posiłku). Reguły są proste i obowiązują wszystkich – nas, gości, również, co wobec krótkiego naszego tu pobytu, prowadzi czasem niestety do potknięć L Chłopaki nie wchodzą do kuchni, dzieciaki młodsze do części budynku zajmowanej przez starsze. Samcom gatunku ludzkiego (bo koty i jaszczurki raczej to ignorują) nie wolno zapuszczać się do skrzydła kobiecego, zaś wszystkim bez wyjątku – za „klauzurę”, królestwo ojca Darka i jego dziesiątek gołębi. Przed modlitwami pięć minut wyciszenia, żadnych szeptów czy pokładania się maluchów na podłodze. Na samej Mszy (śpiewy zazwyczaj inicjuje któraś z dziewczyn, potem pięknym wielogłosem włączają się wszyscy; czytania to raczej domena chłopaków) jest skupienie, wymagane nawet od najmłodszych (chociaż pewnie nie do końca rozumieją o co chodzi, ale od najmłodszych lat oswajane są z istotą sacrum). Do tego cały różaniec, codziennie po południu, obecnie na kolanach. Na pewno mamy jako Europejczycy sporo do zrobienia w Afryce, ale też ona sama i jej mieszkańcy mogą nas wiele nauczyć. Warto było tu przyjechać.
Kamerun
różaniec w sierocińcu. Kamerun
poniedziałek, 9 marca 2015

Poniedziałek we Foyer St. Dominique

Trzy uderzenia dzwonu… Wiemy, że codziennie o 6 rano (w niedziele o 10) jest Msza Św. Dlatego naiwnie myślimy, że owe trzy uderzenia to 5:15 i zostały trzy kwadranse do „Pan z Wami”. Okazuje się jednak, że to chyba zwołanie wiernych tuż przed Eucharystia, bo zasadą jest pięciominutowe wyciszenie przed nabożeństwami. Oprócz codziennej Mszy jest to też codzienny różaniec o 17:30, odmawiany tak niezmiennie od 2009 roku. W Wielkim Poście na kolanach, na betonowej posadzce… Głupio nam czasami z naszą europejskością i przyzwyczajeniami do wygody (oraz minimalizmu w modlitwie). Po Mszy śniadanie (to samo, co wczoraj, ale nie można narzekać, bo pomidory są niezrównane; podane z sałatą, czosnkiem, przyprawione pieprzem i limonką – pycha!) i wyjście dzieciaków do szkoły i przedszkola. Zostają tylko najstarsze chłopaki, pracujące przy budowie, oraz ich rówieśniczki – w kuchni. Nawiasem mówiąc, kuchnia to tutaj nadal domena wyłącznie żeńska i pojawienie się tam faceta wywołuje co najmniej uśmieszki zdziwienia. Do około 10 jest cicho i dość sennie, za to wychodzi słońce – dzisiaj raczej przypiecze. Dopiero przed jedenastą wychodzą dziewczyny, odespawszy wczorajszą balangę, i zaczynają się krzątać po kuchni. Kuchnie stanowi pomieszczenie z półkami i małą kuchenka gazową; właściwy „piec” to trzy kamienie na zewnątrz, gdzie warzy się konkretna strawa (wczoraj był to rodzaj rosołu czy raczej wywaru warzywnego na bydlęcym kopycie). Tuż obok dzieciaki opalają z sierści „dwuudziec” (bo jak nazwać tylną część ciała zwierzaka?) z jakiejś małej antylopy. A to dopiero stolica, środek cywilizacji. Ważne, że smakuje (chociaż ostre dosyć), z kluchą z manioku, popite zimnym „33” (to tutejsze piwo – nazwa odnosi się do równoleżników, między którymi rozciąga się kontynent afrykański).

Dziś dużą część dnia pochłaniają przygotowania do jutrzejszej wizyty w ambasadzie. W której i w jakim celu – o tym napiszę dopiero, jak uda się wszystko załatwić Jeśli przeczytasz to przed 9:00 dnia 10 marca 2015 – „westchnij” w tej intencji (westchnienie w sensie napisów na nagrobkach) lub zaciśnij kciuki. Dzień już się nachylił, nawet zniknął za horyzontem (słońce zachodzi tu bardzo szybko). Już dawno rozpłynęły się kolacyjne zapachy (fasola czerwona z czymś ostrym i gotowanymi bananami), w każdych zaroślach rozbrzmiewa ogłuszający świergot (? Nie wiem jak inaczej to określić) świerszczy, cykad czy czego tam jeszcze, wrażeń wzrokowych brak (po zachodzie słońca, z braku sztucznego światła robi się naprawdę ciemno). Pora na spoczynek. To był dobry dzień.

 Watch movie online Rings (2017)

środa, 11 marca 2015

Zrozumieć czarnego

Obrazek 1

Jak do nich mówić? Zwyczajnie, jak do Europejczyków, ryzykując niezrozumienie z powodu używanych zbyt wymyślnych słówek i konstrukcji? Czy prosto i poooowooooliii, prawie jak do małych dzieci – ryzykując przy tym zdziwienie, dlaczego ten biały traktuje nas jak głupków? Wpadamy tu w pułapkę naszych europejskich konstrukcji myślowych i uczuciowych, bo pewnie tak byśmy zareagowali, gdyby ktoś próbował nam coś wytłumaczyć za pomocą plansz z kreskówek. Trzeba jednak pamiętać o innej inteligencji Kameruńczyków. Innej, ale czy gorszej? W końcu im najwyraźniej ona wystarcza i są w stanie z nią funkcjonować.

Obrazek 2

Les blancs, les blancs! W Afryce subsaharyjskiej nie da się wtopić w tłum będąc białym. Biały – to inny, którego przynajmniej się zauważa, czasem zaczepi, nigdy nie zignoruje. Biały ma wszystko a na pewno o wiele więcej niż miejscowi. Dlaczego więc czymś nagannym miałaby być próba oskubania go z małej części jego bogactwa? Przecież go stać.

Obrazek 3

Zblazowana obojętność lotniskowych urzędników i mundurowych. Serdeczne, ale powściągliwe powitanie przez młodzież. Z początku nieufne, lecz później nie dające się przegonić dzieciaki. Umiarkowanie inteligentny wzrok i reakcje w sklepach i punktach usługowych. Podskórna trauma z przeszłości, rzutująca na podejście wobec obcych (=białych). Obojętność granicząca z pogardą i agresją, albo spuszczona głowa i przemykanie się chyłkiem. Natręci oferujący praktycznie wszystko lub po prostu sępiący cokolwiek -. Bo w końcu białego stać.

Tytuł postu jest z premedytacją na wyrost. Nie mam nadziei ani ambicji wyrobienia sobie odpowiedzi na tę kwestię podczas krótkiego, dwutygodniowego pobytu. Może zresztą nawet wieloletnie obcowanie z tymi ludźmi nie pozwoli nam ich zrozumieć. Ale czy my, ludzie Zachodu, białego świata, naprawdę musimy wszystko zrozumieć, opisać, poszufladkować? Jest to chyba jedna z naszych cech, kto wie, czy nie charakterystyczna. Na pewno pozwoliła nam przez wieki dojść do takiego poziomu rozwoju technicznego i cywilizacyjnego, jakim się dzisiaj cieszymy. Może jednak nie warto było aż tak bardzo tracić po drodze tego drugiego, mniej namacalnego wymiaru, który możemy obserwować wśród innych – na przykład w Afryce. Podróże jednak nadal kształcą…

Na koniec sprostowanie: codzienny różaniec odmawiany jest w prowadzonych przez o. Darka ośrodkach od 1996 roku. Ograbiłem ich wcześniej z 13 lat doświadczeń. Wybaczcie!

101_3306

 Watch movie online Rings (2017)

piątek, 13 marca 2015

Targ

Dzisiaj będzie bez zdjęć. Trochę szkoda, bo afrykański targ wart jest udokumentowania wizualnego. Niestety, jak ostatni łoś (przy okazji serdecznie pozdrawiam naszego drogiego Łośka, któremu również bliska jest czarna Afryka J) zapomniałem karty do aparatu. Doświadczenie tutejszego targu to kalejdoskop doznań, wzrokowych, słuchowych, zapachowych i dotykowych. Przesuwających się jak w kalejdoskopie, chłoniętych wszystkimi zmysłami. Spróbujcie sami tego doświadczyć ,chociaż zdaję sobie sprawę, że mój opis tego nie odda:

Wszystko. Absolutnie. Na straganach, matach, głowach, na ulicy. W sklepach. W koszach, workach i garnkach. Tkaniny, ptactwo, ryby, maniok, ryż i przyprawy. Klatki dla papug, kłęby kabli i zasilaczy, jaja i banany. Niby wszystko razem, ale dostępne według ustalonego porządku (20 metrów węglarzy, 20 „owocników”, 20 rzeźników itd.) W radiu afrykańskie rytmy na zmianę z sacro-camo (tutejsze sacro-polo). Chłopaki na motorach w puchowych kurtkach i wełnianych czapkach, mimo że jest ponad 30 stopni. Długie kwadranse powolnej jazdy przez tłum i czekania przy zatorach. Sprzedawcy z towarem na głowach: ubrania, woda w foliowych woreczkach, rajstopy naciągnięte na sterczące do góry nogi od manekina, półbuty i mięso. Śmieci w kupkach, przygotowane do wywozu (?) i wrzucane wprost do rzeczki czy rynsztoka. Tkaniny we wszystkich wzorach i kolorach. Warsztaty krawieckie z samymi facetami, którzy zrobią na zamówienie cokolwiek wybierzemy z kolorowych katalogów. Aplikacje krawieckie wydające się być gotowymi, tylko do doszycia do sukni czy koszuli – jednak oni to robią sami! Chłopcy z wózkami i taczkami czekający na możliwość zarobku przy transporcie zakupów.

W tym wszystkim my, za szczęście z Marianne. Jej zdolności targowania się są nieocenione J „Dlaczego mnie krzywdzisz, hę? Z taką ceną? Odbiło ci kompletnie!?? Mnie musi jeszcze starczyć na piwo a ono kosztuje 800 franków!* Ady, weź już przestuń! 35 tysięcy i pozostajemy przyjaciółmi, zgoda?” Gdybyśmy byli tu sami, to przede wszystkim nie odgonilibyśmy się od natrętów a gdy już byśmy się na coś zdecydowali, to cena żądana od nas byłaby wielokrotnością „krajowej”.

To wszystko jednak jeszcze nie było „tym” targiem, na który wybieramy się w sobotę. Z Marianne oczywiście. Zamierzam kupić tutejszą maczetę do drobnych prac w naszym tervurskim ogródku J

*nie chodzi oczywiście o franka szwajcarskiego J Ten tutejszy to frank używany przez 6 krajów CEMAC (Wspólnota Gospodarcza Państw Afryki Środkowej), do której poza Kamerunem należą też jego sąsiedzi: Czad, Republika Środkowoafrykańska, Kongo, Gabon i Gwinea Równikowa. Czyli takie prawie „afro”, o sztywnym kursie wobec euro (656 XAF = 1 EUR).

kury

 Watch movie online Rings (2017)

piątek, 13 marca 2015

Sfera duchowa

Piątek jest we Foyer St. Dominique dniem ciszy. Przed przyjazdem tutaj nie wierzyłem, że takie coś jest możliwe w domu pełnym dzieciaków w różnym wieku. A jednak: cisza rano i przy wyjściu do szkoły. Rozmowy tylko szeptem. Trochę więcej wybacza się najmłodszym ale i oni są upominani przez starszych. W takiej atmosferze pomyślałem o napisaniu paru słów o, nazwijmy to, tutejszej sferze ducha. Chociaż w afrykańskiej rzeczywistości jest to chyba określenie nie mające zastosowania – wszak wszystko tu jest mniej lub bardziej sferą duchową i nie da się wykreślić precyzyjnej granicy między sacrum a profanum. Wszystkie sfery życia są jakąś duchowością (chrześcijańską, muzułmańską czy animistyczną) przesiąknięte i nikomu nie przyszłoby do głowy zastanawiać się nad obecnością krzyża w biurze czy głośnym słuchaniem tutejszego Radia Maryja.

Nie ma jeszcze piątej rano, gdy przez ciemności nocy dociera do naszego pokoju melodyjne wezwanie muezzina na przedporanną modlitwę w niedalekim meczecie. Myślałem, że to dlatego, iż dzisiaj piątek – muzułmańska niedziela. Jednak podobno jest tak codziennie, tylko nie zawsze wiatr głos ten donosi. Pół godziny później dociera przez wzgórza dźwięk dzwonów z oddalonego dobry kilometr-dwa kościoła. Cały Kamerun, skupiający w swej stolicy różne wiary swoich obywateli. W czymś w rodzaju biura usług informatycznych (przepisywanie dokumentów, wydruki i skanowanie) słychać dźwięki wymienionej wyżej, chrześcijańskiej rozgłośni. Na ekranie wygaszacz o treści Ja, Pan, aniołom swoim każę Cię nosić czy cos w tym stylu (nie notowałem, zdjęć tez nie wypadało robić). Mijane po drodze taksówki dumnie noszą wypisane na zderzakach nazwy typu Chwała Pana, Panie strzeż mnie czy Królowa Niebios. Po drodze widać wiele bilboardów i ogłoszeń różnych kongregacji protestanckich o apokaliptycznych nazwach typuKościół Ostatniej Trąby. Między nimi katolickie kapliczki i sale różnych stowarzyszeń. Nie brak też kościoła prawosławnego (Patriarchat Aleksandrii i Całej Afryki) oraz katolickiego – wschodniego. W samym centrum uwagę zwraca nowoczesny, acz bez wydziwiań, gmach katolickiej katedry z interesującym przedstawieniem Maryi i Jezusa nad głównym ołtarzem. W bocznej kaplicy niespodzianka – obraz Jezusa Miłosiernego, jakże nam, Polakom, bliski. Z drugiego kąta świątyni dobiega wspólna modlitwa grupy ludzi – a jest 10 rano, w środę. Przy wyjściu z katedry zaczepiają nas uliczni sprzedawcy wydawnictw, różańców czy figurek.

Dzień później, przy okazji wizyty na targu i załatwianiu interesów z krawcami, inne obrazki. To już dzielnica muzułmańska, zatem wszyscy mężczyźni w długich, luźnych szatach. Widać też kobiety w chustach, ale zwraca uwagę, że nie wszystkie się tak noszą, w odróżnieniu np. od Brukseli. Tutejszy islam ma dość łagodne oblicze, chociaż podobno i w Kamerunie (na jego dalekiej północy) Boko Haram zdobywa zwolenników. W porze południowej modlitwy faceci rozkładają po prostu na chodniku swoje maty i zwracają się na wschód – tam, gdzie Mekka. We wspomnianym warsztacie krawieckim widoczne duże napisy Boży ołówek nie ma gumki.

Między tym wszystkim dziesiątki reklam usług wróżek, czarowników czy uzdrowicieli „naturalnych”. Nawet w rozmowach osób wykształconych, w rodzinach od pokoleń chrześcijańskich, temat czarów, duchów i złych uroków nadal jest obecny. Ale czy we wczesnośredniowiecznej Polsce, w czasach Bolesława Krzywoustego, było inaczej? Tyle bowiem mniej więcej lat, ile minęło od Chrztu Polski do rozbicia dzielnicowego, ma kameruńskie chrześcijaństwo. Pierwsi misjonarze dotarli tu dopiero w czasach niemieckich, pod koniec XIX wieku. Stąd nie dziwią groby przy domach – w końcu zmarłych przodków nie wypada wywozić na odległe cmentarze. Zresztą takowych i tak tutaj nie ma.

Jako że dzisiaj piątek, po południu zamiast różańca jest wspólna droga krzyżowa. Wielki Post ze wszystkimi swoimi atrybutami, odkrywanymi na nowo w egzotycznej otoczce.

katedra

 Watch movie online Rings (2017)

sobota, 14 marca 2015

Targ – ponownie

Tym razem wybieramy się na targ, gdzie zazwyczaj Marianne robi zakupy na potrzeby ośrodka. Na targu trzeba stwarzać wrażenie wiedzących, czego się chce i pewnych siebie. Inaczej obejdzie Cię chmara natrętów wciskających co tylko się da. Pozytywnym zaskoczeniem były zaczepki typu „Ej, panie biały, jak się masz?”, „Pije Twoje zdrowie!” (nad kuflem palmowego wina – kupiliśmy trzy litry, wypróbujemy wieczorem) czy „Dzień dobry! Skąd jesteście?” Na szczęście idziemy z Marianne, która zdaje się tu znać każdy kąt i każdego sprzedawcę. Kupujemy co trzeba (kapustę, cytryny, wędzone ryby, ogromne, żywe ślimaki, palmowe wino, worek ryżu i sałatę (oprócz królików zjadają ją gołębie – no i my na śniadania). Dla siebie zaś oryginalne pamiątki: afrykańską maczetę i kij do motyki J Byliśmy jeszcze później na innym targu, wyrobów rękodzielniczych, ale to już inny temat i pewnie jeszcze tam wrócimy.

Nie zapomniałem karty do aparatu, więc kilka zdjęć jest. Ale i tak najlepsze są własne wrażenia i odczucia, zatem – tak jak poprzednio – kalejdoskopowy rollercoaster:

Tłum z pozoru chaotyczny ale jednak zorganizowany. Sprzedawcy towarów, przekąsek i tragarze z taczkami. Towary na ulicy, straganach, taczkach i głowach. Stosy cebuli, manioku, papryki, przypraw, wędzonych ryb i suszonych krewetek. Na taczkach biustonosze, naczynia i świńskie łby. Misternie ułożone stożki pomarańczy, arbuzów i orzeszków. Sklepiki w stylu kolonialki, z towarami przemysłowo pakowanymi i importowanymi. Drogerie z kosmetykami w cenach europejskich. Wino palmowe własnej roboty w butelkach po wodzie mineralnej. Żywe ślimaki wielkości dłoni w misce która robi też za wieko kasy pancernej (=banknoty nią przyciśnięte, leżące na piasku). Stragany z połciami mięsa i stosika gdzie opala się kury. Smród opalanych pypci i roczny szkrab bez żenady siusiający na deski stoiska. Stragany z przyprawami, warzywami, maniokiem i owocami. Kamienne tacki do ucierania manioku i tłuczki do ubijania czegokolwiek… Przy tym wszystkim zaś  łapiemy się na tym, że przecież jeszcze niedawno prawie takie same obrazki można było zaobserwować chociażby wokół Hali Mirowskiej w centrum Warszawy…

Na koniec zaś wizyta w klimatyzowanym markecie z importowanymi towarami, w cenach nieosiągalnych dla większości miejscowych. Na półkach, między Smirnoffem i Johnny Walkerem butelki swojskiejWyborowej i Sobieskiego. Tutaj, w środku Afryki. Chyba nie jest stąd aż tak daleko do naszego świata…

Sobieski

ślimaki

 Watch movie online Rings (2017)

papryczki

niedziela, 15 marca 2015

Co nas gryzie

Zdziwi się ten, kto na niniejszy post zajrzał w nadziei poczytania egzystencjalnych dywagacji o chorobach duszy. Również i takowe towarzyszą zapewne podróżującym do Afryki. Jednak bardziej namacalną i dokuczliwą obecnością daje o sobie znać miejscowa fauna. Zdolniejsi i bardziej spostrzegawczy ode mnie napisali już, że najczęściej źle lokalizujemy tutejsze źródła zagrożenia w tej materii. Słysząc Afryka, widzimy niebezpieczeństwo ze strony lwów, hipopotamów, jadowitych i dusicielskich węży lub przynajmniej włochatych pająków. Tymczasem realne niebezpieczeństwo jest mikrorozmiarów – za to w makroilościach. Komary, których brzęczenie brzmi jak „Mmmmmmmmmalariaaaaaaa”. Muszki i inne latające stwory, zostawiające swędzące rany w miejscach ugryzień. Pełzające mrówki, chrząszcze i karaluchy. Wije w tropikalnych rozmiarach (kojarzycie nasze, europejskie stonogi? To sobie je wyobraźcie jednolicie czarne, powiększone kilkunastokrotnie. Nie ma w tym przesady, bo zaobserwowane osobniki miały zdrowo ponad 15 cm). Na szczęście, oprócz nieprzyjemności, ich ugryzienia czy ukąszenia zazwyczaj nie niosą ze sobą poważniejszych następstw. O wiele niebezpieczniejsze są stworzenia których nie widać, mogące doprowadzić do poważnych konsekwencji. Jednakże nie odczuwamy na razie (i niech tak zostanie) ich działania. Poza tym powstało już o nich wiele tekstów, napisanych zarówno przez specjalistów jaki i bardziej doświadczonych ode mnie podróżników.

Na szczęście nasz dotychczasowy pobyt w afrykańskiej stolicy przyniósł też przyjemniejsze obserwacje. Gekony wyłażące po zmroku i uganiające się po ścianach za owadami. Ich więksi szarzy pobratymcy, przemykający po murach. Kolorowe jaszczurki z pomarańczowymi głowami i ogonami, wykonujące ruchy przypominające pompki. Świergot setek ptaków i drzewach i zaroślach. Nocne koncerty cykad i świerszczy. Z bardziej zwyczajnego, domowego inwentarza mamy tu w ośrodku psa, trzy młode kotki, kury (wraz z kogutami), pawia, króliki i z dwie setki gołębi. Tylko te ostatnie i ten pierwszy w charakterze pets. Tak, nie pomyliłem się: również pewnie tutejsze koty, po urośnięciu, skończą w garnku. Raczej nie tutaj, w ośrodku, ale pewnie u sąsiadów. Taki już los afrykańskich zwierząt, które dla tubylców są przede wszystkim pożywieniem lub siłą pociągową. Ale o kulinariach będzie innym razem. Do fauny jako takiej też wrócimy, po powrocie z safari.

gekon

 Watch movie online Rings (2017)

królik

 Watch movie online Rings (2017)

niedziela, 15 marca 2015

Jadło i napitek

Minął właśnie tydzień naszego pobytu w Afryce. Można się więc chyba spróbować opisać nasze dotychczasowe doświadczenia kulinarne, tym bardziej, że obejmują one zarówno kuchnię ośrodka jak i uliczne stragany, bary oraz kawiarnię we francuskim stylu.

Tuż po naszym przyjeździe w zeszłą sobotę wieczorem, zostaliśmy ugoszczeni przepysznymi pierogami z mięsem, przygotowanymi przez Martę. Nie jest to jednak zwyczajne tutejsze jadło, w przeciwieństwie do napitku, który mu towarzyszył. Piwa pije się tu dużo, zwłaszcza do kolacji (ale iw barach na mieście, w ciągu dnia). Butelki mają pojemność 0,65 l, zatem pragnienie na pewno się ugasi. Smak całkiem, całkiem. Królują tutejsze gatunki (33, Mützig czy Castel) ale bardzo popularny jest też Guiness, warzony na miejscu (w dwóch odmianach: znany z Europy goryczkowy stout i łagodniejszy od niego smooth). Oprócz piwa można kupić wodę mineralną, colę i różne gazowane lemoniady; soki owocowe(importowane – np. z Bangladeszu) dostępne tylko w sklepach.

Śniadania w ośrodku nie różnią się wiele od siebie, ale jeszcze mi się nie znudziły J Jajecznica z pomidorami i cebulą (lub jaja sadzone/gotowane),sałatka z pomidorów, sałaty (czasami z cebulą i awokado), do tego pieczywo (rodzaj dmuchanej bagietki). Dość zdrowo, tym bardziej że musi w zasadzie wystarczyć do kolacji. Obiadu czy lunchu jako takiego się nie je: parę owoców, garść orzeszków czy jakieś przekąski na mieście. Należy dodać, że ww. śniadanie jedzą tylko biali (o. Darek, jego goście i wolontariusze). Dzieci dostają po pół bagietki z margaryną, niektóre nawet tego nie jedzą tylko zabierają ze sobą do szkoły. Takie mają przyzwyczajenia: w Afryce, przynajmniej tej czarnej, jada się raz dziennie, wieczorem.

Uliczni sprzedawcy na mieście oferują przeważnie małe (takie na raz) szaszłyczki z mięsa przetykanego cebulą, papryką i wątróbką. Kosztują równowartość 15 eurocentów; 3-4 wystarczą aby zaspokoić głód. Są już jakoś doprawione, ale co odważniejsi mogą je jeszcze posypać diabelnie ostrą, zmieloną papryką. Poza nimi można nabyć obrane pomarańcze, ananasy i melony. W barach jest trochę większy wybór: kawałki kurczaka (wybrane przez klienta), upieczone na ruszcie i podane z cebulą. Do tego smażone plantany (nie-słodkie banany, robiące za ziemniaki) i oczywiście piwo. W jednym z barów, na ladzie stały gary z dwoma daniami dnia do wyboru: ryba w jakimś sosie i szczur. Nie odważyłem się zajrzeć pod pokrywkę… W sumie szkoda, bo dlaczego by nie spróbować? Tym bardziej, że wczoraj na kolację była pieczona żmija – bardzo dobre mięso, naprawdę!

Wypada wspomnieć jeszcze o przepysznych rybach (głównie morskich), które są tutaj tańsze od mięsa (kilogram mrożonych, na targu, kosztuje ok. 2-3 euro), podawanych z rusztu lub w ostrych sosach. Krewetkach serwowanych zazwyczaj w jakiejś zieleninie. Ciastkach typu małych pączków, w cenie 4 centów za sztukę. „Flakach z grilla”, czyli pokrojonych na kawałki, wołowych żołądkach, podawanych w barach obok szaszłyczków. Wielkich ślimakach ale i… kiszonej tutaj, na miejscu, kapuście czy ogórkach J Własnej roboty, kwaskowym winie palmowym (30 centów za litr). Byliśmy też na prawdziwej Illy z ekspresu we francuskiej café-boulangerie. Tu już ceny były zaporowe dla miejscowych, na poziomie europejskim: kawa za 3 euro, śniadanie z sokiem i croissantem za 9. Za to w przyjemnie klimatyzowanym wnętrzu, z afrykańskim wystrojem. To w końcu też część tutejszej kulinarnej rzeczywistości.

kolacja-zielsko

kura, banany i piwo

 Watch movie online Rings (2017)

piątek, 20 marca 2015

Podróżowanie

Do Kamerunu zazwyczaj się przylatuje. Mało kto decyduje się na kilkutygodniową podróż statkiem, które zresztą nie mają stałych rozkładów. Można też wjechać tu lądem, ale trzeba najpierw i tak dotrzeć do któregoś z krajów sąsiednich. My nie byliśmy oryginalni.

Port lotniczy Yaounde-Nsimalen (kod IATA: NSI) nie oszołamia rozmachem. Nie jest to zresztą główne lotnisko kraju – te znajduje się w Douali, stolicy gospodarczej Kamerunu. Krajowe linie lotnicze, Camair-Co, dysponują tylko trzema samolotami. Sprawia to, że odwołania i opóźnienia nie są rzadkością. Dlatego też nie decydujemy się na przelot do leżącej na północy Garoua. Również ceny połączeń wewnętrznych są prawie połową tego, ile się płaci lecąc z Europy…

Po Yaounde poruszamy się głównie Toyotą Land Cruiser, flagowym pojazdem Foyer St. Dominique. Achille, mąż Marianne, sobie tylko znanymi skrótami dowozi nas do centrum. W stolicy (jak zresztą w innych miastach Kamerunu) transport publiczny jako taki nie istnieje. Widać co prawda tu i ówdzie niebieskie autobusy miejskie i rdzewiejące tablice przystankowe, ale mało kto zna ich trasy i rozkład jazdy. Za transport zbiorowy robią za to pomalowane na żółto taksówki. Zabierają do 4 pasażerów na tylnym i 2 na przednim siedzeniu. Zgadza się, pojemność „nominalna” wynosi 4 + kierowca, ale kto by się tym przejmował. Widzieliśmy też 3 gości extra w bagażniku… „Nagrodą” jest cena takiej „taxi commun” – 200 FCFA, czyli ok. 30 eurocentów od osoby. Każdy w swoim kierunku, ale to kierowca decyduje, z kim mu będzie po drodze. Jeśli chce się jechać jak panisko i mieć cały samochód do dyspozycji trzeba wyłożyć 10 razy tyle. To jednak wciąż tylko 3 euro. Do tego wszechobecne moto-taxi, zabierające też ile wlezie (2-3 osoby).

Przejazdy międzymiastowe są domeną przewoźników autobusowych i mikrobusowych, o szumnych nazwach typu Global Express czy Lux Voyages. Dodać należy, że pojazdów tych żadna kontrola techniczna w Europie nie dopuściłaby do przewozu pracowników PGR-u na pole, nie mówiąc o ruchu po drogach publicznych. Podróżowanie nimi to okazja do przeżycia czegoś autentycznego i lokalnego, za grosze (kilkaset kilometrów za 4-5 euro), za to w niewyobrażalnej duchocie i niewygodzie. Zapytajcie Marty i Artioma J My nie decydujemy się na ten środek transportu: mamy alternatywę a i czasu na zwiedzanie mało.

Kameruńskie koleje (Camrail) prowadzą pociągi pasażerskie (osobowe, przyspieszone, inter-city i nocne-sypialne) na trzech trasach: Yaounde-Douala, Yaounde-Ngouandere i Douala-Kumba. Jak na Afrykę standard bardziej niż przyzwoity; powiedziałbym, że PKP++. Doświadczenie nasze opiera się jednak wyłącznie na podróży nocnym pociągiem z Yaounde do Ngaoundere, więc o nim słów kilka.

Wagony czyste, sprawiające wrażenie bycia w dobrym stanie technicznym. Trochę węższe niż u nas, bo rozstaw torów w Kamerunie jest metrowy (1000 mm; najpowszechniejszy, amerykańsko-europejski standard to 1435 mm). Niektóre odcinki pamietające Wilusia (cesarza Wilhelma II i czasy niemieckiego panowania): na dworcu w Ngaouandere widziałem szyny z napisem Krupp 1914. Wagony są klimatyzowane, regulacja w każdym przedziale. Wagon sypialny 1 klasy (miejsce na (teoretycznie) 14-godzinną podróż kosztuje ok. 42 euro) to 2-osobowe przedziały z umywalką. Świeża pościel, drzwi zamykane od środka, muzyczka i zapowiedzi przez radiowęzeł. Po ruszeniu ze stacji kontrola biletów, wizyta ochroniarzy w błękitnych koszulach i kontrola dokumentów przez mundurowego, z dumą prezentującego naszywki „Specjalna Policja Kolejowa”. Później, elegancko ubrane hostessy zbierają zamówienia na kolację. Menu niedzielne oferuje 2 sałatki do wyboru, bierzemy zatem obie: marchewkową z rodzynkami i meksykańską. Z trzech dań głównych wybieramy pieczonego kurczaka i wędzoną rybę w zielsku, oba z gotowanymi plantanami. Na danie z nerek się jednak nie zdecydowałem… Kolacja taka, przyniesiona do przedziału, z dużą butelką coli (1,5 l) i deserem (też 2 do wyboru) kosztuje nas ok. 12 euro na dwie osoby.

Toalety, po całym dniu postoju składu na torach odstawczych, nieco „jadą”. Ale na nas, wychowanych na wiecznie niedziałających i bezwodnych kiblach w EN57* czy wagonach od Cegielskiego, nie robi to zbytniego wrażenia. Tu przynajmniej leci woda, dostajemy też do przedziału rolkę papieru toaletowego i małe mydełko, zatem nie zarośniemy brudem i chaszczami. Tory raczej nie są idealnie proste i równe, wagony też połączone po towarowemu, więc trochę trzęsie, rzuca i trzeszczy. Jednak pociąg zdaje się miejscami pędzić nawet jakieś 70-80 km/h, zatem nie jest źle. Z łóżek też nie spadamy, urywany bo urywany, ale sen nadchodzi. Po kolacji jeszcze pan z ochrony pokazuje jak się zamyka drzwi. Kultura…

Tak jak od paru dni, budzimy się przed 6. Na korytarzu słychać poranną modlitwę muzułmańskich współpasażerów. Parę słów o nich. Zwracają uwagę już na dworcu w Yaounde – jest 18:30, pora wieczornej modlitwy. Na równo rozłożonych i zorientowanych na Mekkę dywanikach, mężczyźni w długich za kolana koszulach i luźnych spodniach rytmicznie składają pokłony. Skupienie na twarzach, gapić się nie wypada. Naszymi sąsiadami jest małżeństwo. Ona ubrana zgodnie z muzułmańskimi kanonami – długa suknia i chusta na głowie, jednak wszystko to w jaskrawych, afrykańskich kolorach. Ot, tutejszy islam. Wszyscy są powściągliwi, nie zatrzymują na nas świdrujących spojrzeń, uprzejmie odpowiadają na pozdrowienia. Na pewno należą do elity finansowej: inaczej nie stać byłoby ich na podróż w cenie prawie miesięcznych zarobków np. pracownika hotelu czy nauczyciela… Na ciemnych palcach ładnie odznacza się złota biżuteria. Mimo to, na mijanych stacjach kupują przez okno od tłoczących się na peronie handlarzy kiście bananów i torby suszonych ryb. Widocznie taniej niż u nich, na północy.** Każdy postój na stacji, już za dnia, to wydarzenie dla miejscowych: w końcu kursują tu tylko 2 pociągi na dobę, po jednym w każdą stronę. Kobiety oferują noszone na głowach banany, ryby, miód i orzeszki. Dzieciaki domagają się pustych, plastikowych butelek. O recyklingu nikt tu nie słyszał, za to „re-use” działa pełną parą. Butelki po wodzie, coli czy napojach będą miały drugi i kolejne żywoty, wypełnione miodem, fasolą, orzeszkami, napojami niewiadomego pochodzenia czy nawet benzyną i ropą, oferowanymi na targach.

Rosnąca ilość pól uprawnych, domostwa i cywilizacyjna infrastruktura (np. linia przesyłowa wysokiego napięcia), zwiastują zbliżanie się do dużego miasta. Powoli wtaczamy się do Ngaoundere, celu tego etapu naszej podróży. Pociąg zwalnia, widać towarowy terminal zapełniony kontenerami. Stacja tutejsza jest punktem przeładunkowym w kierunku Czadu, który to kraj kolei nie posiada w ogóle. Przywiezione pociągami towary pojadą potem ciężarówkami, nowa, asfaltową drogą w stronę granicy. Pomyśleć, że być może niektóre z tych kontenerów (np. firm Maersk czy CGM) mogliśmy kiedyś widzieć na ogromnych, transoceanicznych statkach mijanych w porcie w Felixtowe…

Nawet nie z peronu, ale wprost z torów, biegnący za pociągiem tragarze w pomarańczowych kamizelkach oferują swoje usługi. Przygotowujemy się do wyjścia z oswojonej „bany” i wkroczenia w nieznane…

* elektryczny zespół trakcyjny, popularny „żółtek”
** barwny i wciągający opis tego zjawiska, w wydaniu zachodnioafrykańskim, polecam w rozdziale „Madame Diouf wraca do domu” w znakomitym ”Hebanie” Ryszarda Kapuścińskiego

pociąg

 
niedziela, 22 marca 2015

Powroty

Bagaże spakowane, odprawa on-line dokonana. Ostatnie godziny naszego pobytu w Kamerunie i w prawdziwie rodzinnej oazie, jaką stało się dla nas Foyer St. Dominique. Mnóstwo wrażeń i przemyśleń, nowych przyjaźni i pomysłów na życie. Szczegóły w kolejnych postach, do napisania po szczęśliwym (miejmy nadzieję…) powrocie do domu.
Dom… Zaczyna się go doceniać wracając z podróży. Swoje miejsce na ziemii, które dopiero z odległej geograficznie i mentalnościowo perspektywy w taki sposób się widzi.
Powrót do ludzi, rodziny i przyjaciół, głodnych opowieści i wrażeń. Do pracy, którą też jakby bardziej zaczyna się doceniać. Tym bardziej, że niewyobrażalna z perspektywy Kamerunu pensja pozwala na w miarę skuteczną i regularną pomoc tym, którzy jej tu potrzebują.
Będzie jednak też inny powrót. Powrót tutaj, który na pewno nastąpi 🙂 Podobno Afrykę można albo pokochać albo znienawidzieć. Trudno mi określić moje do niej uczucie, jednak zdecydowanie bliżej mi do pierwszego a powodów do drugiego nie znalazłem. Afryka, po tych dwóch tygodniach, jest dla mnie jak nowo poznana, inteligentna i piękna kobieta, którą można się zauroczyć i tęsknić do jej obecności, ale nie będzie to miłość. Ta jest zupełnie gdzie indziej, całkiem blisko 🙂 I szacuneczek dla Niej, że wszystkie moje podróżnicze pomysły znosi. Może nie cierpliwie, bo w końcu to ja jestem flegmatyczną połówką tego stadła. Chyba udanego… I to też jest powrót do naszej codzienności, która wcale nie musi być szara. W końcu to my mamy okazję wypełnić ją kolorami – tym razem obficie zaczerpniętymi z afrykańskiej palety. Trochę Wam z tego jeszcze skapnie; będę kontynuować relacje już retrospektywicznie, z Europy.
wtorek, 24 marca 2015

Cierpliwości afrykański test ostatni

Cóżeś nam uczynił, Achillesie z Yaounde? Nie widzisz, jak dzielna do tej pory biała niewiasta łzami rzewnymi się zalewa i ręce załamuje, słusznym strachem przejęta iż na stalowego ptaka grzmotu nie zdąży? Wiemy, że to wy czas macie a my chronometry… Ale nie pierwszy raz przecież do powietrznej przystani podróżników dowozić będziesz, aby zjawiać się tak, jak przy na dworzec kolei żelaznej wyprawie…
Ojce lekko już rezon potraciwszy ostatniego rekursu się chwytają, teutońskiej proweniencyji automobil „Cizią” zwany próbując uruchomić. Niestety, nawet wezwania niewiast wszetecznych nie pomagają i trzewia jego stalowe milczą. W desperacji więc w mrok nocy ruszamy, tragarzy młodych uprzednio do pakunków niesienia zawezwawszy. W końcu jednak ciemności ekwatorialne rozjaśniają tysiącom świec równe blaski latarni Kraj-Łazika*, z dalekiego Kraju Słońca Wschodzącego pochodzącego. Achilles grzecznie miejsce przy wolancie ustępuje, aby eksperiencyją swą Ojce nas wartko do przystani powietrznej dostarczyli. Takoż i czynią, mimo skalnego oleju w żelaznej tykwie braku. Straże nas jeszcze przed przystanią samą zatrzymać próbują. Ojce jednakże, na autorytet episkopalnej stolicy się powoławszy i młodego człowieka w uniformie pobłogosławiwszy, kontrol ową chyżo omijają.
Na powietrznej przystani ludu już mało, bo czas pakunków wyekspediowania prawie już minął. Szybko się pożegnawszy do starcia z jedenastoma kontrolami się przygotowujemy. Najpierw sprawdzenie, czy istotnie podróżnikami jesteśmy i wejść do komnaty wyekspediowania prawo mamy. Zaś samo pakunków wyekspediowanie i myta opłacenie. Na schody do wylotowej części wpuszczenie i naręcznego pakunku mierzenie. Zdrowia naszego za pomocą żółtej książeczki kontrola pieczęcią odpowiednią zatwierdzona. Pokorne przed oficyjerem granicznym stanięcie i podróżnych dokumentów sprawdzenie. Grzecznie kapitanowi podziękowawszy, towarzyszowi jego papiery nasze wręczamy. Naręcznych pakunków prześwietlenie i ostatnie przed zaokrętowaniem karty podróżnej okazanie. Ciała elektronicznym osielcem kontrola, niebezpiecznych dynksów poszukiwaniem będąca. Jedni z ostatnich na pokład stalowego ptaka grzmotu wchodzimy, rubieże Belgów królestwa przekraczając. Zmordowani miejsca nasze zajmujemy i wkrótce w sen zapadamy. Nowy dzień już na europejskim kontynencie nas powita.
wtorek, 24 marca 2015

Bienvenue au Nord, czyli Jeszcze dalej niż Ngaoundere

Już ze swojego domu kontynuować będę swoje afrykańskie spostrzeżenia i refleksje. Oto pierwszy z kolejnych odcinków.
Ledwo zatrzymujemy się na stacji w Ngaoundere (to już koniec linii kolejowej; dalej na północ tylko transport kołowy), pociąg szturmują szukający zarobku tragarze. Pomni ostrzeżeń dotyczących tłoku przy wysiadaniu, zachowujemy czujność. Na szczęście, w odróżnieniu do Yaounde, wystarcza grzeczna odmowa lub gest – nikt nie jest nachalny. Może to klimat prowincji lub wpływy islamu, którego powściągliwe oblicze widać na kroku? W każdym razie niezaczepiani przechodzimy przez halę dworca i znajdujemy okienko sprzedaży i rezerwacji biletów 1. klasy. Mała dygresja: widziane przez nas wagony 2. klasy są bez przedziałów, z drewnianymi ławkami.Szacun dla Marty i Artioma, że czymś takim jechali… I to po kilkugodzinnej podróży „autobusem” z Garoua…
Słów kilka także o tutejszej procedurze zakupu biletów. Otóż nie da się ich tak po prostu kupić w przedsprzedaży. Najpierw trzeba przejazd zarezerwować – np. 48 godzin przed – wpłacić zaliczkę (5000 franków) i dopiero w dniu odjazdu wykupić bilet. Im wcześniej z rana tym lepiej, bo można np. nie dostać żądanej kuszetki 2-osobowej. Odpowiednia kasa w Ngaoundere działa lepiej niż w Yaounde. Ochroniarz pilnuje kolejki i wpuszcza pojedynczo. Będąc w środku, za zamkniętymi drzwiami, słyszymy panią wyraźnie i nie musimy się domyślać z ruchu ust – jak w stołecznym rozgardiaszu. Potem zaczynają się schody… Niestety, oferujący safari w Parku Narodowym Boubandjida nie zapewniają obecnie transportu z dworca czy lotniska. O środek transportu musimy więc postarać się sami a będziemy potrzebować samochodu terenowego (4×4) na cztery dni. Nie mówiliśmy o tym naszym przyjaciołom z Foyer St. Dominique, bo i tak wystarczająco się o nas martwili.
Czekając na swoją kolej do okienka rezerwacji obserwujemy tłum wychodzący ze stacji. Uwagę zwracają tragarze, którzy walizki na kółkach czy plecaki i tak noszą – a jakże! – na głowach. W oczy rzucają się też wysoscy, ubrani w powłóczyste, białe szaty faceci z kartkami „Taxi” w ręku. Podchodzimy do jednego (a on do nas) i od razu mówimy, że taxi to nie, ale terenówka na 4 dni to i owszem. On na to, że to też u niego 🙂 Po krótkich negocjacjach uzgadniamy cenę i zawozi nas do miejscowego baru, gdzie mamy poczekać aż zajrzy do domu, przebierze się i zamieni auto. Ze starej corolli na… no właśnie. Naczytaliśmy się trochę o sytuacjach, gdzie umówiony wóz 4×4 ledwo trzymał się asfaltu. Miała nas jednak czekać przyjemna niespodzianka, ale o tym później.
Yourika (tak przedstawia się nam nasz szofer) zostawia nas przy barze, gdzie siedzi już grupka miejscowych, nazwijmy to „biznesmenów”, w średnim wieku. Zamawiamy coś do picia i cierpliwie czekamy. W końcu to Afryka, więc zapowiedziane 20 minut może się wydłużyć 2-3 krotnie. Bar mieści się przy drodze na targ, zatem co chwila coś nam oferują – na szczęście nienachalnie. Również miejscowe dzieciaki niczego nie oczekują; ot, zaciekawili ich biali przybysze i zatrzymali się aby pogadać. Szkołę mają dopiero po południu, więc szwendają się po mieście. Życzą miłego dnia i odchodzą. Pod murem siedzi pucybut, doprowadzając do lśnienia trzewiki jednego z facetów ze stolika obok. Po chwili nadchodzi rzemieślnik (?), stukając trzymanym w ręce czymś w rodzaju nożyczek. Okazuje się, że jest to wędrowny manicurzysta, z którego usług korzysta kolega tego, któremu inny usługodawca czyści buty. Zaciekawieniu obserwujemy krótką operację piłowania paznokcia u lewego kciuka.
Wreszcie wraca Yourika i oddychamy z ulgą. Pojedziemy nową (na oko 5-6 letnią; w Afryce to wprost z fabryki) Toyotą Land Cruiser Prado 🙂 Pakujemy bagaże, Żonka tradycyjnie siada z przodu i w drogę. Jeszcze w mieście kupujemy wodę, trochę pieczywa i 40 l paliwa w kanistrach. Taka umowa: fundujemy tę ilość (litr oleju napędowego kosztuje w całym kraju 600 franków, czyli 90 eurocentów) i uzupełniamy bak po powrocie. Wyjazd z miasta taki sobie, piaszczyste pobocze równiejsze od resztek asfaltu. Za to później zaczyna się świeżo odnowiony przez Chińczyków, 40-50 kilometrowy odcinek głównej drogi. Szeroki, równy asfalt (o przekroju 2+1), utwardzone pobocza, solidne mosty i barierki. Miłe zaskoczenie w środku Afryki. Yourika prowadzi pewnie, tam gdzie można rozpędza się nawet do 100 km/h, ale zwalnia na zakrętach i nie wyprzedza na trzeciego. Nadmienić należy, że już w Ngaoundere zapina pasy, czego w Yaounde nie robi nikt… Mijamy interesujący, sawannowy krajobraz. Wioski z tradycyjnymi, okrągłymi chatkami. W ich centrach małe meczety, ale są też i katolickie kościoły oraz ośrodki różnych, protestanckich kongregacji. Można? Można. Wzdłuż szosy elektroenergetyczna linia przesyłowa, co jakiś czas maszty przekaźników GSM, w wioskach studnie wyposażone w nowe, ręczne pompy. To jeszcze nie ta „dzika” Afryka.
Zatrzymujemy się po dwóch godzinach jazdy, po ok. 160 km. Na przystanku „PKS-u” wędzone ryby, owoce, woda. Tu skręcamy na wschód i opuszcamy asfalt. Czeka nas drugie tyle (i 4 godziny…) drogi gruntowej. Z początku nieźle utrzymanej, ale im dalej od „cywilizacji” tym bardziej trzęsie i tym większe skupienie naszego kierowcy. Zatrzymuje się po kolejnych 2 godzinach, tuż przy lokalnym, wiejskim targu, na popołudniową modlitwę. Wzbudzamy zrozumiałe zainteresowanie, ale nikt nie zaczepia wprost. Przed nami sporych rozmiarów rzeka (w drodze powrotnej na chwilę zobaczymy w niej łeb hipopotama) oraz wznoszony przez Chińczyków nowy, betonowy most. Na drodze coraz więcej kontroli, najczęściej w postaci przewieszonego przez szlak sznurka obwieszonego szmatami lub kawałkami plastikowych torebek. Obok, w cieniu, kilku drzemiących mundurowych. Policja, żandarmeria i wojsko. Wyraźnie widać, że niedaleko coś się dzieje – sąsiedni region Dalekiej Północy jest frontem walk z dżihadystami z Boko Haram… W większości przypadków jesteśmy przepuszczani bez zatrzymywania, ale jeden z oficerów musi chyba pokazać, kto tu rządzi. Z nieznającą uśmiechu miną i pamiętającym Chruszczowa kałasznikowem w ręku żąda wszystkich możliwych dokumentów. Dajemy mu jedynie nasze belgijskie dowody osobiste, bo najmniej nam na nich zależy i w razie czego można je poświęcić. Ogląda je z każdej możliwej strony (napisy w niderlandzkim są pewnie dla niego równie zrozumiałe jak dla polskiego pogranicznika papiery po arabsku :-)) i wreszcie oddaje. Możemy jechac dalej, piaszczystą, czerwoną drogą. Pył mamy wszędzie, bo przystaliśmy wcześniej na niewłączanie klimatyzacji i „naturalne” chłodzenie. Mijane po drodze dzieciaki – większość w mundurkach, wracająca ze szkół – domagają się plastikowych butelek, ale żadnej nie mamy jeszcze pustej. Szkoły owe znadują się w każdej większej wiosce i przypominają raczej murowane obory do przetrzymywania bydła w punktach skupu niż szkolne klasy. Od ojca Darka wiemy, że często w klasie jest po kilkudziesięciu uczniów, klas jest 2-3 i na wszystkie przypada 1 nauczyciel. Co bardziej zdolni uczniowie skończą takie „szkoły” z umiejętnością czytania i pisania, nic poza tym. Dlatego dzieci z yaoundzkiego sierocińca posyłane są do dobrych, prywatnych szkół, aby się mogły czegokolwiek nauczyć. Niestety, nauka ta sporo (jak na Kamerun) kosztuje, zachęcam więc do jej regularnego wsparcia!
Oprócz wiosek i ludności z jej zajęciami (pora sucha i skwarna pora dnia raczej wymuszają bezczynność) widzimy stada bydła zebu o pięknych, zakrzywionych rogach. Zastygają bez ruchu w wątłym cieniu rzucanym przez rachityczne drzewa. Z innej zwierzyny hodowlanej widać przeskakujące drogę kozy, przemykające obok owce czy flegmatyczne osiołki, stojące bez ruchu na poboczach lub nawet na środku drogi. Dziwne jest, że mimo tych stad i stadek wcale nie spotyka się tu mleka i jego przetworów. Może to wina klimatu? Jeszcze wcześniej, na asfalcie, widzieliśmy przewożone na motorach owce (2 pasażerów ludzkich i 2 zwierzęcych) oraz przywiązane do położonych w poprzek desek dwa warchlaki. Oczywiście żywe. Pomysłowość tych ludzi nie zna granic, ale to dopiero w drodze powrotnej zobaczymy auto typu kombi z 5 pasażerami i 2 spętanymi, żywymi krowami w bagażniku.
Po kolejnych kontrolach dojeżdżamy do wioski Koum. Za nami 160 km asfaltu i 110 km drogi gruntowej (przy której jednak można nawet znaleźć znaki ostrzegające o niebezpiecznych zakrętach czy zwężeniach). Przed nami ostatnie 34 km, już na terenie Parku Narodowego Boubandjida. Położona w jego sercu Boubandjida Safari Lodge jest naszym celem. Mimo, że dopiero tam dojeżdżamy i nie mamy jeszcze przewodnika, nasza safari już się zaczyna. Ale o tym w kolejnych postach.
droga-piachwioska droga-asfalt
środa, 25 marca 2015

„Nikt mi nie powie, że to normalne aby maszyna latała”

Tym teksetm oszusta Kramera z „Vabanku” co bardziej błyskotliwi rozmówcy uzasadniają swój lęk przed lataniem. Znam też takich, którzy jeszcze przed wejściem na pokład samolotu muszą się dość solidnie nawalić. Po części lęk ten wydaje się zrozumiały: dłuższy lub krótszy czas w zamkniętym, w sumie niewielkim pomieszczeniu, świadomość przemieszczania się z ogromną prędkością na wysokości ponad 10 kilometrów oraz poczucie, że kompletnie nic od nas nie zależy. Na pewno psychiatrzy mają na to swoją nazwę, tak jak lęk przed podróżą koleją nazwali elegancko, z helleńska, siderodromofobią. Na ile jednak są to irracjonalne lęki, nadające się na kliniczne przypadki, na ile zaś napędzana przez media atmosfera?
Ostatnia katastrofa samolotu Germanwings jest niewątpliwie tragedią, tak jak jest nią każda nagła śmierć. Tym razem pomnożona 150 razy, doliczmy rodziny i przyjaciół pogrążonych w żałobie. Każde takie zdarzenie wydaje się jednak jak magnes (nie chciałbym ze względu na kontekst używać słowa padlina…) przyciągać współczesne media. Nawet (zwłaszcza?) te uważające się za poważne. Relacje na żywo jak z meczu lub posiedzenia komisji śledczej. Wypowiedzi niezliczonych ekspertów i gdybania, co mogło być przyczyną katastrofy. Dochodzenie, czy aby na pewno na pokładzie nie było Polaków. Coraz bardziej idiotyczne pytania „dziennikarzy” (np. o to, czy pogoda mogła mieć wpływ na to, co się stało z samolotem. Pogoda, na 10 kilometrach??) Ekscytowanie się liczbami ofiar, później wielkie czerwone litery „NIKT NIE PRZEŻYŁ”. A wszystko to napędzające oglądalność i klikalność…
To chyba właśnie takie doniesienia (a także namiętne oglądanie kolejnych odcinków „Katastrofy w przestworzach”) leżą raczej u podstaw lotniczych fobii. Przecież statystyki jednoznacznie mówią, że o wiele większe ryzyko wiąże się z wejściem do samochodu i „wyprawą” do sąsiedniej gminy. Ale kto by tam zwracał uwagę na racjonalne argumenty – w telewizji powiedzieli i pokazali, to tak jest. A jest niebezpiecznie. I już nigdy na samolot nawet nie spojrzę.
Odkąd latam w miarę regularnie (prawie 250 przelotów w ciągu ostatnich 10 lat), kilka podobnych katastrof się wydarzyło. Żadna nie zniechęciła mnie do tego środka transportu, chociaż zawsze bezpośrednio po każdej tragedii jest się bardziej wyczulonym na każde odbiegające od normy zachowanie samolotu w powietrzu. Po prostu, w naszym trybie życia trudno zrezygnować całkowicie z wygody i szybkości przemieszczania się, jaką oferują linie lotnicze. Tym bardziej przy cenach, które nigdy w historii nie były tak przystępne. Pamiętając o ofiarach tragedii we Francji i łącząc się w bólu z ich rodzinami, wybieram zaufanie do ścisłych procedur bezpieczeństwa i kontroli technicznej, które nie mają sobie równych w innych rodzajach transportu. A że mimo to katastrofy nadal się zdarzają i stuprocentowej pewności powrotu nigdy nie ma? Cóż, Bilbo Baggins mawiał, że niebezpiecznie jest wyjść za furtkę i ruszyć w drogę, opuszczając swojscie i bezpieczne Shire. Może nie miał na myśli śmierci, ale przecież każda podróż jest ryzykiem. Bo dopiero coś nim okupione jest cenne: nowe doświadczenia, poznani ludzie, odwiedzone kraje, przygody i lekcje życia. Można wybrać siedzenie na d… całe życie (w dodatku przed prezentującym coraz marniejsze treści telewizorem) i złudne poczucie bezpieczeństwa (bo w końcu nawet w domu może nam się coś stać). Ale co zobaczymy wtedy pod koniec żywota? Nasze życie, czy jeden, ten sam dzień, przeżyty tysiące razy? Jednak wybieram podróżowanie. W końcu nawet śmierć nie jest niczym złym, tym bardziej że najbliższa mi Osoba zawsze jeździ ze mną. Nikogo więc bym nie zostawił.

 Watch movie online Rings (2017)

środa, 25 marca 2015

Afryka dzika

Niestety, jest jej coraz mniej. Ale czy na pewno niestety? Zwykliśmy patrzeć na sprawy ochrony przyrody, zagrożonych gatunków, naturalnych siedlisk czy krajobrazu z naszej, europejskiej perspektywy. Tej, która rabunkową gospodarkę epoki przemysłowej ma na szczęście za sobą. Mogliśmy sobie pozwolić na samoograniczenia w korzystaniu z otaczającego nas świata, nie odbyło się to jednak bezproblemowo. Rozwinęliśmy też intensywne rolnictwo i hodowlę, przez co nie musimy już zdobywać nowych terenów pod uprawy i pastwiska. Doceniliśmy rolę bagien, łąk i lasów – nie tylko jako nieskończonego źródła drewna. Staramy się teraz pomału odtwarzać to, co 200-100 lat temu wycięto i spalono w parowych kotłach lub położono pod szyny kolei. Polowanie, zdobywanie trofeów już dawno przestało być obiektem marzeń młodych chłopaków a książki z dzieciństwa (choćby seria o Tomku Wilmowskim Alfreda Szklarskiego) czyta się jak dzieła z odległej epoki. Dostrzegliśmy wreszcie w dzikich zwierzętach stworzenia, z którymi jakoś da się dzielić świat, który wspólnie zamieszkujemy.
Afrykańczyk znacznie dłużej od Europejczyka pozostawał częścią przyrody. Żywiła go i ubierała, w niektórych regionach tak jest do dzisiaj. Gdyby tylko miejscowi nadal polowali jedynie dla zdobycia żywności… Niestety, nasza, biała cywilizacja wyposażyła tych niezrównanych myśliwych i tropicieli w niezawodną broń, w dodatku zaczęła płacić za kość słoniową, skóry czy rogi. Gdy przestaliśmy to robić w Europie i USA, zamówienia zaczęły płynąć z Chin, Azji Południowo-Wschodniej czy krajów arabskich. Park Narodowy Boubandjida, leżący w pólnocno-wschodnim Kamerunie, przy granicy z Czadem. Tam się udajemy. Wcześniejsze poszukiwania informacji na jego temat dają wyniki w większości odnoszące się do szokującej masakry sprzed 3 lat. W ciągu nieco ponad miesiąca, przybyli (prawdopodobnie z Sudanu) kłusownicy, doskonale uzbrojeni i wyposażeni, zabili ponad 600 słoni, połowę populacji tego obszaru. Słoń osiąga dojrzałość płciową w wieku 14 lat, ciąża trwa 2 lata i na świat przychodzi tylko jedno młode. Łatwo więc sobie wyobrazić, ile czasu musi upłynąć aby odtworzyć stan sprzed masakry… Pod warunkiem, że odtwarzaniu temu nie będą przeszkadzać ludzie. Takich sytuacji, w całej Afryce, było i jest zapewne znacznie więcej.
Czy może być inaczej? Na pewno nie bez woli politycznej czy bez wprowadzenia materialnych zachęt oraz egzekwowanych zakazów. Mieszkańcy wiosek otaczających Boubandjida raczej po słoniach nie płakali: olbrzymy te niszczyły wcześniej ich pola a z ubitych kłusownicy wycięli jedynie „kły” (celowo w cudzysłowie, bo anatomicznie są to górne siekacze). Mięso zostało. W Kamerunie państwo nie wypłaca odszkodowań za szkody poczynione przez dziką zwierzynę, jak to ma miejsce np. w polskich nadleśnictwach. Ciekawe w takim razie, na co idą środki zbierane z opłat za wstęp do parków narodowych, wjazd samochodem czy używanie aparatu fotograficznego (sic!) Również wojsko, ściągnięte po ww. wydarzeniach dla ochrony parku, na przemian pije i śpi. A i upolowaniem antylopy nie pogardzi – bo przecież rodzina w mieście nie wybaczy, że się z wiochy wałówy nie przywiezie…
Wspomniane wcześniej, budowane przez Chińczyków drogi wiodą też w dziewicze dotąd leśne ostępy, pełne pomnikowych drzew. Drzewa te, już jako gotowe na eksport pnie, jadą potem w drugą stronę na ogromnych ciężarówkach, do portu w Douali. Pojawią się potem w sklepach meblowych Azji, Europy czy Ameryki jako gotowe wyroby o wygórowanych cenach. Prowadzące w głąb lasów drogi, oprócz postępu i kontaktu z cywilizacją, niosą też zagładę okolicznej zwierzynie. Przed powstaniem drogi myśliwi nie zapuszczali się głęboko w gęsty, trudny do przebycia gąszcz. Droga powiększa ich tereny łowieckie a także zapewnia rynek zbytu. W wioskach w całym kraju, szczególnie na wschodzie, nie dziwi powszechnie dostępne na targachbushmeat: antylopy, małpy, pancerniki, węże – w zasadzie wszystko, co da się dorwać, ukatrupić i sprawić.
Według Paula Boura, energicznego Francuza zarządzającego Boubandjida Safari Lodge, problemem Kamerunu w zakresie ochrony przyrody jest względne bogactwo tego kraju i jego elit. Będąc zamożnymi, nie widzą interesu w ekoturystyce – tak prężnie działającej na drugim krańcu kontynentu, w Kenii i Tanzanii. Skoro najwyższe władze mają to gdzieś, to co tu mówić o niższych szczeblach czy zwykłych mieszkańcach. Dla tych ostatnich zresztą, płody ziemi i zwierzyna są czymś, co było tu zawsze i jest niewyczerpalne, raz dane od Boga (Allaha) do korzystania i używania. W kulturze afrykańskiej nie myśli się o przyszłości – w niektórych językach, na kilkanaście określeń dnia dzisiejszego, przypada jedno oznaczające przyszłość. To „jutro”; dalej nie ma jeszcze nic. Skoro nic, to kto by się tym przejmował. Absurdalne będą dla nich nasze argumenty o zachowaniu bogactwa przyrody dla przyszłych pokoleń. Jak to? Po co? To mamy teraz nie jeść, nie polować i głodować? Żeby ktoś, kogo nie ma i nie istnieje w naszej wyobraźni miał to dla siebie? Eeee, białe fanaberie…
Czy w związku z tym lepiej zostawić to w cholerę i nic nie próbować w tym zakresie robić? To chyba też nie jest rozwiązanie, bo przecież jednak nadal biali i państwa europejskie cieszą się tu autorytetem. Problemem jest jednak przede wszystkim opracowanie koncepcji zrównoważonej gospodarki na wzór afrykański. Takiej, w której na powrót człowiek i przyroda wokół niego mogliby współistnieć. Praca zapewne na kolejne pokolenie/-a. Oby jednak do tego czasu czekające na nas w Boubandjida zwierzęta nie były już znane tylko z historycznych doniesień, zdjęć czy filmów…

IMG_9993

sobota, 28 marca 2015

Wstęp do safari

Z Koum boczna, ledwo widoczna droga przechodzi pod zardzewiałą bramą z napisem „Parc National de Boubandjida”. Jedziemy jeszcze wolniej. Raz, że droga to właściwie szlak przez busz. Dwa, że tu i ówdzie zaczyna pojawiać się zwierzyna i zatrzymujemy się na foto-stop. Przyglądają nam się płowe lub ciemne antylopy, różnej wielkości i o różnych rogach. Pewnie jutro poznamy ich nazwy i nauczymy się rozróżniać. Tylko, czy naprawdę tego potrzebujemy? Ech, ta europejska żądza wiedzy i klasyfikacji… Nie mamy za to problemów z nazwaniem długoszyich, plamistych stworów, majestatycznie przechadzających się między zaroślami. W odróżnieniu od Melmana te są jaśniejsze – pewnie jakaś inna odmiana. Niżej, w parterze traw, przemyka pani guźcowa z potomstwem. Jeszcze wcześniej, w wyschniętym korycie mijanej po drodze rzeki, widzimy też gerezę abisyńską – czarną, niedużą małpę, z długim ogonem.
Mała dygresja na temat bezpieczeństwa. Od dobrych kilku godzin jesteśmy już na terenie regionu Północ, który wszelkie informacje konsularne (zarówno polskiego MSZ jak i brytyjskiego Foreign and Commonwealth Office) zdecydowanie odradzają. „Jeśli tam jesteś – wyjedź! Jeśli chcesz jechać – lepiej dwa razy się zastanów”. Wszystko przez prowadzone jeszcze dalej na północ stąd (o jakieś 200-300 km) operacje przeciwko Boko Haram oraz ze względu na groźbę bandyckich napadów na autobusy etc. Po powrocie się dowiemy, że w rejonie naszej wyprawy napadnięto autobus i puszczono wszystkich pasażerów w… gaciach. Ostrzeżeń, przytoczonych powyżej, nie należy zatem lekceważyć, ale też nie można ich traktować dosłownie. Nieocenione są jak zwykle informacje uzyskane na miejscu.
Trzydzieści-parę kilometrów zajmuje nam ponad godzinę. Co rusz przeprawiamy się przez wyschnięte koryta rzek, rzeczek i strumyków. Te ostatnie nie są szerokie, najwyżej 2 metry, ale brzegi opadają stromiznami o nachyleniu nawet 50 stopni. Ech, gdyby nie niezawodna Toyota Land Cruiser i nasz dzielny Yourika… Teraz rozumiemy, dlaczego nikt nie mógł nas odebrać z dworca. Trasa tam i z powrotem, z parku do Ngaoundere lub na lotnisko w Garoua, zajmuje cały dzień (nam pokonanie tych 300 km zajęło 6 godzin). Nie mówiąc o zmęczeniu drogą i upałem.
Stanica Łowiecka Boubandjida (bo tak chyba można przetłumaczyć „Safari Lodge”) wita nas jako oaza cywilizacji, w środku parku narodowego, nad korytem wyschniętej teraz rzeki Godi. Najbliższe 3 noce spędzimy w miłym i wygodnym domku o typowo afrykańskim, okrągłym kształcie, krytym strzechą. Łóżko z moskitierą, łazienka z prysznicem (nareszcie!) i iście francuska kolacja o ósmej wieczór: warzywka z vinaigrette na przystawkę, kurczak w winie i naleśniki! Zimne piwo dopełnia całości 🙂 Chwilę wcześniej witają nas gospodarze: Paul, Francuz z Lotaryngii, wielki miłośnik tutejszej przyrody, oraz jego kameruńska żona – Mai. Rano poznamy Adama – ich dwumiesięcznego synka. Na pysznej kolacji i interesujących rozmowach schodzą nam ostatnie godziny tego dnia. Zapada afrykańska noc, gorąca (ale już nie duszna), pełna rozmaitych odgłosów. Mai mówi nam, że te pluski w pozostałym po rzece bajorku to walczące o zdobycz krokodyle… Robi się ciekawie; jutro wyruszamy na bezkrwawe łowy.

100_3504

 Watch movie online Rings (2017)

sobota, 28 marca 2015

Polowanie

Zamieram bez ruchu i wstrzymuję oddech. Przewodnik bezgłośnie wskazuje mi zwierzynę. Jest, tam za krzakami. Jakieś 30-40 metrów. Bardzo dobrze wystawiła się na strzał. Powoli wyciągam broń, nie odrywając wzroku od ofiary sprawdzam, czy załadowana. Przykładam oko do lunety; piękny okaz potężnieje w samym środku krzyża celownika. Wdech, unieruchomienie i powoli pociągam za spust. Pada strzał, zwierzę zastyga na zawsze i powiększa moja kolekcję trofeów…
Nie przelewam jednakże ani kropli zwierzęcej krwi. Bronią jest bowiem aparat fotograficzny (ojciec Darek pożyczył nam Canona z dłuuuuuugim obiektywem) a „hukiem strzału” – trzask migawki. Zwierzę, owszem, nieruchomieje, ale w postaci obrazu na karcie SD. Wciągając się w robienie zdjęć przyrodzie ożywionej zaczynam rozumieć myśliwych. Znaczy, tę część łowieckiej żyłki, która każe cierpliwie czekać, aż przedstawiciel fauny znajdzie się w celowniku. „Klik!” i już jest mój. Oczywiście, tylko w postaci cyfrowego obrazu i realnego wspomnienia, bo zwierzę oddala się (albo i nie…) wolne. Dożyje potem spokojnej starości, złoży je choroba, padnie od kuli myśliwego lub sideł kłusownika albo skończy w żołądkach drapieżników. Nieskromnie czuję wyższość takiej formy polowania. Jakoś bardziej mi odpowiada niż grzmot wystrzałów, woń krwi i strachu, gromadzenie trofeów i wieczorne przy wódce opowieści o taaaaaaaaakiej sztuce, która podeszła pod muszkę.
Przez dwa dni, dwa razy rano i dwa po południu, wyruszamy w busz. Prowadzi Yourika, przewodnikiem jest Daniel, miejscowy chłopak. Rozmawiają ze sobą w fulfulde, więc rozumiemy tylko pojedyncze słówka czy frazy po francusku (pojęcia, których ten miejscowy język się nie dorobił). W końcu autochtoniczna Afryka, ze wszystkimi jej aspektami. Mijamy, zatrzymujemy się i utrwalamy na karcie pamięci różne antylopy. Ciemnorudy dujker siwopręgi (cephalophus rufilatus), malutki (zaledwie 40 cm wysokości), o owalnym, mało sarenkowym tułowiu. Znika tak szybko, że nie zdążamy go sfotografować. Więcej jest jego szarych pobratymców – grymów (cephalophus grimmia). Z wyglądającą jak róg kępką włosów na głowie przypominają dalekich krewnych jednorożców 🙂 Później w obfitości pojawiają się piękne oribi (ourebia ourebi), rude koziołki, oraz wyglądające jak nasze jelonki, o ciemnorudej, nakrapianej na biało sierści buszboki (tragelaphus scriptus). Widzimy też sporo bohorów (redunca redunca), wyższych i bardziej płowych, o śmiesznie zakrzywionych do przodu rogach.
Po drodze, tam gdzie droga prowadzi przy samym korycie rzeki, na piaszczystych łachach wygrzewają się niezmienione od czasów dinozaurów bestie: krokodyle nilowe (crocodylus niloticus). Mniejsze (do 3-4 metrów długości wraz z ogonem) od swych australijskich kuzynów, ale nie mniej groźne. W przeciwieństwie do krokodyla różańcowego z antypodów, szybko się podnoszą i żwawo maszerując na wyciągniętych łapach chronią się do wody. Stamtąd widać już tylko ich nozdrza i oczy (które będą wieczorem błyszczeć na żółto w świetle latarki). Groźne, ale piękne.
Z antylop zaczynają pojawiać się większe gatunki, w tym rzadko spotykany oreas (antylopa Derbiego, taurotragus derbianus). Sterczące prosto w górę rogi są spiralnie skręcone, po bokach szarobeżowego tułowia widać pionowe, białe pasy. Przy poprzednich jest wręcz olbrzymem (prawie 2 metry wzrostu w kłębie), lecz i tak rozmiar ten nie chroni go przed drapieżnikami. Z drugiego, spotkanego przez nas okazu tego gatunku, został tylko łeb i dokładnie ogryzione żebra z jedną nogą – pozostałości lwiej uczty. Samego króla sawanny (panthera leo) spotykamy dwukrotnie. Raz, w małej, czteroosobowej (?) grupce lwic i młodych samców. Jeden niestety z poranioną szyją i resztami drutu z kłusowniczej pułapki 🙁 Widać, że kończy się pora sucha, bo koty nie są w najlepszej formie: wychudzone, ze zmierzwioną sierścią. Ale wkrótce przyjdą pierwsze deszcze i łatwiej będzie o pożywienie, sawanna zazieleni się i odżyje. Drugą lwią rodzinę widzimy w dniu powrotu, znacznie dalej od drogi niż poprzednim razem. Mimo to widać, że jest to lwica z młodymi, lepiej zatem się nie zbliżać…
Oprócz kotowatych i parzystokopytnych widać też ptaki (jakieś tutejsze orły, perliczki, bociany i marabuty) oraz tu i ówdzie „świnie z Afryki”, czyli fakoszery (phacochoerus aethiopicus) – inny gatunek od guźców (phacochoerus africanus). Szare, krępe, z potężnymi szablami i zadartymi do góry ogonami zmykają w gąszcz całymi rodzinami. Czasem zatrzymają się i sprawdzą, czy człowieki rzeczywiście ich nie gonią 🙂 Z ciekawością przyglądają się nam też bliższe ewolucyjnie pawiany (pabio anubis) o psich pyskach oraz skaczące po drzewach koczkodany (cercopithecus tantalus). Wtem Żonka krzyczy „Patrzcie!” i pokazuje w prawo. Jakieś 30 metrów od drogi, na termitierze, siedzi sobie lampart (leopard, panthera pardus, bliski krewniak geparda z równin). Piękny, majestatyczny kot, o cętkowanym, żółtym futrze i skośnych oczach predatora. Chwilę na nas patrzy a my na niego, po czym spokojnie schodzi z kopca i się oddala. Później dowiemy się od Paula, że niezwykle trudno spotkać go za dnia. Może to prezent na moje urodziny, które akurat dziś przypadają? 😉 Niewątpliwie jest to główna atrakcja tego safari.
Z niższych ogniw łańcucha pokarmowego nie da się nie zauważyć antylop końskich (hippotragus equinus), szarorudych, z prostymi, jakby zbudowanymi z pierścieni rogami. Równie częste są bawolce (alcelaphus bucephalus), ze śmieszną, podłużną głową, z białymi obwódkami wokół oczu w kształcie okularów. Coś jakby czarownicy i profesorowie sawanny w jednym. Całości dopełniają kręcone, lirowato wygięte rogi. Równie pięknie prezentują się też koby żółte (kobus kob) i śniade (kob Defassa, kobus ellipsiprmus). Jedne jasnorude, drugie większe, szare. Obydwa gatunki ze spiralnie skręconymi rogami, wygiętymi w kształt kielicha.

Zmęczeni wracamy do stanicy. To były dwa dobre dni, pełne wrażeń. Jutro męcząca droga powrotna do Ngaoundere i znów nocka w pociągu. Na koniec widzimy jeszcze żyrafy, samotne i w grupkach po 2 i 3, które uaktywniły się po minięciu największego skwaru. Prawie przed samą stanicą, w świetle reflektorów zastyga cyweta (viverra civetta), coś jakby wyrośnięta, cętkowana kuna skrzyżowana z jenotem. Zupełnie jakby chciała nam powiedzieć: wy już idźcie spać, teraz jest mój czas na polowanie. Posłuchaliśmy. Chrrrrrrrr…

100_3490IMG_0006-1

 Watch movie online Rings (2017)

niedziela, 29 marca 2015

42…

Tak się złożyło, że na czas pobytu w Afryce przypadły moje czterdzieste drugie urodziny. Zazwyczaj świętuję na zielono, bo to akurat Św. Patryka (gdy się dowiedziałem, jakie święto na ten dzień przypada, to zrozumiałem swoje ciągoty do Zielonej Wyspy 🙂 Tym razem w prawie kompletnej głuszy, tylko z Ukochaną i zwierzyną (no, jeszcze parę osób wokół się kręciło). Najczęściej jakieś podsumowania, bilanse etc. robi się około czterdziestki – owych magicznych „połowinek”. Przypomina się wtedy pamiętny serial sprzed lat, z Andrzejem Kopiczyńskim w roli głównej. Ogladając go dziś trudno uwierzyć, że ci ludzie (aktorzy) naprawdę mieli wtedy około czterdziestki. No i ich problemy, wymyślone (?) przez scenarzystów. Takie jakieś… zupełnie nie nasze.
Swoją czterdzistkę dwa lata temu świętowałem w otwockiej pizzerii, w towarzystwie kilkunastu młodych przyjaciół, młodszych ode mnie o połowę. W życiu się lepiej nie czułem, niż wtedy. Rok temu, w trochę mniejszym (ale nie mniej sympatycznym) gronie, było trochę inaczej. Nie wiem do końca jak, ale czuło się jakiś przełom. W końcu ten rok, 2015, i afrykańska sawanna. Co przyniosło minione 12 miesięcy? Rok jubileuszowy – stulecie naszej wspólnoty. Wspólne rekolekcje trzech kursów w Hillscheid, jesienny pamiętny weekend w Schoenstatt i wyjazd do Rzymu. Tak prawie na ostatnią chwilę, bo czemu by nie? Wcześniej Wielkanoc w Genui i Neapolu, krótkie, rodzinne żeglowanie w cieniu Wezuwiusza i kanonizacja Jana Pawła II i Jana XXIII.
W minionym roku odszedł też mój ojciec, któremu jeszcze tyle chciałem powiedzieć – ale już się nie dawało… Na pewno byłby ciekaw wrażeń z Kamerunu. Od zeszłego maja innej treści nabrała dla mnie Modlitwa Pańska, zwracanie się przez „Ojciec” do Najwyższego i postać pewnego sympatycznego staruszka w okrągłych okularkach 🙂 Skończył się dla mnie pewien etap życia; już jest o jedną osobe mniej, do której mógłbym się zwrócić o radę. Z drugiej strony, wiadomym się stało (chociaż żadnego wyroku nie usłyszeliśmy i raczej nie usłyszymy), że ja sam nigdy nie usłyszę „tata”. Bezdzietność ma niewątpliwie swoje dobre strony (chociażby swobodę podróżowania i wyłączność na współmałżonka), ale czasem jeszcze boleśnie w bok zakłuje.
Miniony rok to także dwa fajne, wakacyjne wyjazdy: żagle w Chorwacji i noworoczny pobyt na Kanarach. Po kameruńskiej przygodzie wydają się one jednak czymś bardzo odległym, banalnym i bez historii. Czy Afryka bardzo nas zmieniła? Czy przyniosła odpowiedzi na kilka dręczących od jakiegoś czasu pytań? Nie wiem. Na pewno głęboko zapadła nam w serca i myśli. Wyjazd ten miał być preludium do czegoś większego, radykalnej zmiany w życiu. Wracając tydzień temu byliśmy przekonani, że tak się raczej nie stanie. Ot, znaleźliśmy nowe, życzliwe miejsce i nowych przyjaciół, będziemy chcieli tam wracać, ale nasze miejsce jest tu, w Europie. Po tygodniu już tacy pewni nie jesteśmy. Część duszy, jak majestatycznie odwracający się i uchodzący w gąszcz lew lub lampart, w gorącym wnętrzu Afryki się zaszyła i wracać nie chce. My, szczerze mówiąc, po kilku dniach deszczu, szarości i powrotu do czasami kompletnie absurdalnych, europejskich problemów, też tęsknimy do afrykańskiego słońca i swoistej beztroski. Ale może to już jest ten wyidealizowany obraz krainy, która taka idealna wcale nie jest? Może. Ale wracać się chce…

 Watch movie online Rings (2017)

 Watch movie online Rings (2017)

 Watch movie online Rings (2017)