yt kanał misji
Archiwa

moderator

Blog Jacky (od maja 2009)

 

Przyjechalam na studia...

Przyjechałam na studia z Kamerunu – Moje pierwsze kroki w Polsce      2009-10-05

W niedzielę byłam w kościele w Łodzi. Ten kościół jest ogromny, a najbardziej uderzyło mnie to, że w czasie „Ojcze nasz” wszyscy trzymają się za ręce. Wieczorem poszłam zobaczyć rozkład zajęć na ten tydzień. Mamy 5 godzin zajęć dziennie, a plan roczny obejmuje naukę polskiego, chemii i fizyki. W tym roku akademickim jest 12 grup składających się z co najmniej 12 osób każda. Niektóre grupy liczą 13 studentów lub więcej. W największej grupie jest 19 studentów.

Pierwszy dzień zajęć w Akademii Języka Polskiego w Łodzi   2009-10-06

Wczoraj, 5 października 2009 był pierwszym dniem zajęć w akademii języka polskiego w Łodzi. To dzień szczególny dla każdego z nas. Spóźnialscy tłoczą się, aby znaleźć swoją grupę i salę wykładową. Wszyscy zadają sobie mnóstwo pytań: jak to będzie, gdy naprawdę będę miał kontakt z językiem polskim? Czy dam radę nauczyć się tego języka, który uchodzi za trudny? Kto jest w mojej grupie? Czy znajdę w niej przyjaciół? Mówiąc krótko, jesteśmy zdenerwowani.   Tak właśnie zaczął się mój dzień. Ale w końcu uspokoiłam się. Wszystko poszło dobrze. Pierwsze zajęcia poświęcone były podstawowym pojęciom: formułom powitań, zwrotom grzecznościowym, przedstawianiu rzeczy i osób, tzn. jak odpowiedzieć na pytania „co to jest?” i „kto to jest?”, „jak się nazywasz?” itd. Mamy niesamowitego nauczyciela, który daje z siebie wszystko, abyśmy go zrozumieli. Słowa swoje ilustruje gestami, które wywołują u nas salwy śmiechu, ale które są konieczne, aby zapewnić między nami komunikację. I tak minął ten pierwszy dzień, dzień w którym dużo było śmiechu, radości z poznawania nowych ludzi i oczywiście nauki.   PS: zastanawiasz się może, po co mi nauka polskiego, skoro na blogu piszę po polsku? Tak naprawdę piszę po francusku, który jest językiem urzędowym w moim kraju, a moi polscy przyjaciele tłumaczą te wpisy na polski, żeby je umieścić na blogu.

 Poznajemy naszą szkołę w Polsce            2009-10-06

Drugi dzień zajęć nie był stresujący. Przecież tak naprawdę, już spotkaliśmy się wczoraj. Relacje między nauczycielami a studentami oraz między samymi studentami zostały nawiązane. W programie lekcji znalazły się liczebniki główne, ogólna zasada rodzaju męskiego, żeńskiego i nijakiego, zaimki wskazujące oraz dni tygodnia. Na ostatniej lekcji, profesor Slawomir RUDZINSKI oprowadził nas po akademii. Pokazał nam różne biura, do których będziemy mogli się zgłaszać w przypadku jakichkolwiek napotykanych problemów. Po zajęciach poszłam na zakupy do „Tesco”. To sklep, który znajduje się przy ulicy Kopcińskiego – nie jest bardzo duży, ale znajduję tam wszystko czego mi potrzeba zarówno jeśli chodzi o produkty spożywcze jak i kosmetyki. Nie było ładnie i padał deszcz. Musiałam zrezygnować ze spaceru, który miałam w planach i wróciłam do kampusa.

Zajęcia polskiego            2009-10-11

 Trwają zajęcia. A tymczasem, studenci dzielą się na różne kategorie. I tak mamy tych bardziej uzdolnionych, do których należą Afrykańczycy i Europejczycy a z drugiej strony tych mających gorsze predyspozycje, do których należą Arabowie i Azjaci, np. Mongolczycy. Najmniej zdolni wydają się Chińczycy i Wietnamczycy, dla których organizuje się dodatkowe zajęcia wyrównujące w piątki od 13:15 do 15:00. Jest im trudno. Wydaje mi się, że to z pewnością dlatego, że fonetyka ich języków jest inna. Dotyczy to zwłaszcza takich dźwięków jak „cz”,”sz”,”dz”,”rz”,”w”,”c”,”s”. W środę pokazano nam nasz pierwszy podręcznik napisany przez pana Sławomira Rudzińskiego, który jest zresztą naszym nauczycielem. Książka kosztuje 12 zł i nosi tytuł „Mini kurs języka polskiego dla obcokrajowców” Kupiliśmy go i korzystamy z niego od środy. Codziennie dołączają do nas nowi studenci. Załoga rośnie z dnia na dzień. W związku z tym trzeba tworzyć nowe grupy, do już istniejących grup przychodzą nowi studenci. W ubiegłym tygodniu moja grupa powiększyła się o 4 osoby. Kto wie, ile ich będzie w tym tygodniu? Wiele osób jeszcze nie dojechało, np. 4 osoby z Kamerunu, które mają przyjechać w najbliższą środę.

Życie w Polsce (studia w Łodzi)                2009-11-01

W ostatni poniedziałek, z okazji inauguracji roku akademickiego „2009/2010” zorganizowano koncert. Odbył się on na wydziale filozofii, który mieści się zaledwie kilka metrów od naszej akademii. Zgodnie z zamysłem promowania różnych kultur, dano szansę wszystkim tym, którzy chcieli się zaprezentować.   A jak wszyscy wiemy, możemy być w tej samej klasie, chodzić na te same zajęcia, ale nigdy nie będziemy mieć tych samych talentów. Wielu studentów zaprezentowało swoje uzdolnienia. A my odkryliśmy tego dnia ich, dotychczas ukryte talenty. Na początku, grupa młodych Polaków zaprezentowała bardzo piękny układ choreograficzny. Po nich, w bardzo dynamicznym tańcu wystąpili Angolańczycy i Kameruńczycy. Wszystko to było przerywane występami solowymi. Najpierw młoda Palestynka zaśpiewała utwór „My heart will go on” Céline Dion, chłopak z Jordanii zagrał piękną melodię na gitarze, a ostatnia osoba przedstawiła swoją interpretację pieśni włoskiego wykonawcy Andrea Bocelli „Con te partiro”. Było to popołudnie pełne śmiechu, muzyki, radosnych okrzyków, a przede wszystkim pełne przyjaźni.

Pierwsze święta w Polsce                2009-11-07

 Cóż za radość dla naszych zmarłych braci! Co czują, gdy widzą, że nawet gdy ich już wśród nas nie ma, cały czas nosimy ich w naszych sercach? I że dzięki naszym modlitwom, ci którzy są jeszcze w czyśćcu mogą zasłużyć na niebo.   Te myśli towarzyszyły mi w ostatnią niedzielę, w dniu Wszystkich Świętych. To naprawdę wspaniałe! Tego dnia każda polska rodzina udaje się na cmentarz z kwiatami i zniczami, które układa na grobach wszystkich członków rodziny oraz bliskich. To naprawdę zrobiło na mnie wrażenie. Myślałam jak zupełnie inaczej od tego, co widzę w Polsce, traktujemy groby naszych zmarłych w Kamerunie, jak szybko o nich zapominamy. To bardzo ważne pamiętać o tych, którzy umarli, i modlić się za nich. Ponieważ oni o nas nie zapominają i również wstawiają się za nami. To jest właśnie „Świętych obcowanie”.

Out of Africa                2009-11-11

Wielu Afrykańczyków, z różnych powodów, po studiach w Europie zostaje tutaj i kategorycznie odmawia powrotu do domu. Afryka ogólnie, a Kamerun w szczególności ciągle dalekie są od zrozumienia pewnych oczywistości.   Jak bardzo ważne jest, aby się rozwijać, poszerzać swoje horyzonty i zrozumieć w jak godnej pożałowania jesteśmy sytuacji   Weźmy przykład urzędników. Ci ostatni nie wiedzą, że siedzieć za biurkiem to tyle, co służyć swojemu bliźniemu. To oznacza, że są powołani, aby pomagać innym w dziedzinie, która należy do ich kompetencji, spełniać oczekiwania petenta. Niestety tak nie jest. Na pychę i egoizm nakładają się interesy plemienne, a co jeszcze gorsze, korupcja. Praca jest najmniej ważna. Gdy lepiej przyjrzymy się faktom, stwierdzamy po prostu, że Afryka jest wciąż niedojrzała. Aby mogła osiągnąć to, czego pragnie, a więc zapewnić sobie taki sam poziom życia jak na Zachodzie, trzeba jej jeszcze wieków.   Jacky

 Dobre wiadomości z domu                2009-11-26

 Dystans oddziela nas od domu i sprawia, ze zapominamy o naszych starych przyzwyczajeniach. Nie dotyczy to natomiast Kameruńczyków, tutaj w Łodzi.   W sobotę, 14 listopada, Kamerun pokonał Maroko w eliminacjach do najbliższych mistrzostw świata w piłce nożnej. Była to okazja do radości dla nas wszystkich zgromadzonych w „Studium”. Dzięki Bogu był weekend. Okrzyki jednych przyciągały innych i zrobiła się impreza. Lało się piwo, tańczyliśmy, a wszyscy inni studenci wychodzili z pokojów, aby zobaczyć co się dzieje. Można by się zastanawiać „Tylko z powodu zakwalifikowania się do mistrzostw świata są tak dumni?” Ależ nie, to dlatego że doszły do nas dobre wiadomości z domu…bo im dalej jesteśmy od domu, tym bardziej cierpi się z powodu złych wieści.

Zabójcze zimno             2009-12-14

 Co za tragiczny dzień! Wszyscy nowo przybyli Afrykanie krzyczą z prawa i z lewa i skarżą się na porę roku, która chyba zaczęła się dzisiaj. Czy damy radę przetrwać zimę czy też wszyscy umrzemy z zimna?   Ta zmiana pogody jest tak nagła jak ostra. W naszych głowach kłębi się mnóstwo myśli. Co za świat do góry nogami! Najpierw noc zapada o 16:00 a teraz to okropne zimno. Co się z nami stanie? Czy będziemy umieli to wszystko znieść tak jak Polacy czy inni Europejczycy?

Obyczaje bożonarodzeniowe w Polsce             2010-01-08

Sposób, w jaki obchodzi się Boże Narodzenie w Polsce skłania do refleksji.   Dla każdego obcokrajowca, praktykującego chrześcijanina obyczaje te pasują nie tyle do Bożego Narodzenia co do Wielkanocy. Obserwując te tradycje (dwanaście potraw, dzielenie się chlebem na pamiątkę ostatniej Wieczerzy, zwyczaj nie jedzenia mięsa w Wigilię Bożego Narodzenia) można sobie zadać pytanie czy jest jakaś różnica między Bożym Narodzeniem a Wielkanocą.   Jacky

Przedświąteczne świętowanie w Łodzi               2010-01-13

Boże Narodzenie to czas, w którym oddaleni ludzie zbliżają się do siebie (dzieci do rodziców i rodzice do dzieci, mąż do żony i odwrotnie), aby razem przeżywać tę chwilę, ale przede wszystkim, aby dzielić się Miłością, którą przynosi nam Zbawiciel Jezus Chrystus.   Z tego powodu, 16 grudnia, wiedząc, że nie będziemy wszyscy razem w Święta Bożego Narodzenia, w uniwersyteckim centrum konferencyjnym w Łodzi zorganizowano koncert. Śpiewaliśmy kolędy, tańczyliśmy i wspólnie (studenci i nauczyciele) spożyliśmy skromny posiłek. 2 dni później, zanim się rozjechaliśmy, każda grupa ze swoimi nauczycielami jeszcze raz miała swoją własną, polską, tradycyjną Wigilię. To było cudowne!   Jacky

Dziwne Święta w Polsce             2010-01-16

Boże Narodzenie w Polsce! Wszystko jest tak inne! Dla Polaków, Boże Narodzenie jest świętem rodzinnym. To zupełnie inaczej niż Kamerunie.   Dla Kameruńczyków to chwila, kiedy najwięcej się imprezuje. Po nabożeństwie w kościele, wychodzimy na zewnątrz, to znaczy bawimy się poza domem. Pije się i świętuje z przyjaciółmi w klubach, barach lub dyskotekach. I z tego powodu, nowo przybyli Kameruńczycy znowu bardzo źle się czuli. Zamknięte sklepy, dyskoteki, martwa cisza w szkole, ponieważ część uczniów wyjechała a inni spędzali święta w rodzinach. Było bardzo smutno. Każdy zastanawiał się, czy to rzeczywiście Boże Narodzenie.   Jacky

Czuwanie                       2010-02-17 Czuwanie

Dwa tygodnie temu, wspólnota kameruńska w Łodzi przeżywała śmierć ojca jednego z naszych przyjaciół.   Wczoraj, w łączności z jego rodziną w Kamerunie, zorganizowaliśmy z tej okazji czuwanie. Wszyscy przyjaciele byli przy naszym koledze i wszyscy składali mu kondolencje. To przyjacielskie ciepło pozwoliło mu odnaleźć uśmiech, który nie pojawiał się na jego twarzy od kilku dni.   Pozdrawiam Jacky   * Komentarz ojca Darka z Misji Kamerun: Dopowiem, że w Kamerunie w przeddzień pochowku odbywa się tzw. Veillée – czuwanie przy zmarłym, oczywiście z tańcami ludowymi jak również przy piosenkach pobożnych, które rzadko są smutnawe, a raczej też nadają się do tańca. Tańczy się, zatem całą noc, i pije co jest do picia. Najbliższa rodzina dostaje coś do przekąszenia.   Aby wytłumaczyć o co chodzi z tymi czuwaniami, zacytuje fragmencik artykułu Małgorzaty Szupejko pt. „Dlaczego Afryka” z grudniowego numeru miesięcznika ZNAK: „Afrykanie mają swoich „żywych zmarłych”, gdyż dla większości ludów afrykańskich śmierć nie jest unicestwieniem życia. Pamięć o zmarłych, a także o ich szlachetnych postawach i czynach jest przechowywana przez żyjących krewnych, dla których oni z kolei są moralnym wsparciem, pomocą i doradcami w trudnych sprawach życiowych. Dzięki wierze w tę więź, śmierć naturalna odbierana jest jako przejście w inny wymiar życia. Samotna śmierć i brak należycie odprawionego obrzędu pogrzebowego mogą spowodować przerwanie tej więzi.”

 

Wizyta w ZOO – pierwszy raz zobaczyłam żyrafę w Polsce!    2010-05-19

Aby oderwać się trochę od nauki postanowiłyśmy z trzema koleżankami z akademika (a wszystkie akurat Afrykanki) wybrać się w Łodzi do zoo. Nie byłoby w tym pewnie nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że wszystkie 4 pochodzimy z Afryki, a dopiero dziś zobaczyłyśmy po raz pierwszy w życiu afrykańskie zwierzęta!! I to gdzie?! W europejskim kraju – w Polsce!!   Wielu Polaków nie posiada się ze zdumienia, gdy mówię, że dopiero tu po raz pierwszy zobaczyłam na żywo słonia czy żyrafę. Gros ludzi ma wyobrażenie, że mieszkając w Afryce widzi się te zwierzęta na co dzień. Tymczasem wszystkie cztery pochodzimy z takich regionów kontynentu, że mieszkańcy raczej przetarliby oczy, gdyby zobaczyli przechadzające się nieopodal słonie czy zebry 🙂 Nasza wyprawa do zoo była dość niecodzienna z jednego jeszcze powodu: otóż wszystkie cztery rozmawiałyśmy ze sobą w języku polskim, ponieważ…to jedyny język, w którym względnie umiemy wszystkie się porozumieć. Dwie koleżanki (z Nigerii i z Ghany) są anglojęzyczne i nie znają francuskiego, który jest z kolei językiem urzędowym w Kamerunie, z którego pochodzę i w Kongo, skąd pochodzi czwarta uczestniczka naszej wycieczki (my z kolei nie znamy angielskiego). Sądząc po reakcjach mijających nas osób musiałyśmy stanowić ciekawy obrazek z naszą polszczyzną, która jednak nie jest jeszcze doskonała (uczymy się tego języka dopiero od kilku miesięcy). Przypominam, że wpisy na mój blog są tłumaczone na j. polski (ja osobiście piszę je w j. francuskim). Dla nas to normalne, że na co dzień w akademiku czy w szkole w Łodzi porozumiewamy się w j. polskim tak, jak umiemy (bo jak inaczej w tej „wieży Babel”, gdzie są i Azjaci, się odnaleźć?). Dla Polaków patrzących na nas z boku był to jednak chyba obrazek dość komiczny. Każdy, kto nas usłyszał mówiące po polsku, od razu skupiał na nas swoją uwagę. Były to jednak reakcje sympatyczne i życzliwe, a ludzie często się do nas uśmiechali. Jeśli chodzi o język polski, to z dumą muszę w sumie powiedzieć, że z dnia na dzień wyraźnie coraz więcej umiem. Znajomi Polacy mówią wręcz, że radzę sobie z językiem zadziwiająco dobrze. Ja osobiście z jednej strony też wprawdzie widzę, że j. polski „wchodzi” mi łatwo i nieskromnie zaznaczę, że jestem jedną z najlepszych w grupie, a testy z polskiego zaliczam przeważnie na piątki. Jednak z drugiej strony ciągle trochę krępuję się mówić w j. polskim, szczególnie w większej grupie Polaków. Gdy jadę tramwajem lub autobusem i widzę, że dzwoni do mnie ktoś, z kim będę musiała rozmawiać po polsku, zazwyczaj nie odbieram i oddzwaniam później, kiedy nikt dookoła mnie nie słyszy – mniej się wtedy stresuję! Trochę inną rzeczą jest zaliczyć test z języka, a inną posługiwać się nim swobodnie w codziennej rozmowie. Ale najważniejsze, że z każdym dniem jest o krok do przodu!:)

Egzamin na studia już tuż-tuż!                2010-05-25

Ostatnio mam bardzo dużo zajęć i mało czasu wolnego. Jest dużo nauki, trochę testów na bieżąco, a przede wszystkim zbliża się już dużymi krokami główny egzamin, od którego wszystko zależy – czy dostanę się na wymarzone położnictwo, czy nie…   Uczenia się jest dużo: egzamin będzie z fizyki, chemii i biologii – oczywiście po polsku!! Już te 3 przedmioty same w sobie wymagają dużo czasu na naukę, a jeszcze dla mnie jako cudzoziemki to podwójna trudność, bo w obcym dla mnie języku. Z fizyką i biologią daję sobie radę, ale mam trochę problemów z chemią; niektóre zagadnienia są dla mnie bardzo trudne. Od niedawna jednak mam korepetycje z tego przedmiotu z bardzo wyrozumiałą Panią Profesor i pod jej skrzydłami zawiłe do tej pory dla mnie rzeczy zaczynają mi się rozjaśniać. Jednak cały czas trochę materiału mam do nadrobienia. Bardzo zależy mi na zdaniu tego egzaminu i dostaniu się na studia i robię, co mogę, by dobrze się do tego przygotować. 19. lipca nastąpi chwila prawdy. Wtedy właśnie będzie egzamin (100 pytań testowych). Trzymajcie za mnie kciuki – apel do wszystkich życzliwych! 🙂

Lato pilnie poszukiwane!               2010-05-31

Ostatni dzień maja…Czyli w Polsce według kalendarza wiosna w pełni (wręcz lato za pasem), a tu tak zimno!!   Przyzwyczaiłam się już wprawdzie do innych temperatur niż te, które na co dzień były w Kamerunie, ale chciałabym, żeby już było tak prawdziwie ciepło. I tu pogoda taka nieprzewidywalna: jednego dnia potrafi kilka razy zerwać się prawdziwa ulewa, po czym po kilku minutach wychodzi słońce. I jak tu się ubrać?:) Czekam z niecierpliwością na lato, a wraz z nim na moje ulubione owoce, czyli czereśnie i truskawki (te drugie już się pojawiają!), które w Polsce w zeszłym roku jadłam po raz pierwszy w życiu! Uwielbiam je!! Ale też wraz z nadejściem lata czeka mnie w tym roku dużo ważnych wydarzeń i zmian: 19. lipca egzamin na studia, następnie pełne napięcia oczekiwanie na wyniki i – gdy wszystko dobrze pójdzie – przeprowadzka do Poznania. Będzie to dla mnie gorący w obu znaczeniach okres! Oby w obu znaczeniach – zwłaszcza w tym „meteorologicznym”! 🙂

Hojne i otwarte serca Polaków             2010-06-08 hojne i otwarte serca polakow

W tygodniu nauka, nauka, nauka… Na weekend, jak każdego tygodnia w ostatnim czasie, jadę do Poznania, żeby pomóc przy kwestach na rzecz Misji-Kamerun. Na zdjęciu: podczas jednej z takich zbiórek – ojciec Dariusz, Agata (jedna z członków Stowarzyszenia) i ja.   Mniej więcej od marca co tydzień gościmy z ojcem Darkiem (który przebywa obecnie na urlopie w Polsce) i członkami Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca w różnych poznańskich parafiach, które organizują kwesty na rzecz naszej misji i zapraszają nas do siebie w kolejne soboty i niedziele. Po Mszach rozdajemy ulotki informacyjne na temat misji, a ojciec Darek wygłasza w tych parafiach kazania opowiadając o pracy misyjnej i o życiu w Kamerunie. Cieszę się, że mogę w ten sposób pomóc tym, którym nie wiedzie się dobrze w moim kraju i którzy bardzo potrzebują pomocy z Polski. Polacy są bardzo hojni i serdeczni. To piękne, że mają tak otwarte serca i są gotowi do pomocy. Prawie każdy dorzuca swoją „:cegiełkę” do koszyka – daje tyle, ile może – nawet, jeśli ma niewiele. Zdarzało się kilkakrotnie podczas zbiórek, że ktoś nie miał przy sobie pieniędzy i tak ubolewał nad tym, że nie może nam pomóc, że szedł do domu po pieniądze i specjalnie cofał się do kościoła, żeby trafić na kwestę po kolejnej Mszy. To wzruszające, jak ci ludzie cieszyli się, że nas jeszcze zastali i że mogli włączyć się do pomocy w dzieło misyjne! Szczególnie ciepło wspominam parafię na os. Lecha, w której ojciec Darek gościł już kilkanaście lat temu i z której wielu ludzi zdecydowało się wtedy na „adopcję na odległość”. Teraz, gdy o. Darek zawitał tam znowu (a ja po raz pierwszy), wielu ludzi podchodziło do nas i pytało o swoich „podopiecznych”, których wspomagają finansowo i w modlitwie aż do tej pory. Były to bardzo radosne i przyjazne rozmowy – w wielu przypadkach znałam dobrze dzieci, o które nas pytano. Właściwie część tych „dzieci” to już dorośli (również i studenci). Mogliśmy więc przekazać bieżące informacje o nich: co robią, jak się uczą, jak żyją. To takie niesamowite: przed polskim kościołem w zwyczajny dzień nagle usłyszeć z ust obcych ludzi nazwiska i imiona osób, które dobrze znam, a które są tak daleko…! To tak, jakby kawałek mojego kameruńskiego świata przeniósł się na chwilę na to poznańskie osiedle… Ci ludzie tak bardzo cieszyli się z usłyszanych wieści na temat „swoich” afrykańskich dzieci, przekazywali pozdrowienia – czuło się, że o ile tak bardzo są od nich oddaleni geograficznie, o tyle z kolei sercem są przy nich bardzo blisko!! Te kwesty to dobra okazja do bezpośredniego kontaktu z tyloma obcymi ludźmi, z którymi na co dzień nie będzie miało się kontaktu, a którzy nieraz zapadną w pamięć na dłużej. Bo czasem podejdą, aby zagadnąć, o coś zapytać, czy życzyć powodzenia. To bardzo miłe… Szczególnie zapadła mi w pamięć sytuacja, jaka miała miejsce przed kościołem pod wezwaniem św. Antoniego z Padwy w Szczecinie (jedyna zbiórka poza Poznaniem w tym roku). Podeszła do mnie mała dziewczynka (może 4 lub 5 lat) i z rozbrajającą szczerością wyznała: „Ojej!! A ja jeszcze nigdy w życiu nie widziałam prawdziwej Murzynki!!” To było niesamowite! W jej oczach i na całej buzi wręcz wymalowane było szczęście, że oto właśnie wreszcie ma okazję zobaczyć PRAWDZIWĄ MURZYNKĘ! 🙂 Dziewczynka była przeurocza w swej bezpośredniości!! 🙂 Na pewno zostanie mi też głęboko w pamięci niezwykle miłe wspomnienie z kwesty, która miała miejsce w miniony weekend. Tym razem zbieraliśmy pieniądze na naszą misję w parafii pw. Świętych Aniołów Stróżów w Poznaniu na os. Kosmonautów. Gdy tak stałam sobie i kwestowałam po jednej z Mszy, podeszła do mnie pewna pani, która wyszła właśnie z kościoła, poprosiła męża, aby zdjął jej bransoletkę z ręki, po czym sama …założyła tę bransoletkę osobiście na moją rękę mówiąc, że to podarunek na szczęście. To był prawdziwie spontaniczny gest wypływający prosto z serca!

Wracam myślami do pierwszego dnia w Polsce…         2010-06-22

Ostatnio trochę chorowałam. Dopadła mnie grypa i nie chodziłam na zajęcia, żeby nikogo nie zarazić. Miałam zatem więcej czasu na nadrabianie zaległości z chemii, bo do egzaminu zostało tak niewiele czasu (to już 19. lipca)…! Nawet nie wiem, kiedy ten rok minął. Przecież dopiero z drżącym sercem wyruszałam z mojego Kamerunu do nieznanego wtedy dla mnie świata, czyli do Polski. Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj.   Był maj 2009… Nigdy wcześniej nie leciałam samolotem i bałam się ogromnie, czy dane mi będzie bezpiecznie dotrzeć do celu mojej podróży. Wznosząc w myślach ku niebu (a ono przecież tuż obok mnie, bo za oknem!!) cały wieniec gorących modlitw o szczęśliwy lot czułam, jak kotłują się w mojej duszy skrajne emocje związane z perspektywą zetknięcia się za kilka godzin z zupełnie innym światem. Z zupełnie inną rzeczywistością niż ta, którą znam…W jednym zakamarku mojego serca tliła się wiara i ogromne nadzieje, w drugim czyhały obawy. Nadzieje i wiara mówiły mi, że ta podróż i jej główny cel (studia) to dla mnie przepustka do lepszego życia, a obawy nasuwały mi pytania o to, jak zostanę przyjęta przez mieszkańców kraju, w którym będę mieszkała przynajmniej przez najbliższe 7 lat, czy zdołam się zaaklimatyzować, czy sprostam czekającym mnie wyzwaniom, jakich ludzi spotkam na swej drodze, jak przeżyję w tym zimnym klimacie i czy będę w stanie nauczyć się trudnego języka polskiego. Ojciec Darek, który leciał ze mną, z właściwym sobie rodzajem poczucia humoru „pokrzepiał” mnie, że język polski jest nie do nauczenia, a zimy w Polsce są takie, że umrę szybko przez zamarznięcie i moje ciało trzeba będzie transportować do Kamerunu. Te żarty rozładowały trochę moje napięcie. Wreszcie wylądowaliśmy. Maj to ponoć w Polsce już prawie lato, tymczasem wraz z pierwszym powiewem polskiego powietrza przeniknęło mnie przeraźliwe zimno. Skoro tak wygląda polskie lato, to może wcale nie ma co się śmiać z tego transportu mojego ciała z powrotem do Afryki, gdy zawita tu sławna polska zima…? Rozejrzałam się wokół siebie. Polacy najwidoczniej nie uważali, że jest szczególnie zimno, bo w większości mieli na sobie cienkie bluzy lub sweterki i nikt nie sprawiał wrażenia, że marznie, a gdzieniegdzie można było nawet dostrzec osobników w bluzkach czy koszulach z krótkimi rękawami (!). Trzęsąc się z zimna chłonęłam uważnie wzrokiem kalejdoskop migających mi przed oczami białych twarzy próbując odczytać z nich, czy ich właściciele są przychylnie do mnie nastawieni i czy wzbudzam zdziwienie moim kolorem skóry. Bilans rysował się optymistycznie: z każdą białą twarzą bacznie rejestrowaną przeze mnie narastało w moim sercu krzepiące poczucie, że znajdę tu życzliwe dusze. Nie czułam się w sumie aż tak mocno wyobcowana, ponieważ otuchy dodawał mi ojciec Darek – pomagała mi już sama jego obecność oraz fakt, że mam do kogo odezwać się po francusku. Bo wśród tego polskiego miejskiego gwaru czułam się trochę dziwnie: do moich uszu docierały raz po raz strzępki obco brzmiących rozmów i dźwięki słów, których znaczenia nie rozumiałam. Ten dzień prędko mnie wyczerpał ilością niecodziennych wrażeń i z głową pełną rozmaitych nieuporządkowanych jeszcze myśli zasnęłam. Zasypiałam jednak kołysana błogim poczuciem i głęboką wiarą w to, że będzie mi w tym kraju dobrze i że bratnie dusze można spotkać w najdalszym nawet zakątku świata, bez względu na narodowość, rasę i barierę językową. Tak myślałam wtedy i dzisiaj już wiem, że się nie myliłam. Czuję się w Polsce naprawdę dobrze, a to właśnie w dużej mierze dzięki owym bratnim duszom, które dane mi było spotkać na mojej drodze w tym coraz mniej obcym już dla mnie kraju.

Moje wakacje jeszcze nie nadeszły…                    2010-06-30

Większość uczących się w Polsce ma już swoje zasłużone wakacje i oddaje się błogiemu odpoczynkowi po miesiącach nauki. Dla mnie to teraz czas wzmożonych przygotowań do egzaminu na studia, który będę zdawała 19. lipca.   Jeszcze niedawno to była taka odległa data… A tymczasem to już za 3 tygodnie!!! Uczę się, kiedy mogę i gdzie mogę, nawet w autobusie. Czasu zostało niewiele, a nauki jest jeszcze dużo, mimo że uczyłam się na bieżąco. Najbardziej sen z powiek spędza mi chemia, ale i tak jest już lepiej niż kilka miesięcy temu. Chodzę na korepetycje, rozwiązuję różne testy na zajęciach oraz uczę się jej też sama. Boję się jednak, że zadania na egzaminie mogą mnie niemile zaskoczyć, że mogę spotkać się z czymś, czego akurat się nie douczyłam lub że coś pomylę. W przypadku biologii i fizyki nie mam takich obaw. Pozostaje mi jednak mieć nadzieję, że czas, jaki poświęcam nauce chemii będzie wprost proporcjonalny do ilości prawidłowych odpowiedzi na arkuszu egzaminacyjnym 🙂

Jak dobrze zrobić sobie przerwę w nauce…                2010-07-06

Bardzo już potrzebowałam trochę odskoczni od nauki, dlatego wybrałam się ze znajomymi na kręgle.   Pomyślałam, że skoro pozaliczałam ostatnio pozytywnie testy, jakie mieliśmy na bieżąco na zajęciach, to w ramach nagrody pozwolę sobie na beztroskie popołudnie. Po raz pierwszy w życiu miałam okazję zagrać w kręgle dwa miesiące temu w Poznaniu i tak bardzo mi się ta rozrywka spodobała, że w miarę możliwości będę się starała grać częściej. Byłam zaskoczona, że tak dobrze mi szło, mimo że był to mój zupełny debiut! Teraz w mojej 4 – osobowej drużynie zajęłam pierwsze miejsce!!:) Tak sobie porównuję moje życie, jakie wiodłam w moim kraju i jakie mam teraz…Tu w Polsce żyje mi się zupełnie inaczej niż w Kamerunie. W moim kraju całkiem odmiennie wyglądał mój zwykły dzień. Miałam mało czasu wolnego i mało rozrywek. Zazwyczaj wstawałam przed 6.00. Aby dojść do szkoły, pokonywałam codziennie 7 km pieszo w jedną stronę. Gdy wychodziłam o 7.00 rano, wracałam około 17.00. W czasie, gdy nie byłam w szkole lub w drodze do niej, uczyłam się lub pomagałam w codziennych pracach w sierocińcu: w praniu (ręcznym!), w uprawie pola (maniok, kukurydza, orzeszki ziemne), w sprzątaniu, w przygotowywaniu posiłków i w opiece nad młodszymi dziećmi. W Polsce pomimo dużej ilości nauki czas upływa mi bardziej beztrosko, mam więcej czasu na rozrywkę i relaks. Mam czas, aby wybrać się od czasu do czasu na koncert czy do kina. Wiele sposobów spędzania wolnego czasu poznałam dopiero tu, w Polsce. Po raz pierwszy miałam na przykład na nogach łyżwy. Nie, nie – jeszcze nie jeździłam po lodzie! Na razie robiłam tylko próby utrzymania równowagi …na parkiecie w pokoju:) Ale zimą odważę się chyba wyjść na lodowisko! 🙂

Końcowe odliczanie                          2010-07-18

Czas płynie nieubłaganie. Wydaje mi się, jakbym dopiero co przyjechała do Polski i jakbym dopiero co zaczynała naukę w Łodzi. A tymczasem mój roczny kurs języka polskiego dla cudzoziemców dobiegł końca. Za 24 godziny nastąpi ta najważniejsza próba: EGZAMIN NA STUDIA!!!   Bardzo się denerwuję… Przez cały ten tydzień odliczam czas, jaki został jeszcze do 19. lipca do godz.8.30. No i to …już jutro! Dokładnie za 24 godziny będę siedziała w sali egzaminacyjnej i będę czekała na arkusz z testem. Mam poczucie, że w pełni wykorzystałam czas, aby się do tego dobrze przygotować (na pewno bardzo się starałam), ale i tak stres jest ogromny! Myślę o jutrzejszym dniu z ogromnym niepokojem – tak bardzo chciałabym już mieć to za sobą!! Muszę jakoś opanować te nerwy, żeby jasno myśleć w ciągu jutrzejszych czterech godzin trwania egzaminu – od tego bardzo wiele zależy! Gorąca prośba do tych, którzy przeczytają ten wpis dzisiaj: proszę o krótką choć modlitwę w intencji dobrze zdanego przeze mnie egzaminu – to dla mnie bardzo ważne…

I wakacje dobiegły końca…                                  2010-08-27 I wakacje dobiegly

 

 

 

Mijające już wakacje były dla mnie bardzo intensywnym czasem.   Po egzaminie 19.lipca przeprowadzka z Łodzi do Poznania, starania o szkołę (niestety, na położnictwo w tym roku nie udało mi się dostać i będę próbowała za rok), załatwianie formalności no i kilka krótkich wyjazdów. Sytuacja ze szkołą, którą mam lada moment rozpocząć, jeszcze do dzisiaj była niepewna, ponieważ oczekiwałam na dodatkowe dokumenty z mojego kraju. Teraz wygląda na to, że wszystko jest na prostej drodze. Pozdrawiam ciepło i wakacyjnie wszystkich, którzy czytają mój blog i teraz, kiedy sytuacja jest raczej stabilna i wiem, na czym stoję, obiecuję regularne powakacyjne wpisy.

 

slub mojej kolezanki

Ślub mojej koleżanki z Kamerunu w kościele oo.Dominikanów w Poznaniu          2010-08-31

Wczoraj moja koleżanka z Kamerunu, Marie, którą poznałam w Studium Języka Polskiego w Łodzi, miała ślub. Miałam zaszczyt być świadkiem pary młodej.   Ślub Marie i Andrzeja (Polaka) odbył się wczoraj, czyli w poniedziałek, w kościele oo.Dominikanów w Poznaniu. Pomimo, że Marie dość dobrze zna język polski, najważniejsze momenty uroczystości odprawiane były w dwóch językach: polskim i francuskim. Ślubu udzielał parze młodej ojciec Dariusz Godawa, którego pobyt w Polsce powoli dobiega końca. Zupełnie inaczej odbywają się śluby w Kamerunie: są głośne śpiewy, ludzie tańczą i wydają chóralne okrzyki radości. Tu było bardzo spokojnie i raczej poważnie, choć ojciec Darek wywołał kilka razy salwę śmiechu uwypuklając oraz zręcznie z właściwym sobie humorem komentując właśnie owe różnice. Gości była raczej mała garstka, ponieważ rodzina Marie i jej bliscy ze względu na dużą odległość, a tym samym długą i kosztowną podróż, nie mogli przybyć do Polski (nad czym zresztą bardzo ubolewali), a z kolei Andrzej, czyli pan młody pochodzi spod Wrocławia, dlatego z jego strony zjawiła się ściśle najbliższa rodzina. Była też między innymi koleżanka Marie z Ukrainy (państwo młodzi poznali się właśnie na Ukrainie). Po ślubie poszliśmy wszyscy wraz z fotografem na sesję zdjęciową w plenerze, czyli najpierw do parku nieopodal kościoła oo.Dominiaknów, a następnie przed fontannę naprzeciw Opery. Po bogatej i długiej sesji zdjęciowej udaliśmy się wszyscy pieszo (13 osób) na przyjęcie weselne do restauracji greckiej na Plac Wolności wzbudzając po drodze nie lada zainteresowanie 🙂

Smutny los dzieci w Kamerunie                          2010-09-13 smutny los dzieci

W przeciwieństwie do rodziny europejskiej, która ma ograniczoną liczbę dzieci w zależności od możliwości finansowych i w zależności od sił, jakie mają rodzice, aby zatroszczyć się o swoje potomstwo, zapewnić mu wykształcenie i opiekować się swymi pociechami, aż staną na własne nogi, rodzina afrykańska, mówiąc na przykładzie Kamerunu, jest bardzo liczna; zwłaszcza wśród biednych.   Nie na darmo mówi się u nas, że „łóżko biednego jest bardzo płodne”. Rodzice nie martwiąc się o przyszłość swych dzieci, płodzą ich tyle, ile mogą. Dla nich to bogactwo, mieć dużo dzieci. Sposób myślenia rodziny z dziesięciorgiem dzieci jest taki: tak, mamy co prawda 10 gąb do wyżywienia, ale przede wszystkim mamy 20 rąk do pracy! Dzieci pracują w Kamerunie od najmłodszych lat, nie oszczędza się ich i nie rozpieszcza tak jak w Europie. Ponadto o bogactwie świadczy też ilość córek: im więcej się ich ma, tym jest się zamożniejszym, ponieważ owe córki będą w przyszłości „dotowane” przez przyszłych małżonków. Taka jest właśnie u nas mentalność…A później widzi się dzieci umierające z głodu, bez widoków na kształcenie się, a czasem nawet pozbawione opieki zdrowotnej . Okropna bieda! A gdy w końcu ma się dosyć i zbyt późno uświadomi sobie problem, znika się gdzieś w świecie, pozostawiając swoje dzieci na smutnej łasce losu, bez przyszłości. Dlaczego to wszystko? W czym zawiniliśmy?

 

Coraz większe wyzwania                            2010-10-20

Po całym tym czasie, odkąd przebywam w Polsce, mogę teraz śmiało powiedzieć, że w pełni już się tu zaaklimatyzowałam.   Od października 2009 do lipca 2010 większość czasu spędzałam w Łodzi, gdzie uczyłam się języka polskiego i gdzie miałam wielu przyjaciół z Kamerunu. Ciągle czułam się trochę jak w domu mówiąc codziennie po francusku. Po przeprowadzce do Poznania rozpoczęłam we wrześniu naukę w szkole medycznej, gdzie jestem jedyną Afrykanką wśród samych Polaków. Muszę więc zapomnieć o francuskim i mówić tylko i wyłącznie w języku polskim, który w gruncie rzeczy nie jest czystym polskim, ponieważ nie posługuję się nim jeszcze zupełnie swobodnie. Muszę przyznać, że jest trudno, ale pomimo tego podoba mi się w tej szkole; muszę po prostu więcej się uczyć i starać się lepiej mówić, jeśli chcę być zrozumiana. Wybrałam kierunek „opiekun medyczny” i w naszej grupie jest nas prawie 30. Przez dwa tygodnie września mieliśmy z naszym wykładowcą z psychologii cztery seanse integracyjne, które pozwoliły nam lepiej się poznać. Bardzo dobrze czuję się w tej szkole mając bardzo miłych i wyrozumiałych kolegów i nauczycieli. Jacky

Szare barwy starości                             2010-10-29

Starość to taki okres życia, gdzie człowiek staje się znowu dzieckiem i potrzebuje bardziej naszej pomocy; okres, kiedy jest się najbardziej samotnym na świecie, ponieważ straciło się bliskie sercu osoby (męża lub żonę), a dzieci mieszkają daleko. To również taki czas, w którym o wielu rzeczach człowiek już zapomina.   Mijają 3 tygodnie, od kiedy rozpoczęliśmy praktyki w Domu Pomocy Społecznej i jestem naprawdę zszokowana widząc, jak dobra jest opieka nad tymi starszymi ludźmi. Wracam zawsze z praktyk dumna z tego, że pomagam tym ludziom (w większości samotnym), ale także ze łzami w oczach, kiedy pomyślę,jak u nas w Kamerunie traktuje się starych ludzi. Uważam, że przyspiesza się ich śmierć, wcześniej ich opuszczając. Pamiętam, że jednego dnia ojciec Dariusz w czasie jednej z wizyt do chorych i starszych osób, musiał wchodzić przez okno, aby dać komunię pewnej starszej pani, ponieważ jej rodzina zamknęła ją od zewnątrz w domu.

Niepełnosprawni w Afryce                                  2010-11-30

W jakim świecie żyją jeszcze ludzie w Afryce? Czy nadejdzie dzień, kiedy dorównamy rozwiniętym krajom?   O większości krajów afrykańskich mówi się „kraj na drodze do rozwoju”. Nie wiem, czy doczekamy któregoś dnia owego rozwoju i czy zmieni się tam polityka. Przez całe moje życie zawsze słyszałam, że niepełnosprawni (niewidomi, kalecy) są osobami do niczego; skazani są najczęściej na żebractwo, co obserwujemy na co dzień na ulicach afrykańskich miast. Ci ludzie zdani są tylko na łaskę i niełaskę innych, często przypadkowych przechodniów. Tu, w Europie, w Polsce, widzę, że ci ludzie są jak my, zdrowi: potrafią wiele rzeczy, zdolni są, by studiować, pracować, a nawet robić takie rzeczy, których my, zdrowi, nigdy nie bylibyśmy w stanie dokonać. U nas, w Afryce, niepełnosprawni skazani są na całkowite odrzucenie i wykluczenie ze społeczeństwa, państwo się nimi w ogóle nie interesuje. Tu, w Polsce, w Europie, opracowuje się specjalne programy, powoływane są specjalne instytucje, aby tym ludziom pomóc, umożliwić im normalne życie, uświadomić im ich wysoką wartość i przywrócić na łono społeczeństwa. W jaki sposób Afryka mogłaby zmienić swoje postępowanie i swój stosunek do niepełnosprawnych??

Życzenia świąteczne                                2010-12-23

Wesołych świąt Bożego Narodzenia!   Z okazji swiąt Bożego Narodzenia pragnę życzyć wszystkim czytającym blog i wspierającym Misję-Kamerun wiele błogosławieństwa Bożego, wszelkiej radości i pięknie przeżytych świąt! Jacky

 

Idę na studia położnicze do Kalisza    2011-08-29

jacky wychowanka „Od października będę się uczyć w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Kaliszu na specjalności położnictwo.”   „25 sierpnia byłam zawieźć tam część dokumentów oraz obejrzeć szkołę i miasto. Nigdy przedtem nie byłam w Kaliszu. Wywarł na mnie niezwykle miłe wrażenie. To bardzo przyjemne i przytulne miasto. Ma uroczą Starówkę, a ulice w centrum są o wiele węższe niż np. w Poznaniu, Warszawie czy Łodzi. Właśnie te wąskie ulice i przylegające do siebie niskie budynki sprawiają, że Kalisz wydaje się bardzo przytulny. Mam przeczucie, że będzie mi się tam dobrze mieszkało. Sama szkoła jest bardzo ładna, zadbana i dość przestrzenna. Dowiedziałam się, że uczy się w niej również kilkoro cudzoziemców, m.in. z Kongo, z Mongolii i z Bułgarii. Myśl ta dodała mi trochę otuchy, że nie będę jedyną studentką innej narodowości.”   Jacky

cd.: „Od października rozpoczęłam naukę w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Kaliszu, na wydziale położnictwa. Moje studia odbywają się w przyjaznych warunkach i nie miałam żadnego problemu z adaptacją. Jest nas tylko 11 dziewczyn na pierwszym roku położnictwa. Mamy bardzo dobre relacje i wspieramy się nawzajem. Dziewczyny są wyjątkowo sympatyczne i często mi pomagają. Wszyscy, łącznie z nauczycielami, upewniają się, że dobrze zrozumiałam, pamiętając, że jestem obcokrajowcem. W czasie zaliczeń, dają mi nawet więcej czasu niż pozostałym studentkom ze względu na to, że jest mi trudniej niż innym pisać po polsku. Oprócz bariery językowej, która wciąż jest dla mnie pewnym utrudnieniem, czuję się tu bardzo dobrze traktowana, co ułatwia mi pobyt w tak dalekim kraju i pomaga mi zapominać o różnych problemach.”

 

O nas – Misja w Bertoua 2009-10-01

O nas - Misja w Bertoua

Misja-Kamerun ma już ponad 10 lat. Nasza placówka znajduje się w Bertoua. Historię misji mamy nadzieję spisać w niedługim czasie. Owocem ciężkiej pracy misjonarzy, z których na placówce pozostał tylko ojciec Dariusz Godawa OP, jest szereg charytatywnych akcji i działalność duszpasterska. Ojciec Darek pełni funkcję proboszcza Parafii Św. Piotra i Pawła, prowadzi kilka wspólnot religijnych, opiekuje się dwoma chórkami kościelnymi, oraz regularnie odwiedza mieszkańców odległych wiosek odprawiając nabożeństwa, udzielając sakramentów i katechizując. Od kilku lat buduje kościół, ale ze względu na sytuację i potrzeby ludzi wokoło budowa postępuje wolno, by nie powiedzieć stoi… W ramach działalności charytatywnej ojciec Darek założył Foyer St. Dominique, spełniające rolę Domu Dziecka. Bez względu na stałe braki i bardzo skromne warunki życiowe, dzieci mają zapewnione, dzięki ojcu Darkowi, miejsce do spania, jedzenie i szkołę. Pomoc na misji obejmuje także wspomaganie najuboższych rodzin, zapewnienie edukacji dzieciom, a także finansowanie kosztów przygotowania i zdania matury. W miarę możliwości chcemy też pomóc najzdolniejszej młodzieży. Osobom, które zdały maturę i dostały się na studia staramy się opłacić koszt studiów szukając różnych źródeł finansowania.Oczywiście Misja-Kamerun, to nie tylko ludzie, którymi się opiekujemy, ale także zużywające się budynki i sprzęt, którymi trzeba się zajmować.

Arsen prosi o pomoc

Poniżej list-prośba o pomoc napisany przez Arsena ( obok mnie) przetłumaczony przez Jacky ( 3 lata w Polsce):

————————-

Witam serdecznie,

Nazywam się ARSENE NGUELE MPEGABOT. Jestem z Kamerunu i mieszkam na dalekiej północy kraju od roku z powodu mojego szkolenia w Instytucie Wyższym Sahelu jako student, kierunek Inżynier Przetwarzania Materiałów – Architektura i Mieszkalnictwa (TRAMARH).

Urodziłem się 06/05/1983 w Ngaoundere ( Region Adamaoua) w szpitalu wojskowym CIFAN-u. Pochodzę ze skromnej poligamicznej rodziny 16-u dzieci. 5 z tych dzieci umarli, zostaliśmy 11-cioro i jestem 4-ym dzieckiem. Mój tata był wojskowym, jest teraz na emeryturze (cześciowo sparaliżowany) i jego żony nie pracują.

Zacząłem szkołę w Przedszkole Prezydenckiej Gwardii w Yaounde, w stolicy kraju. Potem wypowadziliśmy się do Bertoua, gdzie skończyłem szkołę podstawową, gimnazjum i część technikum. Z powrotem do stolicy, dokończyłem technikum w liceum Nkolbison, gdzie zdałem maturę z budownictwa.

Po maturze nie studiowałem przez 2 lata z powodu braku pieniędzy. Dopiero po tych dwóch latach, zdałem konkurs do Instytutu Wyższego Sahelu, gdzie studiuję na kierunek TRAMARH, dla inżynierów przetwarzania Materiałów – Architektura i Mieszkalnictwa. Ja studiuje dokładnie architekturę i mieszkalnictwo, bo ten kierunek ma w sobie 2 oddziały.

Jeśli chodzi o studia, trwają 5 lat, skończyłem pierwszy rok i muszę zacząć drugi rok. Niestety martwi mi się tego, że, czy będę w ogóle do końca studiować, bo strasznie drogo kosztuje i nie ma pieniędzy. Dlatego proszę o pomoc, żebym mógł dokończyć te studia.

Jestem praktykującym katolikiem. Chrzest, pierwsza komunia i bierzmowanie, dostałem w Bertoua w parafii Świętych Piotra i Pawła tam gdzie poznałem O. Darka, który przez cały jego pobyt w tej parafii traktował nas jak jego dzieci, nauczył nas wszystko co trzeba wiedzieć i jak dać radę w życiu. Często podróżowaliśmy z nim w ramach jego pracy pastoralnej, zawsze jak coś zorganizował w parafii, rekolekcje itp., byliśmy. Ciekawe było zawsze, bo mówił co trzeba , umiał każdego rozumieć i nie czynił żadnej różnicy między ludźmi.

Kiedy pojawiły się problemy w zakresie studia, porozmawiałem z O. Darkiem i poradził mi napisać do Pana/Pani. Man ogromną nadzieję, że dzięki Waszej pomocy, będę mógł iść dalej ze studiami i kończyć moje szkolenie i być dobrym architektem.

Dziękuję z serca za pomoc i życzę wszystkiego dobrego.

Pozdrawiam serdecznie. Arsene

anguelle@yahoo.com Maroua Cameroun BP 46
———————————————————————————

Dzieci ze szkoły Saint Kisito, któym można pomóc

ADOPCJA SERCA – piękne dzieło!

Jedna z naszych podopiecznych została siostrą zakonną, Soeur Sylvie Ekosso (Fille de Marie). Od września 2011 roku została dyrektorem przedszkola i szkoły podstawowej (ponad 1300 dzieci) w kameruńskim Yaounde. Prosiła nas o pomoc dla jej biednych dzieci ze szkoły. Mamy zdjęcia prawie 1000 uczniów, którym pomoc jest bardzo potrzebna. Wiele osób spośród Was prosiło o taką formę wsparcia, ale my od kilku lat odmawialiśmy. Powodem był ogrom pracy papierkowej, na którą nie mamy czasu ze względu na prowadzony sierociniec. Struktur niestety nie posiadamy w swoich szeregach, ponieważ to wiąże się z niemałymi kosztami. W tym przypadku, sama Siostra zobowiązała się do prowadzenia dokumentacji adopcyjnej. Jeśli chciał(a)byś wspierać konkretne dziecko, napisz do nas! 

info@misja-kamerun.pl

Tym dzieciom możesz pomóc: Zobacz w Galerii ADOPCJA SERCA

Zerówka

Nasze na KAIu BLOGowanie tu skopiowane

2009-10-01   O nas – Misja w Bertoua                 

2010-01-07   Jak minęły święta w Afryce 

2010-04-07  Co słychać w Kamerunie

2010-05-03    Zbiórki w Polsce

Drodzy Przyjaciele Misji Kamerun                      2011-08-19 drodzy przyjaciele misji

Po dłuższej przerwie postanowiłem, że trzeba zająć się pisaniem tego blogu na poważnie. Tyle się u nas dzieje, można by pisać codziennie jakieś niusy. Gdyby nie ciągły brak czasu i problemy z dostępem do Internetu…   Na szczęście pomagają nam w tym nasi przyjaciele w Polsce dzięki aktywności Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca, które założyliśmy dwa lata temu. Dzięki Stowarzyszeniu, możemy na przykład korzystać z 1% podatku. W ubiegłym roku udało nam się nawet zebrać z tego tytułu ok. 64.000 zł. W tym roku „tylko” nieco ponad 31.000 zł. A potrzeby mamy chwilowo zwiększone, ponieważ budujemy nowy sierociniec w stolicy kraju, Yaounde, gdzie w międzyczasie wynajmujemy dom. Więcej napiszę w najbliższym czasie na temat tej budowy, ale dzisiaj chciałem przypomnieć dlaczego przeprowadziłem się z częścią dzieci z Bertoua do Yaounde. To było w 2009 roku. Przyleciałem do Polski z naszą podopieczną Jacky Dangana, która chce się uczyć w Polsce położnictwa i wrócić do Kamerunu służyć swoim rodakom. Pomagałem jej w niezbędnych formalnościach (ile z tym męki, to jeden Pan Bóg wie). Najważniejsze, że się udało i od dwóch lat Jacky uczy się polskiego, najpierw jako studentka Studium języka polskiego na Uniwersytecie Łódzkim i rok później w Poznaniu, a w tym roku ma szanse rozpocząć wymarzone studia.   W międzyczasie doszło również do zmian administracyjno-personalnych w diecezji w Bertoua. Biskup w wieku 75 lat złożył dymisję, która została przyjęta przez Watykan, a równocześnie zgodnie z tutejszymi „zwyczajami” poprosił nas Dominikanów o opuszczenie plebanii, która była własnością diecezji, a nie Zakonu. Ze względu na zaistniałą sytuację mój przełożony o. Bruno Cadore OP postanowił przenieść mnie do klasztoru Dominikanów w stolicy kraju – Yaounde. Nastał również nowy odpowiedzialny za szkolnictwo katolickie, który postanowił nie respektować ustaleń zawartych z poprzednim biskupem, gwarantujących Misji-Kamerun, finansującej w całości dotychczasowe funkcjonowanie szkoły podstawowej, wpływ na dobór kadry nauczycielskiej oraz poziom nauczania. Z tego powodu, postanowiłem zaprzestać bezpośredniego finansowania szkoły, a naszym podopiecznym, z pomocą sponsorów szkoły, nadal zapewniać naukę w innych szkołach gwarantujących odpowiedni poziom nauki. Tak że nasza pomoc trwa nadal i nawet możemy objąć nią większą niż dotąd liczbę dzieci, gdyż nie płacimy teraz pensji nauczycielom.   Zatem nie pozostało nam nic innego jak opuszczenie plebanii w Bertoua. Budynek i cały teren sierocińca nie jest własnością diecezji, tylko naszego Stowarzyszenia. Wynajęliśmy dom w Yaounde, spakowaliśmy dzieciaki z sierocińca i przeprowadziliśmy się do stolicy Kamerunu. Nasi zaś podopieczni, dzieci wspomagane przez adopcję serca, pozostały w Bertoua wraz ze swoimi rodzinami, a Misja Kamerun w dalszym ciągu wspiera ich naukę oraz często pomaga chorym uczniom.   Dodatkowo nie ułatwia nam sytuacji fakt, że mój powrót zaplanowany na lipiec, okazał sie niemożliwy – 1 czerwca odezwała się malaria. Spędziłem 4 godziny na ławce w mieście trzęsąc się jak osika raz z malarii, a dwa że mnie zgarnie zaraz policja jak jakiegoś kloszarda. Na szczęście miałem przy sobie chininę i po upływie jeszcze kilku kolejnych godzin wstałem z ławki miejskiej. Po przeprowadzeniu wnikliwych badań i konsultacjach ze specjalistami od medycyny tropikalnej zapadła decyzja, że muszę przez co najmniej kilka miesięcy zostać w Europie i poddać się intensywnemu leczeniu.   Po moim powrocie z Polski zaczęliśmy zajmować się rozwijaniem sierocińca w Yaounde i zaludnianiem na nowo „starego” sierocińca w Bertoua, który doglądam dojazdowo z klasztoru w Yaounde. Gdy pozostawałem kilka tysięcy kilometrów od Kamerunu, dzieci były pod opieką Marianny i Achilla. Ja nad wszystkim czuwałem przy pomocy codziennych emaili i sms’ow i innych internetowych komunikatorów. Dzieci miały, tak jak dotychczas, zapewnioną opiekę: spanie, wyżywienie, ubranie, oraz naukę, dzięki wspaniałomyślności i hojności Przyjaciół Misji Kamerun z całej Polski.   Sierociniec jest teraz w Yaounde, ale Bertoua to ciągle też nasza Misja-Kamerun. Co rusz ktoś przyjeżdża z Bertoua po pieniądze na szkołę dla dziecka, brata, siostry, kuzyna czy kuzynki. Często opiekunowie sierocińca jeżdżą do Bertoua i kontrolują sytuację na ile się da. Wkrótce napiszę o tym, jak nam się żyje w Yaounde i jak posuwa się budowa sierocińca.   o. Dariusz Godawa OP

Wszystko od nowa                                    2011-08-26   wszystko od nowa

Dziś chcę opisać jak wygląda nasze życie na placówce w Yaounde. Choć jesteśmy tu jakiś czas, to przez te kilka a nawet kilkanaście miesięcy nasze warunki życia niespecjalnie się zmieniają. Nie mamy naprawdę nic. Po prostu startujemy od zera i wszystko musimy stwarzać od nowa.   Wynajmuję dla naszych podopiecznych dom. Oczywiście kosztuje to spore pieniądze, więc docelowo chcemy zbudować Dom Dziecka w okolicy i kupiliśmy ziemię, o czym napiszę trochę później.   Ale najpierw o tym jak wygląda nasze życie. Żyjemy bardzo ubogo, więc wynajmujemy dom (w którym żadne drzwi się nie zamykają) ale już nie stać nas na umeblowanie. Nie mamy też bieżącej wody ani lamp w pokojach dla dzieci. Dzieci po prostu śpią na materacach a ubranka mają poupychane w wolnych miejscach na podłodze. Uczą się na betonie przy jednej lampie. Ja też wcale nie mam lepiej. Nie mam w pokoju ani krzesła ani stołu. Z laptopem mogę pracować tylko siedząc na łóżku, albo kładąc go na stary głośnik, który służy nam za podstawkę. Myję się polewając się kubeczkiem plastikowym wodą z wiaderka. Pastę do zębów Colgate kupiłem dopiero po 2 miesiącach po powrocie do w Kamerunu – pasta jest kilkukrotnie droższa niż w Polsce i aż żal było wydać na nią tyle pieniędzy, ale nie mogłem dłużej żyć jak kloszard.   Oszczędzamy na jedzeniu. Najtańsze jedzenie to ryż – 50 kg kosztuje 120 zł, ale przy 20 osobach do wyżywienia nawet taka ilość znika bardzo szybko. Ryż jest tańszy nawet niż maniok, który też jadamy od czasu do czasu. Od święta jemy rybę, a coś lepszego czyli np. kurczaka, tylko wtedy gdy ktoś nam podaruje. Żeby mieć jakiekolwiek witaminy jemy tutejsze liściaste rośliny.   Jemy jak typowi kameruńczycy – tylko raz dziennie. Normalne warzywa i owoce są bardzo drogie, ostatnio kupiliśmy 4 cebule które kosztowały nas aż 10 zł. Nie często możemy pozwolić sobie na taki luksus. W ciągu ostatnich kilku miesięcy schudłem 15 kilo. Dzieci na szczęście wyglądają w miarę dobrze.

 

Początek roku szkolnego w Yaounde                      2011-09-04 poczatek roku szkolnego w yaounde

Tu w Yaounde wakacje miały tylko dzieci. Ja przez cały czas pilnowałem budowy i poganiałem murarzy. Udało nam się postawić mury do takiej wysokości, że by budować dalej trzeba już używać rusztowań. Obecnie, ze względu na przygotowania do roku szkolnego, wbrew naszym planom musieliśmy budowę wstrzymać.   Trzeba dzieciom opłacić szkołę, a nie mamy funduszy na jedno i na drugie. W zasadzie na nic nie mamy i jemy już tylko ostatnie zapasy manioku. Opieką misyjną objęte są także dzieci z Bertoua oraz kilkoro studentów i studentek. Między innymi Yvette, która właśnie zrobiła magisterkę z prawa i od października zacznie robić doktorat oraz Marianne studiująca biochemię na Uniwersytecie Katolickim. Pomagamy im opłacić czesne za studia w wysokości około 4500 zł rocznie dla jednej osoby oraz wynająć skromne pokoiki, w których mogą zamieszkać. Serdecznie pozdrawia

      Budowa sierocińca w Yaounde                                2011-09-10 budowa sierocinca w yaounde

Mówiłem w poprzednich wpisach, że buduję drugi sierociniec w Yaounde (po sierocińcu z Bertoua). Kupiłem tu 2000 m2 terenu w mieście.   Ogrodziłem najpierw wszystko, nauczony doświadczeniem (zostaliśmy napadnięci i pobici 2 września 2001 w Bertoua) i w lipcu zacząłem budowę budynku sierocińca. Na razie od czasu wypadku w maju 2009, dzieciaki mieszkają w wynajętym domu, za który płacimy miesięcznie 1550 zł. Już od jakiegoś czasu negocjujemy z właścicielką by ta cena została utrzymana, gdy tymczasem ona chce, byśmy zaczęli płacić 2000 zł miesięcznie. Na razie udało nam się wynegocjować aktualną cenę do końca listopada. Chcemy jak najszybciej sie wyprowadzić do nowego domu, który to właśnie budujemy by nie płacić za wynajęcie. Tu w Yaounde mam 13 dzieci, ale jak pobudujemy dom to będzie docelowo może 32 dzieci tu w Yaounde, w tym pierwszym budynku, który stawiamy, za parę lat może być drugi tak jak na planie.   Prace nad budową rozpoczęliśmy z wielkim rozmachem. Jak ju/aż wcześniej pisałem kończymy spłacać raty za ziemię, którą zakupiliśmy głównie za pieniądze uzbierane w czasie mojego pobytu Polsce, a także z zeszłorocznych wpłat z 1% podatku. W ostatnich miesiącach trwały prace nad budową ogrodzenia zapewniającego bezpieczeństwo naszym wychowankom, które zakończyliśmy z sukcesem. Poniesione koszty to około 43750 zł. W lipcu rozpoczęliśmy budowę samego domu. Zatrudniliśmy 10 murarzy i liczyliśmy, że prace bez przeszkód będą wykonane do końca roku.   Tymczasem okazało się, że akcja 1% nie przyniosła oczekiwanych rezultatów. Być może ze względu na brak mej obecności w Polsce i osobistego proszenia o 1% dla Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca, mniej ludzi postanowiło wspomóc naszą organizację. Choć suma, jaką otrzymaliśmy, jest znacząca, bo wynosi aż 31.733,58 zł, to jest to zaledwie 49% tego, co spłynęło do nas z Urzędów Skarbowych w zeszłym roku. Właśnie na ten 1% liczyliśmy dla naszej budowy. Tymczasem kwota, jaką dostaliśmy, wystarczy zaledwie na fundamenty i posadzkę. W związku z tym zwolniłem 8 murarzy i w sierpniu zaledwie dwuosobowa ekipa powolutku pracowała, gdy tymczasem my musimy jak najszybciej się wyprowadzić.   A potrzebujemy teraz łopat, taczek, piasku, pustaków, cementu, kamieni i oczywiście wyżywienia dla robotników. Do wybudowania domu pod klucz potrzebujemy minimum 80 938 zł (wg szacunków architekta, które już w kilku aspektach budowy okazały się zaniżone).   Modlę się do Boga o cud, bo akcja 1% okazała się również cudem, ale niestety połowicznym

Rok szkolny 2011/2012 w Kamerunie i w Misji Kamerun      2011-09-19 rok szkolny 20011-12

Szkoła tutaj wygląda trochę inaczej niż w Polsce. Wprawdzie system szkolnictwa jest podobny, z niewielką tylko różnicą, ale cała reszta jest jeszcze daleko, daleko w tyle…   Szkoła powszechna jest niby obowiązkowa, ale to tylko teoria, ponieważ praktyka zupełnie się z tym nie liczy. Mało tego, że jest niby obowiązkowa to jeszcze jest niby darmowa, a w praktyce to też zupełnie co innego. Obowiązkowa – i co z tego, gdy rodzice nie mają pieniędzy. Kto ich ukarze, jak nie poślą swoich dzieci do szkoły? Gdyby ich wysłać do więzienia, pół kraju musiałoby w nim siedzieć. Są plemiona, które edukacją szkolną zupełnie się nie przejmują, a dzieci mają pracować w polu a nie „łazić” do szkoły, bo po co to komu i na co? Zwłaszcza, że po tej szkole i tak żadnej pracy nawet dla absolwenta Harwardu nie ma, jeśli nie ma pleców. Synek prefekta, gubernatora czy mera dostanie pracę choćby nawet matury prawdziwej nie miał.   No to zaczęła się ta szkoła w pierwszy, jak zwykle, poniedziałek września, ale to też tylko w teorii, bo w praktyce to dopiero za tydzień lub dwa zaczną rok szkolny tzw. „anciens”, czyli ci, którzy kontynuują naukę w tej samej szkole, a nowi będą się do szkół zapisywać do końca listopada lub nawet dłużej. A nowych to tu cała masa. W Polsce nie znana jest zupełnie praktyka, by zmieniać szkoły prawie co roku, a tu jest ona na porządku dziennym. Gdy w danym roku jest mniej pieniędzy w kasie domowej (a takiej i tak nie ma, bo chłop ma swoją kasę a kobieta swoją, i jest to ściśle strzeżona przez nich tajemnica, skąd biorą pieniądze i ile ich jest), to się dzieci zapisują do tańszych szkół. Gdy wypłata się spóźnia ( często nawet do 6 miesięcy) to już nie ma miejsc w szkole, ale tylko teoretycznie ich nie ma, bo praktycznie gdy się „negocjuje” z kim trzeba i ile trzeba to miejsce się znajdzie. No a negocjuje się zapis, miejsce w ławce, komitet rodzicielski i „takie tam” – co tylko dany zarządzający szkołą „wykaże”, że trzeba uiścić. Istnieją też takie szkoły w wioskach, gdzie są 3 klasy, a każda liczy po 100-105 uczniów i wszystkie te dzieci uczy jeden, jedyny nauczyciel. Przechodzi z klasy do klasy co 10-15 minut, zadaje zadania i idzie dalej. Gdy rok szkolny się kończy, w klasach znowu są te same dzieci, bo to przecież wioska, a więc nie ma ich za bardzo gdzie posłać. W mieście zmienia się więc te szkoły jak rękawiczki, a częściej nawet. Bywa ze dziecko jest co roku w nowej szkole, a to dlatego, że ot nie ma pieniędzy na tę samą, bo droższa tego roku, choć darmowa, a to brat taty się trochę podreperował finansowo, to się mu 3 dzieci upchnęło, a młodsza siostra przysłała swoje młodsze to się je za tanie pieniądze w byle jakiej szkole umieści; i tak dzieci nie tylko szkołę, ale i region kraju często zmieniają.   Nasze dzieci z sierocińca w większości chodzą już do szkoły. Znalazły się pieniądze na pierwszą ratę, bo na szczęście można płacić za tę „darmową” szkołę ratami. A na początku roku szkolnego wydatki na szkołę są nawet większe niż za czasów, gdy była ona oficjalnie płatna. Teraz każdy dyrektor („proviseur”) wymyśla sam, co trzeba zapłacić, jakie trzeba mieć mundurki, jakie buty, ile wynosi składka na komitet rodzicielski, ile na święto nauczyciela, ile na święto narodowe dla nauczycieli, żeby mogli sobie poszaleć, i każdy nauczyciel w klasie też dodaje swoje „roszczenia” itd. itd. O zeszytach i przyborach nie wspomnę. Książki w podstawówkach raczej nie funkcjonują, powszechnie używa się ich dopiero w „collège”, czyli w gimnazjum. Na początek, w pierwszych klasach wystarczy tabliczka z kredą i parę zeszytów, a później w klasach wyższych same zeszyty. Plecaki na te zeszyty, piórniki, linijki, ekierki i długopisy co roku muszą być nowe oczywiście, bo chińska jakość co roku musi być „odnawiana”. A tutaj artykuły chińskie to jak „zachodnie”, bo nie uświadczysz żadnych rzeczy „dobrej jakości”. Produkty chińskie to jak dla nas te z zachodu, a nigeryjskie to jak u nas „chińskie”.   Wśród dzieci z sierocińca, które jeszcze nie chodzą w tym roku do szkoły, jest jeszcze Patrick, bo powtarza klasę „Première” czyli tę przed klasą maturalną, Ingride, Cabrole i Hypolyte. Ingride i Cabrole to nasze nowe dzieci – sieroty całkowite, więc zapiszemy je do École Bilingue Barack Obama tuż obok naszego wynajmowanego domu. A Hypolyt to się chyba za pomocnika spawacza będzie kształcił, bo nie zbyt dobrze idą mu przedmioty typowo szkolne.   Napisałem, że Hypolyte powtarza klasę. Tutaj dzieci często oblewają rok i powtarzają go raz, dwa lub nawet trzy razy. Rzadko kto zalicza egzaminy za pierwszym podejściem, a są takowe: CEPE po podstawówce, BEPC po gimnazjum, Probatoire po zakończeniu klasy przed klasą maturalną i BAC, czyli matura, która rzadko jest zdawana za pierwszym razem. Ciekawostką w Kamerunie jest to, że wszystkie wyniki wszystkich egzaminów z całego kraju są podawane w radiu CRTV miejscowym, tak że swoje nazwisko można usłyszeć, a częściej go nie usłyszeć, wśród grona szczęśliwców.

Wakacje w kameruńskim stylu                          2011-09-24 wakacje w kamerunskim stylu

W Kamerunie niemal co chwilę są wakacje. Obchodzi się święta katolickie, muzułmańskie i narodowe, których jest też cała masa.   Świętuje się 1 stycznia, bo to dzień niepodległości z 1960 roku, 11 lutego bo to dzień młodzieży, 8 marca bo to dzień kobiet, wprawdzie wszystko niby funkcjonuje jak w dniu roboczym, ale tylko w teorii. Dalej 1 maja, bo wiadomo, 20 maja bo rocznica zjednoczenia Kamerunu anglo- i francuskojęzycznego, więc główne święto narodowe, itd. itd. No i żeby na defiladzie 11 lutego, 1 maja i 20 maja dobrze maszerować, to zamiast lekcji są kursy marszruty – czasem nawet na dwa tygodnie przed świętem. Jak już 20 maja minie, to niby szkoła powinna normalnie funkcjonować do ok. 20 czerwca, ale to tez tylko w teorii, bo w praktyce zajęć już prawie nie ma.   I jak w tych warunkach dzieci mają się czegoś nauczyć?   Dariusz Godawa OP

      Wiara    2011-10-06

Średnia wieku w Kamerunie wynosi ok. 26 lat, a średnia długość życia to 53 lata. Umiera się najczęściej na skutek malarii, AIDS (co 8 osoba jest nosicielem) i innych chorób w mniejszym stopniu. No ale w praktyce nie umiera się ani na skutek malarii ani AIDS, ale na skutek woli innej osoby. Takie są tu wierzenia: tu się samemu z siebie czy z powodu choroby nie umiera, tylko ktoś tę śmierć spowodował, szybko albo wolno, z bliska albo z daleka.   Co ciekawe klepsydry całego kraju są czytane codziennie w radiu o godzinie 13 i wtedy przez parę godzin słucha się tylko, że ten na skutek szybkiej, a ten na skutek długiej choroby zmarł.   Mało się tutaj czyta, a jeśli już to tylko Biblię, co bardzo sprzyja rozwojowi licznie reprezentowanym wiarom chrześcijańskim. Wiara jest tu obecna w życiu codziennym i całodziennym. W nocy natomiast jakoś umyka z głowy. W katolickiej Irlandii czy Polsce nie spotyka się takiej ilości różańców zawieszonych na wewnętrznych wstecznych lusterkach, takiej ilości napisów chwalących boga (niekoniecznie z dużej litery) na samochodach, takiej ilości piosenkarzy komponujących piosenki świeckie, przebojowe, wydawane na CD, które wychwalają Boga i zachęcają do pójścia za nim. Tutaj Bóg jest obecny wszędzie i nikt się go nie wstydzi. I nie mówię tu tylko o 38 procentach katolików rzymskich ale o Bogu w rożnych „wydaniach”.   Dariusz Godawa o.p.

Przyszłość                                                2011-10-14 przyszlosc

Rodzice adopcyjni dzieci (w ramach „adopcji serca”) często pytają: „jakie są marzenia, plany na przyszłość ‘mojego dziecka’?”   Gdy nam takie pytania zadają, tzn. mnie albo Jacky w Polsce, to się leciutko uśmiechamy. Najprostsza odpowiedź byłaby: „No… marzenia Pani/Pana dziecka są takie, żeby dzisiaj coś zjeść, a plany na przyszłość – czy starczy jedzenia do jutra wieczorem.” Nie mam zbyt często styczności z dziećmi z bogatych rodzin, bo za „mały” jestem by do nich dotrzeć, więc piszę tylko o tych, których tu większość. Może te bogate dzieci mają inne marzenia i inne plany niż po prostu „coś zjeść dziś wieczór”. Choć co do tych planów na przyszłość, to też niekoniecznie jest tak jak myślimy o tym w Europie. Mimo że francuski jest językiem powszechnie używanym w Kamerunie, myślenie jest inne i o przyszłość sobie tutaj głowy nie łamią. W językach Bantu, a tych w Kamerunie jest ponoć przeszło 250, malutko jest słów i pojęć wyrażających przyszłość, a jeśli są, to wyrażają przyszłość maksymalnie na dwa lata do przodu, tak że utrwaliło się takie bycie i życie „dziś” i maksymalnie do jutra. To też jest przecież ewangeliczne, skoro lilie polne piękniejsze od szat króla Salomona, a ptaki powietrzne żyją sobie, choć w jutro się nie patrzą.   Dariusz Godawa o.p.

Czarne i białe – rzecz o spowiedzi                                   2011-10-25 czarne i biale rzecz

Zaraz (3 tygodnie) po święceniach kapłańskich w 1993 roku wyjechałem z Polski. Najpierw byłem 3 miesiące w Kamerunie, później 10 miesięcy w Paryżu, i od 1994 roku non-stop tutaj w Kamerunie, z przerwami na urlopy. Otóż będąc ostatnio w czasie mojego przedłużonego urlopu w klasztorze poznańskim, jak każdy ze współbraci miałem dużo spowiedzi. W okresie przedświątecznym nawet do 6-8 godzin dziennie. Ja nigdy w moim 18 letnim posługiwaniu kapłańskim nie spowiadałem Polaków, oprócz jednej, czy dwóch osób w dzień po święceniach.   Jakież było moje zadziwienie w tych poznańskich ładnych konfesjonałach. Nie będę „polskich grzechów” wymieniał, bo znane są wszystkim, spojrzę tylko na nie z punktu widzenia spowiednika nowicjusza, który do tej pory pasał tylko czarne owieczki.   Może to ze mną coś nie tak w spojrzeniu na tę sprawę, więc proszę o wyrozumiałość i modlitwę.   Nagminnie większość spowiadających się w Poznaniu oskarżała się o rozproszenia na modlitwie, o niezachowywanie piątkowych postów, o spóźnienia na Msze Świętą czy również z brak skupienia na niej, o nieodmawianie pacierza, trochę o grzechy przeciwko 6 przykazaniu. Rzadziej już spowiadała się ze zła wyrządzonego bezpośrednio drugiemu człowiekowi. Pisze bardzo w uproszczeniu o większości, jaka trafiała do mojego konfesjonału, bo oczywiście są też i zupełnie inne spowiedzi, ale trafiają się dużo rzadziej niż te „typowe”. Tym, co mnie zdziwiło był fakt, że tak mało bliźniego w tych „wymieniankach”. Piszę oczywiście ciągle tylko w porównaniu z moim doświadczeniem spowiedzi w Kamerunie. Nic nie wartościuję i nie osądzam. I tak, chyba w 90 % przypadków wedle mojego, może zdziczałego już sumienia, po uważnym wysłuchaniu po raz enty prawie identycznej spowiedzi – w ogóle nie odnosząc się do wymienionych grzechów – od razu pytałem prawie każdego penitenta: „A co ty zrobiłeś dziś dla twojego brata/siostry, a czego dziś nie zrobiłeś? „Byłem, głodny, spragnionym nagi….” Komu ty dzisiaj (i tu wymieniałem datę dzisiejszą) dałeś jeść, komu pić, kogo przyodziałeś, do kogo się uśmiechnąłeś, bo jakiś taki dziś smutny, kogo odwiedziłeś w szpitalu, w domu dziecka, w więzieniu byłeś choć raz w życiu u kogoś? Kogo przytuliłeś dzisiaj, z kim płakałeś, bo stracił pracę, rzuciła go żona, zdradził mąż, bo syn umiera na rak? A z kim poszedłeś na piwo do knajpy, bo do kościoła sam już drogi dawno zapomniał i jedyny jego ratunek i pocieszenie we flaszce; wypiłeś z nim kielicha, wysłuchałeś, zaprzyjaźniłeś się, zaprosiłeś do „innej knajpy”? (Mam nadzieję, że tu nikt się nie gorszy, jak ci, co Jezusa pijakiem nazywali…)   Nie trzeba jechać do Afryki, zobacz ilu ludzi w twojej klatce schodowej woła o miłość, także o twoją miłość… a ty się spowiadasz, ile skwarek było w piątkowej jajecznicy, że się rozproszyłaś na Mszy Świętej, alboś zasnęła na różańcu.   Rożne są te polskie spowiedzi od kameruńskich. Mam mocne wrażenie, że w Polsce spowiadamy się bardziej z pierwszych trzech przykazań, a w Kamerunie bardziej z tych od 4 do 10. Zachęcałem więc penitentów w Poznaniu, by może zwrócili większą uwagę na kolejne przykazania, te zaczynające się od 4. W Kamerunie zaś, po spowiadaniu w Polsce, nawołuję teraz do przypomnienia sobie pierwszych trzech, bo tutaj z kolei to wszystko, co w Polsce słychać na spowiedzi nie jest prawie poruszane. Tutaj Bóg jest chyba gdzieś wyżej, za wysoko może, by tak można było od razu bezpośrednio przeciw niemu zgrzeszyć. Choć jednocześnie paradoksalnie jest bardziej obecny w życiu, w mentalności, w myśleniu. On jest i żaden Kameruńczyk nie podda tego w wątpliwość. Tu nie trzeba przedstawiać dowodów na istnienie Boga. Jest i tyle! …że wysoko?, ….ale JEST! „Trudno” przeciw Niemu bezpośrednio zgrzeszyć, bo jest za wysoko, a bliźni blisko, w tym samym łóżku (cale rodziny razem), na podwórku ( dom jest tylko do spania), przy ognisku, w szkole, na polu w pracy. Wszyscy się znają, wiedzą co, kto, z kim i kiedy i jak. Spowiada się więc Kameruńczyk, że nie pomógł babci, że się posprzeczał i czasem aż do rękoczynu doszło z żoną, że długo zwlekał z przebaczeniem, „ale proszę księdza, już się pogodziliśmy”. Tu nawet dziecko jakoś czuje, że nie może się wyspowiadać z ukradzionego długopisu, jeśli go najpierw nie odda. Gdzieś to pewnie w ich bajkach się pojawia, co od dziadków przy ognisku słyszą. Panuje tutaj wielki respekt starszeństwa, nie tylko dziadków, rodziców, ale brata choćby był 1 dzień starszy (poligamia tu wszechobecna, więc brat dzień starszy nie szokuje) i wykroczenia przeciw temu są również bardzo częstym tematem spowiedzi.   A jakby tak w Polsce przed spowiedzią oprócz o Panu Bogu, biała owieczka przypomniała sobie też o bliźnim, o swoich wobec niego zaniedbaniach. (W minimalnym procencie spowiadamy się w Polsce z grzechów zaniedbania w ogóle.) A jakby tak w Kamerunie przed spowiedzią czarna owieczka oprócz grzechów przeciwko bliźniemu, przypomniała sobie o Panu Bogu. To chyba by troszkę lepiej było na świecie!!!   Dariusz Godawa o.p.

Nasze codzienne życie w sierocińcu                                    2011-11-13 nasze codzienne zycie

Życie nasze ciągle monotonne i co dzień takie samo. Prąd nawala, przepaliły się podziemne kable łączące licznik przy bramie z domem, a nie będziemy przecież właścicielce wymieniać podziemnego kabla (jakieś 50 m), bo i bez tego chce nam podnieść czynsz. Czasami włączam agregat, ale pożera on 1 l ropy (3,50 zł) na godzinę. Najgorsze są deszcze. To już ostatnie opady w tym roku, bo pora sucha za parę dni, ale gdy pada, cały salon jest w wodzie i w większości pokoi mamy wodę na 3-4 cm wysokości.   Wtedy dzieciaki ze szmatami i wiaderkami zbierają tę wodę całymi godzinami. Cały dach jest dziurawy, mimo że z zewnątrz wygląda „elegancko”. A deszcze tutaj niewiele mają wspólnego z tymi w Polsce, pada raczej krótko – maksymalnie 1-2 godz., ale zwykle tylko parę minut, i wtedy pada najintensywniej. Wiadro można postawić pod gołym niebem i za chwilę jest pełne. Burze tutaj są „poziome”. Nie zabijają wiele osób, choć wali piorunami tak, jak nigdy w Polsce przez 33 lata nie słyszałem. Trzęsie się cały dom i huk trwa bardzo, bardzo długo, czasem nawet parę minut.   Dzieciom w szkole idzie nie za dobrze – kilkoro ma średnią w okolicy średniej danej klasy, a dwójka dzieci ma bardzo duże trudności w nauce. Jak łatwo się domyśleć, Yaounde to nie Bertoua (skąd przyjechaliśmy z dziećmi). Dzieci z Wilkowyj (z serialu Rancho) też miałyby trudności w szkole w Warszawie. Nasze dzieci tutaj nie tylko są z Wilkowyj, ale i też z rodzin patologicznych albo rodziny w ogóle nie mają. Dzieci w szkole w Yaounde nie mają katechezy, ponieważ tutaj religii uczy się tylko w szkołach katolickich, a na takie szkoły nas nie stać. Dzieci przygotowujące się do sakramentów mają katechezę w pobliskiej (1 km stąd) parafii, reszta ma tylko moje codzienne kazania katechetyczne i codziennie, od 17:30 do 18:30, odmawiamy z nimi cały różaniec .   Pomimo trudności jakoś sobie dajemy radę, nawet małe sumy odkładamy na budowę naszego domu. Ciągniemy pomalutku po worku cementu z 1 murarzem, na razie nikt nam nic nie dał na kolejny etap budowy „Elewacja”. Cały czas mamy pieniędzy „na styk”, ale można by powiedzieć, że Bóg nam pomaga finansowo – od lat już, gdy nie mamy prawie grosza, a trzeba nagle pomóc jeszcze jakiemuś dziecku (szczególnie z poza sierocińca), to najpierw wydaję na to dziecko ten ostatni grosz, a później zaglądam przez Internet na konto, a tu widzę, że ktoś wspaniałomyślnie właśnie tyle przelał na nasze konto, jakby tu był i wszystko widział i słyszał. Więc innego wytłumaczenia nie ma, jak tylko Boża interwencja. Morał: jak nie masz juz prawie nic w kasie, to za tę resztę pomóż komuś i a na Twoje konta nazajutrz wpłynie jeszcze większa kwota, hihihihi.   Dariusz Godawa o.p.

 Stary nowy prezydent                                         2011-11-23

Dziewiątego października odbyły się w Kamerunie wybory i po raz 6 Paul Biya (prezydent Kamerunu od 1982) został wybrany na kolejne 7 lat.   Dwie trzecie ludności to ludzie poniżej 25 roku życia, a w tej grupie prawie nikt nie głosował. Karty miało 7 na 20 milionów mieszkańców czyli te 1/3 powyżej 25 roku życia. I to ci głosowali. Chyba 77,9 % głosujących (z tych 7 milionów) zagłosowało na Paula ponownie. „Le choix du peuple” (wybór narodu) brzmiały hasła na transparentach i potężnych reklamach w mieście przed wyborami. Teraz mowa o „La volonté du peupe” (wola narodu). Jego motto to LA PAIX (pokój). Wmawia ludziom, że dzięki niemu w Kamerunie nigdy nie było żadnej wojny ani domowej ani z państwami ościennymi, oprócz małych potyczek z Nigerią w Bakassi o ropę. Więc skoro Kameruńczycy kochają LA PAIX to niech na niego głosują. I tak głosują ci starzy. Młodzi nie głosują wcale, bo co to zmieni.   Później, w czwartek, dwa tygodnie temu miała miejsce inwestytura, a w niedzielę odbyła się uroczysta modlitwa ekumeniczna w katedrze Notre Dame de la Victoire w jego intencji. Miało być o 13:00 i wszyscy już siedzieli od 10 godz. rano w katedrze, tzn. ci z zaproszeniami, czyli sama elita państwa, ale zaczęło się o 15:35, ponieważ Paul Biya zawsze przyjeżdża z kilkugodzinnym opóźnieniem. Jest przecież taki ważny. Wszedł do kościoła z żoną Chantal (która jest mulatką) i najpierw na chwilę uklękli przed tabernakulum, a potem zajęli wyznaczone im miejsca. Później były modlitwy: katolików, muzułmanów, prawosławnych i protestantów, śpiewały chóry poszczególnych konfesji. Na końcu udzielono błogosławieństwa parze prezydenckiej. Prezydent i jego żona trzymali w tym momencie grube świece. Z tej okazji całe centrum miasta było zamknięte dla ruchu już od 9 rano. To wszystko oglądałem oczywiście w telewizji.

 

Yaounde en Fête, czyli Boże Narodzenie w stolicy Kamerunu    2011-12-23 yaounde ne fete

Jak wszystko co przychodzi od białych i żółtych – jest czymś do skopiowania, często niestety ślepego. Zaczyna się jak u białych w okolicach połowy listopada od przyozdabiania sklepów w świecidełka, w przedświąteczne SOLDES (przeceny), w choinki, które tu są obcym nieznanym drzewem, ale dostępne są chińskie sztuczne. Często w domach miejskich widzi się taką choinkę raz przyozdobioną, która stoi zakurzona przez cały rok w największym domowym pokoju. Na święta się ją odkurzy, bo wielki kurz u nas nastaje szczególnie od listopada wraz z porą suchą.   Adwent – czas, w Polsce (w tej Polsce, jaką ja pamiętam sprzed 1993 roku), oczekiwania na Boże Narodzenie w wyciszeniu prawie wielkopostnym jest tutaj zupełnie nieznany. Księża trochę nawołują do zadumy, do ograniczenia tańców i picia, ale na niewiele to się zdaje. Nigdzie chyba, na żadnym innym kontynencie nie umieją ludzie pogodzić picia codziennego i codziennych tańców z wyciszeniem i zadumą nad misterium Wcielenia, jak potrafią to w podsaharyjskiej Afryce. Wszystko daje się tu pogodzić.   Rekolekcje adwentowe są oczywiście organizowane w parafiach, ale nie cieszą sie takim wzięciem jak bary obok kościoła. Widać to się jednak zmienia, ale jest to proces bardzo powolny. Pocieszające jest to, że tendencja w ewolucji obyczajów adwentowych jest tutaj pozytywna w przeciwieństwie do Europy. Jest tu coraz więcej wiernych uczestniczących w życiu Kościoła, a w Europie niestety coraz mniej. Seminaria Duchowne pękają w szwach. Inną sprawą jest „jakość”, ja piszę tu o ilości. Za 100 lat polskie kościoły będą pod opieka czarnych księży, to pewne na 100 %. Będąc na urlopie w Polsce, w jednym z dużych miast, po którejś z niedzielnych Mszy św., podczas której opowiadałem o Kamerunie i podałem kilka cyfr, podszedł do mnie Dziekan wydziału Statystyki i Demografii miejscowego Uniwersytetu. Podobały mu się jako demografowi moje statystyki i podzielił się swoją wiedzą. Powiedział mi, że wraz ze swoimi studentami przeprowadził badania, które doprowadziły ich do ciekawych wniosków: „czy Ojciec wie, że w roku 2300 w Polsce zostanie tylko – tu już nie pamiętam dokładnie – 2000 czy 3000 Polaków. Taka cyfra wyskoczyła profesorowi jako wynik, czyli krótko mówiąc za 300 lat nie będzie już w Polsce Polaków. Oczywiście te badania były prowadzone na podstawie aktualnych tendencji rozwojowych. Do tego czasu wszystko się może oczywiście zmienić. To była tylko taka mała dygresja na temat tego, że za jakiś czas mogą być potrzebni księża z Afryki w polskich parafiach.   U nas w domu może nie przez cały Adwent, ale od czwartej niedzieli Adwentu, czyli w ostatnim tygodniu Silentium Profundum, panowała wielka cisza: ani radia, ani telewizji, ani żadnego wychodzenia na zewnątrz, żadnych rozrywek. Nie ma tutaj żadnego nadzwyczajnego postu, bo w Afryce post trwa przez 365 dni w roku, ale jest przynajmniej to. Moje kaznodziejstwo towarzyszy dzieciakom na co dzień non-stop, więc nie zwołuję ich na specjalne katechezy. Codziennie odmawiamy Różaniec i odprawiamy Mszę św.   Od początku grudnia bardzo intensywnie pracują już miejscowe bary. A barów w Kamerunie jest najwięcej na świecie. Mamy tu regularnie, co parę miesięcy, kilkudniowe postoje globtrotterów, którzy to wszystkie kraje afrykańskie mają „w małym palcu” i wszyscy zgodnie się dziwią nad tym fenomenem unikalnym w Afryce: ilość barów w Kamerunie i litry pochłanianego tu piwa. W Yaounde nie przejdziesz 10 metrów, by nie było baru. I serwuje się w nich tylko piwo, żadnej herbaty, żadnej kawy, nie masz o tym co marzyć. A w barach tych ciągle siedzą ludzie i piją od rana do wieczora. Nie widuje się tu jednak zataczających się pijaków, co jest równie ciekawe. Kameruńczycy piją z głową. No i właśnie czas Adwentu to pełne bary, wszyscy „się cieszą z nadchodzącego Noël”, a nawet już nie Noël (co oznacza Boże Narodzenie po francusku), coraz powszechniej funkcjonuje określenie: „les fêtes de fin d’année” (święta końca roku), a najhuczniejszy jest „Bonne Année” czyli 1 stycznia.   Od kilku lat, od połowy grudnia w środku Yaounde, na placu defilad odbywa sie YAFE (YAounde en FEtes) czyli targi wszystkiego, co tylko kto ma do sprzedania. Centrum miasta (nie ma tu Rynku ani starego ani głównego) to takie rondo koło Katedry i centralnej poczty i to rondo jest całe w girlandach i migoczących światełkach ułożonych w formie palm (co ciekawe nie w drzewka wigilijne). Więc od kilku lat Święta w Yaounde kojarzą się większości mieszkańcom głównie z tym YAFE i nawet z Douala pielgrzymki ciągną na ten targ. Żadnych cudów tam nie wystawiają i nie sprzedają, ale za to barów tez tam bez liku i nawet zjeść można z rożna „sterydowego” kurczaka europejskiego. W tym roku nowość, reklamy tego lecą nawet na miejscowych 3 kanałach TV: La Girafe. A ta żyrafa to nic innego jak długa na metr prawie szklana rura pełna piwa „Castel” albo „33” do wyboru. I za równowartość jedynie 20 złotych można sobie kranik w żyrafie stojącej na barowym stole otworzyć i pociągnąć 5 litrów żyrafiej zawartości. Mamy więc Święta BN edycji 2011 pod patronatem Żyrafy w tym roku. To powszechne skojarzenia ze Świętami tego roku w Yaounde.   Jakieś porządki też się robi w mieście na te święta końca roku, częściej widać zamiataczy ulic i samochody Hysacam – to takie przedsiębiorstwo oczyszczania miasta. Nie było tego w ogóle w latach 90-tych, miasto tonęło w śmieciach. Teraz jest coraz czyściej. Miasto zbiera śmieci, ale ludzie tak jak kiedyś wszystko rzucają tam, gdzie stoją. Pomału się i to zmieni, mam nadzieję. U nas w domu też codziennie od początku „zimowych” wakacji dzieciaki latają z maczetami, motykami i miotłami i porządkują co się da. Trwa wielkie koszenie, zamiatanie i pranie w szarym mydle wszystkich rzeczy.   W domach ludzie kupują w dużych ilościach wszystko, co jadalne i pijalne, a piwa oczywiście zabraknąć nie może. Może w domach jest tak rzadziej, ale bary wykupują piwo skrzynkami z większych hurtowni, całymi dziesiątkami skrzynek. Częsty widok na przedświątecznej ulicy to chłopak z wózkiem wyładowanym 12 skrzynkami piwa. Na szczęście w Yaounde jest wielki browar, więc święta mogą sie odbyć. My sprowadziliśmy „les vivres” (prowiant) i dziczyznę ze wschodu, z naszego Bertoua, gdzie lasy aż sie roją od pancerników, mrówkojadów, jeży, gazeli, szczurów palmowych, waranów, węzy grubych jak noga, żółwi, ptactwa wszelkiego rodzaju no i, prawie tak jak w Polsce swininy – małp „mécaniciens”, nazywanych tak, ponieważ mają dłonie czarne od środka, czemu się moi czarni przyjaciele nie mogą nadziwić, wiec je ochrzcili mianem mechaników (czarne ręce od różnych smarów:-). Są też szympansy, goryle i leśne słonie, ale nie mogę napisać, że do tego też się strzela, bo jest to oficjalnie w kraju zabronione – zabronionych jest też wiele innych rzeczy… Ma też dojechać do nas osobowym autobusem jedna prawdziwa świnia (taka mała, ważąca około 50 kg, samożywiąca się, przydomowa) .Tu nawet świnie i kozy nadaje sie jako bagaż autobusowy w jednym mieście, a odbiera w drugim. Naszą brunetkę (świnie są w większości czarne albo czerwone, więc nie będzie to blondynka) wyekspediuje z Bertoua nasza znajoma Séverine. Pojedzie sama jak paczka nadana na poczcie. Po 350 km nasza brunetka wyląduje w naszym Foyer na ognisku.   W szkołach rozdano świadectwa za pierwsze półrocze. Jak zwykle dość hucznie to sie odbyło i dzieci mają wakacje od 16 grudnia do 2 stycznia. Skoro mamy ponad 2 tygodnie wakacji, wszystkie dziewczyny ze starszych klas podstawówek i z liceów „robią sie na piękne”. Każde wakacje tym się dla nich zaczynają. Zakłady fryzjerskie mają pełne ręce roboty. W szkole mundurek, porządne buty i krótka fryzura to reguła. Fryzura dla chłopaków i młodszych dzieci, to włosy długości 2 milimetrów, a dla dziewczyn to włosy splecione sztywno przylegające do czaszki. Niejednokrotnie dzieci wracają do domu z wyciętym maszynką do strzyżenia „pasem startowym” na głowie, bo ktoś tam miał już 3-milimetrowe włosy i pilnujący porządku szkolnego go tak urządził. Teraz będzie musiał ogolić głowę do zera w domu. Dopiero na wakacje wszystkie dziewczyny dopinają, doszywają, doplatają, dosztukowują co sie da. Handel sztucznym włosami w butikach kwitnie w tym okresie, resztę zrobią fryzjerki, których w Afryce jest co najmniej 10 razy więcej niż w Europie.   No i ciuchy, Noël to dla chrześcijańskich i innych niemuzułmańskich dzieci, podobnie jak dla muzułmanów koniec ramadanu, okres strojenia się. Opiekunowie czy rodzice kupują dzieciom ubrania i buty. Niewyobrażalne są święta w starych ciuchach. A że w same święto trzeba być już ubranym, to ubranka te dzieci dostają wcześniej. Nasze już je mają. No i czeka się na same „święta końca roku” (Boże Narodzenie, sylwester, nowy rok)   Święta Bożego Narodzenia dla całego Kamerunu, jak już wspomniałem, zaczyna się od ich opijania już w listopadzie. Dla chrześcijan będzie to natomiast oprócz opijania jeszcze Pasterka 24 grudnia wieczorem i cały 25 grudnia spędzony głównie w barach. Tradycja wieczerzy wigilijnej, opłatka, kolęd, jest nieznana. U nas w domu Pasterka jest ok. 21, a po niej wielkie zajadanie, jedyny raz w roku aż do bólu. Wszyscy oczywiście jesteśmy odświętnie ubrani. Świecidełka parę lat temu sprowadzone z Polski już od kilku dni dekorują nasz wynajmowany dom. Prezentów nie ma, bo kupiliśmy ubrania. Dzieci dostaną jeszcze jakieś landrynkopodobne cukierki, ciastka typu petit-beurre kupione w indyjskim supermarkecie Mahima za straszne, w porównaniu z Polską, pieniądze no i z miejscowego baru Le Jus (sok po francusku) czyli płyn, który nie jest ani czystą wodą ani piwem (woda zabarwiona i osłodzona). Śniegu, jak wy w Polsce w tym roku, nie mamy, mrozu też nie. Nie ma choinki, opłatka, wieczerzy wigilijnej, kolędy śpiewa się tylko na Mszy, bo to takie „nieswojskie”, bardzo francuskie, niezrozumiałe dla miejscowych. Mamy za to nowe ubranka, buty, świecidełka w głównym pokoju, Mszę Pasterską o 21:00, zajadanie i popijanie po Mszy, i kolejną Mszą rano 25 grudnia, a później jakieś wyjścia na miasto, może na YAFE.   W prezencie postanowiłem w tym roku zorganizować wyjazd z kilkorgiem dzieci nad morze do Kribi. Dla wszystkich będzie to pierwszy raz w życiu. 29 grudnia wstajemy o 5 rano, co nie jest dla nikogo żadnym wysiłkiem, bo tak tu się wstaje prawie zawsze, i ok. 9 będziemy juz nad zatoką gwinejską oceanu atlantyckiego. Popławimy sie w morzu, miejmy nadzieje nie potopimy się, a wrócimy do domu wieczorem. Samochód na 13 osób, więc 13-15 się zmieści.   Sylwester w Kamerunie to kolejny raz Bar i Nowy rok to jeszcze więcej i dłużej Bar. Przypominam: nie widzi się pijanych na ulicach. Siedzi sie długo w barze przy 2-3 piwach i może przez to, że trwa to długo ludzie nie upijają się na umór. Wszystkie te święta to Wesołe Święta, dla jednych z Narodzenia Pana, dla innych z końca starego i początku nowego roku, w każdym razie to największy świąteczny okres w Kamerunie, którego nie można nie pamiętać do następnych takich świąt.   Dariusz Godawa o.p.

 Malaria                                                    2012-01-19

malaria

Malaria tutaj to jak przeziębienie w Polsce.   Jeśli już człowiek siebie zna dobrze i potrafi po najmniejszych objawach rozpoznać, że malaria chce się za niego zabrać, to bierze prochy i przez jeden-dwa dni trochę leży w łóżku trochę jest na nogach i się z tego wychodzi i żyje dalej. Po świętach miałem swój drugi atak malarii od grudnia 2010, także spoko. U mnie zaczyna się to od bólu nóg i oczodołów i zaraz łykam 4 Malarone pierwszego, drugiego i trzeciego dnia i koniec malarii.   Tymczasem dostaliśmy pieniądze od naszych polskich darczyńców i mogliśmy posunąć dalej budowę naszego domu. Napiszę w najbliższych dniach o budowie. Jest już podłoga, dach i tynki. Są drzwi i okna (na razie bez szyb). Trzeba jeszcze tylko pomalować i przeprowadzimy się z dziećmi. Resztę (na przykład meble, szambo) będziemy robili mieszkając już na swoim.   Dariusz Godawa o.p.

      Wkrótce przeprowadzka do naszego nowo wybudowanego domu!    2012-01-26 wkrotce przeprowadzka

O budowie nowego sierocińca pisałem na blogu 10 września ub.r. (http://ekai.pl/blogi/misja_kamerun/x437/budowa-sierocinca-w-yaounde/) Dzięki hojności naszych darczyńców w okresie świątecznym będziemy mogli wkrótce się przeprowadzić. Dostaliśmy pieniądze na podłogę, sufit, drzwi i okna oraz na tynkowanie. Bardzo serdecznie dziękujemy wszystkim, którzy nam w tym pomogli.   Dla przypomnienia: budynek ma wymiary 20×10 m, 10 pokoi, łazienkę i salkę do nauki. Mamy juz wstawione okna (na razie bez szyb) i drzwi z żółtego drewna. Koszt drewna z robocizną i z wstawieniem to równowartość 6655 zł (mamy). Obecnie jesteśmy na etapie tynkowania – koszt z robocizną to równowartość 4275 zł (mamy).   Pozostanie nam do zrobienia: – Wylanie ostatniej wierzchniej warstwy podłogi z cementu – koszt całej podłogi 5379 zł (mamy). – Malowanie: farba olejna do 1,5m wysokości i wyżej farba wodna – koszt z robocizną 9027 zł (NIE MAMY). Farby oczywiście sprowadzane są z Europy, bo innych tu nie ma i są strasznie drogie, niestety. – Podłączenia świetlówek i kontaktów do założonej już instalacji elektrycznej – całość elektryki to 4821 zł (mamy). -Założenie kanalizacji/hydraulika/szambo – to zostawiamy na koniec, a koszty nie są jeszcze wycenione, póki co możemy korzystać z wychodka i z mycia na świeżym powietrzu 🙂 – No i mebli nie mamy jeszcze żadnych, wszystkie dzieci, nawet tu w wynajętym domu, śpią na podłodze na materacach z gąbki grubości 7 cm. Kilkoro dzieci siusia jeszcze do łóżka (nie ma co się dziwić, jak się jest sierotą od 3-4 roku życia), więc ich materace są owinięte takim brązowym plastikiem. Nie ma żadnych szafek na rzeczy, żadnych biurek ani krzeseł, że o ludzko wyglądających prześcieradłach nie wspomnę, ale i z tym pomału wyjdziemy na prostą z pomocą ludzi dobrej woli z Polski.   Gdy tylko uda się zebrać pieniądze na farbę, zaraz po malowaniu możemy się przeprowadzać. Początkowo chcieliśmy wprowadzać się zaraz po tynkowaniu, ale pokoje z ciemnoszarym cementowym murem, przy stosunkowo małych oknach są bardzo ciemne i ponure, jak cele więzienne, więc poczekamy na farbę. Okna są małe wszędzie w Kamerunie właśnie po to, żeby było raczej ciemno i ponuro, bo wtedy do środka nie wlatują owady: wieczorem okna się zamyka, zapala się światło i jest ok.   Wszyscy się cieszą na myśl o przeprowadzce, bo po pierwsze będziemy u siebie, a po drugie zluzuje się stan pokojowy. Obecnie na jeden pokój wielkości 4x4m przypada 7 dzieci, a w nowym domu dwójka dzieci będzie mieszkała w pokoju 3×3 m. Obecnie teren całej posesji w wynajętym domu to 1200 m2 a w nowym 2000 m2. Będziemy dalej od ulicy, a więc będzie mniej się kurzyć w porze suchej (kto był w Afryce w porze suchej wie co to znaczy). Przede wszystkim będziemy „na swoim”, a to najważniejsze i dla nas i dla dzieci. Jako że nie mamy wielkiego dobytku, przeprowadzka zajmie jeden dzień. Każde dziecko cały swój dobytek na jeden raz weźmie na ręce, załaduje do samochodu i pojedzie z nim 3 km dalej, gdzie stoi już nasz nowy dom.

 Na razie jeszcze bez prądu                                  2012-02-14 na razie jeszcze bez pradu

Budowa wre! Wszytko ładnie otynkowane, sufit przybity, podłoga wycementowana. Korzystamy „na gwałt” z pory suchej i pogłębiamy naszą studnię, by mieć w miarę pitną, własną wodę.   Ta z wodociągów miejskich, którą pijemy tu, w wynajmowanym domu, roi się od ameb, na które nie ma praktycznie rady, bo choćby przy myciu zębów czy pod prysznicem dostaną się do twojego brzucha. Już 4 razy od roku wiłem się po podłodze z bólu z powodu ataku tych ameb. Raz nawet straciłem przytomność i uderzyłem głową coś tak mocno, że ocknąłem się w kałuży krwi …i wiłem się z bólu dalej 🙂 Ciekawe że w Bertoua znałem ameby tylko z opowiadań, a tutaj stykam się z nimi osobiście raz za razem. Jak nie ja to ciągle któreś dziecko ma amebowe bóle. Na szczęście są na to dość skuteczne leki takie jak Flagentyl 500 mg. Niestety są bardzo drogie, bo jednorazowa dawka to koszt 25 zł, a lek trzeba stosować przynajmniej przez 3 dni, by się tego paskudztwa z brzucha pozbyć. Tańszy jest Metronidazol, ale też łyka się go przez 7 dni, a u mnie wywołuje on potężne zawroty głowy i jakieś omamy.   Tak więc zdecydowałem, że będziemy mieś „naszą wodę” z naszej studni, inaczej ameby nas zjedzą. Elektryk Vital do wcześniej założonej instalacji elektrycznej doczepia właśnie jarzeniówki, gniazdka i kontakty. Murarz Didier dziś lub jutro skończy cementowanie werandy. Na to wszystko dzięki Waszej ofiarnej pomocy mamy już środki. Niestety brakuje nam jeszcze na farbę, choć już uzbieraliśmy paręset złotych na ten cel. Co najsmutniejsze nie mamy pieniędzy na podłączenia do elektrycznej sieci miejskiej. Właśnie dziś rano po przeszło dwumiesięcznym oczekiwaniu „na kolanach” na informację z AES-SONEL (elektryka miejska) dostaliśmy od nich wybłaganą fakturę PRO FORMA, w której na czterech stronach czytamy niestety, że jesteśmy oddaleni o 172 metry od najbliższego słupa miejskiego i postawienie 4 dodatkowych słupów, kabel i wszelkie inne akcesoria będą nas kosztować 1 699 686 cfa – tj 11 333 PLN.   Faktura, jak widać na zdjęciu, jest wystawiona na Achille Ndinga, mojego współpracownika, i tylko dlatego wystawiono ją „już” po przeszło dwóch miesiącach oczekiwania. Tak „szybko”, bo podpisany na niej pan Mbarga Dominique to brat macochy Achilla, więc wszystko po znajomości w „expresowym tempie”, a rzeczona kwota obejmuje wszelkie możliwe rabaty przyznane też po znajomości. Mamy na wykonanie prac czas do końca miesiąca, bo tyle ważna jest ta faktura. Liczymy bardzo że z Waszą pomocą, „wyrobimy się” przed czasem i będziemy mogli podłączyć się do prądu.   Bardzo proszę by przy ewentualnych wpłatach na ten cel na konto (szczegóły o koncie na www.misja-kamerun.pl) dopisać: „NA FARBĘ” lub „NA PRĄD” O wszystkich ofiarodawcach pamiętamy w codziennym różańcu o 17h30.   Szczęść Boże Darek Godawa o.p.

 Razem z dziećmi w naszym nowym domu                     2012-03-15 razem z dziecmi

W Polsce powoli zbliża się wiosna i dzień się wydłuża. Tymczasem u nas w Kamerunie codziennie tak samo: dzień i noc trwają po ok. 12 godzin, tak jak w Polsce pod koniec marca. Nocne ciemności ostatnio dają nam się we znaki, gdyż podjęliśmy męską decyzję o przeprowadzce. Od końca lutego mieszkamy w naszym nowo wybudowanym Domu Dziecka w Yaounde, w którym jeszcze nie ma prądu ani wody. Przed nami jeszcze trochę wyzwań. Cały czas czekamy na zgodę elektrowni i zbieramy fundusze na zainstalowanie prądu (ok. 3000 zł). Przez pół doby, w nocy, musimy dawać sobie radę używając tylko latarek. Mnie udało się po znajomości podciągnąć kabel od sąsiada. Kabel ten daje minimalne napięcie, ale starcza na tyle, bym mógł podłączyć laptopa i komunikować się ze światem.   Poprosiłem dzieci, żeby napisały podziękowania do dobroczyńców. Piszą tak, jak się to robi tutaj przez „Père” (ojciec), ponieważ tu każdy, kto jest w wieku mojego ojca i dobrze mi czyni jest dla mnie „père”.   Przetłumaczyłem niektóre fragmenty tych listów.   Pisze na przykład Alida:   Youndé, dn. 3 marca 2012   Przeprowadzka   Drogi Ojcze, dzień dobry, piszę, aby Ojcu powiedzieć, że przeprowadzka przebiegła pomyślnie.   Widziałam nowy dom, jest naprawdę fajny. Nawet mama Marianne uważa, że jest ładny, lepszy od domu, który wynajmowaliśmy, że został budowany jak trzeba. To Didier budował go ze swoimi braćmi. Ten dom bardzo mi się podoba, wygląda jak w filmach. Jest cały biały i czysty. Jest długi, ma 11 pokojów dla wszystkich. W każdym pokoju jest wszystko, co trzeba.   Lubię nasz dom, bo jest porządnie wybudowany i piękny.   Alida     I jeszcze Dimitri, który skierował swój list do mnie:   Do mojego ukochanego Taty   Drogi Tato!   Chcę się z Tatą dzielić swoją radością i swoją wdzięcznością wobec Taty i cioci Marianne, która jest jak matka. Odczuwam dumę z faktu bycia w rodzinie, dumę przebywania we własnym domu (i na dodatek w samej stolicy).   Tato, od 4 lat nauczyłem się żyć u Taty boku, zawsze mnie Tata wspierał i pocieszał pomimo drobnych moich błędów wynikających z mojej ignorancji. Za wszystko, co było, przepraszam. W 2009 r. myślałem, że to już dla mnie koniec. Pan Bóg Tacie wynagrodzi po stokroć to, co Tata dla nas robi. Dziękuję za nowy dom. Wydaje mi się bardzo ładny i wygodny. Będę się modlić, aby Pan Bóg wypełnił Tatę radością i szczęściem.   Taty syn,   Dimitri     I jeszcze Dangana i Marius:   Niedziela, 4 marca 2012   Do naszego drogiego ojca   Drogi Ojcze!   Ojcze, inni już Ojcu podziękowali za pomoc, którą im Ojciec udziela. Nasze podziękowania są z głębi serca. Przyjął nas Ojciec w 2008. Nauczyliśmy się przy Ojcu dużo rzeczy, o których nawet nie marzyliśmy, że możemy się ich kiedyś nauczyć. Pomimo wszystkich błędów, które popełniamy, nieustannie się Ojciec nami zajmuje. Modlimy się dzień i noc, aby Ojciec nie tracił nadziei. Dzięki Ojcu, odkryliśmy nowe miejsca i chodzimy do szkoły pomimo naszych trudności w nauce. Nasze oceny nie są dobre, ale nie wynika to z naszej złej woli. Myślimy często o naszych braciach i siostrach i zastanawiamy się, co się z nimi dzieje, podczas gdy my tutaj dobrze śpimy, dobrze się odżywiamy. To nas niepokoi cały czas i przeszkadza w nauce, mimo że chcemy się uczyć, nawet teraz gdy nie mamy już problemów ze zdrowiem.   A jeśli chodzi o Ojca, to Ojciec dotrzymuje swoich obietnic tak, jak lew starający się o zdobycz. Po powrocie z Polski, obiecał Ojciec, że nam wybuduje dom i tak się stało w krótkim czasie. Ten dom nam się bardzo podoba, ponieważ czujemy się tu dużo swobodniej niż w starym domu, a w naszych pokojach mamy dzięki Bogu dużo więcej miejsca. Jeszcze raz Ojcu dziękujemy za wszystko, co Ojciec dla nas robi.   Dangana   Marius     W innych listach dzieci dziękują „ojcom” za ten nowy dom, informując, że przeprowadzka przebiegła pomyślnie, że nie jest już tak ciasno jak w starym domu i że już polubili swój nowy dom. Dziękują też swoim opiekunom cioci Marianne i wujkowi Achille. Piszą, że dom jest bardzo ładny i wygodny. Co dopiero będzie jak uda nam się podłączyć prąd i bieżącą wodę! 🙂     Darek Godawa o.p.

 Pasje i marzenia dzieci z naszego domu dziecka „Foyer Saint Dominique”                         2012-04-27 pasje i marzenia

Hejka! Ja jestem Ingride, mam 11 lat, chodzę do III klasy szkoły podstawowej i uwielbiam komedie W domu dziecka z moimi kolegami i koleżankami, czasami przygotowujemy małe przedstawienia. W ubiegłym roku graliśmy jasełki na Boże Narodzenie a ja nawet zagrałam rolę Matki Bożej. Był to radosny moment, wszyscy się cieszyli i było bardzo dużo oklasków, byłam bardzo zadowolona. Bardzo lubię być aktorką, teraz marzę o tym, aby być sławna. Ale chciałabym najpierw skupić się na szkole.   Cześć! Jestem Marlyse, mam 13 lat i jestem w V klasie szkoły podstawowej. Od małego lubię jeść słodkości a najbardziej te o smaku czekolady. Są takie dobre! Jak będę dorosła, chciałabym założyć szkołę kulinarną. Dzięki temu mogłabym piec ciasta o przeróżnych kształtach i smakach. Wyobrażam sobie, jak mogłabym upiec ciasto w kształcie domu czy misia, które byłoby super smaczne! Mój ulubiony film to „Charlie i fabryka czekolady”, ponieważ jest w nim mały chłopiec, który tak lubił słodkości, że zaczął robić najbardziej apetyczne słodkości na świecie. Ja uwielbiam wyroby cukiernicze. Kiedyś może będę miała dużą cukiernię i ludzie będą przyjeżdżali ze całego świata, żeby skosztować moich wypieków…   Hello! Jestem Jaison, mam 10 lat. Mój ulubiony sport to piłka nożna. W sierocińcu z moimi kolegami lubimy organizować małe zawody. Ja jestem kapitanem swojej drużyny i jesteśmy najlepsi! Kilka dni temu, Ojciec Darek podarował mi piłkę i koszulkę mojego ulubionego zawodnika Samuel Eto’o dlatego, że przyniosłem dobre oceny ze szkoły. Bardzo się ucieszyłem i mam dodatkową motywację, żeby jeszcze lepiej uczyć się w szkole. Mam takie marzenie, żeby w przyszłości grać w reprezentacji mojego kraju. Ale jestem jeszcze na to za mały i muszę ciężko pracować, aby zdać w przyszłym roku do IV klasy.   Dzień dobry, Nazywają mnie Alida, mam 13 lat, chodzę do V klasy szkoły podstawowej. Lubię czytać. Na Boże Narodzenie, ojciec Darek dał mi książkę „Harry Potter i Komnata Tajemnic”. Tak mi się ta książka podoba, że przeczytałam ją co najmniej 4 razy. W domu dziecka nie mamy biblioteki. Tak chciałabym, żebyśmy mieli, mogłabym czytać godzinami. Bardzo lubię też kwiaty. Kiedy będę dorosła, będę miała duży ogród, do którego będzie przylatywało całe mnóstwo motyli…   Cześć! Jestem Cabrole. Mam 11 lat, w sierocińcu czuję się jak ryba w wodzie, bo wszyscy są tu bardzo mili i uważni. Bardzo lubię zwierzęta. W naszym domu mamy gołębie i nawet psy. Lubię się nimi zajmować. Jest też papuga Zako, która jest bardzo zabawna, powtarza wszystko, co się do niej mówi. Kiedyś chciałabym być weterynarzem, w ten sposób mogłabym spędzać dużo czasu ze zwierzętami. Moje życzenie obecnie, jest takie żeby było więcej zwierząt z nami w sierocińcu: kaczki, króliki, pawie…   Dzień dobry! Mam na imię Jack, mam 9 lat i chodzę jeszcze do I klasy szkoły podstawowej. Tu w naszym domu dziecka często bawimy się jak szaleni razem z innymi dziećmi. Ale to co ja lubię nade wszystko, to rysować. Moja pani w szkole mówi, że jeśli będziemy się dobrze uczyć, w przyszłym roku będziemy chodzić do II klasy i że to już klasa dla dużych dzieci, nie mogę się doczekać, żeby tam chodzić…   Hej! Ja jestem Nina, mam 14 lat. Kiedy żyłam z babcią nie mogłam chodzić do szkoły, bo nie było jej na to stać i byłam smutna, że inne dzieci z mojej wioski chodzą do szkoły, a ja muszę pracować w polu. Dzisiaj dzięki Bogu i domu dziecka „Foyer Saint Dominique” mogę chodzić do szkoły tak jak inne dzieci i jestem bardzo szczęśliwa. W szkole uczymy się wielu rzeczy. Później chcę studiować medycynę na uniwersytecie. W ten sposób będę mogła leczyć wszystkich maluszków i przede wszystkim wiejskie dzieci, których rodziców nie stać na leczenie. Bye

 Goście z USA                                                      2012-05-31 gosci z usa

Mam tu od paru dni trzech Polaków z USA, którzy przejechali już Maroko, Saharę Zachodnią, Mauretanię, Mali, Burkina Faso, Benin, Nigerię i wylądowali u mnie. Ponieważ nie mam ostatnio czasu pisać ze względu na prace związane w naszym nowym domem, za pozwoleniem jednego z nich publikuję na blogu to, co napisał dla forum samochodów terenowych.   „Zajechałem do Ojca Darka kilka dni temu, jadąc przez Afrykę z Polski. www.misja-kamerun.pl funkcjonuje, dzieciaki żyją, uczą się i pracują. Ojciec Darek pilnuje porządku i prowadzi sierociniec wzorowo. Dzieci mają dla niego bardzo duży respekt i poważanie. Toyota jeździ, często wozi po kilkanaście dzieciaków w środku. Wszyscy wtedy bardzo się cieszą, bo wyjazd gdzieś samochodem to zawsze jakaś atrakcja, jedzie sie żeby odpocząć po długim czasie nauki, pracy i codziennych obowiązków.   Teraz sierociniec znajduje sie w stolicy Kamerunu, Yaoundé. I mimo, że to stolica, ostatni kilometr dojazdu do sierocińca to gliniana droga. Jeżeli jest sucho każdy może dojechać, ale jeżeli pada (tak jak teraz), to dojazd jest możliwy tylko samochodem z napędem 4×4. Błota kameruńskie są bardzo śliskie, to rodzaj gliny, która zalepia bieżnik opon, czasami wystarczy, że jest 5 cm błota i nie można przejechać osobówką. A po dużej porze deszczowej, kiedy pada naprawdę mocno, powstają koleiny, które utrudniają jazdę w czasie suszy. Wiec zawsze trudno tu się jeździ.   Sprzęty, które Ojciec Darek dostał od Was, z forum rajdy4x4, są bardzo dobrze wykorzystywane. Chociaż czasami niezgodnie z przeznaczeniem, bo np. zblocze do wyciągarki jest zainstalowane na studni, żeby było łatwiej wyciągać wodę z głębokości 20 metrów. Nikt chyba nie przypuszczał, że taki element będzie tak dobrze wykorzystywany i tak bardzo ułatwi życie w sierocińcu.   W Toyocie jest założony nowy komplet opon, gdyż oryginalny starł sie już na kameruńskich drogach. A że tutaj wszystko jest bardzo drogie (zazwyczaj 2, a czasami nawet 10 razy droższe niż w Europie), a nalewek brak, to taki zakup nowego zestawu opon to bardzo duży wydatek.   W sierocińcu aktualnie przebywa ok. 20 dzieci. Kilka dni temu nieoficjalnie zaczęły sie wakacje, a zatem część dzieciaków już nie chodzi do szkoły. Ale to nijak nie ma sie do wakacji dzieci w Polsce. Tutaj nie ma wylegiwania się przed telewizorem. Już od rana trzeba wyciągać wodę ze studni, pomagać w kuchni, czy rąbać drzewo do kuchni. Podstawowe rzeczy – pranie, mycie się czy sprzątanie po sobie to normalna rzecz nawet dla 6-latków. Wychowanie jest wzorowe, Ojciec Darek wkłada całe serce w zapewnienie dobrej przyszłości dzieciakom. Często jednak pojawiają się problemy zupełnie nieznane w Polsce: czy będzie coś do jedzenia przez kolejne dni, czy wszyscy będą mieli mundurki, żeby móc uczestniczyć w zajęciach szkolnych, lub czy będzie prąd, żeby móc odrobić zadanie domowe.   Kamerun jest super – kraj, ludzie, przyroda, kultura. Można się tu dużo nauczyć, dużo zobaczyć. Droga przez Afrykę to ok. 9 000 km, przy dobrych wiatrach można tu dojechać w 3 tygodnie. Zobaczyć na własne oczy ten kontynent, poczuć, posmakować. Afryki się nie zapomina. A zwłaszcza Kamerunu.”

 Wakacje                                                    2012-07-04

wakacje

Byli Amerykanie (poprzedni wpis), zostawili motor Kawasaki KLR650, a drugi sprzedali. Może da się zrobić jakąś reklamę na forach motocyklowych, że są dwa motory do dyspozycji na miejscu i motocykliści mogą przylecieć i za opłatą wypożyczyć 2 motory i objechać Kamerun. Taki pomysł wyszedł od naszych gości na motorach, więc może dałoby radę. Publikuję już pierwsze ogłoszenia na stronach motorowców. W czasie pobytu naszych motocyklistów postawiliśmy pierwsze 3-piętrowe łóżka za 126 000 CFA (franków CFA) każde i półki w jednym pokoju za 75 000 CFA. No i oni pojechali, każdy w swoją stronę, a my zostaliśmy tutaj.   Dzieci od ok. 20 maja nie chodzą do szkoły, bo odbywają się już tylko egzaminy. Dziś w Radio Nationale były podawane wyniki i nasze dwie dziewczynki Alida i Nina zdały CEPE i pójdą teraz do 6ème czyli do gimnazjum. Chyba je wyślemy do Adwentystów jakieś 2 km stąd, gdzie jest dobry poziom nauczania, choć nie jest to tania szkoła. Patrick i Dimitri właśnie skończyli egzaminy Probatoire i czekamy na wyniki, które mają być podane ok. 23 lipca. W ubiegłym tygodniu pojechaliśmy z dziećmi z Yaoundé do Bertoua, żeby je zawieźć tam na wakacje, a te z Bertoua zabraliśmy na wakacje do Yaoundé. Fajnie się jechało, bo od 12 czerwca 1993 roku pierwszy raz przejechałem odcinek 340 km na trasie Yaoundé-Bertoua w 100% po asfalcie. Był już asfalt na odcinku 140 km, gdy przyleciałem pierwszy raz do Kamerunu, a pozostałe 200 km budowali od 2005 roku i właśnie je ukończyli.   Zatrzymała nas policja, jak zwykle na rogatkach Bertoua, i policjanci doczepiali się, że do mojego samochodu muszę mieć prawo jazdy kategorii D a nie B. Ale ja zastosowałem metodę, którą mi podpowiedzieli nasi motorowcy, czyli wysiadłem z samochodu, podszedłem do baraku tych policjantów, usiadłem na ich fotelu i zacząłem czytać ich gazety, jakby nic się nie stało. W końcu im się zwykle nudzi i oddają papiery, a nawet przepraszają za niedogodności. Tak też zrobiłem i już po 30 minutach przeprosili mnie i wypuścili. Dzieje się tak dlatego, że gdy klient siedzi obok nich nie mogą zbyt ostentacyjnie brać łapówek od wszystkich przejeżdżających popsutymi samochodami, a tych jest 99%. Muszą się chować przede taką osobą, wiec wolą ją puścić. Jest to najlepsza metoda, teraz już sprawdzona przeze mnie osobiście.   No i dojechaliśmy do Bertoua, wypakowaliśmy się, zrobiliśmy trochę porządków w domu i zabraliśmy te dzieci, które miały z nami jechać w drogę powrotną do Yaoundé.

 Śluby kameruńskie                                                        2012-07-27 sluby kamerunskie

Śluby w Kamerunie są różne, w związku z czym młode pary pobierają się kilka razy, a uroczystości te mogą odbywać się na przestrzeni kilku lat: najpierw jest ślub tradycyjny poprzedzony ceremonią wręczenia posagu przez pana młodego, dalej ślub cywilny i później kościelny (wg przynależności wyznaniowej). Oczywiście, jako że kraj jest „zacofany”, pobierają się tylko i wyłącznie mężczyzna z kobietą i jakoś „małżeństwa” homo nam tu nie leżą i sam homoseksualizm jest nawet karany 8 latami więzienia.   Ślub tradycyjny   Najpierw jest ślub tradycyjny, poprzedzony dużo wcześniejszym spotkaniem rodzin i wręczeniem przez rodzinę panny młodej listy posagowej rodzinie pana młodego. Rodzina to oczywiście nie to samo co w Europie, z każdej strony liczy bowiem kilkuset osób. Rodzina pana młodego podczas zakrapianego spotkania otrzymuje listę i ma się wywiązać z tego zadania w dowolnym albo wyznaczonym czasie (zależy to od plemienia). Na takiej liście może być na przykład (przykład małżeństwa dziewczyny Pole z chłopakiem Ewondo) worek soli, 2 kozy, 20-litrowa butla wina, 7 kawałków materiału na suknię (takie małe bele tkaniny), 4 maczety, 5 garnków (wielkich), radiomagnetofon (niesprecyzowany) i tego typu zapotrzebowanie, raczej bardziej symboliczne. Wtedy po paru miesiącach albo latach, gdy pan młody uzbiera na to wszystko, lub od razu jeśli ma, następuje ceremonia wręczenia posagu. Wszyscy zjeżdżają się z całego kraju, zarówno cała jedna jak i druga rodzina. Zaczyna się uroczystymi przemowami szefów rodzin, przechodzi się do prowokowanej przepychanki słownej, że „to za mało jeszcze”, „ale wy tyle napisaliście i co jeszcze chcecie”, a bo „wy to skąpi”, itd. itd. Przeradza się to czasem w kłótnie dwóch rodzin, przynajmniej tak to wygląda, gdy ktoś patrzy z boku i nie wie o co chodzi. Po paru kwadransach takiej kłótni raczej zaaranżowanej i często bardzo dziś już sztucznej, ale wymogiem tradycji przeprowadzonej, wszyscy się ostatecznie dogadują i zaczyna się wręczanie towaru. Rodzina panny młodej dzieli się nim „na gorąco”. Później następuje wnoszenie jedzenia, ustawianie go na stołach na środku pomieszczenia i zajadanie: zaczynają osoby najważniejsze, a na końcu jedzą ci najmniej ważni, czyli dzieci. Wszystko przeplatane mowami to tego to innego przedstawiciela tej czy innej rodziny. Po koniec ucztowania wnoszone są skrzynki z piwem i pije się do oporu, ale nie jest to „opór” polski ale kameruński.   Pragnę tu podkreślić, że kultury picia Polacy mogliby się od Kameruńczyków uczyć. Kamerun to jedyny kraj w Afryce, gdzie na każdym kroku znajdziemy bar z piwem (z wyjątkiem północy kraju, gdzie islam jest bardziej obecny – mówię tu głównie o południu). Podróżnicy, którzy do nas zajeżdżają po roku podroży po krajach afrykańskich są zaszokowani ilością lejącego się tu wszędzie piwa. Jednak nie widzi się absolutnie ludzi zataczających się lub awanturujących się pod wpływem alkoholu. Nie widzi się bójek po pijanemu, nie ma prawie wypadków spowodowanych przez pijanych kierowców. Kameruńczycy znają miarę bardziej niż my Polacy. Piwo służy do rozweselania serca człowieka i nie ma tu żadnych skutków ubocznych. Jest to ciekawy fenomen opisywany nawet przez wielu podróżników w ich książkach o podróży po Kamerunie.   A więc na tych ceremoniach wręczenia posagu pije się do oporu kameruńskiego. Później są tańce przy wtórze bębnów (nie mylić z tamtamami, bo tamtam to nie bęben). I może to trwać do rana. Rano wszyscy się rozjeżdżają. Ceremonia wręczenia posagu rozpoczyna jakby okres narzeczeństwa, jeśli można to tak nazywać. Należy jednak w tym miejscu zaznaczyć, że młode pary w Kamerunie mieszkają razem, gdy tylko mają gdzie razem zamieszkać, a to może mieć miejsce nawet na lata przed ceremonią wręczenia posagu. Ceremonia wręczenia posagu jest tylko oficjalnym, szczepowym usankcjonowaniem związku i niczym więcej. W praktyce para młoda często mieszka razem od lat i ma już czwórkę dzieci chodzących do szkoły. Jeśli jednak nie ma jeszcze zgody rodzin na małżeństwo, to w każdym momencie szef rodziny może wszystko przerwać. Wręczenie posagu to zgoda szefa i starszyzny na ten związek.   Często w czasie takiej ceremonii rodziny ustalają datę ślubu cywilnego, który odbywa się przed urzędnikiem państwowym (lub przed szefem wioski).   Ślub cywilny   Ślub cywilny może odbyć się np. po roku od ceremonii tradycyjnej u szefa wioski lub w merostwie. Rodzina panny młodej wybiera wzór materiału, z którego będą szyte wszystkie ubrania gości i każdy powinien kupić odpowiedni kawał tkaniny („pagne”) i uszyć sobie wymagany strój. Wszyscy przyjeżdżają do USC zwykle z 2-3 godzinnym opóźnieniem, i jeszcze czekają na urzędnika godzinę zanim zacznie się ceremonia. W końcu rozpoczyna się mowa urzędnika przepasanego szarfą z flagą kameruńską, następuje wzajemne wręczenie obrączek, wszystko oczywiście przy unoszonych jak najwyżej rękach, by goście widzieli dobrze moment zakładania obrączek. W tym momencie rozbrzmiewają radosne 200-decybelowe okrzyki kobiet i brawa. Następnie para młoda i świadkowie podpisują akt małżeństwa. Świadkowie to zalegalizowana już wcześniej para znajomych lub krewnych. Uroczyste wyjście z „Sali ślubów” i obowiązkowe zdjęcia z urzędnikiem i całymi rodzinami trwają około godziny. Cały czas rozradowane i uśmiechnięte chórki śpiewają na całe gardło. Wszyscy uroczyście podchodzą do samochodów udekorowanych często różowym papierem toaletowym i rozpoczyna się tour de la ville (objazd miasta) z przyciśniętym do dechy klaksonem w każdym samochodzie. Na samochodzie poprzedzającym samochód młodych siedzą na masce druhny (ile się da), które mają najczęściej 15-20 lat. Korowód samochodów jeździ po całym mieście parę godzin, jeśli jest tylko ślub cywilny, lub krócej, gdy zaplanowany jest też ślub kościelny: wtedy korowód zajeżdża pod kościół.   Ślub kościelny   W kościele, jeśli rzymsko-katolickim, uroczystość ślubu wygląda tak, jak na całym świecie, jednak w kameruńskim wydaniu ze śpiewami na całe gardło i charakterystycznymi krzykami w momencie potwierdzenia przez kapłana zawarcia związku, po nałożeniu obrączek na wysokości prawie metra nad głowami, po to aby każdy mógł wydarzenie zauważyć. Po końcowym błogosławieństwie przez godzinę robione są pamiątkowe zdjęcia i następuje przerwa. Uroczyste przyjęcie w jakiejś wynajętej sali zwykle zapowiedziane jest dopiero na godzinę 20 lub 21, ale zaczyna się w praktyce jakieś 1-2 godziny później. Do tego czasu goście muszą sami zorganizować sobie czas.   Cały czas piszę o „młodej parze”, ale w Kamerunie na ogół to nie młodzi się pobierają, tylko ludzie co najmniej po trzydziestce a najczęściej nawet po czterdziestce i później. Mężczyzna musi być pewny swojej żony i nie może „żenić się w ciemno” ot tak, nawet jeśli ma z nią już 5-8 dzieci. Ślub następuje dopiero wtedy, gdy „narzeczony” uważa że wszystko ma sprawdzone. W moim 19-letnim posługiwaniu w Kamerunie błogosławiłem zaledwie 20 może 21 związków małżeńskich, a tylko w dwóch przypadkach „pan młody” i „panna młoda” mieli mniej niż 35 lat, choć teoretycznie ślub w Kamerunie można zawierać, gdy ma się 21 lat (mężczyźni) lub 18 lat (kobiety). Dorosłym jest się oficjalnie w Kamerunie od 21 roku życia. Za pozwoleniem rodziców dziewczyna może wyjść za mąż po ukończeniu 16 lat, a za pozwoleniem prezydenta kraju nawet 15.   Należałoby opowiedzieć jeszcze coś o poligamii, która jest w Kamerunie na porządku dziennym i jest oficjalnie uznawana przez państwo, ale niech to będzie temat do kolejnego wpisu.   Dariusz Godawa o.p. Misja Kamerun www.misja-kamerun.pl

 Rzecz o poligamii                                                      2012-09-14

rzecz o poligamii

Dzisiaj pisze Prisca Koungou, jedna z wychowanek Misji Kamerun:

W moim kraju poligamia to zjawisko normalne. W rodzinach kameruńskich często spotyka się liczne małżeństwa poligamiczne. Dla niektórych to nawet tradycja rodzinna, którą należy kontynuować. Na przykład w mojej rodzinie, mój ojciec i moja matka pochodzą z dwóch rodzin poligamicznych. Mówiąc ściślej, moi dziadkowie zarówno od strony ojca jak i od strony matki mieli ślub poligamiczny. Od strony Taty, mój dziadek Stanislas, który był szefem naszej małej wioski, miał 3 żony, wśród których była moja babcia. Proszę się nie obawiać, nie ożenił się ze wszystkimi trzema tego samego dnia! Najpierw poślubił pierwszą żonę, Henriette, potem poślubił moją babcię Delphine, a na końcu Colette.   Jako szef wioski mój dziadek musiał mieć więcej niż jedną żonę, ponieważ tak nakazuje tradycja. Tata opowiadał mi parę razy, jak wyglądało ich życie. Z całą pewnością było ono dobrze zorganizowane! Po pierwsze, jeśli chodzi o warunki mieszkaniowe, Dziadek wybudował trzy kuchnie dla swoich trzech żon. Był też główny dom, z dużym pokojem, gdzie Dziadek jadał, oraz sypialnie. Każda z żon zajmowała jedną sypialnię, podczas gdy Dziadek nie miał własnej. I tak jej nie potrzebował, bo spędzał noce na zmianę w sypialniach swoich żon. Kłótnie między żonami na temat tego, czyja to kolej wypada dziś w nocy, nie były więc rzadkością. Posiłki były podawane w dużym pokoju głównego domu. Babcia i pozostałe żony Dziadka gotowały obiady każda w swojej kuchni, a następnie przynosiły swoje potrawy i ustawiały na stole w dużym pokoju głównego domu. Dziadek codziennie spożywał tam posiłki z synami, podczas gdy córki jadały każda z własną matką w kuchni matki. Dochody rodziny pochodziły głównie z handlu. Moja babcia i jej „współżony” uprawiały, każda ze swojej strony, owoce i warzywa. Część zbiorów była przeznaczana na posiłki dla rodziny, reszta była sprzedawana, aby móc finansować inne jej potrzeby, takie jak szkoła dla dzieci lub opieka zdrowotna dla wszystkich członków rodziny… Dziadek miał też pole kakaowców i sprzedawał kakao na finansowanie wielu innych wydatków. Jeśli chodzi o moich dziadków od strony matki, mój dziadek był nauczycielem w szkole podstawowej. Miał 4 żony, a życie rodzinne wyglądało podobnie jak u dziadków od strony Taty. Każda z żon miała własną kuchnię i sypiała na zmianę z Dziadkiem. Z każdą z nich Dziadek miał dzieci, razem aż 27!!! Najstarsze dzieci musiały więc pomagać w wychowywaniu młodszych i także opłacać swoją część wspólnych kosztów rodziny. Jeśli chodzi o wychowanie dzieci, moi rodzice zostali wychowani w duchu tolerancji i szacunku dla innych i przede wszystkim w stosunku do pozostałych żon ich ojca, które dzieci miały nawet uważać za swoje kolejne mamy. Pomimo tego, moi rodzice byli zawsze bardziej przywiązani do własnej biologicznej matki i do rodzeństwa z tej samej matki. Jeśli chodzi o moich rodziców, to pomimo iż pochodzą z rodzin poligamicznych oni są monogamistami. W Kamerunie poligamia nie jest obowiązkowa, każda para ma wybór, w jaki sposób chce żyć, są zatem obok poligamicznych i rodziny monogamiczne.

 Mały Jason                                                               2012-10-16

maly jason

We Foyer Saint Dominique jest tyle historii ile dzieci, a wszystkie one jednakowo smutne. Jason, lat 11, i jego kuzyn Cabrol, lat 12, zostali przyjęci do Foyer kilka lat temu, gdy zmarli ich rodzice. W przypadku Jasona, wszystko zaczęło się, gdy miał zaledwie rok i na AIDS umarł jego ojciec. Mama Jasona, również chora na AIDS umarła dwa lata później. W wieku 3 lat, Jason i jego starsi bracia zostali bez mamy i taty.   Najpierw przyjął ich do siebie wuj, który miał dwie żony i ponad dziesięcioro dzieci. Wobec potrzeb rodziny, warunki życia u wuja Jasona, który już żył niemal w nędzy, jeszcze bardziej się pogorszyły. Wuj nie był dalej w stanie wyżywić swojej rodziny, która z dnia na dzień stała się jeszcze bardziej liczna, gdyż był on tylko ubogim rolnikiem. To wówczas powierzył Jasona opiece Foyer Saint Dominique. Chłopiec miał wtedy dopiero 4 lata a wuj wkrótce sam zmarł na AIDS, dwa lata po śmierci swoich dwóch żon, z których jedna była matką Cabrola, kuzyna Jasona. Podobnie jak Jason, Cabrol wcześnie został sierotą. Najpierw zaopiekowała się nim siostra matki, która była jednak bardzo uboga i nie mogła sprostać jego potrzebom, a tym bardziej nie stać jej było, aby zapisać go do szkoły we wsi, do której chodziły wszystkie dzieci w jego wieku. Od najmłodszych lat Cabrol ciężko pracował w polu aż wreszcie w 2010 r. został przyjęty do Foyer Saint Dominique, gdzie od razu poczuł się jak w domu. Nie było tak natomiast w przypadku Jasona. Biedny maluch miał ogromne problemy natury psychicznej, nie mógł otrząsnąć się z szoku po stracie całej rodziny w tak krótkim czasie, często budził się w nocy straszliwie krzycząc z powodu sennych koszmarów i tych wszystkich rzeczy, które, jak twierdził, słyszał i widział jako tak małe dziecko. Nie mówiąc już o atakach strachu, w czasie których nie panował nad sobą do tego stopnia, że często załatwiał swoje potrzeby fizjologiczne brudząc ubranie. Ze względu na fakt, iż tak ciężko chorował, Jason jest dzisiaj dzieckiem opóźnionym w rozwoju w stosunku do swoich rówieśników. Ale dzięki Bogu jest dzisiaj w 4. (przedostatniej) klasie szkoły podstawowej i stał się chłopcem żywym, inteligentnym, pracowitym i lubiącym współzawodnictwo. To, co kocha ponad wszytko, to piłka nożna, marzy zresztą, aby zostać zawodowym graczem. Tak jak jego kuzyn Cabrol, który pragnie zostać lekarzem najmłodszych dzieci, i pozostałe dzieci z Foyer, Jason pomału odbudowuje swoje życie.   Napisała (w j. francuskim) Prisca, wychowanka Misji Kamerun, przetłumaczyli polscy przyjaciele Misji www.misja-kamerun.pl

 Kamerun, czyli Afryka w pigułce !                                       2012-11-02 kamerun czyli afryka

Jeszcze nieco ponad rok temu nie przeszłoby mi przez myśl, iż udam się w podróż do Afryki i zobaczę jak wygląda życie dzieci z Domu Dziecka „Foyer St. Dominique” w Yaounde, prowadzonego przez Dariusza Godawę OP, który już od prawie 20 lat pomaga sierotom z Kamerunu. Wypadałoby się szczerze przyznać, iż nawet nie wiedziałem jak nazywa się stolica Kamerunu. Ogólne pojęcie Europejczyka o Afryce zazwyczaj kończy się właśnie na słowie Afryka. Jak łatwo potrafimy uogólniać cos, czego w ogóle nie znamy. A przecież czarny ląd to kontynent z ponad 50 niezależnymi państwami.   Mimo swojego jeszcze młodego wieku, 30 wiosen w kalendarzu, miałem okazję zobaczyć niejedno miejsce na ziemi, nie wliczając wielu krajów europejskich, m.in. Australię, Malezję, Stany Zjednoczone Ameryki, jednakże nigdy wcześniej nie odwiedziłem Afryki. Moje wszystkie wcześniejsze podróże miały charakter bardziej turystyczny, zupełnie inaczej miała się sprawa odnośnie Kamerunu. Powinienem wspomnieć, iż przez kilka lat prowadziłem w Polsce z powodzeniem firmę budowlaną, która pozwalała mi spokojnie finansować moją pasję do podróżowania. Jednakże złote lata w pewnym momencie się skończyły, a przyszedł czas bezowocnej wegetacji na przysłowiowym garnuszku rodziców.   Istnieje duże prawdopodobieństwo, iż taki stan utrzymywałby się do dnia dzisiejszego, gdybym nie trafił na informację o misji prowadzonej przez Ojca Darka w Yaounde. Nawet nie pamiętam skąd i kiedy dowiedziałem się o tym projekcie, ale praktycznie od razu postanowiłem mieć swój, chociażby niewielki, wkład w pomoc potrzebującym dzieciom z Foyer St. Dominique. Była to decyzja, aby przyjechać do Yaounde i pomagać tutaj, na miejscu. Po kontakcie z o. Darkiem i otrzymaniu akceptacji na taką formę pomocy, zacząłem gromadzić środki na zakup biletu do Afryki. Nie będę ukrywał faktu, iż przyjazd wiązał się również, przynajmniej w małym stopniu, z chęcią zobaczenia czarnego lądu, ale głównym zadaniem miała być pomoc wychowankom domu dziecka.   Wybierając się w podróż nie miałem pojęcia, czego się spodziewać, jak wszystko będzie wyglądać, nie miałem nawet opanowanej znajomości języka francuskiego, który jest tu podstawowym językiem urzędowym. Swoje obawy i wątpliwości powierzyłem Opatrzności Bożej, prosząc Pana Boga o natchnienie i siły w realizacji moich planów. Sama podroż była długa i męcząca, zważywszy chociaż na przesiadki i oczekiwania na połączenia autobusowe i lotnicze. Jednakże radosne przywitanie mnie na lotnisku przez wszystkich podopiecznych sierocińca wynagrodziło wszelkie niedogodności podróży z nawiązką. Nie spodziewałem się takiej otwartości i życzliwości od pierwszego momentu, gdy moja stopa stanęła na afrykańskiej ziemi. A z pewnością nigdy w życiu nie przypuszczałbym, jaki los spotka mnie tutaj, w Kamerunie. Ale o tym z dalszej części…   Maciej Kieruj

 Kamerun, czyli Afryka w pigułce ! (cd.)                          2012-11-11 kamerun czyli afryka 2

W Foyer St. Dominique mieszka w tej chwili 17 podopiecznych, którzy są wychowywani wedle prostych reguł, zgodnie z wiarą chrześcijańską. Zasady są tutaj bardzo proste, tak jak i warunki w których mieszkają dzieci. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie dobra wola i chęć bezinteresownej pomocy wielu darczyńców, którzy wsparli, bądź też wciąż wspierają utrzymanie sierocińca. Potrzeb jest zawsze wiele więcej niż możliwości, jednakże ojciec Darek doskonale radzi sobie z organizacją funkcjonowania ośrodka. Ktoś mógłby zatem zapytać, czy potrzebna jest tutaj pomoc takich osób jak ja?   Otóż, każda forma pomocy jest zawsze mile widziana, a lista potrzeb, nie tylko materialnych, jest długa. Tutejsze dzieci doskonale radzą sobie z samoorganizacją, nie licząc nauki, która jest jednym z głównych zadań sierocińca, pomagają w utrzymaniu czystości, same potrafią wyprać sobie swoje rzeczy (nikt nikogo tutaj nie wyręcza jak to w Polsce bywa norma). W związku z kłopotem dostępu do wody dzieci same dbają o to, aby nigdy nie brakło wody, która trzeba pobierać ze studni, dzieci potrafią same szyć ubrania, które przecież tak szybko się zużywają i niejednokrotnie są zszywane po kilka razy; takich przykładów można podawać więcej i więcej.   Pragnę podkreślić tutaj pewną rzecz, mianowicie podejście Kameruńczyków, którzy są katolikami, do praktykowania i rozumowania wiary. Nie mam na myśli jedynie wychowanków sierocińca, a ogólnie społeczeństwo. Nauczony obserwacją miejscowej ludności, szczerze przyznaję, że niejeden/niejedna z nas mogliby się wiele tutaj nauczyć. Wiara tutaj jest prosta, dla każdego istnieje Bóg, wszechobecna jest modlitwa, ludzie nie wstydzą się otwarcie rozmawiać o Bogu, chwalić i wielbić Stwórcę!! Prosty przykład: ilu z nas Europejczyków potrafi bez zastanowienia zadeklamować 10 przykazań Bożych, albo wymienić 7 Sakramentów Świętych (sam na tym poległem), albo któż ma w pamięci Tajemnice Różańcowe? My, Europejczycy, patrzymy na Afrykę generalizując ją, uważając za trzeci świat pod każdym względem, a jest to jak najbardziej mylne myślenie. To my, moglibyśmy wiele się nauczyć od tych ludzi!! Owszem, warunki życia tutejszego daleko odbiegają od standardów, do których jesteśmy tak bardzo przyzwyczajeni, jednakże w żadnym stopniu nie możemy twierdzić, że jesteśmy lepsi od mieszkańców Afryki. To czego tutaj brakuje, a wymienię akurat tylko sierociniec, to pieniądze!! Niestety one rządzą wszędzie, a tych brakuje zawsze. Nie ma co ukrywać i pisać miedzy wierszami w czym rzecz, gdyż, jeśli nie wiadomo o co chodzi, zawsze chodzi o pieniądze. Takiej formy wsparcia potrzeba tutaj, aby pomagać dzieciom, które są naprawdę bardzo zdolne, chętne, by się uczyć godnego życia, kształcić się i żyć w zgodzie z wiarą chrześcijańską.   Jednakże wrócę do mojej osobistej ‘przygody’ związanej z pobytem w Foyer St. Dominique. Na czym może polegać pomoc białego człowieka, który ma prawie zerową znajomość języka francuskiego? Otóż, nawet i bez tego można sobie doskonale poradzić w kontakcie z dziećmi. A dodatkowo wspomnę, iż niektóre osoby znają też angielski, co znacznie ułatwia sprawę. Pomóc można i fizycznie, np. przy noszeniu wody, gdzie beczki wcale nie są lekkie, albo tez intelektualnie, zwyczajnie rysując z dziećmi, zajmując czas grami edukacyjnymi, czy starając się nauczyć je chociażby podstaw języka angielskiego a zainteresowanych nawet polskiego!   Pisząc tę historie, nie opisałem jeszcze najważniejszego dla mnie aspektu, połączonego z przyjazdem do Kamerunu. Mianowicie, nigdy nie przypuszczałbym, iż ten daleki wyjazd sprawi, że poznam tutaj wybrankę swojego serca. Tak, dokładnie! Serce nie sługa, jak powiada znane powiedzenie. A wybranka serca okazuje się być jedna z wychowanek misji, Prisca Koungou. Łaska Pana Boga naszego pozwoliła mi spotkać na swojej drodze drugą połówkę aż tutaj. Jeśli ktoś nie wierzy w miłość od pierwszego wejrzenia, to nie podyskutuje ze mną. Juz przy pierwszej mojej wizycie w Foyer, wiedziałem, że to Ta, jedna, jedyna! A zaczęło się na lotnisku, przy pierwszej wizycie w Kamerunie. Jedno spojrzenie na przywitanie i juz coś przysłowiowo zaiskrzyło. Moje szczęście w tym, że Prisca zna język angielski, który pozwolił nam na swobodny kontakt na początku znajomości. Przegadane godziny, które odczuwało się niczym minuty, wbrew pozorom podobne i wręcz takie same zainteresowania, pasje, pragnienia i marzenia, wspólna wiara katolicka, pomogły zapoznawać się lepiej i lepiej… A teraz wiem, ze oboje szczęśliwi i wzajemnie zakochani, wkrótce złożymy przed Bogiem przysięgę małżeńską, ale to już temat na kolejną opowiastkę…   Maciej Kieruj

 Kolorowe sny                                                                2012-12-01 kolorowa sny

W Afryce jestem już dwa tygodnie. Już? Oczywiście, jestem dopiero dwa tygodnie. I gdy będę wyjeżdżać za prawie trzy miesiące, też będę mogła powiedzieć – byłam tu zaledwie trzy miesiące. Nie będę więc pisała o Afryce, bo cóż mogę o niej powiedzieć, ja Europejka przeżarta europejskim patrzeniem na świat, racjonalnym, zawsze najlepszym, wszystko klasyfikującym i doczepiającym etykietki. Będę próbowała jedynie dzielić się moim tu i teraz. TU – to „Foyer St. Dominique” czyli teren ogrodzony wysokim murem na przedmieściach Yaounde, dokąd prowadzi już tylko bita droga, no może w porze deszczowej raczej rozbita. TERAZ – to, chwila, w której opisuję to miejsce, jego mieszkańców i moje odczucia, bo przecież wszystko co będę opisywała będzie subiektywne jakkolwiek bym się nie siliła na obiektywizm. Moje dzisiejsze tu i teraz będzie dotyczyło wczorajszego wieczora.   Jemy z O. Darkiem kolację, rozmawiamy o dzieciach, mówię, że tak wcześnie wstają jeszcze przed piątą choć msza jest dopiero o szóstej. O. Darek odpowiada – one tak wstają z zimna, wolą wstać i się kręcić, cokolwiek robić niż marznąć leżąc. Rzeczywiście, łóżka trzy kondygnacyjne, jeśli tak można powiedzieć, dzieci maja od niedawna. Wcześniej spały na podłodze. Materace na łóżkach liche, do granic możliwości – sama gąbka już mocno zużyta, brak prześcieradeł, koców, przykryć, poduszek, na dodatek troje dzieci jeszcze się w nocy moczy, co dodatkowo utrudnia sprawę. W tym domu dzieci są od marca, wszystko jest nowe lecz tylu rzeczy brakuje. Były przecież ważniejsze potrzeby, budowa domu, a wcześniej zakup gruntu pod dom. Nowa duża inwestycja, a przecież jeszcze funkcjonuje stary dom w Bertoua, gdzie są dzieci, dodatkowo studenci, doktoranci, rodziny, którym o. Darek pomaga, a wszystko z tych samych pieniędzy, których niestety nie przybywa, i są tylko od darczyńców – ludzi dobrej woli. Przybywa jedynie potrzebujących. Od jakiegoś czasu przychodzą z małym dwumiesięcznym dzieckiem, mówi o. Darek – ale jak ja mam wziąć, kto się nim zajmie, to niemożliwe. Teraz w Foyer jest szesnaścioro dzieci, od 7-letniej Patrycji, po 22-letnią Epiphanie. W tym czterech chłopców. Szesnaście światów, szesnaście historii życia, szesnaście cierpień, tęsknot i bólu, szesnaście marzeń. Tych szesnaście światów nakłada się tu w Foyer na siebie, tu się spotkały, aby przeżyć czas niesamodzielny swojego życia, a potem pójść własną drogą. Jakie będą te drogi, tego nie wiemy. Możemy jednak dziś zrobić coś, aby te drogi były bardziej proste, aby nie były labiryntem bez wyjścia. My jesteśmy głodni nowych newsów, wrażeń, sensacji, tu dzieci i nie tylko są zwyczajnie głodne, po prostu z braku pożywienia. Pytamy nasze dzieci, co chciałyby robić w przyszłości. Jeden z chłopców, Jack Andrzej, odpowiada – chciałbym zawsze mieć co jeść. Sama mam czworo dzieci i moim taka odpowiedź nigdy nie przyszłaby do głowy. Twoim dzieciom, Tobie, chyba także nie? Jeśli to czytasz i masz co jeść, gdzie spać, masz swoją poduszeczkę i kołdereczkę to może pomyślisz, i dotrze do Ciebie, że w Afryce też czasem jest zimno, i właśnie Ty możesz kogoś ogrzać, i czyjeś sny na poduszce od Ciebie staną się kolorowe.   Anka

 Pierwsze koty…                                                 2012-12-06 pierwsze koty

Dziś najmłodsze dziewczynki Michu, Ingrid i Patrycja przyniosły swoje pierwsze testy sprawdzające ich poziom wiedzy przyswojonej dotychczas. Test dotyczy matematyki, francuskiego oraz angielskiego. Sprawdzana jest umiejętność rozwiązywania zadań, myślenia analitycznego, logicznego, rozumienia i pisania tekstu, słownictwo j. angielskiego, budowa zdania, wymagania całkiem spore jak na ten wiek. Tak więc nasze gwiazdy miały te swoje pierwsze koty… Patrycja rzeczywiście wypadła jak gwiazda, na 20 punktów zdobyła 14. Natomiast pozostałe dwie kompletna klapa, jedna 0/20, druga 4/20. Wstyd, płacz i tyle wszystkiego gdy trzeba było przedstawić testy do podpisu Marianne, która jest opiekunką dzieci.   Patrycja najmniejsza, najdrobniejsza, chucherko kompletne, stała z taka miną jakby też była czegoś winna, zupełnie nie wyglądała na bohaterkę mimo, że jej gratulowano i podziwiano. Taka mała ale sprytna myszka, jej postura może zmylić ale po krótkim poznaniu widać, że umie walczyć skutecznie o swoje i gotowa jest „przywalić” przeciwnikowi choć z pozoru nie ma szans, nie odstrasza jej ani wielkość ani wiek adwersarza. Podziw dla Patrycji jest podwójny. Pierwszy za to, że taka niepozorna i „zmylająca” przeciwnika, drugi, za to, że w takich warunkach, taki rezultat. Patrycja jak reszta dzieci około piątej rano jest już na swoich malutkich nóżkach. Najpierw musi zejść z „pierwszego piętra” łóżka, ubrać sie choć jeszcze ciemno i zimno (a tak zimno jest rano, nawet 11 st.) Znaleźć ubranie szkolne, trochę się ochlapać wodą, przygotować swój mocno nadwyrężony tornisterek (najpierw przeznaczyłam go do kasacji tak fatalnie wyglądał, potem jednak pozszywałam i jakoś żyje). O szóstej Msza, przebieranie do szkoły, ostatnie porządki i wymarsz do szkoły, na 7:30. Na szczęście nie daleko, ale to dla mnie, jednak dla takiego 7-letniego człowieczka droga wydaje się dłuższa. W szkole cały dzień do prawie szesnastej. W domu trochę zabawy, drobne pranie, mycie się i czas na odrabianie lekcji. O 17:30 codzienny różaniec, cała część, czyli jak to się u nas mówi 50 „zdrowasiek”. Tego Patrycja najczęściej nie wytrzymuje, monotonny, jednostajny rytm modlitwy skutecznie staje się kołysanką, która pozostawia ją uśpioną na ławeczce. Budzi się dopiero zapachem jedzenia. Myślicie może, że w rozkładzie dnia Patrycji coś pominęłam, wypadło śniadanie i obiad? Ależ nie! Ten wieczorny posiłek to pierwszy i jedyny w ciągu całego dnia, może coś uda się zjeść rano albo po lekcjach, ale nie jest to planowane. Obrońcy wszystkich biednych i uciśnionych pewnie kipieli by z oburzenia. No cóż, tu tak jest drodzy Państwo, nie wszystkie dzieci w tym kraju mają nawet ten jeden posiłek. Nasze, zapewniam na umierające z głodu nie wyglądają. Nauka jeszcze trwa do ok. 22. Jak to wygląda? Jeden na kolanie, drugi na ławce zeszyt sam na posadzce, trzeci przy jedynym stole i tak na zmianę. Nie ma tyle stołów ani krzeseł. Pokoje 3X3m dla trojga albo nawet czworga dzieci nie nadają się do nauki, nawet nie ma w nich stołów. To kolejna bolączka Foyer Saint Dominique, miejsce i warunki do nauki. A szkoła to naprawdę priorytet dla o. Darka, dzieci posyłane są do różnych szkół czasem nawet odległych, aby zapewnić im najlepszy start i życie. Nie wszystkie szkoły są bezpłatne a nawet w tych bezpłatnych ciągle trzeba za coś płacić (to akurat bardzo dobrze znamy z naszego kraju) – także w sprawie podręczników, które są jeszcze droższe niż w Polsce. Tak oto, opisałam dzisiejszy szkolny dzień z akcentem na Patrycję. Mam nadzieję, że jeśli to czytasz, to masz komputer, ładne biurko czy stolik, przyzwoite krzesło lub fotel, nocną lampkę, miękki dywan i całą resztę niezbędnych przedmiotów. I bardzo dobrze, i tak ma być, to prawo każdego z nas, na to ciężko pracujemy. Mamy jednak jeszcze jedno prawo, nie obowiązek ale prawo, wolnego człowieka do tego aby się swoimi dobrami podzielić. Nikt nie może nam tego nakazać, to prawo naszej wolnej woli i prawo godności każdego z nas. Możesz skorzystać z tego prawa i pomóc Patrycji oraz jej koleżankom i kolegom, jej rodzinie, bo tu wszyscy są jak rodzina. Akurat Patrycja jest półsierotą bez mamy, ojciec ma nową rodzinę i jej nie chce. Możesz też stać się jej rodziną przez pomoc albo adopcję serca (zobacz jak na naszej stronę www.misja-kamerun.pl). A niech tam, Twoje pierwsze koty niech też pójdą za płoty, skorzystaj ze swojego prawa do pomocy.

 Wiatr i słońce                                                        2012-12-11

wiatr i slonce

Tego już dosyć. Kolejna gwiazda przyniosła test z wynikiem 1/20. Tym razem dokładniej mówiąc to gwiazdor, i wcale nie jest to zabłąkany przedwcześnie jegomość w czerwonym paltociku i czapeczce oraz workiem prezentów pod pachą. Co robić więc z tą plagą nieuctwa i braku zapału? Przygotować lepsze kije do wbijania wiedzy poprzez odpowiednią część ciała? Wydłużyć czas nauki? Jaką groźbą czy karą mobilizować to oporne na wiedzę towarzystwo?   Zrobiliśmy burzę mózgów. Burza jak to burza, zapowiada się tu a pojawia gdzie indziej. Może więc nie karać ale nagradzać? Na początek zorganizujemy wielki konkurs na mistrza tabliczki mnożenia. Jako, że matematyka królową nauk, od jaśnie pani zaczniemy walkę o edukację naszych dzieci. Sprawdziłam już ich wiedzę w tym temacie, słowa tabliczka mnożenia są znane, reszta już mniej. Po półgodzinie od rozdania kartek z przykładami mnożenia w zakresie do 4, przyniesiono mi napisane wyniki, ale i te nie zawsze były prawidłowe.   Każdy dostał więc zeszyt z zapisanymi działaniami w zakresie do 100 i nakaz nauczenia na pamięć. Biedaki i owszem nad zeszytami siedzą, ale z głowa raczej w chmurach niż w liczbach. Stąd konieczność burzy mózgów i decyzja o konkursie i nagrodzie dla zwycięzcy. Nagroda dość przyziemna, niezbyt wyrafinowana, ale miejmy nadzieję, że będzie skuteczna. Jeden tysiąc tutejszych franków czyli ok 6,5 zł. Nasze dzieci nie dostają kieszonkowego więc będzie to dla nich wielka radość móc samodzielnie zagospodarować taką kwotą a dodatkowo będą się uczyły jaka jest wartość pieniądza. Gdy wszystko co potrzebne tylko dostają, nie wiedzą ile to wymaga wysiłku i pracy. Dla trzech najstarszych dziewcząt będzie konkurs, gdzie wygrana już odpowiednio 10 tys. franków. Mamy tu problem z utrzymaniem czystości, w pokojach i na zewnątrz budynku. Zadaniem dziewczyn będzie więc przez tydzień każda, pilnowanie aby zawsze było czysto. Która ten porządek najlepiej wyegzekwuje, ta wygra. Średniaki, czyli nastolatki też nie mogą być poszkodowane. Dla nich konkurs z wiedzy religijnej. Wiszą tu na ścianie teksty dziesięciu przykazań, sakramentów, akt wiary nadziei i miłości. Też opornie bardzo przyswajane. Będzie więc okazja do przyspieszenia – warta 2 tys. franków.   Jeśli to poskutkuje zaczniemy wdrażać tę metodę nagradzania i rywalizacji zarazem. Pamiętam kiedyś w naszej polskiej TV, oglądałam taki krótki filmik animowany. Wiatr i słońce założyli się widząc człowieka w płaszczu idącego drogą, kto będzie w stanie szybciej i skuteczniej nakłonić go, aby płaszcz zdjął. Rozpoczął wiatr, dmuchał, gwizdał, człowiek się przewracał, kulił, chował głowę w płaszcz, wreszcie usiadł, cały się otulił płaszczem i próbował w ten sposób przetrwać nawałnicę. Udało się, bezsilny wiatr szalał jeszcze, ale w końcu musiał ustąpić. Potem wyszło słońce i zaczęło coraz mocniej i mocniej przygrzewać. Skulony człowiek wyprostował się, przeciągnął, zdjął wreszcie płaszcz. Było już zbyt ciepło aby dalej w nim siedzieć. Człowiek położył płaszcz na trawie, sam się na nim wyciągnął i grzał się na słońcu. Dla mnie ta historyjka miała zawsze taki wydźwięk, że wygrać można tylko dobrem, a nie złem, nagrodą, a nie karą. Z tym, że wszystko trzeba mądrze rozważyć i wybrać nagrody naprawdę mobilizujące i uczące dobrego.   Anka

 Nasza zaprzyjaźniona szkoła, czyli krasnoludki, balet, klasa na sto osób i plany „Odgórne”                                            2012-12-18 nasza zaprzyjazniona

W Kamerunie kończy się pierwszy semestr szkolny. Na 10 dni przed świętami zaczynają się ferie. Tak wypada w tym roku, bo piątek to 14 grudnia. Dzieci wrócą do szkoły dopiero 3 stycznia. Nie ma żadnych ferii zimowych jak u nas, ale właśnie obecny czas wolny międzysemestralny połączony ze świętami Bożego Narodzenia. Semestr kończy się egzaminem pisemnym ze wszystkich przedmiotów, obejmujący wyrywkowo cały materiał przerobiony. Nie ma żadnych ocen z poszczególnych przedmiotów, miernikiem jest test. Biada tym, którym źle poszło, ocena z obecnego testu plus test na koniec roku w czerwcu to będzie wyznacznik – witaj następna klaso czy też wyjątkowego przywiązania do klasy obecnej, np. ktoś może już trzeci rok być w piątej klasie. Takich delikwentów trochę jest, w naszym Foyer również. Mimo, że szkoła podstawowa jest obowiązkowa nikt tego nie sprawdza i wielbiciel np. piątej klasy mający 14 lat w końcu ją opuszcza, aby zająć się pracą i zarabianiem, bo naukowego już z niego nie będzie.       Ten przedłużony wstęp nie ma za celu rozwijanie mojego wywodu o wielbicielach pozostania w jednej klasie dożywotnio. Będzie zupełnie o czymś innym jak to w życiu, trochę radości trochę smutku.     Zostaliśmy zaproszeni na imprezę szkolną     Z okazji zakończenia semestru i jednocześnie przedstawienia z okazji zbliżających się świąt Bożego Narodzenia, o. Darek został zaproszony do szkoły katolickiej. Oczywiście ja również, zwłaszcza, że okazałam się gościem ważnym i rokującym, ale o tym dalej.   Dyrektorka szkoły siostra Sylwia jest byłą wychowanką o. Darka z Bertoua. Znają się już 18 lat, a siostra Sylwia była wtedy młodą licealistką, przebywającą w internacie sąsiadującym z domem biskupim, gdzie wtedy ojciec mieszkał.   Poprzez kolejne życiowe wybory i decyzje przełożonych „wylądowała” w końcu w szkole Saint Kisito de MvogMbi w Yaounde jako dyrektorka.     Uroczystość została zaplanowana na godzinę 9 rano, oczywiście wyjechaliśmy po 10 a byliśmy ok 10:30. Zrozumiałe jest, że jeszcze nic się nie rozpoczęło. Czekały na nas miejsca w pierwszym rzędzie obok samej siostry dyrektor.     Plac szkolny niezbyt wielki, wejście z ulicy po schodach drewnianych. Chyba schodach to za dużo powiedziane, są to przypadkowe deski różnej wielkości i maści. Myślałam, że wchodzimy na plac budowy   Ale pomyśl, jestem tu już dwa miesiące i takie myślenie? Powinnam się nieco orientować. Nie było to żadne wejście prowizoryczne na żadną budowę tylko „normalne”.     Jak wyglądały uroczystości     Na placu szkolnym pełno ludzi, głównie rodzice, wystające z klas i balkonów, głowy uczniów. We właściwym czasie – czyli plus, minus dwie godziny, rozpoczęła się uroczystość.   Najpierw krótka modlitwa, wciągnięcie flagi Kamerunu i odśpiewanie hymnu, potem przemówienie siostry dyrektor i część artystyczna.   Wszyscy goście honorowi czyli my także dostaliśmy program uroczystości.   Zapowiadało się dosyć długie posiedzenie, bo to balet, to przedstawienie i tak na przemian.   Pierwszy punkt programu to dosłownie był „wysyp” czarnych krasnoludków. Cały plac zapełnił się malutkimi, czarnymi ludzikami w białych sukienkach lub spodenkach i koszulkach, z czerwonymi czapeczkami na główkach. Mieli to chyba być Mikołaje i Mikołajki, ale mi bardziej kojarzyli się z krasnoludkami.   Małe czerwono-czarno-białe istotki zaczęły zabawnie podrygiwać w rytm muzyki. W Afryce taniec to wyrażanie siebie już od najmłodszych lat a nawet miesięcy. Maluchy, poczucie rytmu mają we krwi, ruchy ich nie były przypadkowe, ale wyraźnie podpatrzone u dorosłych. Przecież tu tańczy się przy każdej okazji i taniec jest wszechobecny.   Miejsce maluszków zajęli starsi uczniowie, zapowiedziani jako balet.   Absolutnie nie mylić z rozumianym przez nas. Nikt nie wyszedł w baletkach i nie odtańczono „Jeziora łabędzi” ani „Dziadka do orzechów”. Wybiegli w białych T-shirtach i spodniach, i też w rytm muzyki afrykańskiej pokazali swoje umiejętności wyginania się na różne strony.   My biali nie potrafimy tego podrobić, oddzielnie tańczy brzuch, pupa, nogi, część piersiowa oraz ręce. Kompletnie nie do powtórzenia. Po tańcach młodzieży znów inwazja krasnoludków tym razem płci pięknej w różowych topach i spódniczkach w rytm kolejnego przeboju.   Jeszcze podczas tańca młodzieży, weszła krasnoludka z bukietem kwiatów i siostra dyrektor wywołała mnie do odebrania tego pięknego wyróżnienia.   Bardzo to było miłe i dało okazję do wspólnego tańca z maluchami na tle baletu.   Dodatkowo dostałam stałe „zagospodarowanie” moich kolan. Przez pewien czas siedziały na nich nawet dwie, śliczne, małe krasnoludzice.   Trzeba koniecznie dodać, że te dzieciaki są śliczne. Potem jak dorastają różnie wyglądają, ale jako dzieci są czarujące.     Zanim przyjechałam do Kamerunu, myślałam, że wszyscy czarni są podobni. Pewnie tak myśli większość białych i odwrotnie. Teraz wiem, że twarze są tak różne, zupełnie jak u nas. Nie wszyscy mają duże usta i płaskie nosy. Różnorodność jest zadziwiająca. Oczywiście nie umiem rozróżnić plemion, poza niektórymi ale już bardzo charakterystycznymi z północy kraju.   Tak więc na moich kolanach siedziały małe, czarne aniołki i w ogóle się nie bały, wręcz przeciwnie, a nigdy chyba wcześniej nie widziały białej istoty.   Program artystyczny został urozmaicony czymś w rodzaju jasełek, odegranych przez uczniów młodszych klas, potem było jeszcze kilka występów krasnoludków i baletu.   Wreszcie nastąpiło odczytanie wyników egzaminów. Słuchając tej prezentacji można było wywnioskować, że specjalnych orłów szkoła się nie dochowała. Na pewno jednak będzie kilkoro dzieci, może więcej, którym się w życiu powiedzie.     Kilka słów o tej szkole     Do szkoły uczęszcza 1300 uczniów i co? Powiedzie się najwyżej kilkunastu? Czy to nie farsa czy też skrajna czarna wizja z mojej strony?   Ani jedno ani drugie, ale czysta statystyka.   W każdej klasie jest ok. 70 i więcej uczniów. Szkoła jest w biednej dzielnicy, otacza ją coś na wzór slumsów. Inny wynik jest tu niemożliwy.   Patrząc na zdjęcia szkoły nawet te robione przeze mnie absolutnie nie widać rzeczywistości: drapanych murów, dziur, blaszanego, rozgrzanego do bólu sufitu, brudnych klas, w których małe okna, plus ilość uczniów, plus niewysokie sufity czy wspomniany blaszany dach, dają efekt sauny zupełnie nieoczekiwany w klasie szkolnej. Na dodatek dzieci przebywają w tych warunkach od 7:30 do ok. 16. Nie można w takich warunkach wysiedzieć, a co dopiero, kojarzyć, myśleć, zapamiętywać. Siedzą tak blisko siebie, że pisać może chyba co drugi.   Klasy nie mają żadnego wyposażenia poza starą, brzydką tablicą, jakich u nas nigdzie juz nie ma. Ławki to zbite z desek, nieoszlifowane i niepomalowane siedziska z blatem do pisania.   Weszłam do jednej z takich klas, okna pootwierane, drzwi także. Zresztą okna tylko dwa i to małe. Dzieciaki od razu wyskoczyły do mnie, śmieją się, machają. Nikt ich nie prosił o taki entuzjazm. Czasami zazdrość bierze jak się widzi ich radość z niczego. Wśród naszych dzieci taki spontaniczny odruch juz dawno zniknął, jaka szkoda.   Oglądając szkołę, chodząc po jej trzech kondygnacjach, mimo starań i myślę nie aż tak zduszonej, czy nieobecnej we mnie wyobraźni, nie mogę pojąć jak się tu taka ilość dzieci mieści.   Szkoła nie ma korytarza, wejście jest z zewnątrz po schodach i do klas wchodzi się z zewnętrznego balkonu. Na każdym poziomie jest pięć klas czyli razem piętnaście, jedna taka klasa to dodatkowo jakby sekretariat i pokój siostry dyrektor.   Toaleta jest na zewnątrz, to drewniana przybudówka, z której rozchodzi się niezbyt przyjemny zapach, szczerze – smród po prostu.     Jak to, piszę, że brud i smród, że bieda, a dzieci niby ze slumsów w pięknych ubrankach?   Po pierwsze jak się patrzy na ich rodziców już tej wykwintności nie widać, po drugie często to co mają na sobie to ich jedyny kapitał, wizytówka. I jak na nic nie stać to chociaż ubrać się jakoś trzeba. Dom to drewniana buda z wychodkiem na zewnątrz, zresztą kto w nim siedzi, pierze się, je, siedzi, głównie na powietrzu. Zresztą pamiętamy sami czasy, gdy u nas sukienka u tzw. prywaciarza kosztowała czasami całą pensję i trzeba było zbierać na nią przez parę miesięcy albo dokładała się do niej cała rodzina. Tak też to wygląda tutaj.     Palec Boży     Ostatnim punktem wizyty był poczęstunek, przygotowany w jednej z klas. Czekał zastawiony stół z tradycyjnym menu poczęstunkowym: ryżem, kurczakiem, rybą, plantanami, owocami, piwem, colą i wodą.   Siostra dyrektor poza rolą dyrektorki pełni chyba także funkcję kelnerki, bo cały czas gdzieś biega i przynosi kolejne potrawy, zachęca do jedzenia. Wreszcie trochę mogła usiąść przy nas, do mnie mówi trochę po polsku, pamięta jeszcze jak była młodą dziewczyną. Niezwykła.   Ojciec Darek prostuje potem, abym nie myślała, że kwiaty dostałam ot tak. Po prostu zainwestowano we mnie licząc, że znajdę pomoc dla szkoły i dzieci.   Pomoc, ale gdzie?   Gdzie? To może nie moje zmartwienie na teraz. Skoro „ Góra” zadbała o to, żebym się tu znalazła to ma swój cel i ma już gdzieś i ludzi, i środki, ja najwyżej będę musiała to wszystko powiązać. Jak to w życiu bywa.

 Afrykańskie Boże Narodzenie                                              2013-01-02 afrykanskie boze nardzenie

Był już Adwent, a wciąż nie dochodziło do mnie, że to grudzień i niedługo Boże Narodzenie. Nawet nasza codzienna msza była jakby adwentowa. Sprawowana o godzinie szóstej rano mogłaby być roratami, ale palmy obok i to nie w doniczce. Z drugiej strony nasza tzw. atmosfera przedświąteczna nie miała do mnie dostępu, co było swoistym dobrem. Myślę tu o atmosferze przedświątecznych zakupów, szału reklam, prześcigania się w zakupowym amoku. Tu na ulicach o zbliżających się świętach przypominały mrugające gdzieniegdzie kolorowe lampki. Domokrążny sprzedawca, w czerwonej czapce z białym pomponem oraz sztuczną choinką w rękach. Akurat nasza część kraju jest w przeważającej mierze katolicka, ogólnie mówiąc chrześcijańska. Zupełnie inaczej wyglądałoby na północy gdzie mieszkają muzułmanie, tam zbliżających się świąt nie byłoby widać w ogóle.   Na parę dni przed Wigilią zagościły u nas kolorowe lampki nad oknami budynku. Na zewnętrznej ścianie kuchni, kolorowe gałązki choinki utworzonej z lampek. Dzień przed Wigilią pojawiła się palmowa choinka, z prawdziwymi bombkami, światełkami nawet malutkim, polskim żłóbkiem. Zaczynało być coraz bardziej świątecznie, tak jak się to w naszych polskich głowach przez lata wyobraża. Chociaż tak naprawdę Boże Narodzenie bliższe jest palmie niż świerkowi oraz ciepłej porze roku niż krajobrazowi z bałwankiem i płatkami śniegu oraz świętym Mikołajem pędzącym na saniach, które ciągną renifery.   W tygodniu pojechałyśmy z Marianne na targ po prezenty dla dzieciaków. Jest tu zwyczaj, że prezentem są nowe ubrania, które potem się dumnie obnosi przez święta. Zakupione zostały sukienki dla młodszych dziewczynek oraz spodnie i koszulki dla młodszych chłopców. Nowe to tu przeważnie chińskie i to bardzo drogie. To samo u nas kosztuje grosze i nie wzbudza prawie żadnego zainteresowania. Tu jest przejawem dobrego statusu i pewnego prestiżu. Jak porównać to z przeciętnymi zarobkami to wychodzi prawdziwy koszmar. Jeśli znajoma nauczycielka zarabia 40 tys. franków CFA a my zapłaciłyśmy 70 tys. frankow CFA to prawie jej dwie pensje. Ona akurat ma sześcioro dzieci, tyle dla ilu my kupowałyśmy. Wszystko jasne. Starsze dzieciaki dostały pieniądze i same mogły sobie wybrać co chcą kupić. Nasze panny były wręcz wniebowzięte, zaraz zagospodarowały gotówkę i pokazywały potem swoje niezwykłe „łupy”. Ojciec Darek w roli św. Mikołaja zaopatrzył jeszcze całe towarzystwo w nowe buty, także wszyscy zostali ubrani w nowe rzeczy rzeczywiście od stóp do głów.   Na parę dni przed świętami zostały zrobione duże zakupy. Z Bertoua przywieziony został żywy prosiak i bynajmniej nie miał być gościem na wieczerzy. Jeszcze tego samego dnia został zaszlachtowany w niezbyt już dla nas Europejczyków do przyjęcia sposób. Jednak jesteśmy w Afryce i nie wszystkie nasze zwyczaje i preferowane metody tu dotarły. Jedne dobrze, że nie, inne szkoda, że nie. W samą Wigilię trwało już od samego rana na całego gotowanie i pichcenie. Na święta przyjechało czterech chłopaków z Bertoua oraz mała Jolanta, siostrzenica Marianne. Do tego dwie mamy, mama Marianne i Achilla. I to mamy, dziewczyny oraz jak zwykle Jeanne, przejęły rządy w kuchni. Zresztą mężczyźni a nawet chłopcy nie przekroczą za nic progu kuchni. To królestwo kobiet i dla płci tej niezbyt ponoć pięknej byłby to swoisty dyshonor. Pasterka u nas zaczęła się o godzinie dwudziestej. Nie ma tu zwyczaju czekania do pierwszej gwiazdki z wieczerzą wigilijną. Wszystko wygląda inaczej. Msza była bardzo uroczysta, dzień wcześniej pod wodzą Marianne wszyscy ćwiczyli śpiewy. Bardzo lubię to tutejsze śpiewanie. Część jest w rodzimym języku, do tego bęben, a raczej pełniący jego rolę plastikowy, pusty kanister na wodę oraz tamburyno. Główne części śpiewa Marianne solo, swoim lekko ochrypłym jak dla mnie pasującym niezwykle afrykańskim głosem. Mimo, że tutejsza pasterka całkowicie nie przypominała naszej bardzo mi się podobała, te niezwykłe śpiewy, światła lampek, palmowa choinka, czytania mszalne, nie było wątpliwości, że jesteśmy tu po to aby cieszyć i witać mającego się narodzić Pana Jezusa. Pasterka na podwórku, ciepłe powietrze, towarzystwo palm, rozgwieżdżone niebo. Tak musiało wyglądać prawdziwe narodzenia Pana Jezusa.   Jeszcze w czasie mszy o. Darek złożył wszystkim zebranym życzenia świąteczne a zaraz po niej zachęcił do świętowania. Do tego w tym kraju nie trzeba dwa razy zapraszać. Radosne okrzyki, śpiewy i taniec, aż nad wyraz pokazywały, że gotowość do świętowania jest w pełni. Zaczęło się ustawianie stołów, przynoszenie potraw. Nie można się było spodziewać żadnej nam znanej, ale tym bardziej było ciekawie. Była co prawda smażona ryba ale zupełnie nieznana, szaszłyki, pieczony kurczak i mięso z prosiaka, który tu zakończył swoje życie, zresztą podobnie jak kury. Frytki do tego moje teraz ulubione smażone plantany, jakieś siekane liście z przyprawami, mogę podejrzewać, że był to maniok, który rośnie nawet za naszym płotem, wszechobecny piment, aby dodać ostrego, afrykańskiego smaku wszystkim potrawom. Potrawy stoją na jednym stole, najpierw podchodzą osoby najbardziej uprzywilejowane, aby mogły wybrać sobie najlepsze kawałki, potem ci mniej uprzywilejowani. Dzieciom potrawy zostały nakładane na talerze i tym razem każdy miał swój talerz, ale maluchy i tak siedziały na posadzce, to ich ulubione miejsce. Był także gość – przybysz, pan nadzorujący sąsiednią budowę, mieszkający na jej terenie, dla niego to pewnie pierwsza i ostatnia Wigilia, jest bowiem bardzo chory.   Po jedzeniu zaczęły się tańce, to chyba druga ulubiona czynność w Afryce zaraz po jedzeniu. Każdy tańczył na swój sposób. Te rytmy i atmosfera udzieliły się także mnie, zaczęłam pląsać tak jak umiałam, na szczęście w tym jest kompletna dowolność. Biesiadowanie i tańce trwały jeszcze po północy. Nasze dziewczyny były na pewno szczęśliwe, że mają wreszcie odpowiednie towarzystwo do tańca. Dziewczyny bardzo lubią się stroić, w czasie wieczoru przebierały się kilka razy. Nie mogłam nadążyć za zapamiętywaniem, kto jak w danej chwili wygląda, może tej trudności sprzyjało jeszcze wszechobecne piwo. Dziś był go nie tylko dostatek w ilości ale nawet w różnorodności. Jest w Kamerunie duży wybór tego trunku, rodzimej produkcji ale także holenderskiej np. Amstel i irlandzkiej np. Guiness, których produkcja jest dokładnie nadzorowana przez przedstawicieli producentów, także nie odbiega niczym od produkowanych w krajach pochodzenia. Mogę śmiało powiedzieć, że była to jedna z piękniejszych moich Wigilii. Oczywiście, że brakowało mi moich najbliższych, tych żywych i tych, którzy już odeszli, byłam cały czas z nimi modlitwą i sercem. Jednakże widok radosnych dzieci, z których większość nie ma rodziców albo jednego z nich, a które znalazły tu swój dom, troskę i miłość bardzo mnie uszczęśliwiał. To dla mnie prawdziwy wymiar świąt Bożego Narodzenia. Przychodzi do nas sam Bóg, nasz Pan Jezus Chrystus jako małe bezbronne Dziecię. On sam powiedział do nas: „Wszystko co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” Mt25;40   Anka

 Haute couture                                                              2013-01-24 haute couture

Dziś będzie o modzie. Na szczęście nie wypowiem się na temat sezonu jesień-zima w Paryżu czy Mediolanie, ale może co nieco o sezonie przełomu pory deszczowo-suchej w Yaounde. Zacznę od głowy, czyli rzecz o fryzurach. Głowa jest tu bardzo ważną częścią ciała i słusznie, myślę nawet, że najważniejszą. Wnioskuję to po: a) Ilości salonów fryzjerskich b) Niezliczonej ilości przeróżnych spotykanych fryzur. Nazwa salon to może zbyt dużo, choć właśnie takie nazwy widnieją. Najczęściej bowiem jest to malutki pokoik, w którym siedzi pani i może bez przesady ma dwa grzebienie. W tych fryzurach zresztą nie o grzebienie chodzi. Żadnej umywalki też tam nie uświadczysz, bo i ta zupełnie niepotrzebna. No to co u licha potrzebne?   Głowa cudza, znaczy klientki – o to co na pewno. Jakość włosów, długość włosów, też nie ma znaczenia. Przychodzisz z krótkimi, wychodzisz z włosem powiewającym do pasa. Tu w zabiegach liczy się głównie: czas, cierpliwość i zasobność portfela. Można wpaść do salonu na szybkie uczesanie, czyli zaplecenie na całej głowie cienkich warkoczyków, cienkich z racji tutejszych włosów. Kobiety tu najczęściej mają włosy liche, tylko rozczesane wyglądają jak przysłowiowe już „ jakby piorun w miotłę strzelił” – dosłownie bardzo. Trzeba więc je okiełznać. Te warkoczyki to sposób najprostszy i najtańszy. Ale klientka, może zechcieć wyjść z włosami do pasa, wtedy musi mieć czas, cierpliwość i kasę. Taką fryzurę można robić pół dnia. Potrzebne są obce cieniutkie warkoczyki, które wplata się we własne włosy. Obce to znaczy albo sztuczne albo z włosów prawdziwych sprowadzanych najczęściej z Brazylii.   Warkoczyki mogą mieć różne kolory, fryzura wtedy też jest kolorowa, ale nie upstrzona lecz albo cała fioletowa, blond, rudy itd. Nigdy bym nie powiedziała, że tu tyle blondynek chodzi po ulicach, to bardzo tu modny i ceniony kolor, trudno się dziwić. Jeśli ktoś nie chce warkoczyków, bo to bardziej prymitywne rozwiązanie, może doczepiać włosy proste. Jest to tak zrobione, że na pierwszy rzut oka nie widać, że to sztuczne włosy. Są więc tu rusałki z długimi prostymi włosami, krótkimi też prostymi w różnych kolorach, a wszystko jest właśnie doczepiane. Nie jest to żadne prostowanie, bo ich włosów się nie wyprostuje, poza tym te włosy są naprawdę wyjątkowo cienkie, słabe, takie kędzierzawe piórka. Doczepione zaś włosy są sztywne i nawet długie są jak czapy. Nie są to niestety nasze delikatne, lejące się wręcz, słowiańskie włosy.   Nigdy nie pomyślałabym, że tyle można wycudować na głowie. My jesteśmy pod tym względem kopciuszkami, u nas robi się tyle przedziwnych zabiegów i zmian, ale nie umywa się do tego co widzę tutaj, biorąc pod uwagę jakość włosa. Panowie nie są już tak wymagający i tu jeszcze niczym nie byłam zaskoczona. Młodsze dzieci, dziewczynki jak i chłopcy często są obcięci do skóry, ze względów głównie higienicznych. Nasze dzieci tak właśnie wyglądają poza Michu, która ma zdecydowanie najładniejsze włosy ze wszystkich w ogóle. Małe dziewczynki noszą też śmieszne fryzurki, dużo sterczących warkoczyków wyglądają jak kosmitki albo jeżyki.   Jeśli chodzi o garderobę, tu też istnieje podział na prêt-à-porter czyli ubrania seryjne współczesne oraz stroje tradycyjne. Ta współczesna podobna do spotykanej u nas na ulicach, bardziej może monotonna , gorsza jakościowo i mniej wyrafinowana. Jednakże na pewno kobiety chcą tu być kobiece i lubią to podkreślać. Zdecydowanie nie ma tu tzw. babo-chłopów, czyli kobiet niezdecydowanych, w którą stronę wyruszyć – bardziej męską czy damską. U nas niestety plaga ta coraz bardziej się rozszerza i wędruje do nas z bardzo już babo-chłopskiego zachodu, szczególnie z Niemiec, gdzie jest to ulubiony styl wielu pań. Drugi styl tradycyjny, to suknia zwana kaba. Z wzorzystych, bardzo kolorowych, afrykańskich deseni. Kaba jest szeroka, góra to krótki staniczek a dalej namarszczony i szeroki dół. Wygląda to podobnie jak suknia ciążowa. Ma krótki rękawek albo bez. Muszę się pochwalić, że będę szczęśliwą posiadaczką kaby. Już zdjęto ze mnie miarę. Wybieram się bowiem na ślub i wesele i kaba jest wtedy obowiązkowa. Finansuje to dla wszystkich gości pan młody, podobnie jak ubiór dla mężczyzn.   Tak trafiłam do mężczyzn. Otóż ich strojem tradycyjnym jest taki wzorzysty garniturek. Z tego samego materiału koszula z krótkim rękawem, bez kołnierza i nierozpinana oraz spodnie. Jak dla nas przypomina to… piżamę. Oprócz strojów tradycyjnych, panowie noszą się podobnie jak u nas. Wszystko zależy od zasobności portfela i gustu. Jako, że to stolica, czyli różne urzędy, widuje się dużo mężczyzn w garniturach. To już właściwie koniec tej opowiastki o modzie. Może jeszcze kilka słów o stroju szkolnym. Dzieci i młodzież szkolna do 14 lat to ważna część społeczeństwa Kamerunu, bo jest ich aż 41%. Każda szkoła ma swój strój, są one śliczne, kolorowe, proste i bardzo wdzięczne. Dla dziewczynek może to być bluzka i bezrękawnik albo sukienka. Różne fasony i kolory nawet różowe, pomarańczowe, jedno i dwukolorowe. Dla chłopców koszula i spodnie i też różne kolory te same co dziewczęta. Rano gdy wszystkie dzieci idą do szkoły widok jest, zapewniam, przepiękny. Od razu widać, kto jest uczniem i z jakiej szkoły. W tej sprawie zapraszam naszych decydentów z Ministerstwa Oświaty na wycieczkę do Kamerunu – wiele by się nauczyli.   Anka

 Goście na motocyklach                                                        2013-02-11

goscie na motocyklach

W tym roku (2012), przejeżdżając motocyklem pół Afryki, dojechałem do Kamerunu. Była to już moja piąta wyprawa na ten kontynent. Przyjechałem z dobrym znajomym, z którym objechałem kawałek świata, ale dla niego Afryka była nowością, był tam pierwszy raz. Jechaliśmy najpierw przez Afrykę północną (arabską) – Maroko, Saharę Zachodnią, Mauretanię, Dalej – Mali, Burkina Faso. Przejechaliśmy przez Nigerię, by w końcu dotrzeć do Kamerunu. Po drodze widzieliśmy biedę, głód oraz dużo innych mało przyjemnych rzeczy, z którymi kojarzy nam się Afryka. Będąc w drodze, jadąc na motocyklu nie dało się nie poczuć Afryki. Spaliśmy w namiotach, kapaliśmy się w rzekach, jedliśmy jedzenie kupowane na straganach. Nie ominęły nas choroby takie jak ameba, malaria.   Ojciec Darek był pierwszą białą osobą spotkań od kilku tygodni, a na pewno pierwszym Polakiem, z którym mogliśmy porozmawiać w ciągu naszej dwumiesięcznej podroży po Afryce. Sierociniec, który Ojciec Darek prowadzi w stolicy Kamerunu, wydał nam się ostoją bezpieczeństwa i spokoju. W obrębie murów, oddzielających sierociniec od miasta, czuć spokój, porządek i bezpieczeństwo. Dla mnie, człowieka , który dzieciństwo przeżył w czasach komunistycznych, który nie był rozpieszczany i nigdy nie poznał nadmiaru zabawek, ani słodyczy, życie w sierocińcu jest najzwyklejszym życiem, dorastaniem, jakie dziecko może mieć. Najzwyklejsze nie oznacza w tym przypadku braku czegokolwiek. Dzieci, które są w sierocińcu mają to, co do wychowania jest najważniejsze – porządek, poczucie jedności z innymi, hierarchię wartości.   Ojciec Darek zachowuje się jak prawdziwy ojciec – dba o wszystkich, trzyma porządek. Widać jego troskę o zapewnienie przyszłości dzieciom. Zarówno tej najbliższej przyszłości – żeby było co zjeść, żeby były pieniądze na opłaty, żeby dzieci miały coś do ubrania. Ubrania to też już dalsza przyszłość – żeby chodzić do szkoły zazwyczaj trzeba mieć mundurek szkolny. A szkoła i edukacja – to już dalsza przyszłość. Widać, jak bardzo w sierocińcu dba się o edukację; i że to, czego nauczymy się w młodości, będzie procentowało w przyszłości. Znając poziom edukacji w szkołach państwowych Ojciec Darek stara się, by jak najwięcej dzieci chodziło do szkol prywatnych, w których poziom nauczania jest zdecydowanie wyższy. A jeżeli ktoś jest dobry w szkole, dobrze się uczy, takiego młodego człowieka warto wysłać do szkoły średniej, a później i na studia. A wszystko kosztuje – więc nawet, jeśli już dany wychowanek sierocińca nie mieszka w obrębie murów, a próbuje żyć jak dorosły człowiek, a jest zdolny i chce kontynuować edukacje – Ojciec Darek w miarę możliwości dalej wspiera.   W Afryce wychowanie dzieci jest zupełnie inne niż w Polsce, czy w Europie. Tutaj nie ma zajęć pozalekcyjnych, nie ma kółek zainteresowań, nie ma sekcji sportowych. Dla prawie wszystkich dzieci normą jest to, że po szkole pomaga się w domu. I tak jest też w sierocińcu – każdy ma swoje zadanie do wykonania – pomóc w kuchni, posprzątać w obrębie sierocińca, przynieść wody. Oprócz tego dzieci muszą zająć się sobą. Nie ma niańki, nikt się nad dziećmi nie użala. Jak ktoś sobie wbije drzazgę w palca, albo stłucze kolano, to nie ma lamentów, nie ma głaskania, czy przytulania. Afryka rządzi się swoimi prawami, nie możemy oceniać tego co się tam dzieje, wg skali ocen człowieka białego. I w Afryce byłoby śmieszne, lub nie do pomyślenia, żeby robić lament przy każdym stłuczeniu kolana, czy tez zadraśnięciu. Dzieci bawią się dalej. Lecz kiedy jest potrzeba, drzazgę się wyciągnie, a stłuczone kolano opatrzy. Dla dzieci w Afryce czymś nienaturalnym jest przytulanie, czy rodzicielskie czułości. Rodzic jest od tego, żeby nakarmić, wychować i dać poczucie bezpieczeństwa. Jednak znaczna część ludzi w Afryce jest na tyle biedna, ze nawet nie jest w stanie zapewnić takich podstawowych rzeczy dla swoich dzieci. W Misji Kamerun dzieci mają zapewnione mieszkanie, wyżywienie, ale także bezpieczeństwo.   Mówiąc o różnicach pomiędzy ludźmi z Afryki, a nami, białymi, daje się zauważyć także podejście tamtejszych ludzi do życia, do śmierci. Na tyle życie jest tam ciężkie, ze każdy myśli o tym żeby przetrwać. I bardzo dobrze im to wychodzi – ludzie potrafią zrobić potrawy prawie ze wszystkiego co rośnie. I zjeść można prawie też wszystko – od małpy, czy węża, na larwach robaków kończąc. I nie ma w tym nic odrażającego – to jest Afryka. Małpa, waż, czy osioł – jeżeli da się złapać, zabić, to w końcu ląduje na talerzu. Ale ten talerz, to często jest tylko pojęciem względnym. Tam ludzie maja inna kulturę. Zarówno w krajach arabskich, jak i w Czarnej Afryce, zazwyczaj nie używa się sztućców, czy talerzy. Je się rękami, z jednej, wspólnej miski. Dla nas, nauczonych jeść przy stole, pokrytym białym obrusem, z zastawą w najrozmaitsze wzory i kolory, widok ludzi siedzących na podłodze i jedzących rękami z jednej miski może być przejawem zacofania, czy biedoty. Jednak dla nich jest to czymś najbardziej normalnym, do czego ludzie są przyzwyczajeni, co jest dla nich normalnością. Nie możemy oceniać tego co się dzieje w Afryce swoją europejską miarą, musimy wziąć na uwagę różnice kulturowe, geograficzne, środowiskowe, edukacyjne. Często błędem białych, przyjeżdżających do Afryki jest użalanie się nad biednymi ludźmi, zwłaszcza dziećmi, na rozdawaniu jedzenia, pieniędzy. Takie zachowanie nie uczy nic dobrego. Nie trzeba się nad mieszkańcami Afryki użalać, bo to niewiele pomoże. Nie trzeba przytulać dzieci, ani rozdawać im cukierków. Takim zachowaniem jedynie oszukujemy swoje sumienie – po naszym wyjeździe nic się nie zmieni. Dzieci trzeba wychowywać, zapewniać im możliwości do edukacji, stwarzać poczucie bezpieczeństwa. I to wszystko należy robić zachowując się według ichniejszej kultury, zwyczajów, I właśnie takie rzeczy da się mocno zauważyć w działaniu Sierocińca prowadzonego przez Ojca Darka.   Ojciec Darek już prawie 20 lat jest w Afryce, działa, pomaga, robi co może. W jego działaniu nie widać zapału człowieka, który przyjechał na krótką chwile do Afryki, a któremu się wydaje, że wszystko może i zmieni los wielu ludzi. To tylko mrzonki, wyobrażenie ludzi, którzy przyjeżdżają pełni zapału, a wracają zazwyczaj po poniesionej klęsce. W Afryce trzeba cierpliwości, dużo czasu. Żeby pomóc tamtejszym ludziom, trzeba się nauczyć żyć tak, jak oni żyją, trzeba zrozumieć ich mentalność, trzeba przejąć ich zasady, lub przynajmniej je respektować. I takie zachowanie widać po Ojcu Darku. Jest on osobą szanowaną – poczynając od najmłodszych swoich podopiecznych, a kończąc na ważnych urzędnikach państwowych. Ojciec Darek nauczył się cierpliwości, bo bez tego nie można spędzić dwóch dekad w Afryce. I cały czas pomaga, wychowuje, daje przykład.   Mirek

 Po powrocie do Polski                                                             2013-02-27 po powrocie do polski

Krok, po kroku wracam do zwykłego rytmu dnia, pracy… Nazbierało się wiele spraw – przeważnie zawodowych – które należą do tych, co były do załatwienia „na wczoraj”. Z trudem wypracowuję wolną chwilę, żeby napisać tych kilka słów, które napisać muszę koniecznie!!!   Przede wszystkim, to WIELKIE DZIĘKI! – za zaproszenie, gościnę, pomoc przy załatwianiu dokumentów, ustalaniu trasy, załatwianiu noclegów i w końcu za pożyczony obiektyw do aparatu! Burza emocji i doświadczeń jakie przywieźliśmy ze sobą do domu nie przemija, a przy oglądaniu zdjęć i filmików dodatkowo rośnie, hehe. Nie spodziewałem się, że spotkanie z Afryką okaże się „zderzeniem” z Afryką. Doświadczenie Afrykańskiej rzeczywistości chyba na zawsze wryło się w moje postrzeganie świata, życia, siebie samego…   Muszę się przyznać, że pierwsze chwile u Was w Misji były trochę… szokujące. Wyrwany z europejskiego postrzegania świata, rodziny, relacji, itd. miałem ciągłą gonitwę pytań: dlaczego to…, dlaczego tak… Myślę, że chyba każdy przyjezdny przeżywał lub będzie przeżywał to samo (taki lekki szok), bo jak niby pojąć, że kilkuletnie dzieci muszą tyle i tak pracować, że jedzą raz, dwa razy dziennie, wstają tak rano, itd. Dzisiaj wiem, że gdybym wyjechał od sierocińca nie widząc życia poza murami Misji, to miałbym mieszane uczucia. Dopiero 2 tygodnie podróży przez cały Kamerun pokazały mi, jak wiele szczęścia mają te dzieciaki. Dopiero w konfrontacji z biedą, chorobami, głodem, opuszczeniem innych dzieciaków widać, że Epi, Sonia, Jason, Natasza i cała reszta małolatów wygrały „los na loterii” i otrzymały szansę na normalne życie.   Z całym przekonaniem dziś piszę: DOBRA ROBOTA, Dominikaninie!!!   W pierwszym momencie można się pogubić, bo przenosimy na grunt Kamerunu nasze EUROPEJSKIE kryteria, doświadczenia i oczekiwania, a przecież rzeczywistość jest afrykańska… W pewnych sytuacjach trzeba postępować twardo i konsekwentnie (tak trochę „bez serca”), bo przecież nieubłaganie zbliża się czas, kiedy dzieciaki z Misji same będą musiały zmierzyć się z dorosłym życiem. Będą musiały być twarde, pracowite i jednocześnie wiedzieć, że siłę czerpie się z modlitwy i wypracowanych ciężko przyjaźni! Dopiero z takiej perspektywy widać, że dzieci z Misji, to nie „ciepłe kluchy”, które trzeba będzie niańczyć przez całe życie, ale osoby dobrze przygotowywane do konkretnych realiów życia. Myślę, że to, że dzieci mają co jeść, gdzie spać, w co się ubrać, chodzą do szkoły i nie czują się samotne, to wielki sukces o. Darka i wszystkich ludzi, którzy pomagają (tu wspominam blond Anię i tych, których nie znam osobiście, a tylko z Twoich i Ani opowiadań ). Ten dzisiejszy wpis doczeka się jeszcze kontynuacji, bo bogactwo wrażeń i doświadczeń przywiezionych z Kamerunu nie da się zamknąć w jednym tekście… Dziś chciałem tylko krótko opisać moje spotkanie z Misją Kamerun, z rzeczywistością ich życia, zaskoczeniem – nawet lekkim szokiem – i w końcu zrozumieniem dlaczego życie w Misji musi być poukładane w taki to właśnie sposób.   Dziękuję za wszystko, co mnie dzięki ich dobroci i uprzejmości spotkało. Modlę się o wytrwałość dla wszystkich zaangażowanych w to dobre dzieło, szczególnie za o. Darka i ludzi ze Stowarzyszenia, by nie zabrakło gorliwości i wiary w słuszność ich ciężkiej pracy. Mam nadzieję, że jeszcze będzie mi dane spojrzeć osobiście w te kilkanaście czarnych, niezapomnianych par oczu… Robert

 Święta „po pijaku”                                                    2013-03-30

Dziś Wielki Piątek, budowa drugiego domu naszego sierocińca idzie dalej, a my przygotowujemy się do dzisiejszej Drogi Krzyżowej i adoracji Krzyża Świętego. Każdy na swój sposób. W Polsce godnie i pobożnie, u nas inaczej. Mi w tym roku przypadnie adorować Krzyż na leżąco „po pijaku”. …a no, bo można się upić nie pijąc, a jak?   Mogę podpowiedzieć. Wystarczy w Wielka Środę odłączać ciężko chorego na AIDS (można też wybrać lekko chorego, ale my tu w domu wybieramy zawsze ciężko chorych) od kroplówki i przez przypadek ukłuć się jego igłą (może być bez przypadku). I dalej wszystko już się szybko potoczy: wsiada się do środka lokomocji, dojeżdża się do najbliższego specjalistycznego szpitala, daje się trochę krwi. Później lektura wyników, że są jeszcze póki co negatywne (no chyba, że ktoś już ma pozytywne od dawna, to i tak wie o co chodzi i dalej nie musi czytać, bo wie jak spędzić Triduum na gazie). No i z tymi wynikami i receptą udać się (radzę udawać się żwawym krokiem, bo to wszystko musi odbyć się w 24 godziny od ukłucia, ponoć, jak mówią fachowcy) do najbliższej apteki i zafundować sobie następujące środki: „Lamivudine/Zidovudine Tablets USP 150 mg/300mg” oraz „Efavirenz Tablets 600 mg”. Ten pierwszy specyfik zażywać o godz. 8 i o 20 po 1 tabl., ten drugi zaś przed spaniem, 1 tabl. Gwarantuję permanentny stan upojenia. Szczególnie ten drugi na noc, bo na nogach prawie nie da się ustać. A rano? Dalej klina klinem tak przez miesiąc…. ..a tak musiałbym wypić 1/2 litra króla Sobieskiego ze Starogardu Gdańskiego.   Dariusz Godawa o.p.

Wywiad z Merkuriusza

Z ojcem Dariuszem Godawą OP kierującym Misją w Bertoua, oraz Katarzyną Rubel, przedstawicielką Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca, rozmawia Mariola Zdancewicz

Jak znalazł się ojciec w Kamerunie?

DG: O wyjazd do Kamerunu poprosiłem swoich przełożonych będąc jeszcze w nowicjacie w 1988 roku. Właśnie wtedy wrócił do nas z Afryki nasz prowincjał poszukujący braci, którzy byliby chętni wyjechać. Zgłosiłem się i przez cały czas pobytu na krakowskim studentacie trwałem w postanowieniu wyjazdu. Do Kamerunu wyruszyłem już w trzy tygodnie po święceniach – w 1993 roku.Planowaliśmy założyć tam centrum formacji katechistów w diecezji Bertoua. Brakowało jednak środków do realizacji tego zamysłu. Ja opiekowałem się parafią św. Piotra i Pawła, a dwaj współbracia prowadzili kursy dla katechetów jeżdżąc do różnych wiosek w całej archidiecezji. Byłotak do roku 1996. Około cztery lata później, w odpowiedzi na lokalne potrzeby, zrodził się pomysł otwarcia domu dziecka. Nie mieliśmy wtedy jeszcze odpowiednich zabudowań, więc na początku dwudziestkapiątka dzieci zamieszkała na plebanii. Pod nazwą Foyer St. Dominique sierociniec funkcjonuje od stycznia 2002 roku.

A w jaki sposób Pani zaangażowała się w działalność Misji Kamerun?

KR: Zupełnie przez przypadek. Pojechałam do Kamerunu na wakacje i tam trafiłam do Domu Dziecka prowadzonego przez ojca Dariusza, który działał tam już od kilkunastu lat. Wpadłam wtedy na pomysł warsztatów plastycznych i spędziłam kilka dni z dziećmi rysując. Finałem warsztatów był pierwszy, spontaniczny wernisaż w kościele. Pomyślałam, że warto byłoby poszukać jakiejś innej formy wsparcia dla tych dzieci. W Bertoua pomagało grono sprawdzonych przyjaciół ojca Dariusza i wolontariuszy, którzy trafili tam dzięki stronie internetowej Misji Kamerun. Ich działania nie miały jednak formy prawnej. Postanowiliśmy więc założyć stowarzyszenie i w ten sposób sformalizować działalność istniejącej już grupy ludzi. Zależy nam na tym, aby osoby, które chciałyby wspomóc finansowo misję, miały pełną jasność tego gdzie trafiają i na co są wykorzystywane ich pieniądze. Stowarzyszenie działa wyłącznie w oparciu o osoby zaangażowane, które chcą pomóc nieodpłatnie, z potrzeby serca.

Co skłoniło ojca do założenia Domu Dziecka?

DG: To co widziałem we własnej parafii, a więc dzieci osierocone lub takie, które pochodziły z wielodzietnych rodzin poligamicznych, i których rodziców nie było stać na wysyłanie potomstwa do szkoły. I ja się takimi dziećmi zająłem. Chciałem przede wszystkim dać im możliwość chodzenia do szkoły.

Jak wygląda typowa sytuacja rodzinna w Kamerunie?

DG: Rodzina kameruńska niewiele ma wspólnego z naszym polskim wyobrażeniem. Mamy tu najczęściej do czynienia z poligamią. Mężczyzna posiada kilka żon, z każdą z których związany jest co najwyżej węzłem tradycyjnego obrzędu ślubnego. Co ciekawe Kameruńczycy twierdzą, że poligamia pojawiła się po przejęciu władzy przez białych kolonizatorów i przypisują jej rozpowszechnienie wpływowi luźniejszych, europejskich obyczajów. I faktycznie wśród rodzimych plemion Kamerunu – Pigmejów Baka – monogamia jest ściśle przestrzegana. Należałoby się zastanowić, czy takiego wpływu nie wywarła raczej obecność 25% populacji muzułmańskiej. Jak wiemy w islamie dozwolone jest posiadanie więcej niż jednej żony. Wśród samych Kameruńczyków powszechne jest przekonanie, że kobiet jest proporcjonalnie więcej, stąd wielożeństwo jest konieczne, aby zapewnić wszystkim kobietom zamążpójście. Statystyki nie potwierdzają jednak tego przekonania. Poligamiczny model rodziny powoduje szereg konfliktów wewnątrzrodzinnych. Pomiędzy żonami tworzy się konkurencja, która podsyca zazdrość o małżonka i jego względy. W przypadku śmierci ojca rodziny niewielki spadek (rzędu 10 euro) staje się ością niezgody i doprowadza do takich skrajności jak otrucie konkurentów do dziedziczenia. Tutaj jest to na porządku dziennym, a każda śmierć ma swojego winnego, którego trzeba znaleźć i ukarać, najczęściej bez udziału czynników oficjalnych.

Sytuacja dzieci w takich rodzinach jest zapewne trudna?

KR: … zwłaszcza, że mamy tu do czynienia z zupełnie innym podejściem do dzieci. Możemy to dostrzec choćby przy okazji tak prozaicznej czynności jak posiłek – dziecko je na końcu, pożywiając się tym co zostało. Tym dzieciom brakuje podstawowych rzeczy. Uczęszczanie do pierwszych klas szkoły jest darmowe, ale tylko w teorii. Żeby chodzić do szkoły dziecko musi mieć przede wszystkim, specjalny mundurek i parę butów, do tego dochodzą opłaty związane z komitetem rodzicielskim. Są to niebagatelne wydatki dla rodzin, które często nie są w stanie zapewnić potomstwu nawet wody i pożywienia. Ojciec Dariusz udziela pomocy najbiedniejszym rodzinom, chcąc umożliwić im wysłanie dzieci do szkoły, lecz środki te bardzo często zamiast na edukację, przeznaczane są na coś zupełnie innego. Dlatego wstępnie opracowaliśmy system stypendialny, który miałby zapewnić dalszą edukację tym, którzy osiągają dobre wyniki w nauce, a najważniejsze, tamtejsze dzieci chcą się uczyć. Zdają sobie sprawę z tego, że jest to jedyny sposób, żeby wyrwać się z biedy. Kapuściński w swojej książce także zwracał uwagę na to, iż afrykańskie dzieci częściej proszą bogatych przybyszów nie tyle o jedzenie, co o ołówek czy długopis…

M: Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca wyznacza sobie za cel promocję edukacji i równouprawnienia. Jak wygląda sytuacja kobiet w Kamerunie?

DG: Kobiety uznawane są za osoby niższej kategorii, dlatego, że nie przedłużają rodu.

KR: Dziewczynka już od urodzenia się nie liczy. W wieku kilkunastu lat wychodzi za mąż i odtąd należy do rodziny męża. Dlatego w dziewczynki się po prostu nie inwestuje. Nawet w takich rodzinach, które stać na edukację dzieci, kończą one zazwyczaj swoje kształcenie na szkole podstawowej (edukacja jest obowiązkowa do 11 roku życia), jeśli w ogóle do niej uczęszczają. Oficjalnie prawo kameruńskie gwarantuje równouprawnienie, takie samo prawo do własności, do dziedziczenia itd. W praktyce stosowane są jednak stare tradycje. Sytuacja kobiet jest dramatyczna. Urodzenie dziewczynki może być podstawą do rozwodu. W tej sytuacji dzieci należą do ojca, a kobieta zostaje bez niczego, bo też do niczego nie ma prawa. Nawet do wyboru męża.

DG: Tak jest nie tylko w przypadku ubogich, lecz także u bogatych, przedsiębiorczych plemion jak np. Bamileke. Kobieta z Bamileke nie może wyjść za mężczyznę z innego plemienia. I nie ma tu znaczenia jej wykształcenie, bo ono nie wpływa w żaden sposób na wysokość posagu. Kobieta w tej kwestii nie decyduje. Jeśli się nie zgodzi, to zostanie otruta.

KR: Zresztą bardzo niewielu kobietom udaje się uzyskać jakiekolwiek wykształcenie. Dlatego tak bardzo staramy się pomóc Jacqy, która z niesamowitą siłą ducha kontynuowała naukę, pomimo bardzo trudnej sytuacji rodzinnej. Ojciec Jacqy opuścił rodzinę i uciekł do buszu, a matka później została otruta. Dziewczyna razem z młodszym bratem, Mariusem, trafiła w końcu do Foyer St. Dominique, gdzie dzięki ciężkiej pracy udało jej się zdać maturę. Tam jest to bardzo trudny egzamin. Mało kto, zwłaszcza wśród dziewcząt, ma szansę dojść do tego etapu. Studia są już naprawdę rzadkością.

DG: Takie traktowanie kobiet zostawia głębokie ślady w psychice. Kiedy przyjechaliśmy z Jacqy do Polski, zwracało uwagę to, że zawsze szła jakieś trzy kroki za mną. Nie mogła przyzwyczaić się do chodzenia tak normalnie obok – na równi ze mną.

M: Kim jest Jacky?

DG: Jest pierwszą wychowanką naszego Domu Dziecka. Staramy się zebrać fundusze i umożliwić jej studiowanie w Polsce. Pragniemy, aby jej przykład pokazał innym naszym wychowankom: Zobaczcie, macie szansę zdać maturę i studiować! Nawet za granicą.

KR: Jacqy zdecydowała się studiować położnictwo – są to dwustopniowe studia zawodowe. Chce wrócić potem do Kamerunu i wykorzystać zdobytą wiedzę. Jako położna posiadać będzie niezwykle cenne umiejętności, których wykorzystanie nie jest tak bardzo zależne od zaplecza technicznego i farmaceutycznego, o które w takim kraju trudno.

DG: W Kamerunie zazwyczaj położną jest po prostu babcia. Jacqy po studiach w Europie raczej nie będzie odbierała porodów. Jej zadaniem będzie przede wszystkim przekazanie swojej wiedzy.

M: Starają się Państwo zapewnić edukację młodym Kameruńczykom, którym zdobyte wykształcenie pozwoli poprawić sytuację w rodzinnym kraju?

KR: Nie chcemy niczego narzucać. Więzy rodzinne są jednak często tak silne, że nawet Kameruńczycy po studiach za granicą wracają do ojczyzny. Mają szansę odciąć się od przeszłości, lecz tego nie robią. Jako stowarzyszenie staramy się o studia dla Jacqy, ale ona nie ma żadnego formalnego obowiązku, żeby wrócić do Kamerunu. Wszystko zależy od niej. Chodzi o to, żeby była szczęśliwa i miała szczęśliwe życie.

DG: Chociaż z drugiej strony być może z daleka będzie mogła więcej zrobić, niż na miejscu – w Kamerunie. U nas w stowarzyszeniu przydałby się ktoś, kto zna afrykańskie realia i zajmowałby się kontaktem pomiędzy Polską a Kamerunem. Decyzję pozostawiamy Jacqy.

M: Ilu wychowanków jest obecnie we Foyer St. Dominique i jakie będą ich losy?

DG: Aktualnie mieszka u nas 24 dzieci. Ich losy są różne, nie zawsze szczęśliwe. Dziewczyny, które trafiają do nas w wieku 14-16 lat rzadko zagrzewają u nas miejsce. Zdarza się, że zachodzą w ciążę i wtedy nie mogą już mieszkać w Domu Dziecka.

KR: Są jednak też wychowankowie, którym udaje się zakończyć edukację. Dzięki pomocy ojca Darka zdobywają zawód i samodzielność.

M: Czy to prawda, że Domowi Dziecka w Bertoua pomagają tylko Polacy?

DG: Tylko i wyłącznie. I można powiedzieć że są to tylko osoby prywatne.

KR: Czasem nawet nie wiemy kto nam pomaga, bo niektórzy wpłacają anonimowo pieniądze na konto stowarzyszenia. Pomocy udzielają nam głównie ludzie, których znamy osobiście. W operacjach prawnych całkowicie bezpłatnie pomaga nam zaprzyjaźniona KNTM Kancelaria Radców Prawnych. To dzięki nim oficjalnie staliśmy się organizacją pożytku publicznego. Wspierają nas też inne instytucje. W Poznaniu jest to choćby biuro podróży Logos Travel Marka Śliwki. Kiedy będąc w Warszawie przygotowywaliśmy wernisaż, firma Fremantle Media Polska, użyczyła nam swojego biura i sprzętu komputerowego. To dzięki tym ludziom, którzy pomagają nam z własnej dobrej woli, stowarzyszenie może funkcjonować.

Pozdrowienia z Misji Dominikanskiej w Kamerunie

 

Biuletyny 2006-2011

Pozdrowienia z Misji Dominikanskiej w Kamerunie

2006-10-27 Z ostatniej chwili

Kochani, wreszcie po półtorarocznej przerwie mamy na nowo w domu internet, tym razem prosto z nieba przez satelitę. Mam nadzieję, że odnowią się teraz wszelkie utracone kontakty emailowe przerwane dokładnie w dzień wyboru Kardynała Ratzingera na stolicę piotrową, tj. 19 kwietnia 2005 roku. Minęło 18 miesięcy i od 19 października 2006 znowu świat stanął dla nas otworem.

Piszę „dla nas” bo już nie jestem sam. Od września dołączył do mnie O. Jean-Bernard Toko OP, mój współbrat zakonny z wikariatu Afryki równikowej, francuskiej prowincji ojców dominikanów.

O.Jean-Bernard jest kameruńczykiem, pochodzi z Nkongsamba i ma 36 lat. Uczy kleryów Wyższego Seminarium Duchownego naszej archidiecezji Bertoua, a mieszka za mną i „naszymi” dziećmi z „Foyer Saint Dominique” ( nasz sierociniec).

Przepraszam że zdjecia dzieci są ciagle w galerii mimo że prawi wszystkie są już „zaadoptowane”. Nie mialem żadnej możliwosci ich „ściągnięcia”. Za parę dni, jak tylko nauczę sie do końca programu obrabiającego tę stronę, wszystko pomału będzie aktualne.

Przepraszam też, że niektórzy z tego samego powodu nie dostali żadniej informacji ani listu od wielu wielu miesięcy. O ile zdrowie i siły pozwolą to wszystko powinno wrócić do normy.

Pozdrawiam serdeczeni i gorąco.

Niebawem kolejne kilka słów

O.Dariusz Godawa OP

Marianny pierwszych kilka pierwszych słów o Afryce

W lipcu i sierpniu 2006 nawiedzili naszą misję br Artur Hącia OP i Marianna Ligęza studentka UJ …poniżej artykulik, który Marianna przygotowała dla jakiegoś krakowskiego pisma. Jak sama napisała mi dziś rano, to „takie strzępy tylko” ( musiała się zmieścić w 2500 znakach):

—————————————–

Afryka. Afryka? Afryka… Tak wiele wyobrażeń, myśli, marzeń, stereotypów. “Europejskie”pojęcie o Afryce mocno nimi nacechowane; chyba nie sposób, nie doświadczywszy “Czarnego Lądu” na własnej skórze nie poddać się któremuś z mitów myślenia o tej części świata (jak zresztą w obliczu wszystkiego, co obce i nieznane, a co – zaspokajając zwyczajną ludzką potrzebę bezpieczeństwa – upraszczając próbujemy oswoić). I tak myśląc “Afryka” ulegamy najczęściej – jakże sugestywnej wizji krainy niebezpiecznej, tajemniczej i egzotycznej przestrzeni pełnej dzikich zwierząt, tropikalnych chorób i zupełnie obcej, niezmiernie bogatej kultury. Na drugim biegunie tkwi z kolei wizja skrajnie ubogiego, zapomnianego przez wszystkich Trzeciego Świata, w zastraszającym tempie dziesiątkowanego przez głód, choroby i wewnętrzne konflikty. Mamy też obrazy pośrednie, stanowiące dowolną kompilację obydwu wizji. I z takim właśnie – wyobrażeniem “pośrednim” z końcem czerwca tego roku leciałam do Afryki. Spędziłam dwa miesiące w Kamerunie, w Bertoua, mieście–stolicy południowo-wschodniej części kraju. Kamerun jest republiką demokratyczną położoną w Afryce środkowej, na przestrzeni ostatnich lat szczęśliwie nie szarganą większymi konfliktami i wojnami. Co w znaczący sposób niestety nie wpływa na jakość życia większości jego mieszkańców (niemal 17 milionowej społeczności). Ta większość to ludzie zamieszkujący wsie, wioski i przedmieścia miast, to ludzie żyjący w ubóstwie. Ludzie, dla których pojęcie czasu nie istnieje. Nie raz miałam wrażenie, że czas zatrzymał się tutaj tysiące lat temu a jedyne “zdobycze cywilizacyjne” jakie w ten świat dotarły to plastikowe miednice, gumowe klapki i kolorowe koszulki, z rzadka telewizor, tak paradoksalnie kontrastujący z wnętrzem glinianej, często osłoniętej liśćmi palmowymi lepianki. Takich niespodzianek, paradoksów i zagadek pełna jest Afryka. Przed lepianką gromada bosych dzieci radośnie uganiająca się za drewnianym klockiem – jedyną zabawką jaką najprawdopodobniej przyjdzie im zobaczyć. No i kolory! Soczysta zieleń wszystkiego co wokół: głównie baobaby, papaje, bananowce i błękit nieba, od którego tak wyraziście odcina się czerwień ziemi. Bo ziemia w Afryce jest czerwona. Czerwona i płodna. Tym mocniej ma się wrażenie, że ludzie tam dopiero co z niej wyrośli; brunatni i jak ona płodni. Przeciętna afrykańska kobieta jest matką około dziesięciorga dzieci, pierwsze rodząc w wieku czternastu – piętnastu lat. Afryka to dzieci. Dzieci są tu wszędzie; przed chatami, na bazarze, na ulicy. Niestety tylko ok 20 procent z nich ma możliwość uczęszczania do szkoły. Szkoła bowiem kosztuje. Tak więc pozostałe 80 procent “wychowuje” ulica. Dziećmi właśnie, dziećmi których mamy “nie dają sobie rady”, lub które mam nie mają zajmuje się w Bertoua ojciec Dariusz Godawa, dominikanin. O. Darek jest proboszczem jednej z tamtejszych parafii i założycielem “Foyer st Dominique” – sierocińca. Sam zapewnia dzieciom przysłowiowy “wikt i opierunek”, posyła je do szkoły, leczy w razie potrzeby. Przez te dwa miesiące opiekowałam się najmłodszymi pociechami ojca Darka. Uczyłam je czytać, pisać, dużo rysowaliśmy. Dla większości dzieci rysowanie właśnie stanowiło największą przyjemność, to była czynność niemalże magiczna (niektóre z nich po raz pierwszy trzymały w ręku kredkę!). Parafia o. Darka, kościół w Bertoua, to kościół zwyczajnych ludzi. Tym, czego najsilniej tam potrzeba (poza rzecz jasna materialnym wsparciem) jest takie właśnie – zwyczajne rozumienie. Rozumienie i modlitwa. Głębokie rozumienie drugiego człowieka z całym bogactwem odmienności jaką ze sobą niesie. Bo Afryka to bogactwo odmienności, egzotyka przeplatająca się z nędzą, przestrzeń niespodzianek, zagadek i paradoksów, ale też – a może przede wszystkim -zwyczajność. Zwyczajność rzecz jasna odmienna, “nie nasza”. Zwyczajność, w którą wpisane są bardzo konkretne ludzkie historie. To świat, który nie chce być oceniany, mierzony. Ten świat chce zrozumienia, miłości i otwartości. Marianna Ligęza

———————————————————————-

Z niecierpliwościa czekamy na ciąg dalszy, albo raczej, jak ona sama mi dziś rano napisała, na prawdziwe pisanie tylko dla naszej strony www. Pozdrawiamy i pamiętamy w modlitwie o.dariusz godawa op

Wielki Post i walka o samochód

Witaj!

Postanowiłem przed Świętami Wielkiej Nocy napisać choć parę słów o tym co się u nas dzieje. A dzieje się dużo! Oprócz codziennej krzątaniny i bieganiny we Foyer, intensywnej wielkopostnej pracy parafialnej, życie stawia przede mną coraz to nowe wyzwania. Staram się sprostać tym wyzwaniom jak mogę, także dzięki Twojej pomocy! Bardzo Ci dziękuję!

Jednym z zadań, na które poświęcam dodatkowy czas jest ulepszanie strony internetowej. Dzięki pomocy wolontariuszy, zamieściłem dużo informacji, które mogą Cię zainteresować. Jeśli chcesz więcej wiedzieć o działalności Misji-Kamerun i potrzebach możesz zacząć odwiedzać nas regularnie. Na stronie znajdziesz również informacje o Kamerunie i wspomnienia Gości. (Ostatnio Marianna dopisała nowy odcinek swoich wspomnień!) Część z wymienionych informacji, była już wcześniej dostępna, ale mam nadzieję, że aktualny układ strony i większa ilość linków pozwolą Ci na wygodniejsze jej przeglądanie.

Przede mną jeszcze jest dużo pracy. Wybacz, jeśli niektóre stronki nie wyczerpują do końca tematu. Niedługo pojawi się więcej informacji i zdjęć. Zapraszam do częstego odwiedzania nas wirtualnie! Oczywiście gdy prace nad stroną zostaną ukończone, poinformuję o tym w Biuletynie.

Najbliższe dni, to okres intensywnego spowiadania i przygotowania się do Triduum Paschalnego. W niedzielę Palmową modlitwy miała rozpocząć uroczysta czterokilometrowa procesja. W planie rozpoczęcie było o 8 rano, ale Epi, która zawsze pełni rolę zakrystianki zapomniała mojej alby i stuły. Wraz z kilkusetosobowym tłumem czekałem aż Epi i Jacky wrócą się do Foyer po zapomniane rzeczy. W związku z tym zamieszaniem procesja rozpoczęła się prawie o 9 rano. Na szczęście w Afryce, godzina spóźnienia to mniej niż nasz polski „kwadrans akademicki”, tak więc opóźnienie procesji było prawie niezauważalne. Nasz marsz upiększał śpiew dwóch parafialnych zespołów. Uroczysta Msza św. trwała do 12.

Aby wzbudzić większą świadomość religijną u parafian, od tygodnia po różnych osiedlach wyświetlam film „Jezus z Nazaretu”. W poniedziałek i wtorek rozpoczyna się sprzątanie „fizyczne i duchowe”. Sprzątamy teren wokół kościoła, ale dużo czasu poświęcam na spowiedź parafian. W środę planuję wygłosić dodatkowe rekolekcje.

W Wielki Czwartek codzienny różaniec o 17.30 i po nim Msza Ostatniej Wieczerzy po niej adoracja grupami do 24h. Po mszy również jednoczesnie z drugiej strony muru wyświetlany „Jezus z Nazaretu”. Nie wszyscy są tak świadomi religijnie by się modlić długo, więc oglądanie tego filmu będzie dla nich czymś w rodzaju modlitwy.

W Wielki Piątek przed nami 4-kilometrowa droga krzyżowa. Potem adoracja Krzyza św. Następnie będzie adoracja grobu do 24h tez grupami po 30 min. (Dla mniej świadomych religijnie – film o Jezusie).

W Wielką Sobotę uroczysta Wigilia Paschalna zacznie się o 20. Ochrzczę około 30 osób – dzieci i młodzieży. Wielkanoc rozpocznie się w parafii mszą rezurekcyjną o 9 rano.

Działalność misyjna to niestety nie tylko modlitwa, ale wiele „świeckiej pracy”. Kolejne zadanie, które jest prawdziwym wyzwaniem, to wydobycie z portu w Douala samochodu, który został sprowadzony dzięki pomocy jednego ze Sponsorów. Niestety, wbrew wszelkim naszym zabiegom, urzędnicy niewzruszenie potraktowali Misję, jak bogatego krezusa i nie podarowali cła! Muszę zapłacić zawrotną sumę, by otrzymać to co dostałem dla Misji w prezencie! Bardzo proszę o POMOC. Więcej informacji znajdziesz klikając na ten link lub w Aktualnościach na stronie Misji-Kamerun.

Bez twojej pomocy, może się okazać że liturgiczny Wielki Post się skończy, ale na Misji-Kamerun będzie kolejny długi post dla mnie i dla dzieciaków, jeśli nie będzie z czego kupić jedzenia. Opłata za samochód jest priorytetem, gdyż trzeba płacić za każdy dzień jego pobytu w porcie. Im szybciej go wyciągniemy z Douala tym mniej to będzie kosztowac! Jeśli możesz, to pomóż nam wpłacając darowiznę z dopiskiem „na cło” na nasze KONTO.

Na zbliżające się Święta chciałbym życzyć Ci wiele łask Bożych, aby Chrystus naprawdę zmartchwychwstał w Twoim sercu i by najbliższe dni przyniosły Tobie i Twojej rodzinie wiele pokoju i miłości.

Z błogosławieństwem,

o. Dariusz Godawa

P.S. Podaruj swoim przyjaciołom trochę egzotyki. Wyślij ten biuletyn do 10 znajomych i zaproponuj im prenumeratę. Może ich też zainteresuje Afryka i los tutejszej ludności? Może pomogą uzbierać nam na cło?

2007.08 Polska, Kamerun, Odpust, Napady, SZKOŁA...

Witaj,

Już drugi miesiąc mija od czasu gdy wróciłem z urlopu, a ja żadnych wieści nie wysłałem. Ale jak to zwykle bywa ciągle jestem w biegu. Niby kameruńskie życie płynie wolniej dla przeciętnego człowieka, jednakże gdy się jest proboszczem i jedynym księdzem na parafii, będąc także szefem Foyer (naszego domu dziecka) to ma się życie na pełnych obrotach.

POLSKA

Pobyt w Polsce był dla mnie cenny pod wieloma względami. Oczywiście tęsknota za krajem była olbrzymia podczas 2 lat na obczyźnie. Tak więc, po przyjeździe nie mogłem się nacieszyć: polskie radio, polska telewizja, język polski na ulicy, biali ludzie…. Niesamowite przeżycia!

Przejechałem przez kilka miast. W Krakowie przebadałem się dokładnie, gdyż od paru miesięcy miałem poważne problemy zdrowotne. Na szczęście okazało się, że to nic poważnego i po zastosowaniu się do rad lekarzy z radykalnej diety, której się ściśle trzymałem w Kamerunie, przeszedłem do zwykłego jedzenia. To było wspaniałe uczucie, gdy znowu mogłem jeść wszystko. Szczególnie – polską kuchnię!

W Warszawie spotkałem się z moimi współbraćmi na Freta i na Służewiu. Właśnie tam, w niedzielę, 10 czerwca organizowałem spotkania po Mszach Świętych. Informowałem o trudnej sytuacji mieszkańców Kamerunu, a szczególnie dzieci. I zachęcałem do pomocy. Mam nadzieję, że te spotkania naprawdę zaowocują regularną i stałą pomocą, której tak bardzo potrzebujemy.

Kilka tygodni spędziłem w Bydgoszczy z moją najbliższą rodziną. Czas spędzony z nimi przeleciał stanowczo zbyt szybko…

KAMERUN

24 czerwca wróciłem do Kamerunu. Wyjechała po mnie Marianna i Achile. Po noclegu w Yaounde (nocą jest niebezpiecznie jechać) postanowiliśmy jeszcze zrobić szybkie zakupy, bo w Bertoua nie mogę kupić wielu rzeczy. Po drodze zerwał nam się pasek wspomagania kierownicy, tak więc żartowałem, że kręciło się kierownicą jak w ciągniku sprzed pierwszej wojny. Od razu zatęskniłem za asfaltowymi polskimi drogami, których dziury są niezauważalne w porównaniu z tutejszymi.

25 km. przed Bertoua spotkaliśmy znajomego, któremu się zepsuł samochód. Wzięliśmy go na hol, ale że sznurek kilka razy się zrywał, to nasza podróż wydłużyła się bardzo. Do Foyer wjechałem wśród wiwatów. Dzięki darczyńcom zakupiłem i przywiozłem ubrania dla moich podopiecznych i biednych rodzin w okolicy. Kilkadziesiąt kilogrmów prezentów wbudziło ogromną radość u wielu ludzi.

Trochę się obawiałem jak dały sobie radę dzieciaki pod opieką Lidii i Marianny. Ze względu na dodatkową podróż do Japonii strasznie długo mnie nie było. Na szczęście Foyer stało całe i zdrowe, zarówno budynki jak i dzieciaki. Oczywiście wiadomo, że nie wszystko dotrwało w super stanie, więc przez kilka pierwszych tygodni zajęty byłem głównie naprawianiem zepsutego sprzętu, i domowych artykułów.

ODPUST

Uroczystość św. Piotra i Pawła (piątek, 29 czerwca) to odpust w naszej parafii. Jest to dla nas bardzo ważny dzień. Jeden z niewielu, gdy odwiedza nas biskup. Przygotowania rozpoczęły się już od wtorku. Rozpoczęliśmy od gruntownego sprzątania, także i duchowego. Parafianie sprzątali teren wokół kościoła, a w międzyczasie mogli w każdej chwili się wyspowiadać. W środę odbyły się próby generalne wszystkiego co przygotowywaliśmy z tej okazji. O 18 mieliśmy konferencję na temat rodziny.

W czwartek, wigilię uroczystości zaczęliśmy już trochę świętować – zorganizowaliśmy soiree culturelle (wieczorek kulturalny) Odbyły się koncerty, pokazy tańca i trwało to wszystko do 23.30. W piątek już od 9 rano zbierali się ludzie w kościele. (tzn naszym kościoło-baraku, bo kościoła jeszcze nie zbudowaliśmy ) Z tutejszym “kwadransem akademickim” msza zaczęła się o 10. Biskup powiedział kilkunastominutowe kazanie o patronach parafii i ich świadczeniu o Chrystusie. Dawał nam św. Piotra i Pawła za przykład. Po mszy nasz kościół (barak) został zamieniony na salę biesiadną. Poszczególne grupy parafian przygotowały różne smakołyki, tak że była naprawdę obfita agapa.

NAPADY

Ostatnimi czasy zrobiło się bardzo niebezpiecznie w Bertoua. Foyer zamykamy już przed zachodem słońca – o 17.30. W mieście jest coraz więcej brutalnych napadów i nie można liczyć na pomoc policji. Nieoficjalnie wiadomo, że od policji można wynająć broń za pieniądze i niestety często to właśnie broń policjantów służy rabusiom do napadów. Pozostaje tylko nadzieja w Opatrzności Bożej, dlatego bardzo proszę Cię o modlitwę.

SZKOŁA

Wrzesień tuż tuż i odkładam funduszę na naukę dla najmłodszych. Ale po pomoc przychodzą także starsi. Niedawno przyszła 22-letnia Nadege. Dziewczyna samotnie wychowuje 2 dzieci i opiekuje się matką umierającą na AIDS. Pomimo tak trudnych warunków życiowych Nadege próbuje zdobyć jakiś zawód kształcąc się w szkole wieczorowej. Czy można jej odmówić pomocy?

Na koniec, chciałbym podziękować Ci za cierpliwość w oczekiwaniu na wieści oraz za wszelką pomoc materialną i duchową jaką oferujesz Misji Kamerun. Proszę o propagowanie idei Przyjaciół Misji wśród Twoich znajomych. Prześlij, proszę, ten list do 5 lub 10 Twoich znajomych i namów ich, proszę, do zaprenumerowania biuletynu. Spróbuj też też namówić ich by zostali Przyjaciółmi Misji.

Z serca błogosławię na te ostatnie dni wakacji Tobie i Twoim najbliższym,

Dariusz Godawa OP

PS. Zbliża się rok szkolny i kolejne dziesiątki dzieci potrzebują iść do szkoły. Proszę pomóż jak największej ilości dzieci opłacić pierwszy trymestr nauki wpłacając jakąś darowiznę na KONTO z dopiskiem „finansowanie nauki” i namawiając do tego Twoich przyjaciół.

2007.10 Apel o pomoc!

Witam,

Dziękuję za wszelką pomoc jaką otrzymałem w ostatnim czasie: finansową, modlitewną. Dziękuję też za przesyłanie moich listów do znajomych, którzy mogą nas wesprzeć.

Rok szkolny zaczął się we wrześniu, ale dzieci zapisują się do końca października. Co jakiś czas przychodzą do mnie rodzice z prośbą o pieniądze na szkołę, ale Misja-Kamerun nie dostaje tyle środków by pomóc wszystkim dzieciom w Bertoua. Pomyślałem jednak, że gdyby wszyscy ludzie dobrej woli zrobili szybką zrzutkę, to moglibyśmy jeszcze w tym miesiącu wysłać trochę dzieci do szkoły.

Tuż obok mnie mieszka 25-osobowa rodzina w jednym domku. Dzieci śpią po 2 na jednym łóżku, a te, dla których nie ma łóżka śpią na podłodze. Ich los jest bardzo ciężki. Gdyby zdobyły jakiekolwiek wykształcenie, może miałyby szanse w przyszłości zdobyć jakąś prostą pracę.

Niedawno przyszła z prośbą o pomoc Jacqueline, która ma aż 4 dzieci. Ojcowie są nieznani. Jacqueline mieszka u matki wraz z siostrą która także ma 3 dzieci. Ta młoda nieszczęśliwa

kobieta chciałaby posłać do szkoły najstarszą 8-letnią córeczkę Marie-Rose. Jacqueline marzy również by wysłać do przedszkola 5-letnią Damaris, i czteroletniego Dimitriego.

Wiele dzieci trzeba „odmłodzić”, aby mogly pójść do klasy na ich poziomie edukacji, choć są na to za duże. Dlatego trzeba „zmienić” im akt urodzenia. Każda taka zmiana to kilkanaście złotych. W tej chwili koszty na najbliższy czas to kilkaset złotych.

Każda wpłata 30, 50 lub 100 zł albo inna dowolna suma, to kolejne dzieci posłane do szkoły! Każda złotówka się liczy. W tym tygodniu najistotniejsza akcją dla Misji-Kamerun jest dofinansowanie nauki dzieci. Kliknij tutaj, by przeczytać więcej o akcji.

Wierzę, że jeszcze w tym tygodniu stanie się cud i uda mi się pomóc wielu rodzinom. Już teraz z góry dziękuję za dobre serce i ofiraność.

Z błogosławieństwem,

Dariusz Godawa OP.

PS. Pomóż Misji-Kamerun rozsyłając ten apel do znajomych. Może wesprą naszą akcję. A może zechcą dołączyć do naszych Przyjaciół Misji. Kliknij tutaj, by przeczytać o Przyjaciołach Misji

 

2007.06 Kameruńskie fryzury, japońskie klimaty, prymicja Louis-Marie, Lednica.

Serdecznie Cię witam!

Od mojego ostatniego listu upłynęło już kilka tygodni, a obiecałem że będę częściej niż dotychczas pisał – tak więc czas na nowe wieści! W międzyczasie zauważyłem, że wzrosła nam liczba „prenumeratorów biuletynu”. Ci, którzy zapisali się po raz pierwszy z niecierpliwością czekają na pierwszą wiadomość, a więc też nie chcę ich zawieść. Dlatego zgodnie z obietnicą piszę kolejne newsy. Przede wszystkim chcę podziękować wszystkim, którzy w ostatnim czasie bardzo nam pomogli! Serdeczne Bóg zapłać!!!!

Kameruńskie fryzury.

Jeżeli jeszcze nie znasz strony www.misja-kamerun.pl, to koniecznie tam zajrzyj. Staram się by co jakiś czas pojawiło się tam coś nowego. Myślę, że jedną z ciekawostek są lokalne fryzury. Ja już od lat jestem do nich przyzwyczajony i nie robią one na mnie większego wrażenia, ale goście, którzy do mnie przyjeżdżają często robią zdjęcia. Pomyślałem, że może warto dać ci szansę obejrzenia miejscowej kreatywności bez ponoszenia kosztów dalekiej podróży. Jeśli podoba Ci się zdjęcie poniżej i chcesz zobaczyć więcej, kliknij tutaj.

Japońskie klimaty.

Pewnie się zdziwisz, ale dziś napiszę nie tylko o Kamerunie. Pomagając mieszkańcom Bertoua, staram się skłonić do pomocy ludzi z wszystkich zakątków świata. Tak się składa, że jeden z moich najlepszych przyjaciół, Jerzy Widomski OP, jest misjonarzem w Japonii. Od wielu lat proponował mi bym go odwiedził i przy okazji opowiedział o swojej afrykańskiej posłudze. Jerzy zebrał fundusze, by opłacić moją daleką podróż i zorganizował spotkanie w parafii w Tokio.

Kraj kwitnącej wiśni (jak widać na zdjęciu) i jego mieszkańcy zrobili na mnie bardzo duże wrażenie. Problemy miejscowych misjonarzy są zupełnie inne. W Afryce problemem jest nędza i brak edukacji. W Japonii widziałem luksus, którego nie miałem okazji widzieć u przeciętnego Polaka. Tam jeszcze bardziej niż u nas człowieka może zniszczyć konsumpcja i hedonizm.

Spotkałem jednak wielu Japończyków o dobrych i hojnych sercach. Miałem okazję wygłosić 3 homilie, które zaowocowały datkami spływającymi przez cały tydzień. Uzbierałem na tyle by pomóc wielu biednym rodzinom i mieć na utrzymanie Misji i Foyer na najbliższych kilka tygodni.

Prymicja.

Szóstego maja Louis-Marie, mój były stażysta otrzymał święcenia kapłańskie. Ze względu na brak miejsc na staż u biskupa, Luis-Marie przez rok był na stażu w naszej parafii. Dobrze się sprawował i osiem miesięcy temu został wyświęcony na diakona. a dwa tygodnie temu na księdza. Trzynastego maja odprawił mszę prymicyjną w Bertoua, a dwudziestego maja Louis-Marie odprawił swoją pierwszą mszę 220 km dalej, w Nandoungue.

Lednica.

Dzięki wielkiemu sercu naszego darczyńcy Krzysztofa, w czasie spotkania nad Lednicą zostało rozdanych kilka tysięcy ulotek zachęcających do pomocy misji. Jedno ze stoisk firmy madeinheaven.pl, na których będzie można było kupić różne fajne koszulki, z których sprzedaży zysk jest przeznaczony na pomoc Misji-Kamerun.

Na koniec listu, chciałbym jeszcze raz podziękować Ci, że sercem jesteś z nami. Staramy się stale powiększać grono naszych Przyjaciół Misji i cieszymy się, że dołącza do nich coraz więcej osób. Jeśli jesteś Przyjacielem lub Przyjaciółką Misji-Kamerun, bardzo się cieszę. Jeśli nie, to mam nadzieję, że niedługo dołączysz do grona ludzi, którym los afrykańskich dzieci nie jest obojętny.

Serdecznie pozdrawiam i błogosławię,

Dariusz Godawa OP

P.S. A może twoi znajomi też chcieliby zobaczyć egzotyczne kameruńskie fryzury? Wyślij ten biuletyn do 10 znajomych i zaproponuj im darmową prenumeratę. A może twoi znajomi na Lednicy otrzymają ulotkę o naszej Misji i chcieliby się więcej dowiedzieć? Daj im szansę i prześlij biuletyn dalej!

2007.11. Wielki Dar ze Służewia

Witaj,

Dziś chcę podzielić się radością, gdyż otrzymałem wielki dar od ludzi dobrej woli. Wszystko to było możliwe dzięki akcji Studentatu Dominikanów na Służewiu. Bracia Studenci z koła misyjnego zorganizowali akcję dzięki której może powstać wspaniałe dzieło – stowarzyszenie – organizacja pomagająca zbierać fundusze na potrzeby Misji-Kamerun.

Dwudziestego pierwszego października, w Niedzielę Misyjną przez cały dzień trwał poczęstunek dla wszystkich parafian na Służewiu, w ramach podzięki za całoroczne wspieranie misji dominikańskich. W czasie tego wydarzenia były zbierane datki na misje na Ukrainie i w Kamerunie. Hojność parafian była olbrzymia, gdyż na moje konto wpłynęło aż 9000 złotych!!! Nie mogłem uwierzyć, że tylu ludzi dobrej woli miało tak gorące serca by nam tak bardzo pomóc!!!

Pieniądze zostały natychmiast przeznaczone na utworzenie stowarzyszenia, dzięki któremu skuteczniej będę mógł pomagać ubogim rodzinom i przede wszystkim niedożywionym dzieciom, które potrzebują zasponsorowania nauki, przyborów szkolnych i ubrań. Jeżeli Ty też masz udział w tej akcji, bardzo serdecznie Ci dziękuję! List dziękczynny wysłałem do współbraci na Służewiu i mam nadzieję, że niedługo ukaże się w parafialnej gazetce.

Niestety potrzeby na misji rosną szybciej, niż spływa pomoc. Aktualnie bardzo pilną potrzebą jest znalezienie sponsora, który zechciałby pomóc w sfinansowaniu kosztów internetu. To jest mój jedyny, skuteczny sposób na komunikację z Wami. Regularny abonament za internet to niecałe 400zł miesięcznie za najtańszą i najwolniejszą opcję. Do tej pory moim sponsorem był mój współbrat z Japonii, ale niestety nie może mi już dalej pomagać. Gdyby udało się nam pozyskać kilku nowych Przyjaciół Misji, albo jednego hojnego sponsora, który opłaciłby całość, to nadal regularnie mógłbym się z Tobą kontaktować. Jeśli możesz pomóc, albo namówić do pomocy swoich przyjaciół będę bardzo wdzięczny. Kliknij tutaj, aby się dowiedzieć jak możesz pomóc w sfinansowaniu kosztów internetu.

Jeszcze raz dziękuję za Twoją pomoc.

Z serdecznym błogosławieństwem,

Dariusz Godawa OP

PS. Wystarczy tylko 4 – 8 nowych Przyjaciół Misji, by utrzymać nasz kontakt internetowy!!! Czy możesz pomóc ich znaleźć? Roześlij ten list do swoich znajomych i poproś by kliknęli tutaj by dowiedzieć się jak zostać Przyjacielem Misji. Zaproś ich do regularnej prenumeraty Biuletynu. Wystarczy kliknąć tutaj by móc zaprenumerować biuletyn.

2007.12 Wesołych Świąt Bożego Narodzenia i Szczęśliwego Nowego Roku

Witaj!

Świąteczny biuletyn mogę zacząć tylko wielkim MERCI, czyli DZIĘKUJĘ, za to że jesteś i pamiętasz o nas. Za to, iż pamiętasz, że gdzieś na dalekim afrykańskim kontynencie jest wielu potrzebujących ludzi, a przede wszystkim dzieci. Dzieci, które dzięki pomocy misjonarzy mogą zjeść do syta, pójść do szkoły i tak jak Ty mogą oczekiwać na nadejście Chrystusa.

Właśnie kilka dni temu najmniejsze maluchy z przedszkola sąsiadującego z Misją-Kamerun przedstawiły przepiękne jasełka. Każde dziecko miało swoją rolę do spełnienia. Najwięcej było aniołków.

Maluchy odtwarzające najważniejsze postaci grały swoje role z prawdziwym przejęciem. Mając tylko kilka lat dobrze pamiętały teksty i starały się odtworzyć sceny z narodzenia Pańskiego jak najlepiej. Całe przedstawienie było pełne ciepła i uroku.

Ten świąteczny klimat przypomina, że nadchodzi czas składania życzeń. Dlatego chcę Tobie i Twoim najbliższym życzyć rodzinnych i spokojnych

Świąt Bożego Narodzenia

w atmosferze ciepła i miłości. Niech Dzieciątko Jezus otoczy Was swoją opieką i pomoże spełnić Wasze plany i zamierzenia na Nowy 2008 Rok.

Z błogosławieństwem Bożym,

Dariusz Godawa OP

2007.12 Święty Mikołaj w Kamerunie

Witaj,

Choć od wysyłki ostatniego biuletynu upłynęło niewiele czasu, postanowiłem napisać znowu. I kolejny raz chcę podzielić się dobrymi wiadomościami! W tym roku święty Mikołaj naprawdę zagościł w Bertoua!!!! Dzięki uprzejmości misjonarzy z innej placówki, w zeszłym roku, Misja-Kamerun dostała trochę miejsca w kontenerze wysyłanym z Polski. Wystarczyło „tylko” zebrać dary żeby zapełnić to miejsce w kontenerze.

Marianna, która była u nas w czasie wakacji w 2006 roku, zorganizowała wraz ze swoim tatą szybką akcję wśród pracowników Akademii Górniczo-Hutniczej. Zebrano zaledwie w ciągu 3 dni, 10 worków odzieży, butów oraz zeszytów i przyborów szkolnych. Po jedenastu miesiącach długiej drogi, 205 kilogramów darów dotarło do Bertoua.

Na kilka dni, przed dniem świętego Mikołaja, taki zalew darów to prawdziwy cud opatrzności. Dzięki wielkiemu sercu pracowników Akademii Górniczo-Hutniczej, moi podopieczni we Foyer St. Dominique, oraz wiele biednych rodzin dostanie prezenty na Boże Narodzenie. W tym roku nie będę musiał starać się o fundusze na ubrania świąteczne dla dzieci. Jedyne koszty prezentów jakie mnie czekają w najbliższych tygodniach to opłata za transport kontenera 555zł oraz zakup nowych klapek dla małych mieszkańców Foyer. Liczę, że nasi darczyńcy i tym razem nie zawiodą i wesprą nas finansowo.

Kolejna wiadomość, którą chcę się podzielić to, że Foyer zostało przeniesione z dotychczasowego miejsca do nowego budynku, który od kilku miesięcy budowaliśmy po drugiej stronie drogi. Na życzenie moich przełożonych, został zrobiony podział na budynki dla misjonarzy i osobny, świeżo wybudowany budynek dla dzieci z Foyer. Przeprowadzka została zakończona w zeszły poniedziałek, niedługo po tym jak podłączono nam prąd.

Jestem przekonany, że i do Ciebie zawita święty Mikołaj, po tym jak dotarł do nas do Bertoua. Z naszej strony niech ten dodatkowy biuletyn z wiadomościami oraz nieustająca modlitwa będą takim skromnym prezentem i podziękowaniem za pamięć o Misji-Kamerun.

Serdecznie pozdrawiam i błogosławię,

Dariusz Godawa OP

P.S. Mam nadzieję, że naszej radości, którą się z Tobą dzielimy nie zatrzymasz tylko dla siebie i roześlesz ten biuletyn do swoich przyjaciół i znajomych. Może zechcą dołączyć do grona naszych Przyjaciół Misji. O tym jak zostać przyjacielem misji można przeczytać na naszej stronie – klikając tutaj.

2008.02 Choroby zbierają swoje żniwo

Witaj,

Dziękuję Ci za Twoje zainteresowanie losami Misji-Kamerun. To bardzo ważne by tu w Polsce grono sympatyków takich jak Ty pamiętało o biednych dzieciach z Kamerunu. Tylko Twoja pamięć i Twoja ofiarność może sprawić, że los małych kameruńczyków będzie mógł odmienić się na lepsze.

Ubóstwo tutejszych rodzin i powszechny brak wykształcenia sprawia, że zarówno dzieci jak i dorośli zapadają na najcięższe choroby. Ostatnimi czasy pomoc chorym, pogrzeby oraz inne zajęcia misyjne zajęły mi tyle czasu, że nie miałem czasu by podzielić się z Wami wiadomościami z Bertoua. Przepraszam za moje milczenie i dziękuję za Twoją wyrozumiałość.

Aby pokazać jak przytłaczajaca bywa czasem praca misjonarza Misji-Kamerun chcę opisać jeden ze smutniejszych dni, które co jakiś czas ukazują mi bezsilność człowieka.

Wyobraź sobie piękny i słoneczny poranek i nagle rozpaczliwy telefon informujący od jednej z parafianek – Arlette. Z trwogą w głosie poinformowała mnie, że umiera jej sześcioletni siostrzeniec, a jest jeszcze nie ochrzczony. Pojechałem natychmiast. Gdy dotarłem na miejsce ujrzałem dziecko w bardzo ciężkim stanie, całe trzęsące się. Znajdowało się pod opieką lokalnych znachorek, które zmuszały go do picia wody w takim tempie, że dziecko zachłystywało się po każdym łyku. Wczoraj widzialem na CNN tortury amerykańskie przez tzw symulacje topienia, …to było dokładnie to samo. Dookoła zebrała się już rodzina, która zgodnie z tradycją mogłaby za niedlługo rozpocząć wielką pogrzebową imprezę, bo współczucia dla chorego chłopczyka nie było zbyt wiele. Niektórzy członkowie rodziny już byli wstawieni.

Ochrzciłem dziecko według formularza na godzinę śmierci. Ostro zganiłem znachorki i kazałem dziecko natychmiast odwieźć do szpitala. Oczywiście musiałem przekazać rodzinie pieniądze na pobyt dziecka w szpitalu, bo tych jak zwykle zabrakło.

Wróciłem do siebie. Tego dnia akurat spowiadałem w parafii. Gdy po dłuższym czasie zakończyłem spowiadać, to miałem dosłownie kilka minut na to żeby się zdrzemnąć, bo już musiałem jechać na pogrzeb. Umarła 38-letnia Angel osierocając gromadkę dzieci. Prawdopodobnie zabił ją AIDS. Rodzina niby wierząca, ale niektórzy członkowie nie chcieli nawet wstać na początku Mszy Św., a do komunii nie przystąpił nikt. Nie uszło to mojej uwagi i skomentowałem to odpowiednio. Przykro mi było, że tak mało jeszcze sakrament Eucharystii znaczy dla tych ludzi.

Tuż po powrocie dostałem następny telefon. To dzwoniła Salome. Jej sześcioletnia siostrzenica, Nelly, właśnie umarła. Dwie godziny wcześniej jeszcze biegała z innymi. Jej mama – Florence – jeszcze była w pracy i nawet nie wiedziała o tej tragedii, której przyczyną była malaria. Nelly też nie była ochrzczona. Miała przyjąć chrzest w Boże Narodzenie, ale rodzina nie miała pieniędzy nawet na jakikolwiek godny odziewek więc przełożyli ceremonię na Wielkanoc 2008, a tymczasem malaria zaatakowała znienacka i raz dwa zwyciężyła. Rodzina poprosiła mnie o pomoc w zakupie trumny. Nie mogłem im odmówić. Przegoniłem tylko kobiety, które usiłowały odprawiać jakieś czary. Niestety magia i szamańskie rytuały są tu nadal bardzo popularne. Pochowaliśmy Nelly na naszym parafialnym cmentarzyku, co przypominam jest ewenementem, gdyż ludzi chowa sie koło lub w domu.

Późnym wieczorem, po dniu takim jak ten często nie mam siły i mam wrażenie że brakuje mi nadziei. Pozostaje tylko modlitwa i oczekiwanie na pomoc z Polski. Każde wezwanie skierowane do mnie to może być ciężka choroba, z którą rodzina nie daje rady, albo śmierć która oprócz przyniesienia żałoby wykrada ostatnie oszczędności na trumnę. Bardzo często muszę pomagąć duchowo i finansowo najbliższym chorych i umierających. Najsmutniejsze jest to gdy tragedia dotyka dzieci, takie jak Nelly.

W dniach takich jak ten, cieszę się, że jesteś, że wspierasz i pomagasz w codziennym trudzie. Jeżeli możesz, to i tym razem proszę, wpłać sumę 50 albo 100 zlotych, albo dowolną sumę na biedne rodziny, bym spokojnie mógł wspomóc każdego proszącego w podobnej sytuacji.

Zaproś też swoich znajomych by dołączyli do przyjaciół misji. (http://www.misja-kamerun.pl/index.php?pid=542) i by zaprenumerowali nasz Biuletyn Misji-Kamerun.

Z serca błogosławię,

Dariusz Godawa OP

P.S. Proszę pamiętaj o nas i pomóż!

2008.03 Szukamy sponsorów dla szkoły!

Witaj!

Mój dzisiejszy list jest błagalnym wołaniem o pomoc! Pobliskiej katolickiej szkole podstawowej, w której może zdobywać wykształcenie około 150 dzieci, grozi likwidacja!!!

Wydział Edukacji naszej Kurii Diecezjalnej nie jest już w stanie utrzymywać naszej szkoły ze względu na niewielką ilość (147) uczniów. Od kilku miesięcy nasi nauczyciele nie mieli wypłaty i ciągle jedynym rozwiązaniem wg.Wydziału Edukacji jest zamknięcie naszej szkoły.

Nie możemy do tego dopuścić! To tak bardzo ważne by dzieci w Kamerunie mogły zdobywać wykształcenie. Ta grupka szczęśliwców, których rodzice byli w stanie uzbierać na czesne, lub którym niektórzy z Was już pomagają może niedługo zaprzepaścić swoje szanse na opanowanie trudnej sztuki pisania czytania i liczenia, jeżeli szkoła ulegnie likwidacji.

Do tej tragicznej sytuacji przyczyniła się wichura sprzed dwóch dni, która całkowicie zniszczyła dach szkoły. Jego remont może wynieść nawet około 6000zł. Tymczasem okazało się że w budżecie placówki jest wielka dziura. Nie dość, że nie ma skąd wziąć pieniędzy na remont, to jeszcze są kilkumiesięczne zaległości wypłat dla nauczycieli. Aby pokryć zaległe należności oraz zapewnić sześciu nauczycielom wypłaty do końca roku szkolnego potrzebna jest kwota około 9000zł.

Szkole grozi zamknięcie, ale jest jeszcze szansa by ją uratować. Byłem dziś u biskupa i powiedział, że szkołę może „nam przekazać” całkowicie. Szkoła więc stanie się całkowicie szkołą parafialną niezależna finansowo od Kurii, z wszelkimi prawami do zatrudniania nauczycieli, ich zmiany, programu w zakresie katechezy etc…

By objąć szkołę potrzebujemy sponsorów. Być może zechcesz należeć do grupy sponsorów szkoły, a może masz znajomych, którzy zechcieliby mieć „własną szkołę” w Kamerunie? Choć wydaje się to trudnym zadaniem, to okazuje się być łatwiejsze niż myślisz. Zgadza się, utrzymanie szkoły kosztuje dużo, ale i tak o wiele mniej niż w Polsce. Roczne koszty pensji nauczycieli to 21000 zł. Podatki oraz materiały dydaktyczne to 9000 zł. Chociaż 30000 rocznie to niby duża kwota, to policzyłem, że wystarczy byśmy znaleźli 25 osób, które zdecydują się co miesiąc wpłacać 100 zł na utrzymanie szkoły i to wystarczy! Jeżeli znaleźli by się hojni darczyńcy, którzy byliby skłonni podarować 200 zł to wystarczy 12 lub 13 osób. W przypadku sponsoringu wynoszącego 500 zł miesięcznie wystarczyłoby zaledwie 5 sponsorów by utrzymać całą szkołę podstawową dla 150 dzieci!!!! Czy to nie jest prostsze niż by się wydawało? Pomóż znaleźć grono chętnych osób, które wspomogły by akcję! Roześlij tą wiadomość do swoich przyjaciół i poproś ich o sponsoring szkoły lub pomoc w znalezieniu sponsorów! Wystarczy kilka lub kilkanaście regularnych wpłat na konto z dopiskiem „na utrzymanie szkoły podstawowej”.

W tej chwili jednak równie ważne jest jak najszybsze naprawienie dachu. Trzeba jak najszybciej, tzn. w tym tygodniu, rozpocząć remont, dlatego ważna jest każda chwila i każda wpłacona złotówka. Jeżeli możesz, to proszę wpłać 50 zł, 100 zł, 200zł lub każdą dowolną kwotę na konto, z dopiskiem „na remont dachu szkoły”.

Proszę, pomóż uratować szkołę w Bertoua! Serce mi się kraje, gdy myślę o tych 150 dzieciach, którym najpierw wichura, a od nowego roku Kuria może odebrać jedyną możliwość edukacji! Błagam, nie zostawiaj nas samych w tej trudnej sytuacji!

Mam nadzieję, że zechcesz nam pomóc choć trochę i dokonasz wpłaty na miarę Twoich możliwości. Pamiętaj, że każde dobro podarowane, zwraca się tysiąckrotnie. Już teraz z serca Ci dziękuję za twoje hojne serce i pamięć.

Z serca błogosławię

(zatroskany) o.Dariusz Godawa OP

PS.1. Nie zapomnij rozesłać tego biuletynu do znajomych którzy mogliby zostać sponsorami szkoły!

PS.2. Kliknij by poznać numer konta, na które możesz wpłacić swój dar.

2008.03 Wesołych Świąt!!!

Witaj!

Za kilka dni będziemy kolejny raz obchodzić dzień, w którym Pan zmartwychwstał. W niedzielę palmową mieliśmy uroczystą procesję z palmami, a teraz w mojej parafii św. Piotra i Pawła przygotowania do Triduum Paschalnego wrą pełną parą. Planujemy także ochrzcić dziesięcioro dzieci i w poniedziałek odbyło się spotkanie przygotowujące do tego wydarzenia ich rodziców.

Od wczoraj, czyli od wtorku, rozpoczynamy porządki fizyczne i duchowe. Parafianie sprzątają teren przykościelny oraz porządkują własne sumienia (cały czas spowiadam). Dzieci w naszym Foyer (Domu Dziecka) od jutra zaczną gruntowne sprzątanie.

Od kilku dni gościmy księdza Brice, który przybył do nas z posługą rekolekcyjną. We wtorek głosił konferencję dla grupy liturgicznej czyli naszych ministrantów i chóru parafialnego. Dzisiaj o 16 będzie mówił naukę dla młodzieży, a jutro dla dorosłych. Po każdej konferencji, jak codzień o 17.30 mamy różaniec a później o 18 Mszę św. Jutro, w Wielki Czwartek Msza św. z obrzędem umycia nóg, a potem czuwanie do 24.00

Obchody Wielkiego Piątku rozpoczniemy drogą krzyżową o godzinie 15. Będzie ona bardzo przypominała drogę męki Pańskiej, gdyż będziemy w upale pokonywać 14 stacji rozciągniętych na trasie 4 kilometrów ( zresztą jak w każdy piątek Wielkiego Postu). Poszczególne rodziny będą niosły 50-kilogramowy krzyż. Taka droga krzyżowa naprawdę, choć tylko częściowo, pokazuje czym jest wytrwałość w męce i cierpieniu: ciężki krzyż i palące słońce, a Chrystus przecież był jeszcze bardzo pobity i umęczony. Po drodze krzyżowej odmówimy koronkę do miłosierdzia Bożego, a następnie o 18.00 rozpoczniemy Liturgię Adoracji Krzyża. Następnie będzie czuwanie do północy.

W Wielką Sobotę od rana będzie czuwanie. O 17.30 odmówimy różaniec, a o 20 rozpocznie się liturgia Wigilii Paschalnej. Na krzyżówce, jakies 300 m od misji, rozpalimy ognisko, a potem z procesją wejdziemy do naszego barako-kościoła. W czasie Mszy Św. ochrzcimy 10 dzieci. W niedzielę rezurekcja o 9.

Aby było Ci łatwiej wyobrazić sobie jak to wszystko u nas wygląda zamieszczam kilka zdjęć z zeszłorocznych obchodów Niedzieli Palmowej i Triduum Paschalnego.

Chcę życzyć Tobie by nadchodzące dni Triduum Paschalnego pomogły Ci wejść w mękę Chrystusa i by dały światło na cierpienia które Cię dotykają. Niech następująca po nich Wielkanoc da Ci odczuć, że Chrystus naprawdę zmartwychwstał w Twoim życiu. Niech przyniesie wiele radości, pokoju w sercu, nadziei i miłości. Życzę, aby Święta minęły Tobie w atmosferze rodzinnego szczęścia.

Z świątecznym błogosławieństwem,

Dariusz Godawa OP

P.S. Serdeczne Bóg zapłać za pomoc w remoncie dachu! Dach już naprawiony! Nadal jednaksponsorów dla szkoły. Mamy dopiero 4 zadeklarowanych ofiarodawców. Potrzebujemy jeszcze 21 osób! Szczegóły możesz przeczytać w aktualnościach na naszej stronie (kliknij) lub w kolejnym biuletynie, który ukaże się już niedługo!

2008.04 Kryzys gospodarczy! Gwałt! Nadal szukamy 14 sponsorów!

Witaj,

Mój list chcę zacząć wielkim Dziękuję. Dzięki ludziom takim jak Ty, moja marcowa prośba dotarła do wielu zakątków Polski i świata. Dziękuję za przesłanie tego biuletynu z apelem o pomoc szkole do Twoich znajomych! Dziękuję za każdą wpłatę!

Dzięki hojności darczyńców już w kilka dni uzbierała się kwota potrzebna na remont dachu. Tak więc bardzo szybko dokonaliśmy naprawy i jak widać na zdjęciu, dzieci, szczęśliwe mogły uczyć się w szkole. Powstała też pewna nadwyżka i te pieniądze przeznaczyłem na utrzymanie szkoły. Aby jednak utrzymać szkołę potrzebujemy regularnych 25 sponsorów. Tymczasem do tej pory zgłosiło się 11 osób. To wspaniała wiadomość, ale nadal brakuje nam 14 sponsorów! Jeżeli masz jeszcze pomysł kogo można poprosić o pomoc prześlij mu tę wiadomość. A może Ty zdecydujesz się zostać sponsorem?

W niedzielę, jak każdego 13 dnia miesiąca modliliśmy się z dziećmi na różańcu oraz odprawiona została msza w intencji wszystkich naszych Przyjaciół i Sponsorów. Jeśli do nich należysz, modliliśmy się też za Ciebie.

Tymczasem śpieszę donieść co u nas nowego w Kamerunie. Cały czas pogłębia się kryzys gospodarczy. Produkty żywnościowe i budowlane drożeją z dnia na dzień. Niektóre w ciągu kilku miesięcy podrożały prawie o 100%. Tymczasem uboga ludność Kamerunu ma relatywnie coraz niższe przychody i w zasadzie brakuje jej pieniędzy na wszystko. Ostatnio doszła do mnie informacja, że mieszkająca w okolicy Mary, przez dwa dni po porodzie nie mogła się porządnie umyć, bo nie miała pieniędzy na mydło. Dopiero jej przyjaciółka pomogła jej i kupiła zwykłe szare mydło, by Mary mogła z tak wielkim opóźnieniem w miarę właściwie zadbać o higienę. Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o tym jak żyją biedne rodziny, jakie mają warunki mieszkaniowe jaką pomoc medyczną kliknij na powyższe linki lub odwiedź naszą stronę. Jakiś czas temu w stolicy i w większych miastach były zamieszki spowodowane biedą. Mam nadzieję, że nie wybuchnie rewolucja.

Chcę też podzielić się z Tobą smutkiem i żalem, który spowodowała okrutna i wstrząsająca historia malutkiej Carinne. Ta słodka i niewinna czterolatka została brutalnie zgwałcona. Dziewczynka nie przeżyła napaści… Najgorsze w tym wszystkim jest to, że sprawca jest nieznany i prawdopodobnie nigdy nie zostanie złapany i ukarany. Tutejsza mentalność ludzi i opieszałość policji mają na to duży wpływ. Do dziś nie mogę się otrząsnąć z szoku, a wiem że podobne historie w okolicy zdarzają się dość często. Nie możemy już pomóc małej Carinne , ale proszę pomódl się chociaż za jej duszyczkę.

Jeżeli możesz, to proszę wesprzyj Misję-Kamerun. Wpłać dowolną kwotę na biedne rodziny, albo ustaw stałe zlecenie na 50zł , 100zł lub każdą dowolną kwotę jako PRZYJACIEL MISJI(kliknij) albo SPONSOR SZKOŁY (kliknij) (100zł). Potrzebujemy jeszcze 14 Sponsorów szkoły i nieograniczoną ilość Przyjaciół Misji-Kamerun.

Dziękuję za każdą modlitwę i każdą złotówkę.

Dariusz Godawa OP.

PS. Roześlij ten biuletyn do swoich przyjaciół. Może zechcą go zaprenumerować (kliknij) albo postanowią nas wspomóc. Serdeczne Bóg zapłać za każdego nowego pozyskanego Przyjaciela Misji-Kamerun!

2008.05 – Historie Henriette, Christine i Didier. Wizyta Prowincjała.

Witaj,

Już prawie miesiąc minął od czasu gdy ostatnio pisałem, a w międzyczasie wiele się podziało. Dzieci w Domu Dziecka – Foyer nieustannie broją. Ostatnio jedenastoletni Cedric spadł z drzewa, z wysokości 10 metrów. Dzięki Bogu, oprócz tego ze byl nieprzytomny przez 3 godziny, nie stało się mu nic poważnego – ma tylko cale czerwone bialko oka.

Przez ostatnie trzy miesiące jedno z pomieszczeń Foyer stanowiło hospicjum dla byłej opiekunki naszej podopiecznej, czteroletniej Michelle. Dziewczynka trafiła do nas, gdyż jej matka w ogóle się nią nie opiekowała, a jej opiekunka – Henriette przegrywała walkę z AIDS. Gdy kobieta nie była w stanie prawie nic robić samodzielnie, wiedząc że nikt nią się nie zajmie, przygarnąłem ją pod nasz dach. Próbowałem jeszcze pomóc jej w walce z chorobą i nie skąpiłem na leki, które kosztowały prawie ponad 1500 zł. Pomogły nieść ulgę w cierpieniu, ale niestety AIDS zebrał swoje żniwo – Henriette umarła. Najsmutniejsze jest to, że w kameruńskiej kulturze zawsze jest ktoś winny cudzej śmierci. Dlatego rodzina Henriette zamiast być wdzięczna za opiekę nad nią, rozpuszcza plotki, że to ja winny jestem jej śmierci. Żyjąc tyle lat w Kamerunie, przyzwyczaiłem się już do tego by przyjmować niewdzięczność z pokorą, ale takie sytuacje nadal nie są dla mnie łatwe i sprawiają mi wiele bólu.

Dziękuję bardzo za wsparcie zarówno modlitewne jak i finansowe. Bardzo proszę o pamięć o naszej parafii w Bertoua, gdyż każdego dnia przychodzą do mnie po prośbie ludzie, którym naprawdę nie mogę odmówić pomocy.

Całkiem niedawno przyszła do mnie Christine, 23-letnia matka trojga dzieci. Kobieta jest bezrobotna, a by miała szansę dostać jakąś pracę opłacam jej naukę w wieczorowej szkole. Christine przyniosła na rękach umierające dziecko, które dopadł bardzo ostry atak malarii. Nie było czasu na myślenie, natychmiast dałem jej pieniądze na szybkie leczenie w szpitalu. Dzięki Bogu dziecko przeżyło.

27-letni Didier to złota rączka. Bardzo pracowity człowiek, który między innymi wykonuje prace spawalnicze przy naszym Domu Dziecka – Foyer. Didier marzy o otworzeniu warsztatu. Gdyby miał daną od losu taką możliwość z pewnością ze swojej solidnej pracy mógłby utrzymać swoje sześcioro dzieci. Niedawno poprosił mnie o sfinansowanie transportu tokarki z Douala. Oczywiście pomogłem, bo chłopak zasługuje na szansę od losu, by poprawić swój byt.

Pomoc, którą ofiarowuję jest możliwa tylko i wyłącznie dzięki Przyjaciołom Misji-Kamerun, którzy regularnie przysyłają datki. Jeżeli należysz do ich grona, to uwierz, że masz udział w naprawdę wielkim dziele. A dziś, jak każdego 13-go dnia miesiąca modlimy się z dziećmi na różańcu i odprawiam mszę w intencji wszystkich darczyńców naszej misji. Pamiętam także o Tobie.

Ostatnio nasza działalność została bardzo pozytywnie oceniona przez hierarchię zakonną i kościelną. Od zeszłego piątku gościł u nas mój przełożony, prowincjał prowincji Francji naszego dominikańskiego zakonu – Bruno Cadore OP. Pokazałem mu Dom Dziecka – Foyer, szkołę której dach wyremontowaliśmy i którą utrzymujemy dzięki pomocy polskich darczyńców, opowiedziałem o działalności parafialnej. Był bardzo zadowolony i wymienił wiele pozytywnych uwag w rozmowie z naszym biskupem Roger Pirenne. Biskup zgodził się z opinią prowincjała i również pochwalił moją pracę. Żałuję, że ta rozmowa nie była usłyszana przez tych dobroczyńców, którzy często pytają się mnie o to jak uwiarygodnić moją pracę by oni mogli innych prosić o pomoc. Mam nadzieję, że Ty nie wątpisz w sens tego co się dzieje na Misji-Kamerun.

W zeszłą niedzielę obchodziliśmy uroczystość Zesłania Ducha Świętego. Uroczysta Msza Święta koncelebrowana była licznym gronie, tak jak widać to na załączonym zdjęciu. Osoby które widzisz to, od lewej: O.Stanislaw OP ( odnawia klasztor w Yaounde ), O.Gabriel OP (przeor klasztoru w Douala), Prowincjal Bruno Cadore OP, ja, ks. Louis-Marie – ( był u mnie na stażu rocznym jako kleryk seminrarium diecezjalnego).

I to wszystkie nowości z Misji-Kamerun. Niedługo napiszę znowu.

Serdecznie błogosławię,

Dariusz Godawa OP.

PS. Proszę roześlij ten list do 10-20 swoich znajomych z prośbą by zaprenumerowali ten biuletyn wchodząc tutaj. Spróbuj ich namówić by dołączyli do grona Przyjaciół Misji-Kamerun. To dzięki nim możemy utrzymywać nasz Dom Dziecka oraz pomagać takim ludziom jak Henriette, Christine i Didier.

2008.05 Budujemy bezpieczny mur dookoła Domu Dziecka

Witaj!

Dzisiejszy list piszę w pośpiechu, gdyż ostatnimi czasy na Misji-Kamerun wre naprawdę ciężka praca. Stawiamy wysoki i solidny mur dookoła Domu Dziecka – Foyer aby zapewnić bezpieczeństwo dzieciom. Wiedz jednak, że o Tobie również pamiętam, dlatego w przerwie między jednymi pracami a drugimi spieszę napisać choć kilka słów o tym co u nas się dzieje.

Mur, który stawiamy to solidna budowa z betonu i pustaków. Ma mieć wysokość 2,5-3 metrów i długość 240 metrów. Pewnie zastanawiasz się po co nam taki mur. Otóż ostatnimi czasy w Kamerunie robi się coraz niebezpieczniej. W większych miastach były zamieszki, plądrowanie sklepów itp. A nasza Misja-Kamerun przeżyła już prawdziwy napad bandytów w 2001 roku. Ja wraz z moimi współbraćmi oraz znajomymi księżmi, którzy nas odwiedzili zostaliśmy napadnięci przez 5 uzbrojonych w maczety i pistolety ludzi, którzy dotkliwie nas pobili, strzelali do brata Jakuba i rozplatali maczetą głowę księdzu Józefowi. Potem po 4 godzinach bicia zostawili nas skatowanych i związanych na podłodze. Tylko łutowi szczęścia zawdzięczamy fakt, że ostatecznie nas nie zastrzelono. Oczywiście obrabowano nas wtedy doszczętnie i to był dla nas bardzo ciężki rok. Od tego czasu nie mam poczucia bezpieczeństwa jeśli budynek nie jest otoczony murem lub płotem a wokół nie biegają groźne psy. Nie chcę by taka sytuacja zdarzyła się na Misji-Kamerun po raz drugi, szczególnie gdy pod opieką mam małe dzieci, a po siedmiu latach z całej piątki złapano tylko czterech bandytów i to tylko dlatego że później zabili 2 policjantów. Dlatego zdecydowałem się na zbudowanie muru.

W zeszłym tygodniu przez kilka dni mieliśmy przerwę, gdyż w kraju brakuje cementu, ale wreszcie udało mi się zdobyć i dokupić 30 worków cementu za 1200 zl i od piątku są już robione pustaki. Za 200 zł kupiłem deski na szalunki. Są one potrzebne do wykonania słupków w murze, które są zrobione z betonu lanego na zbrojenia. Takie słupki mamy co 3 metry. W środę zakończyliśmy pracę nad bramami i furtami do tego muru.

Bramy, które widzisz na zdjęciu nie są jeszcze pomalowane, ale są za to super mocne i bardzo ładnie zrobione jak na nasze skromne warunki. Dwie bramy i dwie furtki z robocizną kosztowały mnie niestety prawie 5000 zł i ogromnie dużo trudu i wysiłku naszego spawacza Didier, którego również widać na zdjęciu.

Padamy już z wysiłku, bo praca fizyczna którą wykonujemy w upale naprawdę daje nam się we znaki. Ale satysfakcja jest, że niedługo nasz Dom Dziecka – Foyer będzie naprawdę bezpiecznym miejscem dla naszych podopiecznych. Jedyne co mnie niepokoi to wysokość rachunków jakie będę musiał w niedługim czasie spłacić. Obliczyłem, że koszt materiałów i robocizny wyniesie prawie 21500 zł.

Nie wiem skąd wziąć tyle pieniędzy. Liczę jednak na opatrzność Bożą i twoje dobre serce. Bardzo proszę, wpłać dowolną sumę na nasze konto (kliknij). Fajnie by było gdyby to było 50, 100 lub 150 zł, ale każda złotówka się liczy. Jeżeli nie możesz pomóc finansowo, to proszę o modlitwę i rozesłanie mojej prośby do Twoich znajomych. Może oni będą mogli pomóc?

Z całego serca dziękuję za każdy gest dobrej woli.

Serdecznie błogosławię,

Dariusz Godawa OP.

P.S. Proszę pomóż przy budowie muru! Niech dzieci we Foyer czują się bezpiecznie!

2008.06 Walczę z malarią! Proszę o modlitwę!

Witaj,

Piszę ten list w bardzo kiepskiej formie, gdyż dorwała mnie choroba, która zbiera najwięcej istnień ludzkich na ziemi – malaria. Liczę że z nią wygram, gdyż to już nie pierwsze moje starcie. Jednakże bardzo źle się czuję i wszystko mnie boli.

Mój ostatni biuletyn dotyczył tylko i wyłącznie budowy muru, a tymczasem przez ostatnich kilka tygodni działo się u nas bardzo, bardzo dużo. Mieliśmy Święto Narodowe, Pierwsze Komunie, sezon rojenia się termitów (z których zrobiliśmy pyszną potrawę), ubijaliśmy osły, które przedtem były obiektem wdzięcznej zabawy dzieci z Foyer – Domu Dziecka. (Poniżej zamieszczam zdjęcie z obchodów Swięta Narodowego.)

Niestety domyślasz się chyba, że nie mam siły o wszystkich wyżej wymienionych wydarzeniach pisać w tej chwili, ale na szczęście regularnie zamieszczałem wiadomości i zdjęcia na naszej stronie w aktualnościach. Jeśli klikniesz tutaj, wejdziesz w Archiwum Aktualności. Tam znajdziesz Aktualności z ostatnich tygodni, a w prawie każdej z nich kolorowe zdjęcia. Bardzo serdecznie zapraszam na naszą stronę www.misja-kamerun.pl. Ostatnio staram się regularnie zamieszczać aktualności, więc jeśli interesuje Cię to co się dzieje na misji, to w okresie oczekiwania na biuletyn, polecam zerkać na naszą stronę.

Aktualnie leczę się intensywnie. Dostałem potrzebne leki od sióstr Dominikanek, które sąsiadują z moją placówką. Kuruję się oczywiście w domu a nie w szpitalu. W tutejszych szpitalach są okropne warunki

(możesz o tym przeczytać klikając tutaj). Chcąc być zdrowy muszę trzymać się daleko od oficjalnych placówek medycznych. Mam nadzieję że niedługo mój stan się poprawi i dam znać dobre wieści. Tymczasem cierpię okrutnie. Staram się leżeć nieruchomo pod kołdrą gdyż inaczej każdy ruch powietrza pod nią to przeszywający ból zimna. Mam wrażenie że co chwila z pieca przenoszę się do lodowatej wody. Boli mnie wszystko tak bardzo, że mam wrażenie że ból przeszywa paznokcie i włosy. Boję się nawet ruszać gałkami ocznymi, bo one mnie bolą najbardziej. Dlatego bardzo proszę o modlitwę.

Z serdecznym błogosławieństwem,

(obolały i cierpiący) Dariusz Godawa OP

PS. Może Twoi znajomi chcieli by zobaczyć jak wyglądają termity na talerzu, jak nasze dzieci jeżdżą na osiołkach, lub jak wyglądają ludowe stroje w czasie obchodów święta narodowego? Prześlij im nasz biuletyn.

Może zechcą go zaprenumerować. Wystarczy kliknąć tutaj.

2008.06 Malaria nie daje za wygraną!

Witaj!

Dziękuję Ci za modlitwę… i proszę o więcej. Gdy dwa tygodnie temu pisałem o ataku malarii dostałem wiele listów z zapewnieniem o modlitwie i pamięci. Rzeczywiście ta modlitwa pomogła gdyż po kilku dniach czułem się w miarę dobrze. Czas mijał szybko i przeszedł tydzień. Właśnie zbierałem się do napisania kolejnego biuletynu, by zapewnić Cię o moim powrocie do zdrowia i napisać conieco o zakończeniu roku szkolnego (możesz przeczytać o tym w Aktualnościach), gdy nagle bardzo źle się poczułem.

Natychmiast pobiegłem do parafialnego ośrodka zdrowia, gdzie pobrano mi krew i potwierdzono, że to kolejny atak malarii. Dodatkowo po zbadaniu próbki krwi stwierdzono, że jestem jeszcze chory na typhoide – odmianę tyfusu.

Dostałem kroplówkę i cały zestaw leków. O tym jak się czułem podczas ataku malarii pisałem w poprzednim biuletynie. A teraz wyobraź sobie, że czułem się jeszcze gorzej. Od tygodnia cierpię strasznie, wszystko mnie boli. Jestem pod opieką Valentine, pielęgniarki z parafialnego ośrodka zdrowia, która mnie odwiedza by zmienić kroplówkę i przynieść nowe leki. Od czwartku do niedzieli praktycznie nic nie jadłem bo nie miałem siły.

Dzisiaj się troszeczkę lepiej poczułem i piszę szybko te parę słów prosząc o dalszą modlitwę. Powinienem leżeć w łóżku do końca tego tygodnia, a ja naprawdę nie mogę. Przecież ktoś musi nadzorować robotników budujących mur! W niedzielę będzie odpust w naszej parafii, a w związku z tym zaplanowane są rekolekcje, spowiedź, wieczorek kulturalny… Przecież nie można tego odwołać! W zeszłą niedzielę nie było celebracji Mszy Św. w naszym kościele, tylko katechista przewodniczył nabożeństwu, co możesz zobaczyć na poniższym zdjęciu. Ale w najbliższą niedzielę muszę być już zdrowy!

Bardzo gorąco proszę o modlitwę.

Z serca błogosławię,

Dariusz Godawa OP

2008.07 Mamy gościa z Polski! Pierwsze wrażenia.

Witaj!

Mój list muszę zacząć od podziękowań, gdyż w czasie mojej choroby dostałem wiele listów zapewniających o modlitwie i wsparciu. Jestem za wszystkie bardzo bardzo wdzięczny. Dziękuję też tym, którzy nie pisali do mnie, ale pamiętali o mnie w modlitwie.

Na szczęście tyfus i malaria to już wspomnienie (aczkolwiek niezbyt miłe) i życie we Foyer wre na nowo. Końcówka czerwca była dość wymagająca bo cały tydzień przygotowywaliśmy się do odpustu w naszej parafii, a w niedzielę świętowaliśmy uroczystość św. Piotra i Pawła. O tym wszystkim możesz przeczytać w naszych Aktualnościach na stronie.

W pierwszym tygodniu lipca przyjechał do nas Bartek. Pochodzi on z Brzegu, a od wielu lat mieszka w Poznaniu. Na codzień pracuje w handlu, ale jego hobby to nurkowanie, modelarstwo i podróże. Jego wizyta potrwa u nas do 27 lipca. Już teraz wiem, że będzie mi go bardzo brakowało, gdyż od momentu gdy Bartek do nas zawitał stał się złotą rączką i nieocenioną pomocą na wielu obszarach działania. Pomógł mi naprawić kilka usterek samochodu, zamontował reflektory, poprawił mi system nagłośnienia do filmów, które pokazuję w dzielnicy. W zasadzie codziennie pomaga mi naprawić albo polepszyć stan naszego skromnego dobytku Misji-Kamerun.

Bartek spisuje swoje wrażenia z pobytu tutaj i pomyślałem, że mogą one być dla Ciebie interesujące. Skoro nie możesz nas odwiedzić, to miej chociaż okazję na bieżąco przeżywać wrażenia naszego gościa, które przez najbliższych kilka dni postaram się regularnie wysyłać w biuletynie.

2008.08 Pomóż nam przygotować się do roku szkolnego!

Witaj,

Dziś nie przesyłam kolejnego odcinka przygód Bartka, gdyż postanowiłem zrobić mały przerywnik. Historia naszego gościa jest bardzo ciekawa i pomaga utrzymać wakacyjny klimat, jednakże wakacje się już kończą i zbliża się ważny okres dla kameruńskich dzieci – rozpoczęcie roku szkolnego.

Przygotowania są już widoczne i sam biorę w nich czynny udział, gdyż jak pamiętasz Misja-Kamerun przejęła opiekę nad szkołą podstawową, którą utrzymujemy dzięki naszym sponsorom. Już od kilku dni prowadzona jest akcja generalnego sprzątania.

Dzieci, młodzież i dorośli zamiatają, szorują podłogi, czyszczą ławki, malują drzwi. We wrześniu szkoła powinna lśnić! Wypucowanie budynku to jednak dopiero pierwszy krok. Szkoła będzie gotowa do przyjęcia dzieci. Teraz tylko pozostaje sprawić by dzieci były gotowe do pójścia do szkoły.

Niestety to nie takie proste! Na pewno wiesz jak dużym wydatkiem w Polsce jest wyprawka dla ucznia. Tu, w Kamerunie nawet nie myślimy o kupnie książek – są stanowczo za drogie! Zeszyt, długopisy, ołówki i nowe buty, to jest problem większości rodzin. Ale zanim ktokolwiek zacznie robić zakupy trzeba najpierw zapisać dziecko na nowy rok szkolny i zapłacić pierwszą ratę opłaty za naukę.

W zależności od szkoły i od klasy opłata ta waha się od 50-90 zł. To olbrzymia suma dla wielu biednych rodzin w Bertoua. Osobiście chciałbym by jak najwięcej dzieci mogło pójść do naszej szkoły nie płacąc za naukę. Co więcej chciałbym pomóc także dzieciom chodzącym do innych szkół.

Dzięki dobremu sercu ludzi, którzy są rodzicami adopcyjnymi dzieci i wpłacali regularnie na konto, oraz tym którzy wpłacali na finansowanie nauki dzieci będę mógł pomóc grupie wybrańców losu, jednakże to stanowczo za mało.

Bardzo chciałbym by jak najwięcej dzieci uzyskało wsparcie od Misji-Kamerun.

Pragnieniem mojego serca jest wspomóc w tym roku około 300 dzieci. Na opłacenie pierwszej raty szkoły oraz pomoc w kupieniu zeszytu, butów lub długopisów potrzebna by jest suma ok. 25000 zł. Takiej sumy niestety nie udało mi się jeszcze uzbierać.

Pomyślałem sobie jednak, że jeśli poproszę Ciebie oraz innych sympatyków Misji-Kamerun o wsparcie, oraz o nakłonienie znajomych do pomocy, to może się uda.

Każda złotówka się liczy! Jeżeli wpłacisz 50, 100, 150 zł lub każdą inną kwotę i uda Ci się do tego namówić 5 znajomych, to wystarczy tylko 42 takie osoby jak Ty i uzbieramy całą kwotę. Czy myślisz, że jest to możliwe?

Dzieci z Bertoua czekają na Twoją pomoc! Wybierz konto na, które chcesz dokonać wpłaty klikając tutaj. Wpłać jak najszybciej swój dar z dopiskiem „Finansowanie nauki dzieci”. Rok szkolny zbliża się w coraz szybszym tempie i zapisy zaczynają się już niedługo!

Prześlij proszę tę wiadomość do jak największej ilości Twoich znajomych. Może uda Ci się namówić choć pięciu z nich do pomocy Misji-Kamerun i najuboższym dzieciom Bertoua? O tym jak udała się akcja napiszę w jednym z kolejnych biuletynów (który można zaprenumerować klikając tutaj)

Już teraz, dziękuję Ci za Twoją pomoc i zaangażowanie wierząc, że nie zawiedziesz naszych dzieciaków. W ich imieniu składam serdeczne Bóg zapłać!

Gorąco pozdrawiam i błogosławię.

Dariusz Godawa OP

2008.09 Spotkanie dominikanów Wikariatu Afryki Równikowej

Witaj,

Ostatnio jestem strasznie zaganiany. Rozpoczynał się rok szkolny, a ja musiałem opuścić Bertoua i wyjechać do stolicy Yauonde. Co dwa lata mamy spotkanie dominikanów Wikariatu Afryki Równikowej. Uczestniczyli w nim współbracia z Kamerunu, Kongo Bazaville i Republiki Środkowej Afryki.

Cały zjazd 14 profesów wieczystych i 10 braci studentów trwał od 1-go do 5-go września. Program był bardzo napięty. Od rana do wieczora coś się działo. Z ciekawszych zdarzeń, to we wtorek i środę mieliśmy konferencje na temat sprawiedliwości i pokoju.

Także w środę oraz czwartek omawialiśmy sprawy zakonne – czyli funkcjonowanie wikariatu Afryki Równikowej od ostatniego spotkania we wrześniu 2006 w Mbalmayo. Czwartego września wieczorem śluby wieczyste składało dwóch współbraci Justin i Bovary.

W nocy jeszcze wybieraliśmy nowego wikariusza, gdyż poprzedni Maurice Billet OP zrezygnował ze względu na stan zdrowia. Ostatecznie nowym wikariuszem został Claver Boundja OP i będzie tę funkcję pełnił przez następne 2 lata. Oczywiście oprócz narad, konferencji i dyskusji cały zjazd był przesiąknięty modlitwą. Jeżeli chcesz zobaczyć jak wyglądała nasza jutrznia, to możesz odnaleźć na youtube.com filmik z jutrzni, lub możesz kliknąć tutaj.

Po pięciu bardzo intensywnych dniach wróciłem do Bertoua i powróciłem do pracy związanej z rozpoczęciem roku szkolnego. Sprawdziłem, że nasza szkoła wyglądała prześlicznie w pierwszych dniach września. Nasza akcja sprzątania i malowania była warta tego wysiłku.

Oczywiście nie mogę też nie wspomnieć o kolejnej akcji, którą przeprowadziliśmy razem – dofinansowanie nauki dzieci. Jak na razie udało mi się dzięki wsparciu darczyńców z Polski wysłać do szkoły 105 dzieci. Serdecznie dziękuję za wszelkie wpłaty na ich rzecz!

Tak jak pisałem w ostatnim biuletynie, pragnieniem mego serca było dopomóc chociażby 300 dzieciom, bo potrzeby miasta Bertoua i tak są liczone w skali tysięcy. Wierzę, że razem możemy pomóc kolejnym dzieciom. Choć rok szkolny oficjalnie się już rozpoczął, to zapisy mogą trwać do połowy następnego miesiąca, a nawet do końca października.

Dlatego nadal podtrzymuję prośbę o darowizny na rzecz dofinansowania nauki dzieci. Wpłat możesz dokonywać na polskie lub kameruńskie konto. 50 zł to średni koszt pierwszej raty za naukę ucznia w podstawówce, 100 zł to koszt pierwszej raty w college, 150 zł to pierwsza rata w liceum państwowym. Jeszcze przez kilka najbliższych tygodni możemy razem zapisywać kameruńskich uczniów do szkoły! Proszę, namów swoich przyjaciół by wyprawili wraz z Tobą choć jedno dziecko do szkoły…

Z całego serca dziękuję za pamięć, modlitwy i wsparcie finansowe. Każdego 13 dnia miesiąca odmawiam z dziećmi różaniec i odprawiam Mszę św. w Twojej intencji!

Bóg zapłać!

Dariusz Godawa OP

2008.09 Szukamy sukienki ślubnej dla Marianne!

Witaj!

Rok szkolny od paru tygodni rusza pełną parą, jak na afrykańskie warunki przystało – czyli bardzo powoli. Cały czas dzieciaki zapisują się do szkół. Część dzieci, które chodzą do misyjnej szkoły, sponsorowanej przez naszych kochanych darczyńców, może uczęszczać do niej za darmo, gdyż kolejna grupa ludzi dobrej woli ofiarowała pomoc na opłatę pierwszej raty czesnego. Wiem, że to wszystko nie byłoby możliwe bez Twojego wsparcia, za które serdecznie dziękuję!

Zobacz jak wyglądał jeden z pierwszych dni w naszej szkole.

Dzisiaj, chciałbym się podzielić z Tobą wielką radością. Otóż po raz pierwszy od 18 lat będzie w naszej parafii ślub kościelny bezdzietnych młodych ludzi!!!! Tak, to co w Polsce zdarza się kilka razy dziennie w sobotę, tutaj jest ewenementem! Dla wielu rodzin w mojej ojczyźnie nadal nie jest do pomyślenia tylko ślub cywilny, nawet gdy narzeczeni nie są zbyt wierzący. Tymczasem tutaj w Bertoua, rzadko kto będąc młody bierze ślub cywilny, jeszcze rzadziej monogamiczny, bo panuje tutaj poligamia. Dlatego związek z jedną kobietą na całe życie dla wielu mężczyzn jest tu nieakceptowalny. Większość społeczeństwa , od nastolatków począwszy, żyje na kocią łapę. W związku z tym o ustatkowaniu się myślą ludzie starsi wiekiem. Raz na rok czy półtora zdarza mi się udzielać ślubu narzeczonym, którzy… już posiadają wnuki. Tym większą dla mnie radością jest para młodych ludzi, którzy nie tylko wezmą cywilny ślub monogamiczny, ale którzy pragną przypieczętować swoją miłość i wierność sakramentem małżeństwa. Pewnie ciekawi Cię kim oni są…

Marianne ma 30 lat i od dawna pomaga mi w załatwianiu wielu spraw dla Misji, zaczynając od zakupów (ona zawsze coś wytarguje), a kończąc na papierkowej robocie. Jej ukochany to rok starszy Achille. Achille studiował prawo i ma licencjat, a w tej chwili pomaga w zarządzaniu naszą misyjną szkołą.

Jako że to jest pierwszy ślub od kilkunastu lat byłoby dobrze by lokalna społeczność Bertoua poczuła wagę tego wydarzenia. Chciałbym by ludzie zrozumieli, że sakrament małżeństwa to coś bardzo ważnego. Myślę, że może w tym pomóc odpowiednia oprawa uroczystości. Marianne, zwierzyła mi się, że marzy o białej sukni ślubnej, takiej jakie mają panny młode w Europie. Choć to trochę zakręcony pomysł, to jednak pomyślałem że ma on sens. Tutaj w tym biednym, afrykańskim miasteczku, piękna biała ślubna suknia, kontrastująca z czarnym kolorem skóry tymbardziej podkreśliłaby czystość intencji państwa młodych.

Problem tylko jak zdobyć taką suknię. Pomyślałem jednak, że może znasz kogoś, kto kupił sobie suknię ślubną i jeszcze się jej nie pozbył po weselu. A może masz znajomych pracujących w salonie ślubnym, którzy mogliby namówić właściciela salonu by oddał jakąś sukienkę sprzed kilku sezonów, której już nikt nie pożycza bo nie jest ostatnim krzykiem mody? A może jakiś salon byłby w stanie podarować nową supermodną sukienkę? A może się rozmarzyłem… 🙂 Liczę jednak na Twoją pomysłowość. Wierzę, że znajdzie się ktoś kto będzie miał sukienkę na Marianne. Jej wymiary, które mi podała to 87/71/93. Jak tylko odbędzie się ślub opiszę to w biuletynie :). I oczywiście załączę zdjęcia.

Z serca błogosławię

Dariusz Godawa OP.

P.S. Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że będę pisał list o sukienkach, to bym się roześmiał. No cóż… Czego to się na Misji (oprócz stolarki, hydrauliki, mechaniki i elektryki) nie robi… 🙂

2008.10 – Sukienka ślubna – oj się podziało!

Witaj,

Zacznę od tego, że nie przypuszczałem, że moja nieśmiała prośba o sukienkę dla Marianne będzie miała taki odzew. Dostałem bardzo dużo maili w tej sprawie i będziemy na nie sukcesywnie odpisywać, dlatego z góry przepraszam za chwilowe milczenie. Pomyślałem, że najpierw parę rzeczy napiszę w biuletynie bo wiele osób pytało o to samo.

Zanim jednak zacznę odpowiadać na pytania, chciałbym przekazać serdeczne podziękowania od Marianne, która była naprawdę wzruszona dobrocią serca tych wszystkich dziewczyn, które gotowe są podarować jej suknię. Zobacz, jak się cieszy oglądając maile ze zdjęciami sukien! Oczywiście towarzyszą jej dzieci z naszego Domu Dziecka – Foyer, dla których oglądanie takich cudownych, egzotycznych strojów jest spojrzeniem na zupełnie inny świat, zupełnie im nieznany.

Przejdę już do konkretów. Wiele osób pytało o rozmiar obuwia i wzrost Marianne. Otóż ma ona 164 cm wzrostu. Zmierzyła też stopę wg instrukcji z internetu, wg której dobiera się obuwie ślubne. Jej stopa ma 24.5 cm i obwód 17. Jej wymiary są (przypominam) 87/71/93.

Jako, że ślub jest planowany na styczeń 2009, myślimy jeszcze nad sposobem transportu sukni do Kamerunu. Być może zechce nas ktoś odwiedzić i przywiezie suknię. Dostałem jeden list, w którym wyrażono chęć przyjazdu na ślub Marianne. Serdecznie zapraszam. Mogę przenocować do 8 osób na terenie Misji. Data ślubu nie jest jeszcze na sztywno ustalona, tak więc można wszystko dostosować.

W najbliższych dniach, będziemy odpisywali na listy, szukali sukienki o najbliższym rozmiarze i prosimy o zdjecia, tych którzy nie dosłali zdjęć, by Marianne mogła się poczuć jak w salonie i wybrać wymarzoną sukienkę, skoro wasze dobre serca na to pozwalają.

Jeszcze raz dziękuję w imieniu swoim i Marianne za tak szybkie odpowiedzi, tyle ciepłych słów, hojność i gotowość w ofiarowaniu sukni, dodatków butów i biżuterii. O wszystkich darczyńcach pamiętam w modlitwie i ofiarowuję za nich Mszę św. każdego 13 dnia miesiąca.

Pełen wdzięczności pozdrawiam z deszczowego Kamerunu,

Dariusz Godawa OP.

2008.10.19 – Niedziela Misyjna

Witaj,

19 października to ważna data. Tego dnia jest Niedziela Misyjna. To czas refleksji nad tym czym są Misje i jak powinni się do nich odnieść katolicy. Wiem, że Ty pamiętasz o naszej parafii w dalekim Bertoua i na ile jest to możliwe angażujesz się w pomoc Misji-Kamerun. Za to Ci bardzo, ale to bardzo dziękuję. Może warto jednak przypomnieć zarówno sobie dlaczego należy to robić, jak i znajomym, szczególnie tym wierzącym. Często wielu wierzących zapomina, że ten aspekt działalności Kościoła ich jak najbardziej dotyczy.

Na internecie znalazłem bardzo ciekawą informację o wnioskach jakie wysnuto w czasie spotkania diecezjalnych referentów misyjnych. Sam lepiej bym tego nie ujął więc pozwalam sobie zacytować skrót tej informacji:

Każdy katolik powinien angażować się w misje: duchowo lub materialnie – stwierdzili uczestnicy spotkania diecezjalnych referentów misyjnych i Papieskich Dzieł Misyjnych, które odbylo się 22-23 września w Niepokalanowie. W spotkaniu „Badźcie naśladowcami moimi” uczestniczyło ponad 130 osób z całego kraju oraz goście z Hiszpanii i Konga. W czasie spotkania wielokrotnie przypominano i podkreślano, że działalność misyjna jest zadaniem całego Kościoła i wszystkich wiernych, a nie tylko misjonarzy i osób zajmujących sie tą tematyką na co dzień. Oznacza to, że każdy katolik winien w takiej czy innej formie angażowac się w sprawy misji. Przede wszystkim duchowo – przez modlitwę, przystępowanie do sakramentów i zamawianie Mszy św. tej w intencji. Ale ważne jest także wsparcie materialne. Trzeba bowiem pamiętać, że misjonarze pracują na ogół w krajach ubogich, wsród ludzi, którzy zwykle sami żyją w wielkim niedostatku.

Jak wspiera misje Kosciól w Hiszpanii, mówił dyrektor Papieskich Dzieł Misyjnych w tym kraju, ks. prał. Anastasio Gil García. (…) Gość z Hiszpanii podkreślił, że Bóg wzywa każdego ze swych uczniów, aby przemieniał swój umysł i serce, i w ten sposób tworzył odnowioną wspólnotę ludzi wierzących. Każdy uczeń Chrystusa ma być misjonarzem, gotowym na przyjęcie Jego nauki i do dialogu ze światem. Jednocześnie winien dowartościowywać rzeczywistość kultury innych narodów i środowisk oraz kochać bliźnich.

(…)Szczególnymi sposobami włączania się w te działania są modlitwa oraz ofiarowanie własnego cierpienia przez chorych. (…) W Watykanie w grudniu 2005 r. Papież podziękował Kościołowi w naszym kraju za liczne powołania, apelując zarazem, aby w jeszcze większym stopniu włączal się on w wysiłek misyjny całego Kościoła. „Wysyłając kapłanów za granicę, zwłaszcza na misje, zapewniajcie im wsparcie duchowe i niezbędna pomoc materialną.”

Jeśli chcesz, prześlij ten list do swoich znajomych, jako pewnego rodzaju przypomnienie i przygotowanie do najbliższej Niedzieli Misyjnej. Mam nadzieję że list ten zachęci ich do wsparcia materialnego naszej Misji-Kamerun. Ty też jeśli możesz, wpłać proszę jakiś datek na nasze KONTO.

W kolejnym biuletynie napiszę o wspaniałym przykładzie zaangażowania w dzieło misyjne. Otóż grupa pasjonatów o gorących sercach założyła STOWARZYSZENIE, które będzie pomagało Misji-Kamerun. Będę Cię gorąco zachęcał do dołączenia do niego. Ale o tym w następnym biuletynie…

Błogosławię z całego serca i pozdrawiam,

Dariusz Godawa OP.

Powstało Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca

Serdecznie Witam!

Nazywam się Kasia Rubel. (Tak, tak, to nie pomyłka! Ojciec Darek pozwolił mi być autorką dzisiejszego listu!) Pewnie zastanawiają się Państwo dlaczego to ja do Państwa piszę, ale już zaraz wszystko się wyjaśni.

Dokładnie rok temu w listopadzie 2007r byłam na wakacjach w Kamerunie. Odwiedziłam też Misję-Kamerun. Na placówce spędziłam tydzień z dziećmi z Domu Dziecka – Foyer St. Dominique. Moje serce ścisnęło się z żalu gdy rozdałam wychowankom Foyer przywiezione z Polski kredki, a oni nie wiedziały co z nimi zrobić. Przez kilka dni wspolnie bawilismy sie w rysowanie, a potem z dumą zorganizowaliśmy wernisaż ich prac na ścianie kościoła. W życiu tych dzieci powinno być o wiele więcej takich wesołych momentów. To nie byla moja pierwsza wizyta w Afryce, ani kontakt z czarna rzeczywistoscia dziecinstwa tych dzieciakow. Nie wiem moze fakt, ze jestem mamą rezolutnej pięciolatki dodatkowo uswiadomił mi różnicę pomiędzy szansa urodzenia się w nawet najskromniejszym miejscu w Europie, a w przeciętnej rodzinie w Kamerunie.

Długo rozmawiałam z ojcem Dariuszem na temat tego co robi i co mógłby jeszcze zdziałać, mając prężną pomoc z Polski. Dotarło do mnie, że jest wielu takich ludzi jak, ja, którzy na różny sposób starają się pomóc Misji-Kamerun, lecz ich wysiłki nie są połączone, tylko każdy działa na własną rękę. Pomyślałam, że jest sposób na to byśmy mogli zadziałać razem i by była to działalność efektywna. Pamietam słowa O. Darka „tak, tak…” i kiwanie glową, gdy przedstawiałam mu wizję założenia Stowarzyszenia. Myślę, że uważał zapewne wtedy: „nawiedzona wariatka , ktora mysli ze to takie proste” – Fakt proste to nie bylo. Tym bardziej, że mieszkam we Francji, co nie ulatwiało sprawy. Po raz kolejny przekonałam się że mam niezastapionych przyjaciol i znajomych, bo wraz z kilkunastoosobową grupą ochotnikow zarejestrowaliśmy Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca . W ten sposób tak naprawdę tylko nadaliśmy „ramy prawne” temu co Państwo stworzyli przez minione lata poprzez spontaniczne wspieranie działalnosci Misji Kamerun. Inaczej w ogole nie mogłaby ona zaistnieć i rozwijać swojej dzialalności. We Foyer – Domu Dziecka mieszka około 20 dzieci, które uczęszczają regularnie do szkoły, jedza regularne posiłki i korzystaja z bieżącej wody. To wszystko dla przeciętnego dziecka jest nieosiągalne.

Mamy już pierwszy sukces edukacyjno-wychowawczy – Jacky zdała maturę! Coś, co dla nas wydaje się tak oczywiste w Kamerunie jest wrecz ewenementem na skalę wioski, ponieważ dziewczynki zazwyczaj koncza swa kariere edukacyjna w wieku ok 14 lat rodząc pierwsze dziecko. Dlatego jestem pod ogromnym wrażeniem determinacji i samozaparcia Jacky najstarszej wychowanki Foyer, która nie tylko zdalała maturę, ale ma ambicje aby w przyszłym roku rozpocząć studia. To zasługuje na szczególny podziw, gdyż Jacky jako najstarsza z dziewcząt ma dodatkowe obowiązki we foyer – to ona jest ekspertem kulinarnym, gdy nie ma kucharki lub Marianne. Ona również opiekuje się najmłodszymi dzieciaczkami. Dodatkowo, ze względu na swoje uzdolnienia muzyczne, Jacky prowadzi równiez zajęcia z przykościelnym chórem itd. Dlatego na naukę poswięca przede wszystkim późne godziny wieczorne siedząc na korytarzu, gdzie ma przynajmniej dostęp do swiatła, gdy pozostałe dzieci śpią.

Ale nie tylko Jacky jest trudno. O. Darek nie raz pisał o tym, że edukacja tutaj jest droga i wielu rodzin nie stać na opłatę kosztu mundurka, zeszytów i komitetu rodzicielskiego dla ich dzieci. Uczniowie uczą się głównie z notatek z zeszytów, bo nikogo nie stać na bardzo drogie książki sprowadzane często z Francji. W szkole wymagany jest noszenie mundurku i butów w dobrym stanie, co jest kolejnym poważnym obciążeniem finansowym. Tymczasem tu w Polsce mamy szkołę za darmo, mundurki nie obowiązują, a książki, kredki i inne przybory szkolne są czymś bardzo oczywistym i dostępnym. Dlatego widząc to wszystko postanowiłam przyczynić się do jakiejś zmiany na lepsze. Pragniemy by Jacky i inne dzieci miały lepszą przyszłość

Dlatego chcemy, by Misja-Kamerun posiadała w Polsce instytucję posiadającą osobowość prawną, która skutecznie będzie pomagała finansować misyjne projekty ze szczególnym uwzględnieniem edukacji dzieci. Dzięki sformalizowaniu Państwa pomocy w postaci Stowarzyszenia, będziemy mogli starać się o dodatkowe dofinansowanie przez instytucje publiczne oraz międzynarodowe, a nasi darczyńcy będą mogli skorzystać z przewidzianych ulg podatkowych (osoby fizyczne 6%, osoby prawne 10%), a za jakiś czas dodatkowy 1% po uzyskaniu statusu Organizacji Użytku Publicznego.

Po 9 miesiącach walki z urzędami oraz Krajowym Rejestrem Sądowym, we wrześniu 2008 udało się zarejestrować Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca. Mamy już Regon, konto bankowe i własną skromną stronkę internetową w budowie. Serdecznie zapraszam Państwa w imieniu zalożycieli Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca oraz Ojca Darka do przystąpienia do naszego Stowarzyszenia poprzez wypełnienie deklaracji członkowskiej (kliknij tutaj) i wpłaty rocznej składki w wysokości 50 zł. Poszukujemy również wolontariuszy, którzy zechcieliby zająć się tworzeniem bardziej profesjonalnej strony internetowej, zająć się PR, oraz wspomagać nasze akcje. Wierzę, że nie jest Państwu obojętny mój apel i że odpowiedzą Państwo pozytywnie na nasz list.

Proszę dołączyć do Stowarzyszenia! Zachęcam do podzielenia się pomysłami co i jak możemy zrobić, umiejętnościami oraz chwilą wolnego czasu!

Czekam na Państwa zgłoszenie.

Gorąco pozdrawiam,

Katarzyna Rubel

P.S. Ze Stowarzyszeniem można skontaktować się za pomocą adresu email dziecislonca@free.ngo.pl

2008.11 Dołącz do Stowarzyszenia!

Witaj,

Mam nadzieję, że dotarł do Ciebie list, który napisała Kasia i zechcesz dołączyć do grona ludzi z pasją, takich jak ona. Pobyt na Misji-Kamerun dodał jej skrzydeł i jeszcze bardziej uwrażliwił na pomoc dzieciakom kameruńskim. Mam jednak nadzieję, że będąc tu w Polsce również możesz się zarazić entuzjazmem Kasi.

Niektórzy z Was z radością przyjęli informację o powstaniu Stowarzyszenia, ale wśród kilku osób pojawiły się wątpliwości. Dlatego postanowiłem je jak najszybciej wyjaśnić. Mam nadzieję, że po przeczytaniu tego listu zrozumiesz jak ważną i dobrą sprawą dla Misji-Kamerun jest Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca.

Przede wszystkim zacznę od tego, że stowarzyszenie, to innymi słowy zrzeszenie osób, które razem chcą działać w jednym szczytnym celu. Celem Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca jest przede wszystkim pomoc w nauce dzieci związanych z Misją Kamerun, oraz wspieranie innej naszej Misyjnej działalności zgodnie z celami ustanowionymi w statucie.

Dlatego jeżeli uważasz że możesz się trochę zaangażować, i że chcesz poświęcić trochę swojego czasu na pomoc Misji-Kamerun, możesz dołączyć do ludzi takich jak ty i Kasia. Tworząc stowarzyszenie poznasz ludzi o gorących sercach i razem z nimi możesz przeprowadzać owocne akcje, których nigdy w pojedynkę nie dasz rady wykonać.

Po drugie, wszelkie darowizny przekazane na rzecz Stowarzyszenia będą przekazywane dla Misji-Kamerun lub na akcje związane z pomocą Misji-Kamerun. Dlatego każda złotówka będzie dobrze wydana zgodnie z celem na który była wpłacona. Stowarzyszenie nie jest żadnym pośrednikiem, jest raczej maszyną, która sprawi że pomoc dla nas będzie efektywniejsza.

Dlaczego?

Otóż za pomocą stowarzyszenia możemy łatwiej dotrzeć do firm i instytucji. Wiele firm działa charytatywnie. Jedne robią to ze względu na dobre serce właścicieli, inne na pokaz. Ale bez względu na motywy, chętnie pomagają w różnych akcjach. Niestety, nie pomagają samotnym misjonarzom, ale różnym fundacjom i stowarzyszeniom, dlatego że taką pomoc mogą odliczyć sobie od podatku. (Ty też wpłacając darowizny na konto stowarzyszenia, możesz odliczyć je sobie od podatku.) Podsumowując, mając „własne” stowarzyszenie Misja-Kamerun posiada swoją furtkę do źródeł finansowania, a darczyńcy, tacy jak Ty mogą skorzystać z prawa do odliczenia sobie swej pomocy od podatku.

Po trzecie, być może zauważasz, że co roku, wiele organizacji prosi o przeznaczenie 1% podatku na swoje cele. Aby mieć taką możliwość organizacja musi być uznana za Organizację Pożytku Publicznego. Nasze stowarzyszenie może ubiegać się o uznanie za taką organizację. Kasia i jej przyjaciele chcą jak najszybciej złożyć dokumenty i ubiegać się o taki status. Aby jednak to się udało potrzebujemy by nasze Stowarzyszenie mialo jak najwięcej członków.

Dlatego apeluję! Zapisz się jak najszybciej do Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca. Pokażmy urzędnikom, że jest wielu ludzi, którzy chcą wspierac Misję-Kamerun. Proszę, nie chowaj się w cieniu innych darczyńców, tylko potwierdź swoje zaangażowanie stając się członkiem stowarzyszenia!

Wystarczy tylko wypełnić formularz i wysłać go na adres korespondencyjny Stowarzyszenia oraz wpłacić roczną składkę członkowską w wysokości 50 zł. Mam nadzieję że wyjaśniłem Twoje ewentualne wątpliwości. Jeśli chcesz się dowiedzieć czegoś więcej przeczytaj informacje na naszej stronie i na stronie Stowarzyszenia. Jeżeli chcesz popracować nad wyglądem strony internetowej oraz przeprowadzić jakąś akcję PR, to zgłoś to jak najszybciej. Potrzebujemy wolontariuszy!

Jeżeli możesz, postaraj się zaangażować swoich przyjaciół. Namów ich by zapisali się wraz z Tobą! Prześlij ten list do 10-20 Twoich znajomych!

Wierzę że nie zawiedziesz mnie, Kasi Rubel oraz naszych małych podopiecznych w potrzebie. Kasia przez 9 miesięcy przedzierała się przez biurokratyczne przeszkody po to by Misja-Kamerun miała prawne narzędzie do otrzymywania pomocy. Mam nadzieję, że Kasia nie robiła tego na darmo. Dołącz do Stowarzyszenia!

Z góry za to serdecznie dziękuję i błogosławię.

Dariusz Godawa OP

2008.12 Obniż sobie podatek za to że masz hojne serce!

Witaj!

Cieszę się, że jest tak wielu ludzi dobrej woli, którzy wspomagają Misję-Kamerun. Dzięki inicjatywie Kasi powstało stowarzyszenie, które oficjalnie pomaga w tworzeniu dzieła serca w Bertoua. Wiem, że mój ostatni list zmotywował kilka osób do przystąpienia do naszego Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca. Nadal jednak liczę, że coraz więcej Przyjaciół Misji-Kamerun zechce się do niego zapisać. Mam nadzieję, że Ty znajdujesz się wśród nich, lub niedługo do nich dołączysz. Już teraz gorąco za to z góry dziękuję!

Właśnie trwają prace nad stworzeniem logo Stowarzyszenia, a zaangażowani członkowie poszukują darmowych szkoleń z pozyskiwania funduszy, komunikacji itp, by jak najsprawniej przeprowadzać akcje pomocy Misji-Kamerun.

Zbliża się koniec roku i pewnie już wzdragasz się na samą myśl o tym, że niedługo trzeba się będzie rozliczyć z Urzędem podatkowym i być może dopłacić jeszcze do podatku. Dlatego pomyślałem sobie, że mogę wskazać Ci sposób na to by w papierach „zmniejszyć sobie dochód” i zapłacić mniejszy podatek. Dzięki temu w czasie rozliczania się, może się okazać, że to Urząd ma zapłacić pieniądze Tobie jako zwrot podatku. Czy to nie byłoby fajne?

Jest już coraz mniej ulg,które można uwzględniać w rozliczeniu rocznym, ale nadal istnieje ulga z tytułu darowizn. (Podstawę prawną dla ulgi stanowi art. 26 ust. 1 pkt 9 ustawy o pdof). Darowizny odliczane są za ten rok, w którym były przekazane. Dlatego, jeżeli wpłacisz swój dar na nasze Stowarzyszenie do końca tego miesiąca, odpisu dokonasz już w rozliczeniu za rok 2008 czyli na zeznaniu, które będziesz skłądać do 30 kwietnia 2009 roku. (Będzie to albo PIT-37 albo PIT-36). Jeżeli zdecydujesz się wpłacić swój dar w 2009 roku to odpisu będziecie mogli dokonać dopiero w przyszłym roku, na zeznaniu składanym do 30 kwietnia 2010 roku.

Pewnie ciekawi cię ile maksymalnie możesz sobie odliczyć. Otóż maksymalnie możesz odliczyć sobie 6% dochodu (z tym, że osoby prawne mogą odliczyć 10%). To oznacza, że podatek zapłacisz nie od całości dochodu tylko od 94% swojego dochodu.

Jak to wygląda w praktyce? Wyobraź sobie, że Przyjaciel Misji ma pensję 1500 zł, czyli jego roczny dochód wynosi 18000zł. Może on przekazać na stowarzyszenie maksymalnie 6% swojego dochodu. To oznacza, że by odliczyć sobie ulgę, Przyjaciel Misji może maksymalnie wpłacić 18000*0,06=1080 zł. Wtedy po odliczeniu sobie ulgi Przyjaciel Misji będzie płacił podatek od dochodu 18000-1080=16920zł. W ten sposób zapłaci niższy podatek. (Jeśli Twoje dochody są dużo wyższe i wchodzisz w kolejny próg podatkowy, może okazać się to dla Ciebie bardzo dobrą formą ucieczki) Pamiętaj, że odliczenie stosuje się, jeżeli wysokość darowizny jest udokumentowana dowodem wpłaty na rachunek bankowy obdarowanego.

Oczywiście 6% dochodu to maksymalna wpłata, jaką możesz dokonać by móc odliczyć sobie ulgę, natomiast Ty możesz wpłacić każdą dowolną mniejszą sumę na konto naszego stowarzyszenia i odliczyć sobie ją od dochodu. Jeżeli chcesz sobie zmniejszyć podatek, to pospiesz się, gdyż zostały Ci już tylko 3 tygodnie!!!

Wspomóż nasze Stowarzyszenie i skorzystaj z ulgi podatkowej!

Serdecznie do tego zachęcam,

Dariusz Godawa OP

PS. Nr konta naszego stowarzyszenia PKO BP SA Będzin 03 1020 2498 0000 8002 0268 4942

2008.12 Bożonarodzeniowe Życzenia

Witaj,

Dziś czwarta niedziela Adwentu, co oznacza, że czas przyjścia Pana coraz bardziej się zbliża. Domyślam się, że w Polsce panuje teraz prawdziwa przedświąteczna gorączka. Korki na ulicach, kolejki w sklepach, świąteczne piosenki w radiu i hipermarketach, Opłatki albo Christmas Party w zakładach pracy. Czasem trudno się zorientować co przeważa komercja czy Sacrum…

Nie myśl jednak, że w Kamerunie ze względu na ubóstwo mieszkańców Boże Narodzenie ma głębię. Niestety dla przeciętnego mieszkańca tego kraju, to ważne święto jest traktowane jako „Święta Końca Roku”. Jest to pretekst by dostać nowe ubranie (co żywo przypomina tradycję tutejszych Muzułmanów na zakończenie Ramadanu) oraz by pójść do baru i się napić, a nawet upić. Jak się domyślasz, im mniej religijny człowiek tym bardziej ten sposób „hucznego świętowania” jest charakterystyczny dla niego.

Od kilkunastu lat jednak staram się ewangelizować i wprowadzać moich parafian w tajemnicę Narodzenia Bożej Dzieciny. Rekolekcje, spowiedź i uroczyste nabożeństwa mają na celu rozgrzanie ich serc. W tę sobotę odbyły się rekolekcje dla grupy liturgicznej. Prowadził je o. Christophe – Misjonarz Ducha Sw. proboszcz parafii MB Bolesnej. Mówił konferencję p.t.

Przygotujcie drogę Panu”. Następnie wszyscy uczestnicy mogli się u niego wyspowiadać.

W poniedziałek rano o 9 będę prowadził konferencję dla naszego nowego chóru. (Od pół roku działa u nas trzeci chór zrzeszający około 30 młodych osób) Zespół ten jeszcze nie ma nadanej oficjalnie nazwy i zostanie „ochrzczony” na uroczystej niedzielnej Mszy św. celebrowanej przez naszego arcybiskupa. Jako, że chór ma się nazwać „św. Dominika” konferencja, którą będę wygłaszał dotyczyć będzie tego świętego.

O godzinie 16.00 konferencję dla wszystkich parafian poprowadzi o. Laurent. Ten 65-letni prezbiter (najstarszy w naszej diecezji) na co dzień posługuje w diecezjalnym domu rekolekcyjnym Maranatha au coeur du monde.

We wtorek od godziny 7.30 rano rozpoczną się prace porządkowe wokół terenu kościoła. Zaangażowani wierni, po ich zakończeniu będą mogli skorzystać z Sakramentu Pokuty, którego będę udzielał od godziny 10 rano. Później w uporządkowanej kaplicy siostry wraz z ministrantami będą przygotowywali świąteczny wystrój. Tutejsze rośliny przypominające nieco z wyglądu tuje, zostaną obwieszone migającymi lampkami i świecidełkami.

W środę odwiedzę naszych chorych. Świętowanie zacznę o 18 u sióstr na skromnej wieczerzy wigilijnej, a o 20 odprawię Pasterkę. Jeszcze tylko wspomnę o Jasełkach, które stały się już naszą tradycją w Bertoua. W przedszkolu prowadzonym przez siostry, dzieci wystawiły przepiękne przedstawienie 12 grudnia – zanim zaczęły się ferie świąteczne.

O tym jak będą przebiegać u nas Święta Bożego Narodzenia napiszę w kolejnym biuletynie. Na zakończenie chciałbym Ci podziękować za Twój wkład w działalność Misji-Kamerun i złożyć najserdeczniejsze życzenia:

Niech Boże Dziecię ma zawsze w Swojej opiece Ciebie i osoby najbliższe Tobie. Niech narodzi się Ono w twoim sercu przynosząc pokój, radość i szczęście. Niech obdarzy Cię zdrowiem, pogodą ducha i dobrobytem. Życzę Ci aby Święta Bożego Narodzenia były dla Ciebie pełne miłości i rodzinnego ciepła.

Błogosławię z całego serca na ten cudowny czas.

Dariusz Godawa OP.

2009.01 Noworoczne wieści

Witaj!

Czas leci nieubłaganie. Jeszcze niedawno wysyłałem Ci życzenia świąteczne, a tu już kończy się styczeń. W międzyczasie wiele się podziało. W tym miesiącu odwiedziło nas 2 dziennikarzy. Byli oni tak uprzejmi, że zgodzili się przywieźć nam trochę rzeczy z Polski. Te trochę to około 40 kg. Wśród rzeczy, które przywieźli były śpiwory jakie dostaliśmy od pewnej firmy turystycznej z Polski. Niestety, jeden z bagaży nie dotarł, gdyż według celników z Dusseldorfu znajdowały sie w nim niebezpieczne elementy (do dzis nie wiemy, o ktore to rzeczy chodzilo) Poprosiliśmy celników o usunięcie niebezpiecznych elementów i przesłanie bagażu do Afryki. Niestety to się stało pretekstem do przetrzebienia przesyłki. Uznano część rzeczy za zbyt cenne i nie przesłano ich do Kamerunu tylko pozostawiono do odbioru w Dusseldorfie. Przy tej okazji niestety zaginęło wiele rzeczy, które nie trafiły ani do nas ani do depozytu w Niemczech.

W tę sobotę odbędzie się ślub Marianne i Achilla. W jej imieniu dziękuję wszystkim, którzy zaoferowali suknie ślubne, a szczególnie tym wspaniałym dziewczynom, które ostatecznie je przekazały. Wszystkie 3 suknie dotarły do Bertoua. Aktualnie są w trakcie przymiarek. O przygotowaniach, ślubie i weselu napiszę już niedługo w kolejnym biuletynie.

Dziękuję tym wszystkim, którzy odpowiedzieli na pytania dotyczące biuletynu. Wśród odpowiedzi pojawiły się prośby o opisanie losów dzieci z naszego Foyer St. Dominique – Domu Dziecka. Mam więc dobrą wiadomość. Na naszej stronie umieściliśmy informacje o naszych aktualnych wychowankach. Kliknij tutaj by poznać historie podopiecznych Misji-Kamerun.

Dziękuję również tym wszystkim, którzy zdecydowali się bardziej zaangażować w pomoc Misji-Kamerun i zapisali się do Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca. Członkowie Stowarzyszenia starają się pomóc na wszelkie sposoby. Już od wielu tygodni szukają możliwości wysylki naszej podopiecznej Jacky na studia.

Stowarzyszenie chce również wziąć udział w konkursie Pomoc Polska 2009 organizowanym przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Polega to na tym, że przedstawia się pomysł na projekt, i jeśli jest on dobrze wykonany, ministerstwo go finansuje. Aktualnie jest kilka pomysłów na pomoc dla Misji-Kamerun – np. wiercenie studni we Foyer, budowa świetlicy dla dzieci (także tych niepełnosprawnych) itp. Jednakże członkowie stowarzyszenia nie mają dużego doświadczenia w pisaniu i koordynowaniu takich projektów. Nie wiemy więc czy uda nam się to w tym roku. Jeśli Ty masz takie doświadczenie i chcesz pomóc, proszę zaoferuj swoje umiejętności!

W jednym z kolejnych biuletynów napiszę też krótkie podsumowanie działalności naszego Stowarzyszenia.

Kończę już mój list i zapraszam do lektury historii naszych podopiecznych. Mam nadzieję, że ten dodatek do naszej strony ucieszy cię, pomimo smutnych i drastycznych wspomnień dzieci.

Dziękuję jeszcze raz za życzliwość i wszelką pomoc. Każdego 13 dnia miesiąca odprawiam Mszę Św. w intencji darczyńców, a dzieci z Foyer modlą się za Ciebie na różańcu.

Pozdrawiam i błogosławię,

Dariusz Godawa OP

2009.02 Śluby i walka z malarią

Pragnę zacząć od podziękowań tym wszystkim którzy aktywnie poszukiwali sukienki dla Marianny, a szczególnie Aniom i Natalii, które ostatecznie wysłały swoje piękne stroje do Kamerunu. Ostatecznie okazało się, że wszystkie 3 sukienki pasowały i były równie piękne. W związku z tym zostały użyte wszystkie 3 – jedna do ślubu cywilnego, druga do kościelnego, a trzecia na wesele.

Kilka dni temu odwiedzili nas Marysia i Zbyszek, których marzeniem było wziąć ślub na misji. Wybrali do tego Misję-Kamerun i przyjechali do Bertoua bym mógł pobłogosławić ich związek.

Wybacz, że nie opisuję uroczystości ze szczegółami, ale jestem bardzo ciężko chory. Ledwo siedzę przy komputerze. Znowu dopadła mnie malaria. Niestety ta choroba przydarza mi się średnio raz lub dwa razy w roku i ostatnio dość ciężko ją przechodzę. Postaram się coś więcej napisać w kolejnym biuletynie.

Na razie bardzo proszę o modlitwę i wsparcie finansowe. Przydałby mi się zastrzyk gotówki na pokrycie kosztów leczenia i wsparcie na finansowanie misji. Ostatnio przychodzi coraz mniej wpłat. Mam wrażenie, że przyjaciele zaczęli nas opuszczać, a rodzice adopcyjni zaczęli zapominać o swoich dzieciach. Wierzę jednak, że to chwilowy zastój i że jakaś pomoc z Polski wkrótce nadejdzie.

Serdecznie błogosławię,

Dariusz Godawa OP

2009.03 Stowarzyszenie działa na rzecz Misji-Kamerun

Witaj,

Chociaż na Misji-Kamerun jak zwykle wiele się dzieje i ciągle nowe prace pojawiają się na horyzoncie, to tym razem jednak napiszę o tym co się działo w Polsce. Otóż jak wiesz, istnieje grupa ludzi, która postanowiła wspierać Misję-Kamerun nie tylko modlitewnie i finansowo, ale i czynem. Dzięki niej właśnie powstało Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca.

Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem tego jak działają. Przede wszystkim nie płacą za wynajem lokalu, szukają sponsorów i przyjaciół – dzięki temu stowarzyszenie ma darmową obsługę prawną kancelarii KTNM, używają prywatnych telefonów, drukarek i innego sprzętu ponosząc prywatnie koszty działalności stowarzyszenia.

Organizacja powstała zaledwie we wrześniu zeszłego roku, ale ma już za sobą wiele działań i kilka sukcesów. Do Misji-Kamerun dotarło konkretne wsparcie finansowe, dzięki któremu mogłem pokryć koszty mundurków dla dzieci oraz ich naukę. Prowadzono rozmowy z agencjami reklamowymi, pracowano nad logo i stroną internetową stowarzyszenia. O tym wszystkim możesz dokładnie przeczytać w raporcie rocznym stowarzyszenia, który znajdziesz tutaj. Przy tak wielu wysiłkach i wykonanych pracach jedyne koszty stowarzyszenia to były opłaty za przelewy pieniędzy do Kamerunu oraz za utrzymania konta bankowego.

Rok 2009 od samego początku stawiał przed Stowarzyszeniem Przyjaciół Dzieci Słońca ostre wyzwania. Bardzo pragnę wysłać na studia do Polski wychowankę Foyer St. Dominique Jacky. To właśnie dzięki Stowarzyszeniu Przyjaciół Dzieci Słońca (a przede wszystkim Kasi, Marzence i Agacie), pokonuję kolejne bariery biurokracji i szansa na edukację Jacky w Europie jest coraz większa. Oprócz tego, Ministerstwo Spraw Zagranicznych ogłosiło konkurs Polska Pomoc Zagraniczna 2009, w którym Stowarzyszenie w wyniku ciężkiej pracy całego zespołu (Marcina, Marzeny, Kasi, Kuby, Tomka i Ani) zaproponowało ciekawy projekt na promocję edukacji i równouprawnienia w Bertoua. W międzyczasie trwają cały czas prace nad uzyskaniem statusu Organizacji Pożytku Publicznego, abyście w przyszłym roku mogli przekazywać 1% swojego podatku na tę organizację. W lutym został złożony wniosek do KRS. W marcu powstała nowa strona internetowa stowarzyszenia jedynie dzięki zaangażowaniu wolnego czasu i umiejętności wolontariuszy Anny i Adriana oraz nieodpłatnego użyczenia serwera oraz oprogramowania przez firmę Techweb. Natomiast dzięki składkom członkowskim został opłacony koszt domeny www.dziecislonca.org.

Wiem, że zaangażowanie w działalność w Stowarzyszeniu, może być dla Ciebie absorbująca. Dlatego choć gorąco zachęcam do brania udziału w jego akcjach, to rozumiem, że możesz nie mieć aż tyle czasu. Na pewno jednak znasz jakieś firmy, które mogly by być zainteresowane działalnością charytatywną. Może znasz sposób jak zdobyć stypendium naukowe dla Jacky w Polsce. Może masz pomysł na jakąś działalność. Zaproponuj swoją pomoc, znajdź sponsora, wesprzyj tych, którzy pomagają Misji-Kamerun czynem.

Serdecznie Cię zapraszam do odwiedzenia nowej strony Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca: www.dziecisłonca.org. Mam nadzieję, że będzie ona dla Ciebie natchnieniem i inspiracją.

Serdecznie błogosławię,

Dariusz Godawa OP

2009.03 Pomóż Jacky zdobyć Polską wizę!

Witaj,

Czy trafiła w Twoje ręce poniedziałkowa Gazeta Wyborcza, a dokładniej Duży Format? Był tam artykuł o dzieciach z Kamerunu i zdjęcie naszej podopiecznej Domu Dziecka – Foyer St. Dominique – Jacqueline Dangana. O jej losach możesz przeczytać tutaj. Jacky jest bardzo zdolną i pracowitą dziewczyną. Chciałbym by zdobyła gruntowne wykształcenie i mogła pomagać lokalnej społeczności, dlatego pragnę ją wysłać na studia do Polski. Jacky też bardzo marzy o studiach w Polsce i już tutaj w Bertoua stara się nauczyć podstaw języka polskiego.

Jednym z pierwszych etapów jakie należy przejść, to sprawienie by Jacky mogła dostać się do Polski. Dzięki pomocy przyjaciół zaangażowanych w Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca udało się zarejestrować zaproszenie dla Jacky. Otóż Jacky zostanie najpierw zaproszona przez Stowarzyszenie, by jako wolontariuszka pomóc w jednej z faz projektu promocji edukacji i równouprawnienia.

Jacky pomoże w stworzeniu wstępnej analizy na temat „Edukacji dziewcząt oraz dzieci wykluczonych społecznie ze względu na niepełnosprawność lub ubóstwo w Kamerunie.”

Wyobraź sobie, że takie zarejestrowanie zaproszenia, to bardzo skomplikowana procedura wymagająca wielu dokumentów takich jak: wpis do KRSu, raport finansowy, zaświadczenie o nadaniu regonu, fotokopia paszportu Jacky i kilka innych. Wszystkie te dokumenty zostały złożone w Wydziale Spraw Obywatelskich i Cudzoziemców Śląskiego Urzędu Wojewódzkiego. Oczywiście przy tej okazji trzeba było uiścić opłatę skarbową.

Podstawą zatwierdzenia zaproszenia Jacky, było zobowiązanie się Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca do utrzymania Jacky w czasie jej pobytu w Polsce. Pierwszym gestem w tym celu był hojny gest Kasi, zdecydowała się ona użyczyć nieodpłatnie swój dom dla Jacky. Mamy nadzieję, że z czasem pojawią się nowe formy wspierania Jacky.

Jednakże teraz skupiam się na kolejnym kroku. Mając zaproszenie można już starać się o wizę do Polski. Niestety najbliższa ambasada polska jest w Nigerii. Aby tam dojechać jak najtaniej, lokalnymi autobusami po kiepskich nieasfaltowanych drogach, w podróży w jedną stronę trzeba spędzić tydzień. Kolejny tydzień Jacky będzie musiała czekać na wizę w Abuja w Nigerii na przyznanie wizy, a następnie przez kilka dni będzie wracała do Bertoua. Łącznie cała wyprawa zajmie jej 3 tygodnie. W podróży nie będzie sama, gdyż zaopiekuje się nią polecona przez zaprzyjaźnioną rodzinę kobieta, która od czasu do czasu pracuje w Nigerii i wie jak tam się porozumieć i poruszać.

Niestety, gdy podliczyliśmy koszt tej wyprawy, okazało się, że ze względu na długi czas podróży, wymagane noclegi (czasami całą noc się czeka na następny autobus), bardzo drogie wyżywienie w Nigerii, cały wyjazd będzie kosztował około 2200 zł. To bardzo dużo, ale wierzę, że Jacky dostanie wizę i przyjedzie do Polski.

Niestety, jak zawsze brakuje nam środków fiansowych na ten cel. Dlatego bardzo proszę o wsparcie. Proszę wpłać 20, 50 czy 70 zł i pomóż Jacky zdobyć polską wizę! Będę wdzięczny za każdą złotówkę przeznaczoną na ten cel. Swój dar z dopiskiem „Na wizę dla Jacky” – możesz wpłacić na konto misji, lub na konto stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca Wierzę, że razem jesteśmy w stanie pomóc Jacky!.

Błogosławię i pamiętam w modlitwie,

Dariusz Godawa OP

2009.04 Nasza szkoła w kryzysowych opałach!

Witaj!

Na wstępie mojego listu chciałbym wyrazić ogromną wdzięczność dla tych, którzy regularnie wspierają Misję-Kamerun. Bez napływającej pomocy finansowej z Polski, cała działalność tutaj byłaby niemożliwa. Tylko dzięki kochanym darczyńcom z wielu zakątków ojczyzny, dziesiątki, a nawet setki dzieci mogą uczęszczać do szkoły, ciężko chorzy ludzie mają szansę na wyleczenie w szpitalu, a sieroty i dzieci z patologicznych rodzin mogą znaleźć dach nad głową w naszym Domu Dziecka – Foyer St. Dominique.

Dzisiaj Niedziela Palmowa. Tu w Bertoua obchodzimy ją bardzo uroczyście. Mszę św. rozpoczęła bardzo długa i nabożna procesja, w której uczestniczyło około 300 osób. Uczestnicy byli zaopatrzeni w wielkie, zielone liście palmy, które dodawały splendoru procesji na trasie o długości 3 kilometrów.

Nabożeństwo uświetniał śpiew trzech parafialnych chórów. Mszę św rozpoczęliśmy około godziny 8 rano, a zakończyliśmy ok 11.

Niestety, nawet tak wielka uroczystość nie jest w stanie zdjąć z mego serca ciężaru trosk doczesnych dnia codziennego. Pamiętam,jak dokładnie rok temu, dzięki dobremu sercu wielu życzliwych ludzi udało mi się wziąć pod skrzydła Misji-Kamerun szkołę podstawową, której groziło bankructwo. 150 dzieci uczęszczających do podstawówki stanęło przed widmem analfabetyzmu, które wspólnymi siłami zażegnaliśmy. Jeżeli nie pamiętasz tej akcji, kliknij tutaj by przeczytać zeszłoroczny biuletyn. Dzięki wielkiej mobilizacji udało się znaleźć sponsorów, którzy zdecydowali się regularnie wspierać szkołę. To był prawdziwy cud!

Niestety obecny kryzys spowodował, że część sponsorów wycofała swoją pomoc. Tak naprawdę ok. 25% ludzi, którzy zdecydowali się pomagać nam rok temu, zaprzestało dalszej pomocy. Koszt utrzymania szkoły (pensje dla nauczycieli, materiały, utrzymanie budynku) to po spadku wartości złotego 3500 zł miesięcznie. Tak naprawdę gdyby się znalazło 35 hojnych ludzi, którzy mogli by przeznaczyć 100zł miesięcznie, albo 70 ludzi, którzy mogą ofiarować 50 zł miesięcznie, to pokrywałoby to wszystkie potrzeby. Domyślam się, że w tych trudnych czasach wielu ludzi nie może pozwolić sobie na wydatek większy niż 30 zł, i wtedy potrzebowalibyśmy 116 sponsorów.

Problem polega na tym, że od jakiegoś czasu co miesiąc brakuje nam kilkuset złotych by domknąć budżet szkoły. Od kilku miesięcy rośnie nam dziura budżetowa, której nie daję rady już załatać. Jeżeli w ciągu miesiąca lub dwóch nie pozyskamy nowych sponsorów szkoły, to Misja-Kamerun ogłosi bankructwo podstawówki. Co gorsza kryzys powodujący spadek wartości złotówki sprawił, że potrzeby są większe niż były w zeszłym roku. Dlatego 150 dzieci znowu staje przed widmem analfabetyzmu. Nie możemy do tego dopuścić!!!

Rok temu udało nam się uratować szkołę. Wierzę że i w tym roku powtórzy się ten cud. Jeżeli możesz ofiarować miesięcznie 30, 50, 100 zł lub jakąkolwiek sumę jako sponsor szkoły, to proszę zrób to jak najszybciej. Jeśli to jest niemożliwe, proszę pomóż nam znaleźć kolejnych sponsorów. Może masz znajomych prowadzących firmy, które dla których taki wydatek nie byłby obciążający? A może twoi przyjaciele chcieliby podzielić się tym co mają z kameruńskimi dziećmi? Proszę, prześlij dalej ten apel o pomoc. Być może to przyczyni się do uratowania naszej szkoły.

Już z góry dziękuję za wszelką możliwą pomoc i pamiętam w modlitwach.

Dariusz Godawa OP

P.S. Konta na które możesz wpłacać dar z dopiskiem „sponsor szkoły”

Inteligo -Dariusz Godawa-

50102055581111120928000024

lub

STOWARZYSZENIE PRZYJACIÓŁ DZIECI SŁOŃCA

PKO BP SA Będzin 03 1020 2498 0000 8002 0268 4942

2009.04 Wielkanocne życzenia z Kamerunu

Witaj,

Triduum Paschalne wprowadza nas w misterium Męki Pańskiej i Zmartwychwstania. Tu w Bertoua, zaczęliśmy przygotowywać nasze serca i otoczenie już od Wielkiego Poniedziałku. W tym dniu odwiedziłem prawie 30 naszych chorych, którym udzieliłem sakramentu Pojednania i Eucharystii. Jak zwykle dzień zakończyły różaniec i Msza Święta o 17.30.

Wtorek to czas porządkowania terenu przykościelnego i serc parafian. Sprzątają oni teren przy kościele i przyozdabiają go, a ja w międzyczasie posługuję spowiadaniem. Ze względu na ulewny deszcz padający od rana wszystko zaczęliśmy później niż planowaliśmy – o 10 rano.

W środę, w ciągu dnia spowiadałem, a Pere Valere – młody ksiądz z Mambaya wyświęcony rok temu głosił o 16 konferencję, po czym nastąpiło nabożeństwo różańcowe i Msza św.

W Wielki Czwartek spowiadałem jeszcze tych, którzy zwlekali do ostatniej chwili. Modlitwa różańcowa poprzedziła Mszę Wieczerzy Pańskiej. Poszczególne grupy parafian adorowały Najświętszy Sakrament do północy.

Wczoraj rano znalazła się kolejna grupa niedobitków, którzy jako ostatni zdecydowali się na sakrament pokuty. Po udzieleniu Sakramentu Pojednania, miałem chwilę przerwy, a następnie o godzinie 15 (godzinie męki Pańskiej i miłosierdzia) rozpoczęliśmy trzykilometrową Drogę Krzyżową. W tym roku slońce nas troche oszczędziło, niebo bylo zachmurzone. Dźwigaliśmy ciężki krzyż na trasie 3 kilometrów. (Na załączonych zdjęciach możesz zobaczyć jak to wyglądało) Około godziny 17.30 dotarliśmy do kościoła. Tam odmówiliśmy koronkę do Miłosierdzia Bożego rozpoczynając nowennę przed Świętami. Następnie nastąpiła adoracja krzyża, który wierni mogli osobiście adorować przez pocałunek do godziny 19.30. Do północy poszczególne grupy adorowały przy grobie.

Dziś rano pewnie znowu będę spowiadał, a o 17.30 będziemy się jak zwykle wspólnie modlić na różańcu i 2 dzień nowenny do Miłosierdzia Bożego. Uroczysta Wigilia Paschalna rozpocznie się o 20. Niedziela Wielkanocna rozpocznie się jak zwykle uroczystą Mszą Świętą o 9 rano.

Na ten nadchodzący dzień Zmartwychwstania Pańskiego, chciałbym złożyć Ci najserdeczniejsze życzenia pełni łask Bożych, wielu ciepłych rodzinnych spotkań, i wypoczynku. Niech Chrystus zmartwychwstanie w Twoim sercu dając Ci światło, pokój i radość.

Zapewniam o pamięci w modlitwie. Każdego 13 dnia miesiąca (a tym razem to drugi dzień Świąt) odprawiam Mszę św. w intencji wszystkich darczyńców Misji-Kamerun.

Z pozdrowieniami i najlepszymi życzeniami,

Dariusz Godawa OP

2009.04 Jacky otrzymała wizę do Polski!!!

Witaj!

Na początku tego listu chciałbym wyrazić olbrzymią wdzięczność wszystkim tym, którzy zdecydowali się wspierać modlitewnie i finansowo wyjazd wychowanki naszego Domu Dziecka do Polski. Coraz bardziej wierzę w to, że Jacky będzie miała szansę dobrze się wykształcić, a następnie swoją wiedzą pomagać lokalnej społeczności w Kamerunie.

Pierwszy, bardzo trudny etap mamy już za sobą – zdobycie wizy. Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca zaprosiło Jacky do Polski, aby jako wolontariuszka pomogła w szerzeniu informacji na temat warunków edukacji dzieci w Kamerunie. Jej doświadczenie będzie bezcenne. Poza tym czas, który nasza wychowanka spędzi w Polsce pozwoli jej na opanowanie języka polskiego i przygotowanie się do podjęcia studiów, na co mamy wielką nadzieję.

Dzięki działalności członków stowarzyszenia udało nam się oszczędzić Jacky długiej, kosztownej i niebezpiecznej podróży do Nigerii (do najbliższej ambasady Polski). Po wielu rozmowach telefonicznych z konsulem honorowym Polski w Kamerunie i konsulem Nigerii ostatecznie Jacky pojechała tylko do stolicy Kamerunu Yaounde gdzie poprzez konsulat wysłano jej dokumenty do ambasady. Kilkanaście dni później Jacky ponownie udała się do stolicy Kamerunu aby odebrać wizę. Niektórzy darczyńcy pomogli finansowo w staraniach się o wizę, wpłacajac już na podróż Jacky do Abudja, ktorej w ostatecznosci uniknęlismy.Jako, że koszty zdobycia wizy były niższe niż spodziewaliśmy się, udało nam się trochę oszczędzić na bilet do Polski. Serdecznie dziękuję każdemu kto pomógł na pierwszy nasz apel!

Przed nami kolejny etap – wyjazd do Polski. Planujemy przyjazd Jacky na połowę maja. Jesteśmy właśnie w trakcie kupowania jej biletu. Jeżeli możesz dorzucić się do tego zakupu będę niesamowicie wdzięczny. Każda złotówka się liczy! Proszę wpłać 20, 30 lub 60 zł i pomóż Jacky znaleźć się w Polsce. O jej wyprawie będę informował w kolejnych biuletynach.

Dziękując w imieniu Jacky, gorąco błogosławię,

Dariusz Godawa OP

2009.05 Akcja „Dzieci Słońca – Nasze Dzieci” potrzebuje wsparcia!

Witaj!

Przez ostatnich kilka tygodni dzieci z Domu Dziecka – Foyer St. Dominique pracowicie wykonywały kolorowe rysunki. Kredki, które dostały z Polski, zostały dobrze wykorzystane i nasze dzieciaki namalowały kilkaset prac, z których są naprawdę dumne. To właśnie ich prace wezmą udział w prawdziwym wernisażu.

Pewnie ciekawi cię jak to się stanie. Otóż Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca organizuje akcję „Dzieci Słońca Nasze Dzieci”. W czerwcu odbędą się 2 wernisaze prac dzieci w Poznaniu i w Jastrowie. Przy tej okazji chcemy opowiedzieć o losach dzieci i warunkach nauki w Kamerunie. Bardzo pomocna będzie w tym Jacky, wychowanka Foyer, która jako specjalny gość wystawy będzie opowiadać o tym jak wygląda życie w Bertoua.

Dzięki aktywnej działalności członków stowarzyszenia udało się za darmo otrzymać lokal na wspomniane wystawy. Aby jednak prace były profesjonalnie przedstawione, potrzeba je oprawić w ramki i zorganizować całe wydarzenie. Na to potrzebne są pieniądze, które powinny się kilkukrotnie zwrócić w postaci darów dla Misji od gości wernisażu. Przesyłam prosbę od prezes Stowarzyszenia, Kasi Rubel, licząc na to że i tym razem Przyjaciele Misji nie zawiodą. Proszę dołącz do naszej akcji!

Serdecznie błogosławię

Dariusz Godawa O.P.

Szanowni Państwo!

Celem Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca jest wspieranie dzieci i młodzieży w rozwoju i edukacji. Swoją opieką otoczyliśmy najuboższych uczniów dzielnicy Mokolo IV w kameruńskim mieście Bertoua. 5 czerwca 2009 roku organizujemy akcję „Dzieci Słońca – Nasze Dzieci” – wystawę prac wychowanków tamtejszego Domu Dziecka – Foyer St. Dominique – w Poznaniu w galerii Malingrad. Dodatkowo, 27 czerwca odbędzie sie wystawa prac w Jastrowie przy okazji wydarzenia „Babski Blues.” Chcemy w ten sposób uwrażliwić mieszkańców obu miejscowości na potrzeby dzieci z Czarnego Lądu. Dodatkowo Chcemy na te wydarzenie zaprosić jak największą ilość gości, aby pozyskać nowych przyjaciół i sprzymierzeńców Stowarzyszenia, którzy pomogą w dalszej naszej działalności. Mając nadzieję, że wystawa okaże się sukcesem, planujemy ją powtórzyć w innych miastach Polski.

Aby jednak wystawa się udała, przed nami jeszcze trochę pracy. Udało nam się bezpłatnie pozyskać lokal, przetransportować prace dzieci z Kamerunu do Polski, ale nadal stoją przed nami zadania takie jak: oprawienie prac dzieci w ramki, wydrukowanie ulotek, zapewnienie poczęstunku dla gości w dniu wernisażu itp.

Chciałabym bardzo poprosić Państwa o finansowe wsparcie akcji „Dzieci Słońca – Nasze Dzieci”. Mecenat pozwoliłby nam na uzyskanie pewności, że nasza akcja będzie miala wieksze szanse powodzenia, a dzieci w Bertoua uzyskają dzięki temu wsparcie od gosci wystawy.

Ze swej strony bardzo chętnie umieścimy w galerii logo zaangażowanych firm i umieścimy informację, o tym, że wsparli Państwo finansowo to wydarzenie.

Ze względu na to, że pozostało już niewiele czasu, uprzejmie proszę o jak najszybsze rozpatrzenie naszej prośby. Mam wielką nadzieję, że będzie ono pozytywne.

Wpłaty proszę dokonywać na konto stowarzyszenia: PKO BP SA 03 1020 2498 0000 8002 0268 4942. Każda złotówka się liczy!

Z poważaniem,

Katarzyna Rubel,

Prezes Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca

www.dziecislonca.org

2009.06 Dzień Dziecka i Zaproszenie

Witaj!

Dziś jest Dzień Dziecka. Wydaje się, że obchodzi go cały świat, tymczasem w Kamerunie jest to jeden z najbardziej zwykłych dni. W tym kraju dzieci są najmniej ważne i nie ma nawet jednego dnia, gdzie byłyby wyróżnione.

Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca postanowiło sprawić wychowankom Domu Dziecka Foyer St. Dominique prawdziwy prezent. Przez ostatnich kilka miesięcy pracowicie rysowali oni swoje małe dzieła sztuki, które zostały przewiezione do Polski przez Jacky, o której pisałem już kilkakrotnie w biuletynach.

Piątego czerwca o godzinie 17, w Poznaniu, w galerii Malingrad (ul. J. Chełmońskiego 15) odbędzie się wernisaż prac naszych dzieciaków. Jest to dla nich wielkie wyróżnienie i wielki prezent. W czasie wernisażu odbędzie się aukcja prac. Serdecznie Cię zapraszam do wzięcia udziału. Możesz nabyć unikalny i pamiątkowy afrykański obrazek oraz spotkać osobiście naszą wychowankę Jacky Dangana, której Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca stara się umożliwić studia.

Spraw sobie i naszym dzieciakom prezent na Dzień Dziecka. Przyjdź na wernisaż do Galerii Malingrad i weź udział w aukcji. Jeśli nie możesz przyjechać osobiście, a masz znajomych w Poznaniu, zaproś ich tam w moim imieniu.

Z błogosławieństwem,

Dariusz Godawa, OP

2009.06 Sukces w Malingradzie! Zapraszam na kolejny wernisaż!

Witaj!

W piątek 5-go czerwca, w Poznaniu w Galerii Malingrad odbył się wernisaż prac naszych dzieci z Domu Dziecka Foyer St. Dominique. Została również zorganizowana aukcja obrazków poprowadzona przez Malinę Barwik, w czasie której 18 dzieł naszych podopiecznych zostało zlicytowanych. Udało nam się uzyskać 2100 zł, którą to kwotę przeznaczymy na zorganizowanie Jacky, naszej wychowance, studiów w Polsce. Całe wydarzenie zostało zorganizowane przez Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca, na którego stronie internetowej możesz przeczytać szczegółowszą relację z imprezy i zobaczyć więcej zdjęć. (Kliknij tutaj.)

Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca, które objęło opieką naszą Misję-Kamerun, planuje w najbliższym czasie zorganizować jeszcze dwie wystawy, tym razem w Warszawie. Jeżeli chcesz poznać naszą Jacky i wesprzeć nasze próby uzyskania dla niej wyższego wykształcenia w Polsce, zarezerwuj sobie czas i przyjdź na kolejną wystawę.

W środę, 17 czerwca, o godzinie 18.00 odbędzie się prezentacja rysunków w salonie Toyota-Radość. Tam również będzie zorganizowana aukcja dzieł naszych dzieci, w której możesz wziąć udział (Adres: TOYOTA RADOŚĆ – Autoryzowany Dealer Toyota Motor Poland, ul. Patriotów 271, 04-853 Warszawa; tel (22) 615 30 30).

Serdecznie zapraszam! Jacky liczy także na Ciebie!

Jeżeli nie mieszkasz w Warszawie, lub nie odpowiada Ci termin, to proszę pomyśl o tym jakich masz znajomych w stolicy i roześlij im zaproszenie.

Życzę wielu wrażeń podczas oglądania wystawy!

Dariusz Godawa O.P.

2009.06 Zapraszam na spotkanie w Warszawie!

Witaj!

Mój pobyt w Polsce jest bardzo intensywny. Za nami kolejna ekspozycja prac naszych wychowanków w salonie Toyota-Radość. Zebrani goście z zainteresowaniem słuchali o życiu i problemach kameruńczyków oraz o mojej misyjnej pracy. Na zdjęciu możesz zobaczyć, jak Kasia Rubel (prezes Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca) wraz ze mną i Jacky Dangana (wychowanką naszego Domu Dziecka Foyer St. Dominique) witamy wszystkich, którzy przybyli na spotkanie.

I tym razem odbyła się aukcja obrazków, z których uzbieraliśmy pewną kwotę na działalność Misji-Kamerun. Mam nadzieję, że nawiązane tam kontakty zaowocują głębszą współpracą.

Jeżeli chcesz spotkać mnie i Jacky osobiście to przed Tobą jest jeszcze jedna szansa w najbliższą niedzielę, 21-go czerwca, w kościele św Jacka w Warszawie przy ulicy Freta 10. Przez cały dzień możesz tan obejrzeć obrazki naszych dzieci z Foyer. Tym razem nie będzie aukcji, będzie tylko wystawa, ale każdy kto będzie chciał nam pomóc może wrzucić do puszki swoją ofiarę. Będziemy kwestować z Jacky cały dzień. Jeżeli możesz to zaproś swoich znajomych do kościoła Dominikanów w Warszawie w tę niedzielę.

Bardzo serdecznie pozdrawiam i zapraszam

Dariusz Godawa OP

2009.09 Jacky będzie studiować, ale potrzebuje pomocy!

Witaj,

Choć wakacje to czas gdy wszyscy wyjeżdżają na urlopy i myślą jak oderwać się od problemów, to ja doświadczam, że pomimo luźniejszego życia nasi dobroczyńcy cały czas pamiętają o mnie i Misji-Kamerun.

Z różnych stron dostawałem maile z pytaniami o to jak się czuję, jak działa stowarzyszenie, jak się wiedzie Jacky w Polsce.

Po kolei postaram się odpowiedzieć na te pytania, bo rzeczywiście już dłuższy czas nie wysyłałem żadnej informacji. Ostatnio nie mam zbyt wiele szczęścia, bo ciągle zmagam się z malarią. Najpierw w czerwcu jeden atak i teraz na początku września drugi. Trochę martwi mnie to, gdyż mam wrażenie że te ataki powtarzają się coraz częściej.

Ale nawet wtedy kiedy ja się czuję gorzej, cały czas działają członkowie Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca, a przede wszystkim jego sprężyna,którą jest założycielka Kasia Rubel. To ona i jej przyjaciele zorganizowali aukcje prac Dzieci z naszego Domu Dziecka, o których pisałem w czerwcu. Kasia też rozpoczęła akcję organizowania możliwości studiów dla naszej wychowanki Jacky.

Pewnie ciekawią Cię losy Jacky. Otóż mam wspaniałą wiadomość! Dzięki pomocy Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca, które interweniowało u samego Ministra Zdrowia udało się pozyskać zgodę na to by przez najbliższy rok szkolny Jacky mogła ZA DARMO uczyć się języka polskiego na Uniwersytecie Łódzkim, w ośrodku gdzie cudzoziemcy przygotowują się do studiowania różnych dziedzin na uczelniach w całej Polsce.

Teraz nasz cały wysiłek skupiony jest na tym, żeby zapewnić Jacky godne przeżycie tego okresu.

Najważniejsza sprawa to:

UTRZYMANIE JACKY

– Akademik miesiecznie – 210 euro = 840 zł

za cały rok akademicki 7560 zl

– Wyżywienie – miesiecznie 90 euro = 360 zl

za cały rok akademicki 3240 zl

– Środki higieny -miesiecznie 50 zl

za cały rok akademicki 450zl

– Podręczniki + Zeszyty + ksero inne koszta

za cały rok akademicki 500 zł

– Ubrania na jesień i zimę – 1000 zł

(półbuty, kozaki, kurtka, 2 swetry, 2 bluzy, czapka, szalik itp)

Jacky przez całe wakacje przygotowuje się do rozpoczęcia nauki w Łodzi. Wszystkie wolne chwile spędza na ćwiczeniu swojej znajomości języka polskiego. Miala tylko kilka dni wakacji, gdy Marysia i Zbyszek, ktorzy kilka w lutym brali u nas w Kamerunie ślub koscielny, zabrali ją w góry. Szybko jednakże musiała wracać, gdyż byliśmy zaproszeni do TV Religia gdzie w programie „Rozmównica” opowiadaliśmy o tym jak potrzebna jest pomoc z Polski.

Jacky jest zauroczona dobrocią i życzliwością przyjaciół moich i misji, których spotyka. W Kamerunie nie istnieje taka przyjaźń i taka bezinteresowna pomoc. Życzliwość i dobre serca ludzi, którzy nas otaczają, są dla niej większym przeżyciem niż szok kontrastu biedy kameruńskiej z dobrobytem i jakością życia w Europie.

Mam szczerą nadzieję, że i od Ciebie Jacky będzie mogła doświadczyć trochę serca. Jeżeli możesz pomóc uzbierać nam kwotę na utrzymanie Jacky, by spokojnie mogła zająć się nauką języka polskiego, to bardzo proszę okaż hojność i umożliw tej sierocie, która wszystko postawiła na naukę, spełnić jej marzenia.

Z serca błogosławię,

Dariusz Godawa OP

2009.09 Jak pomóc Jacky?

Witaj,

Piszę krótko, gdyż chcę odpowiedzieć na pytania, które zaczęły do mnie spływać po ostatnim biuletynie mówiącym o studiach Jacky.

Tak jak pisałem, mamy zgodę Ministra Zdrowia by Jacky studiowała język polski w Łodzi, ale musimy wspólnymi siłami zapewnić jej utrzymanie.

Wiele osób pyta na jakie konto najlepiej wpłacić pieniądze i z jakim dopiskiem.

Najlepiej wpłacić pieniądze na konto Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca z dopiskiem „Jacky”

A oto rachunek bankowy:

PKO BP SA 03 1020 2498 0000 8002 0268 4942

Tak jak pisałem, kwota jest niebagatelna, ale wierzę, że razem zdziałamy cuda.

Proszę wpłać 30, 50, 100 zł lub każdą dowolną sumę, bo każda złotówka się liczy.

Z błogosławieństwem

Dariusz Godawa OP

PS. A to przybliżone koszta jakich się spodziewamy.

UTRZYMANIE JACKY

– Akademik miesiecznie – 210 euro = 840 zł

za cały rok akademicki 7560 zl

– Wyżywienie – miesiecznie 90 euro = 360 zl

za cały rok akademicki 3240 zl

– Środki higieny -miesiecznie 50 zl

za cały rok akademicki 450zl

– Podręczniki + Zeszyty + ksero inne koszta

za cały rok akademicki 500 zł

– Ubrania na jesień i zimę – 1000 zł

(półbuty, kozaki, kurtka, 2 swetry, 2 bluzy, czapka, szalik itp.)

2009.10 Wesprzyj nasze początki w Yaounde

Drodzy Przyjaciele Misji Kamerun,

Wakacje, tak w Kamerunie jak i w Polsce, to często czas zmian życiowych. Takie też się dokonały i u nas w Misji-Kamerun. Przyleciałem do Polski z Jacky Dangana, aby pomóc jej w niezbędnych formalnościach ( ile z tym męki, to jeden Pan Bóg wie). Najważniejsze, że się udało i od października Jacky jest studentką Studium języka polskiego na Uniwersytecie Łódzkim i w przyszłym roku ma szanse rozpocząć wymarzone studia medyczne.

W międzczyczasie doszło również do zmian administracyjno-personalnych w diecezji w Bertoua. Biskup w wieku 75 lat złożył dymisję, która została przyjęta przez Watykan, a równocześnie z tutejszymi „zwyczajami” poprosił nas Dominikanów o opuszczenie plebanii, która była własnością diecezji, a nie Zakonu. Ze względu na zaistniałą sytuację mój przełożony o. Bruno Cadore OP postanowił mnie przenieść do klasztoru Dominikanów w stolicy kraju – Yaounde. Nastał również nowy odpowiedzialny za szkolnictwo katolickie, który postanowił nie respektować ustaleń, zawartych z poprzednim biskupem, gwarantujacych wpływ na dobór kadry nauczycielskiej oraz poziom nauczania – Misji-Kamerun finansującej w całości dotychczasowe funkcjonowanie szkoły podstawowej. Z tego powodu, postanowiłem zaprzestać bezpośredniego finansowania szkoły, a naszym podopiecznym, z pomocą sponsorów szkoły, nadal zapewniać naukę w innych szkołach gwarantujacych odpowiedni poziom nauki. Tak że nasza pomoc, kochani sponsorzy naszej szkoły, trwa nadal i nawet możemy objąć nią większą jak dotąd liczbę dzieci, gdyż nie płacimy teraz wypłat nauczycielom.

Zatem nie pozostało nam nic innego jak opuszczenie plebanii w Bertoua. Budynek i cały teren sierocińca nie jest własnością diecezji, tylko naszego stowarzyszenia : ” Les enfants of Sun”. Wynajęliśmy dom w Yaounde, spakowaliśmy dzieciaki z sierocińca i przeprowadziliśmy się do stolicy Kamerunu. Nasi zaś podopieczni, dzieci wspomagane przez adopcję serca, pozostały w Bertoua wraz ze swoimi rodzinami, a Misja Kamerun w dalszym ciagu wspiera ich naukę oraz często pomaga chorym uczniom.

Dodatkowo nie ułatwia nam sytuacji fakt, że mój powrót zaplanowany na lipiec, okazał sie niemożliwy – 1 czerwca odezwała się malaria. Spędziłem 4 godziny na ławce w mieście trzesąc się jak osika raz z malarii, a dwa że mnie zgarnie zaraz policja jak jekiego kloszarda. Na szczęście miałem przy sobie chininę i po paru jeszcze godzinach wstałem z ławki miejskiej. Po przeprowadzeniu wnikliwych badań i konsultacjach ze specjalistami od medycyny tropikalnej zapadła decyzja, że muszę co najmniej kilka miesięcy zostać w Europie i poddać się intensywnemu leczeniu.

Podsumowując – jestem chwilowo w Polsce na leczeniu, a dzieci w nowym sierocińcu w Yaounde. Jak tylko wrócę ( jeśli nie zemrę tutaj w Polsce, i to chyba bardziej z braku słońca niż z malarii) kontynuujemy rozwój sierocińca w Yaounde i zaludniamy na nowo „stary” sierociniec w Bertoua, który będę dogladal dojazdowo z klasztoru w Yaounde. Mimo, że fizycznie aktualnie pozostaję kilka tysiecy kilometrow od Kamerunu, to nie ma to wplywu na los dzieci, które są pod opieką Marianny i Achilla. Ja nad wszystkim czuwam przy pomocy codziennych emaili i sms’ow i innych internetowych komunikatorów. Dzieci mają, tak jak dotychczas, zapewnioną opiekę: spanie, wyżywienie, ubranie, oraz naukę, dzieki wspaniałomyślnosci i hojności Przyjaciół Misji Kamerun z całej Polski. Dlatego tym bardziej liczę na Wasze wsparcie w tej wyjątkowo trudnej sytuacji.

Drodzy Przyjaciele Misji-Kamerun, jak widzicie walczymy jak możemy dla dobra naszych dzieci, i jestem przekonany że z Waszą pomocą wytrwamy do końca, bo jak wiemy, kto wytrwa do końca ten zbawiony będzie.

Slówko do wszystkich, którzy jeszcze mają swoje adopcyjne dzieci w Bertoua. Kochani, mimo że ja jestem chwilowo w Polsce, a sierociniec w Yaounde, to Bertoua – to ciagle też nasza Misja-Kamerun. Co rusz ktoś przyjezdża z Bertoua po pieniądze na szkołę dla dziecka, brata, siostry, kuzyna kuzynki. Często opiekunowie sierocińca jeżdża do Bertoua i kontrolują sytuację na ile się da. Wasze adoptowane dzieci są dalej wspomagane. Proszę nie zniechęcajcie się. Nie możemy się poddawac złemu. Wszystko robimy dla naszych kameruńskich dzieci, mimo że czasem przeciwności na drodze i to nawet nie z tej strony z której byśmy się spodziewali.

Dariusz Godawa OP.

P.S. Wszelką pomoc można wpłacać na konta z dopiskiem „Misja-Kamerun”

Inteligo -Dariusz Godawa- 50102055581111120928000024

lub

STOWARZYSZENIE PRZYJACIÓŁ DZIECI SŁOŃCA

Konto bankowe PKO BP SA Będzin

03 1020 2498 0000 8002 0268 4942

2009.12 Jacky w Polsce oraz dzieciaki w Yaounde i w Bertoua

Witaj,

Serdecznie dziękuję za wsparcie i zainteresowanie wszystkim przyjaciołom Misji-Kamerun. Wielu z Was wysłało do mnie słowa otuchy i pocieszenia w związku z moim stanem zdrowia. Teraz jest w miarę w porządku, pomijając krótki epizod grypowy, przez który chyba przeszła w tym czasie większość Polaków. Ale nie o sobie chcę pisać.

Przypominam, że nasza nowa placówka Misji-Kamerun w Yaounde prężnie działa. Marianna i Achille, o których ślubie pisałem kilka miesięcy temu, przeprowadzili się do stolicy Kamerunu i opiekują się naszymi dziećmi. W naszym sierocińcu mieszkają teraz: Djack, Dimitri, Hypolite, Marius, Alida, Marlyse, Nina Lauriane, Dieson, Paola i Epiphanie. Djack chodzi do przedszkola, a pozostałe dzieci do szkoły. Dimitri będzie zdawał pod koniec roku egzamin BEPC. A głuchoniema Epiphanie dwa razy w tygodniu uczy się szycia, aby mieć zawód.

Marianna daje dzieciom wiele serca. Codziennie gotuje im posiłki I stara sie zapewnić im jak najlepszą opiekę. Obecnie planujemy razem świąteczne zakupy. Chcielibyśmy by dzieci na Święta Bożego Narodzenia otrzymały nowe ubranka i buty, a najmłodsze by dostały choć kilka zabawek. Oczywiście to jakie prezenty kupimy dzieciom, będzie zależało od wsparcia jakie dostaniemy w tym miesiącu od naszych przyjaciół.

Dbamy także o naszych podopiecznych w Bertoua. Marianna regularnie tam jeździ kontrolując sytuację. Właśnie w ostatnich dniach była w tym mieście na pogrzebie starszej siostry Jacky (o czym napiszę w dalszej części tego listu). Przy tej smutnej okazji, zawiozła pieniądze na drugą ratę czesnego w szkole dla tamtejszych dzieci. Wielkie dzięki dla wszystkich którzy pomagają małym mieszkańcom Bertoua! A oto oni na zdjęciu, szczęśliwi ze spotkania z Marianne.

Jacky, duma naszego Foyer St. Dominique od kilku miesięcy uczy się języka polskiego w Łodzi. Jako, że wielu z was jest zainteresowana jej postępami w nauce i tym jak sobie radzi w Polsce postanowiliśmy by Jacky prowadziła bloga. Oczywiście nasza wychowanica opisuje swoje wrażenia w języku francuskim, ale jeden z przyjaciół Misji-Kamerun, Olivier, tłumaczy jej wspomnienia i publikuje na stronach http://ekai.pl/blogi/misja_kamerun/.

Serdecznie zapraszam do regularnego odwiedzania tej strony i przeżywania wraz z Jacky jej radości i smutków. Właśnie teraz przeżywa ona ciężki okres, gdyż kilka dni temu doszła do nas wiadomość, że zmarła w Bertoua jej starsza siostra. Dla Jacky ta wiadomość była prawdziwym ciosem. Tak dużym, że postanowiła na weekend przyjechać z Łodzi, tu do mnie do Poznania, aby móc się spokojnie wypłakać. Proszę odmów „Wieczny odpoczynek..” za jej siostrę.

Biedna Jacky strasznie przeżyła fakt, że nie mogła się pożegnać, ze swoją ukochaną siostrą ani nawet być na jej pogrzebie. Jedyną pamiątką są zdjęcia,które zrobiła Marianna, które dołączam do tego listu.

Smutne wydarzenia jednak nie mogą mieć wpływu na zadania jakie stoją przed nami. Studia języka polskiego to wyzwanie nie tylko dla Jacky, ale dla nas wszystkich. Zgoda na tymczasowy pobyt w Polsce i stypendium na naukę w Łodzi zostało uzyskane pod takim warunkiem, że będziemy utrzymywać naszą wychowanicę. Jedzenie, ubranie zimowe, akademik, książki, to wydatki, o których chyba nie muszę wspominać. Dziękuję wszystkim, którzy postanowili wesprzeć Jacky co pozwoliło nam na jej utrzymanie w październiku i listopadzie. Przed nami jeszcze kolejne miesiące roku akademickiego. Mam nadzieję, że dzięki naszym kochanym przyjaciołom unikniemy dziury w budżecie.

Podsumowując, Boże Narodzenie w Yaounde, utrzymanie sierocińca za którego wynajem płacimy, oraz studia Jacky to nasze główne zmartwienia w grudniu. Jeżeli możesz bardzo proszę wesprzyj nas wpłacając pieniądze na konto Inteligo -Dariusz Godawa- 50102055581111120928000024 lub na konto Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca PKO BP SA 03 1020 2498 0000 8002 0268 4942. (Więcej o stowarzyszeniu na www.dziecislonca.org)

Być może zbliżający się okres świąteczny sprawi że i Twoi znajomi będą bardziej wrażliwi na los biednych kameruńczyków. Jeżeli chcesz i możesz, to proszę prześlij ten list choć do kilku przyjaciół. Może i oni zaprzyjaźnią się z Misją-Kamerun.

Z błogosławieństwem Bożym,

Dariusz Godawa OP

2009.12 Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku!

Witaj,

Zbliżające się Święta Bożego Narodzenia zmotywowały mnie do tego bym zasiadł nad klawiaturą i napisał parę słów do Ciebie i wszystkich ludzi dobrej woli wspierających Misję Kamerun. Serdecznie dziękuję za pomoc w tym roku. Szczególnie dziękuję tym, którzy nie opuszczają nas w trudnych i ciężkich chwilach jakich było wiele w ostatnich miesiącach.

W naszym nowym sierocińcu w Yaounde, Marianna organizuje Święta Bożego Narodzenia. Wszyscy mieszkańcy naszego Foyer otrzymają nowe ubranka i buty. Najmłodsze dzieci dostaną zabawki. Oczywiście wyprawienie Świąt dla naszych podopiecznych jest możliwe tylko dzięki pomocy, która dotarła z Polski, za którą serdecznie dziękuję.

Jacky spędzi święta w Luboniu z rodziną mojego brata i moim ojcem. W ostatnich tygodniach potrzebuje wiele psychicznego wsparcia. Tak jak pisałem w ostatnim biuletynie, niedawno umarła jej siostra, co nasza studentka bardzo ciężko przeżyła. Kolejnym ciosem jest wczorajsza śmierć jej kuzynki. Co więcej w ostatnim czasie dużym szokiem są mrozy, które nastąpiły. Jacky nie wie jak to zniesie. Pisze o tym na swoim blogu http://ekai.pl/blogi/misja_kamerun/ .

Na szczęście przyjaciele których poznała w Polsce, a także jej kameruńscy koledzy i koleżanki z którymi studiuje (widoczni na zdjęciu), bardzo pomagają jej przetrwać te trudne chwile.

Z okazji nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia, chciałbym złożyć Ci najserdeczniejsze życzenia. Niech Chrystus ponownie narodzi się w Twoim sercu, przynosząc Ci radość, spokój i miłość. Niech Wigilia i kolejne świąteczne dni upłyną w ciepłej i rodzinnej atmosferze.

Z całego serca życzę Ci by Nowy 2010 Rok przyniósł Ci nadzieję i optymizm. Niech się spełnią wszystkie Twoje plany i zamierzenia zgodne z wolą Bożą. Tego samego życzę też twoim najbliższym domownikom, rodzinie i przyjaciołom.

Ze Świątecznym błogosławieństwem,

Dariusz Godawa OP.

2010.01 Jak minęły święta w Afryce

Witaj,

Na pewno ciekawi Cię jak minęły święta naszym podopiecznym w Domu Dziecka w Kamerunie, dlatego postanowiłem napisać trochę o tym co się działo w Kamerunie w ostatnich dniach.

18 grudnia rozpoczęła się Bożonarodzeniowa przerwa świąteczna w Kamerunie. Tego dnia dzieci wróciły ze szkoły z wynikami za pierwszy semestr. Niestety nie były one najlepsze. Na wyjątkowo słabsze oceny w tym semestrze miała wpływ prawdopodobnie przeprowadzka z Bertoua do Yaounde. Zmiana otoczenia: szkoły, nauczycieli, kolegów i w ogóle wszystkiego było dla naszych dzieci mocnym przeżyciem.

Pierwsze dni wakacji zostały przeznaczone na sprzątanie domu i jego otoczenia. Ścinano trawę, myto podłogi, pucowano wszystko dookoła.

W Kamerunie nie ma zwyczaju tak uroczystej Wigilii jaką mamy w Polsce, ale wprowadziłem zwyczaj, że dzieci dostają wtedy prezenty. Przede wszystkim są to nowe ubranka i buty, w których wspaniale się mogły zaprezentować na Mszy w Boże Narodzenie, co widać na zdjęciu poniżej. Część naszych podopiecznych dostała rzeczy i słodycze bezpośrednio z Polski, dzięki życzliwości podróżnika Janusza Tichoniuka, który pomógł w transporcie podarunków do Afryki.

Pasterka rozpoczęła się o godzinie 20 w pobliskim kościele parafialnym w dzielnnicy Messamendongo, w której położony jest nasz Dom Dziecka. Po Pasterce chłopcy i dziewczynki poszli spać.

Prawdziwe świętowanie rozpoczęło się w dzień Bożego Narodzenia, bardzo uroczystą Mszą św, która trwałą od godziny 10 do 14. Następnie nastąpiło prawdziwe ucztowanie. Marianna zakupiła wcześniej małą świnkę, z której przygotowała posiłek, a do tego zakupiła dużą ilość oranżady, którą nasze dzieciaki uwielbiają, a bardzo rzadko piją. Był to dzień pełen radości, bo nasi podopieczni bardzo przeżywali fakt że mają nowe ubranka i mogą pojeść o wiele lepiej niż zazwwyczaj.

Sylwester upłynął w naszym Foyer spokojnie. Dzieci w zasadzie poszły spać, ale zostały obudzone, by mogły popatrzeć na sztuczne ognie. W Nowy Rok poszly oczywiście z Marianną do kościoła, a następnie wszyscy wybrali się na przechadzkę do miasta. Był pomysł by wybrać się do ZOO (jedynego w całym Kamerunie), więc wszyscy się tam udali. Niestety na miejscu okazało się, że wstęp kosztuje aż 2000 kameruńskich franków, co przy ilości naszych wychowanków okazało się zbyt dużą sumą. W związku z tym cała grupa wybrała się zwiedzać miasto (co najmłodsi robili po raz pierwszy).

Mieliśmy też gościa. Otóż do Yaounde przyjechała mama Marianny. To było dla niej wielkie przeżycie, gdyż po raz pierwszy w życiu wyjechała z Bertoua i miała okazję być w stolicy.

Od czwartego stycznia, życie wróciło do normy. Dzieci poszły z powrotem do szkoły rozpoczęly nowy semestr.

Dziękuję Tobie i wszystkim darczyńcom Misji-Kamerun, dzięki którym nasi wychowankowie mogli przeżyć naprawdę radosny i świąteczny czas.

Błogosławię i pozdrawiam,

Dariusz Godawa OP.

P.S. Jacky spędziła święta w Poznaniu. O tym jak je przeżyła, mam nadzieję że napisze wkrótce na naszym misyjnym blogu http://ekai.pl/blogi/misja_kamerun/

2010.02 Pomóż Dzieciom Misji-Kamerun Twoim 1% Podatku

Witaj,

Do której grupy ludzi należysz? Do tych co się rozliczają na początku roku, czy do tych, którzy czekają ze złożeniem swojego zeznania podatkowego do końca kwietnia? Bez względu na to jaka jest Twoja strategia, zawsze masz możliwość przekazania jednego procenta swojego podatku na wybrany przez siebie cel, poprzez wskazanie Organizacji Pożytku Publicznego która dostanie te pieniądze.

Dzięki przyjaciołom Misji-Kamerun, którzy założyli Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca i aktywnie pomagają w działalności Misji-Kamerun teraz część Twojego podatku może być przeznaczona na kameruńskie dzieci, lub pomoc w studiowniu Jacky. Otóż zaangażowanie członków naszego stowarzyszenia zostało uznane przez Krajowy Rejestr Sądowy i przyznano nam status Organizacji Pożytku Publicznego.

W skrócie – możesz przekazać jeden procent podatku na nasze kameruńskie dzieciaki wskazując w swoim rozliczeniu podatkowym Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca. Instrukcja poniżej. Jeżeli twoi znajomi nie wiedzą jeszcze na co przeznaczyć swój 1% podatku, przekonaj ich by poszli w Twoje ślady.

Możliwość otrzymania 1% podatku zwiększa potencjał działalności naszego Stowarzyszenia a tym samym Misji-Kamerun. Jednak działać należy nie tylko z rozmachem ale i z przezornością. Mając do dyspozycji większe środki i możliwość udzielania większej pomocy członkowie naszego stowarzyszenia chcą być przekonani że działają w słusznej sprawie i według wszelkich zasad. Zostałem poproszony przez nich, by w moim liście zapytać się Przyjaciół Misji Kamerun czy mogliby posłużyć im radą, doświadczeniem, albo nawet zaangażowaniem się w działalność Stowarzyszenia. Bardzo poszukujemy osób znających się na księgowości, prawie, rozliczeniach podatkowych, i zarządzaniu. Jeżeli znasz jakieś zaufane osoby lub chcesz pomóc osobiście koniecznie daj mi znać.

Z błogosławieństwem,

Dariusz Godawa OP

P.S. Prosze, prześlij koniecznie Twoim znajomym nr KRS Stowarzyszenia, lub załączony obrazek z instrukcją.

2010.03 Czy pomożesz w naszej akcji?

Witaj,

W ostatnim czasie wiele się działo zarówno w Polsce jak i w Kamerunie. Dzięki zaangażowaniu Przyjaciół Misji wraz z Jacky udzieliliśmy wywiadu w jednym z lokalnych dzienników. Dzieciaki w Yaounde i Bertoua zmagają się ze szkołą. O tym wszystkim napiszę już niedługo.

W tej chwili jednak piszę krótko z konkretnym zapytaniem, a nawet prośbą. Otóż jak wspominałem jakiś czas temu, Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca, które powstało po to by wspierać Misję Kamerun uzyskało status Organizacji Pożytku Publicznego, co oznacza że można właśnie na nasz cel przekazać 1% podatku. Bardzo chciałbym by jak najwięcej osób się do tego przyczyniło. Przyjaciele Misji wpadli na pomysł by wydrukować ulotki, które bezpłatnie wykonał nam Paweł z Warszawy.

Marysia z Poznania uzgadniała szczegóły z drukarnią i dzięki jes zabiegom mamy kilka tysięcy ulotek. Grupa przyjaciół z Poznania chce je rozdać w tym mieście, ale wszyscy uważają, że fajnie by było gdyby te ulotki trafiły do innych miejsc w Polsce. Wpadli oni na pomysl by wysłać choć trochę ulotek do tych chętnych, którzy by zechcieli je rozdać.

Dlatego mam pytanie, czy zechcesz nam pomóc w dystrybucji ulotek? Możesz je rozdać znajomym w pracy, w szkole, sąsiadom. A możesz także poświęcić trochę czasu i jak będzie ładna pogoda, stanąć na ulicy i rozdać ulotki ludziom, lub jeśli taki pomysł Ci nie odpowiada to włożyć je do skrzynek pocztowych mieszkańców twojego bloku.

Co powiesz na tę propozycję? Jeżeli zdecydujesz się rozdać większą ilość ulotek, to napisz maila podając swój adres domowy i ilość ulotek, które rozdystrybuujesz. Mam nadzieję, że nam pomożesz.

Jak tylko dostaniemy twój email z adresem wyślemy do Ciebie ulotki pocztą.

Serdecznie pozdrawiam i obiecuję napisać więcej o tym co się u nas dzieje w kolejnym biuletynie.

Dariusz Godawa OP

2010.03 Wieści z Misji-Kamerun i Życzenia Świąteczne

Witaj,

Ostatnio obiecałem, że napiszę o tym co się działo u nas, więc dziś spełniam tę obietnicę. Ale zanim zacznę przekazywać wieści z Misji-Kamerun chcę serdecznie podziękować wszystkim, którzy zgłosili się do pomocy przy rozdawaniu ulotek zachęcających do przeznaczenia 1% podatku na nasze Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca. Wysłaliśmy już około 3000 ulotek do wielu miast Polski. Serdecznie dziękuję każdemu kto włączył się do akcji!

CO SŁYCHAĆ W KAMERUNIE

Zacznę od wydarzeń z Afryki, bo pewnie to Cię najbardziej interesuje. Chciałbym się cofnąć trzy miesiące i wspomnieć o gościu który odwiedził w grudniu Misję-Kamerun – był to podróżnik Janusz Tichoniuk. Przywiózł dzieciom dużo ubrań i prezentów i spędził w sierocińcu w Yaounde 4 dni. Właśnie tutaj po raz pierwszy w życiu miał okazję spróbować jeżozwierza i pancernika. Dzieci go obległy, chciały wsiadać na jego motor i próbowały z nim rozmawiać. Chciały spróbować swoich sił w języku angielskim, ale niestety okazało się, w szkole jeszcze za wiele się nie nauczyły i tylko było wiele śmiechu z rozmów w których więcej się machało rękami niż mówiło w obcym języku.

YAOUNDE

W styczniu w sierocińcu były odprawione dwie uroczyste Msze św. Pierwsza, która była okazją do poświęcenia domu w Yaounde, była odprawiana przez księdza Valere. Natomiast druga, była odprawiona w rocznicę ślubu Marianny i Achila przez pięciu znajomych księży. Było bardzo uroczyście. Na tę okazję Salome i Epiphanie zrobiły sobie specjalnie piękne fryzury i naprawdę ślicznie wyglądały.

Życie w Yaounde toczy się swoim stałym trybem. Każdego ranka przed wyjściem do szkoły dzieciaki się myją, a potem robią porządki. Kazde z nich dostaje bagietkę na śniadanie i idą potem do szkoły. Po powrocie mają trochę czasu wolnego, a wieczorem znowu kazde się grzecznie myje, następnie wszystkie odmawiają wspólnie różaniec, jedzą kolację. Najczęstszym posiłkiem są ryby (które są o wiele tańsze od mięsa) z kuskusem z manioku albo z ryżem i zieleniną. Po posiłku dzieci biorą się za odrabianie lekcji. Potem idą spać.

Niestety przenosiny do nowego miejsca i zmiana szkoły odbiły się na ocenach większości naszych podopiecznych, które nie zaliczyły trymestru. Jedynym wyjątkiem była mała Laurianne, która uzyskała dobre oceny. W nagodę otrzymała w prezencie buty i spodnie.

Weekendy też mają swoją rutynę. Pomimo wielkich problemów z brakiem wody, w sobotę jest organizowane wielkie pranie. Natomiast niedziela to dzień odpoczynku. Co tydzień dzieci jeżdżą zwiedzać miasto i dostają lody. Bardzo lubią gdy co jakiś czas zabiera się je na rynek i kupuje małe zabawki. Yaounde wszystkim się bardzo podoba.

BERTOUA

Oczywiście cały czas Misja-Kamerun dba o dzieci mieszkające w Bertoua. Epiphanie, która jest ostatnio bardzo szczęśliwa bo znowu może szyć, ostatnio zakupiła zapas szarego mydła, które wysłała do swojej mamy w Bertoua. Jej mama żyje sama i opiekuje się młodszym rodzeństwem Epiphanie, które chodzi do szkoły właśnie dzięki pomocy Misji-Kamerun. Tam też została wysłana część ubrań przywiezionych przez Janusza Tichoniuka.

Wspomnę może jeszcze o kilku wychowankach naszego Foyer, którzy zostali w Bertoua.

Grace mieszka ze swoją babcią, która niedawno do nas dzwoniła z informacją że dziewczynka zdała trymestr w szkole państwowej w dzielnicy Enia w Betoua. Od Misji Kamerun dostała pieniądze na czesne na cały rok szkolny i jeszcze całkiem sporą sumę na utrzymanie z okazji Bożego Narodzenia. Za zaliczony trymestr dostała trochę nowych ubranek, które zakupiła Marianna.

Nathanael, chodzi do szkoly podstawowej sw. Józefa w Bertoua do klasy CE2. Od Misji Kamerun dostał pieniądze na czesne w szkole, mundurek , zeszyty i książki, a na Boże Narodzenie nowe ubrania. Chłopiec jest bardzo posluszny, ale często choruje.

Timothe uczęszcza do 1 klasy liceum technicznego w Bertoua, dawniej nazywanego College….(CETIC). W pierwszym trymestrze mial niestety kiepskie wyniki. Ale i tak Misja Kamerun sfinansowała mu szkołę, mundurek, i potrzebne sprawunki. Tak samo jak jego brat Nahanael jest pelną sierotą i bardzo nieśmiały. Nie jest zbyt bystry w szkole. Na BN dostal ciuchy i buty zakupione przez Misję-Kamerun.

NASZE DZIAŁANIA W POLSCE

Misja-Kamerun nie może działać bez pomocy z Polski, dlatego równie ważne są wszystkie akcje prowadzone w naszym kraju, które pomogą zdobyć kolejnych przyjaciół, sympatyków i sponsorów.

Przyjaciele Misji-Kamerun i członkowie Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca starają się informować media o naszych działaniach. Niedawno w Głosie Wielkopolskim został opublikowany artykuł o naszej Jacky, która studiuje w Łodzi ucząc się języka polskiego.

Kliknij na poniższy link by przeczytać artykuł.

http://www.gloswielkopolski.pl/magazynrodzinny/224059,marzenia-jacky-z-goracej-afryki-spelnia-sie-w-polsce,id,t.html#material_1

Jako że stowarzyszenie ma status OPP i może otrzymywać 1% podatku staramy się wszystkich namawiać do tego by przekazali nam ten 1%. W Poznaniu wolontariusze rozdali kilka tysięcy ulotek, a duża ich ilość dzięki Wam zostanie rozdana w innych miejscowościach.

Postanowiliśmy też, że zmienimy logo stowarzyszenia na bardziej profesjonalne. Postaramy się o papier firmowy i niedługo nastąpią zmiany w zarządzie. Ale o tym będzie w kolejnym biuletynie.

ŻYCZENIA ŚWIĄTECZNE

Na zakończenie mojego listu, chcę złożyć najserdecznejsze życzenia z okazji zbliżającej się Wielkanocy. Niech Chrystus prawdziwie zmartwychwstanie w Twoim sercu przynosząc w najbliższych dniach pokój dla Ciebie i Twoich najbliższych. Niech te święta upłyną w radosnej atmosferze przynosząc nadzieję i miłość.

Z błogosławieństwem,

Dariusz Godawa OP

2010.05 Spotkania w Parafiach

Witaj,

Mój list chcę przede wszystkim zacząć od podziękowań. Dzięki zaangażowaniu naszych Przyjaciół Misji rozdaliśmy kilka tysięcy ulotek zachęcających do przekazania 1% podatku na Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca, które się nami opiekuje. Już mamy przygotowane do wysyłki na poczcie, prawdziwe, papierowe listy z podziękowaniami do wszystkich, którzy nam pomogli.

Docierały też do mnie informacje, że wielu z Was albo przeznaczyło swój 1% na nasze Stowarzyszenie, albo nawet zachęcało do tego swoich znajomych, lub klientów jako doradcy podatkowi. Serdecznie dziękuję za to zaangażowanie!!!

Obecnie wraz z wychowanką Misji-Kamerun, Jacky Dangana, która studiuje w Polsce, informujemy o naszej działalności w Poznaniu i innych miastach odwiedzając poszczególne parafie, gdzie mam możliwość głoszenia kazań w czasie niedzielnych Mszy Św, po których rozdajemy ulotki informujące o tym jak można pomóc naszym kameruńskim podopiecznym.

Poniżej przedstawiam kalendarz parafii do jakich jeszcze mamy zamiar trafić w najbliższych tygodniach i miesiącach. Może zechcesz akurat wtedy się wybrać by się z nami spotkać? A może zachęcisz do tego swoich znajomych?

Dla Jacky obecny okres staje się coraz trudniejszy, a to dlatego że powoli zbliża się końcówka roku akademickiego. Oprócz nauki by zdać egzaminy z języka polskiego i kilku przedmiotów, nasza studentka przygotowuje się do najważniejszego egzaminu na łódzką uczelnię by mogła studiować położnictwo. Do tego musi dobrze zdać egzaminy z chemii, fizyki i biologii. To jest naprawdę wyzwanie, gdyż poziom nauki w Polsce jest o wiele wyższy niż w Kamerunie. Aktualnie załatwiamy Jacky korepetycje z chemii. Bardzo proszę o modlitwę w intencji jej egzaminu,który będzie 19 lipca.

Jeszcze raz za wszystko dziękuję i serdecznie pozdrawiam,

Dariusz Godawa OP

P.S. Poniżej kalendarium.

15-16 maja 2010 – Parafia Pierwszych Polskich Meczennikow – 61-255 Poznań, os. Tysiąclecia 73 – http://www.ppmeczennikow.parafia.info.pl/

Msza św. w sobote: 19:00

Msze św. w niedziele: godz. 7.30, godz. 9.30 (dla młodzieży), godz. 11.00 (dla dzieci) godz. 12.30, godz. 19.00

22-23 maja – 2010 – Parafia pw. Świętego Krzyża – 60-123 Poznań, ul. Częstochowska 16 – http://www.swietykrzyz.org.pl/

Msza św. w sobote: 19:00

Msze św. w niedziele: niedziela: 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 19:00

30 maja 2010 ( bez soboty) – Parafia Sw Anny – 60-744 Poznań, ul. Limanowskiego 13 – http://www.anna.archpoznan.org.pl/

Msze św. w niedziele: godz. 7.30, godz. 9.30, godz. 11.00, godz. 13.00, godz. 18.00, godz. 20.00

5-6 czerwca 2010 – Parafia pw. Świętych Aniołów Stróżów – 61-680 Poznań, os. Kosmonautów 120 – http://www.aniol.org.pl/

Msza św. w sobote: 18:30

Msze św. w niedziele: godz. 7.30, godz. 9.30, godz. 11.00 (z udziałem dzieci) godz. 12.15 godz. 18.30

12-13 czerwca 2010 – Parafia Chrystusa Slugi – 60-242 Poznań, ul. M. Palacza 7 – http://www.chrystus-sluga.pl/home.html

Msza św. w sobote: 18:00

Msze św. w niedziele: godz. 7.30, godz. 9.00, godz. 10.15, godz. 11.30, godz. 18.00, godz. 21.00

19-20 czerwca 2010 – parafia Sw Trojcy – 61-469 Poznań, ul. 28 Czerwca 1956 nr 295 – brak strony www

Msza św. w sobote: 18:30

Msze św. w niedziele: godz. 7.00, godz. 8.45, godz. 10.00, godz. 11.15 dla dzieci, godz. 12.30, godz. 15.00, godz. 19.00 dla młodzieży;

26-27 czerwca 2010 – Parafia pw. Matki Odkupiciela – 60-681 Poznań, os. Wł. Jagiełły 105 – http://www.mo.exanet.serwery.pl/www/index.php

Msza św. w sobote: 18:00

Msze św. w niedziele: godz. 8.00, godz. 9.30, godz. 11.00, godz. 12.15, godz. 18.00, godz. 19.30

3-4 lipiec 2010 – Parafia pw. św. Stanisława Kostki – 60-653 Poznań, ul. Rejtana 8 – http://www.stanislawkostka.pl/

Msza św. w sobote: 18.30;

Msze św. w niedziele: niedziela godz. 7.00, godz. 8.00, godz. 9.30, godz. 11.00 (dla dzieci) godz. 12.30, godz. 15.00, godz. 17.00 9dla młodzieży) godz. 18.30, godz. 20.00 (dla młodzieży studiującej)

10-11 Lipiec 2010 – parafia Wszystkich Swietych – 62-080 Tarnowo Podgórne, ul. Poznańska 92 – http://www.parafiatarnowopodgorne.pl/

Msza św. w sobote: 18:30

Msze św. w niedziele: godz. 7.30, godz. 9.00, godz. 10.30, godz. 12.00, godz. 20.00

17-18 Lipiec 2010 – Parafia pw. św. Mateusza Ewangelisty – 85-798 Bydgoszcz , ul. Skarżyńskiego 4 – http://www.mateusz.byd.pl/

Msza św. w sobote: 18.00;

Niedziela: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00 i 18:00.

2010.07 Egzamin Jacky i jej wspomnień część 1

Witaj,

Niedawno zakończył się rok akademicki i ani się spostrzegliśmy jak Jacky, wychowanka naszego sierocińca Foyer st. Dominique przeżyła w naszym, jakże egzotycznym dla niej kraju 12 niezwykłych miesięcy. Z pomocą przyjaciółki Misji-Kamerun Beatą spisała swoje wspomnienia, które będziemy drukować w odcinkach w najbliższych biuletynach.

Życzę miłej lektury i błogosławię na najbliższe upalne dni.

Dariusz Godawa OP.

WSPOMNIENIA JACKY CZĘŚĆ PIERWSZA

W maju minął już okrągły rok, odkąd przyjechałam do Polski. Przy okazji tej szczególnej dla mnie rocznicy chciałabym zaprosić wszystkich czytelników biuletynu w podróż ścieżką moich osobistych refleksji i wrażeń, jakie towarzyszyły mi w ciągu tych minionych 12 miesięcy.

OBAWY W SAMOLOCIE

Przenoszę się zatem myślami do chwili, gdy znalazłam się na pokładzie samolotu lecącego do Polski. Był maj 2009… Nigdy wcześniej nie leciałam samolotem i bałam się ogromnie, czy dane mi będzie bezpiecznie dotrzeć do celu mojej podróży. Wznosząc w myślach ku niebu (a ono przecież tuż obok mnie, bo za oknem!!) cały wieniec gorących modlitw o szczęśliwy lot czułam, jak kotłują się w mojej duszy skrajne emocje związane z perspektywą zetknięcia się za kilka godzin z zupełnie innym światem. Z zupełnie inną rzeczywistością niż ta, którą znam…W jednym zakamarku mojego serca tliła się wiara i ogromne nadzieje, w drugim czyhały obawy. Nadzieje i wiara mówiły mi, że ta podróż i jej główny cel (studia) to dla mnie przepustka do lepszego życia, a obawy nasuwały mi pytania o to, jak zostanę przyjęta przez mieszkańców kraju, w którym będę mieszkała przynajmniej przez najbliższe 7 lat, czy zdołam się zaaklimatyzować, czy sprostam czekającym mnie wyzwaniom, jakich ludzi spotkam na swej drodze, jak przeżyję w tym zimnym klimacie i czy będę w stanie nauczyć się trudnego języka polskiego. Ojciec Darek, który leciał ze mną, z właściwym sobie rodzajem poczucia humoru „pokrzepiał” mnie, że język polski jest nie do nauczenia, a zimy w Polsce są takie, że umrę szybko przez zamarznięcie i moje ciało trzeba będzie transportować do Kamerunu. Te żarty rozładowały trochę moje napięcie.

PIERWSZE UCZUCIE ZIMNA

Wreszcie wylądowaliśmy. Maj to ponoć w Polsce już prawie lato, tymczasem wraz z pierwszym powiewem polskiego powietrza przeniknęło mnie przeraźliwe zimno.

Skoro tak wygląda polskie lato, to może wcale nie ma co się śmiać z tego transportu mojego ciała z powrotem do Afryki, gdy zawita tu sławna polska zima…? Rozejrzałam się wokół siebie. Polacy najwidoczniej nie uważali, że jest szczególnie zimno, bo w większości mieli na sobie cienkie bluzy lub sweterki i nikt nie sprawiał wrażenia, że marznie, a gdzieniegdzie można było nawet dostrzec osobników w bluzkach czy koszulach z krótkimi rękawami (!).

TU WSZYSCY SĄ BIALI!

Trzęsąc się z zimna chłonęłam uważnie wzrokiem kalejdoskop migających mi przed oczami białych twarzy próbując odczytać z nich, czy ich właściciele są przychylnie do mnie nastawieni i czy wzbudzam zdziwienie moim kolorem skóry. Bilans rysował się optymistycznie: z każdą białą twarzą bacznie rejestrowaną przeze mnie narastało w moim sercu krzepiące poczucie, że znajdę tu życzliwe dusze. Nie czułam się w sumie aż tak mocno wyobcowana, ponieważ otuchy dodawał mi ojciec Darek – pomagała mi już sama jego obecność oraz fakt, że mam do kogo odezwać się po francusku. Bo wśród tego polskiego miejskiego gwaru czułam się trochę dziwnie: do moich uszu docierały raz po raz strzępki obco brzmiących rozmów i dźwięki słów, których znaczenia nie rozumiałam. Ten dzień prędko mnie wyczerpał ilością niecodziennych wrażeń i z głową pełną rozmaitych nieuporządkowanych jeszcze myśli zasnęłam. Zasypiałam jednak kołysana błogim poczuciem i głęboką wiarą w to, że będzie mi w tym kraju dobrze i że bratnie dusze można spotkać w najdalszym nawet zakątku świata, bez względu na narodowość, rasę i barierę językową. Miałam niezwykłe szczęście przekonać się dość szybko, że to prawda. Szerzej o tym, jak zostałam przyjęta w Polsce, a także o tym, czym mnie ten kraj i jego mieszkańcy najbardziej zaskoczyli i jak się tu zaaklimatyzowałam, będzie można przeczytać w kolejnym biuletynie.

A TERAZ GORĄCA PROŚBA

Zanim napiszę część dalszą wspomnień chcę na chwilę wrócić do teraźniejszości. W najbliższych dniach przede mną najtrudniejsza próba: zdanie egzaminu, od którego wszystko zależy – czy dostanę się na wymarzone położnictwo, czy nie… Nauki jest bardzo dużo: egzamin będzie z fizyki, chemii i biologii – oczywiście po polsku!! Już te 3 przedmioty same w sobie wymagają wiele czasu na naukę, a jeszcze dla mnie jako cudzoziemki to podwójna trudność, bo w obcym dla mnie języku. Z fizyką i biologią dawałam sobie radę na bieżąco, ale miałam trochę problemów z chemią; niektóre zagadnienia były dla mnie bardzo trudne. Od końca marca jednak mam korepetycje z tego przedmiotu z bardzo wyrozumiałą Panią Profesor i pod jej skrzydłami zawiłe przedtem dla mnie rzeczy zaczynały mi się stopniowo rozjaśniać. Opanowałam już cały zakres materiału i nadrobiłam wszystkie zaległości, jakie miałam z chemii: zaliczyłam pozytywnie wszystkie testy, z których za pierwszym podejściem uzyskałam niskie wyniki. Bardzo zależy mi na zdaniu tego egzaminu i dostaniu się na studia, dlatego robię, co mogę, by dobrze się do tego przygotować. 19. lipca nastąpi chwila prawdy. Wtedy właśnie będzie egzamin (100 pytań testowych). Trzymajcie za mnie kciuki – apel do wszystkich życzliwych! 🙂

Jacky.

2010.10 Wrażenia naszej Jacky – część druga

Witaj!

Przepraszam za tak długie milczenie. Pewnie tak jak większość Przyjaciół Misji jesteś ciekawy(a) losów Jacky w naszym kraju. Przesyłam drugą część jej wrażeń z pobytu w Polsce. Serdecznie dziękuję za pamięć, modlitwę i pomoc finansową. Bardzo potrzebujemy teraz funduszy na zakup ziemi pod sierociniec w Yaounde i finansowanie kolejnego roku pobytu Jacky w Polsce.

Błogosławię z całego serca i zapraszam do dalszej lektury wspomnień naszej wychowanki.

Dariusz Godawa O.P.

Życzliwość Polaków

Od października czekało mnie rozpoczęcie na łódzkiej uczelni rocznego kursu języka polskiego dla cudzoziemców, który miał mnie przygotować do zdania egzaminu na studia. Miałam więc od maja trochę czasu na zaaklimatyzowanie się, na poznanie nowych realiów. Przed październikową przeprowadzką do Łodzi mieszkałam w Poznaniu u rodziny ojca Darka. Bardzo szybko zaczęłam poznawać w Polsce różnych ludzi, głównie dzięki ojcu Darkowi, jego rodzinie, przyjaciołom, a także przez Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca, któremu zawdzięczam możliwość przyjazdu do Polski (to niekwestionowana zasługa i efekt wielu zabiegów założycielki Stowarzyszenia, Kasi Rubel). Polacy okazali się niesamowicie serdeczni, życzliwi i bardzo gościnni. Jeszcze w Kamerunie, przed moim wyjazdem do Polski, usłyszałam od pewnej osoby, że Polacy są rasistami i że powinnam przemyśleć, czy na pewno chcę przekonywać się o tym osobiście. Dziś wiem, że osoba ta martwiła się o mnie zupełnie niepotrzebnie: przez cały rok mojego pobytu nie doświadczyłam najmniejszego chociażby przejawu rasizmu. Na każdym kroku spotyka mnie ze strony Polaków ogromna serdeczność. Znalazłam już wśród nich przez ten rok całkiem sporo znajomych i przyjaciół, na których mogę liczyć i z którymi lubię spędzać czas. Nawet zupełnie obcy ludzie często okazują mi swoją życzliwość.

W czasie kwesty – zbieramy fundusze i rozdajemy ulotki.

Kwesty na Misję-Kamerun

Bardzo wyraźnie obrazują to kwesty, na jakie zapraszają nas różne parafie, które zbierają środki na działalność naszej Misji-Kamerun. W czasie nauki mieszkałam w tygodniu w Łodzi, ale przyjeżdżałam od marca co weekend do Poznania i innych miast, żeby pomóc właśnie przy kwestach na rzecz Misji-Kamerun. Zbieraliśmy z ojcem Darkiem (który przebywał na urlopie w Polsce) pieniądze w głównie poznańskich (ale nie tylko) kościołach. Wygląda to tak, że członkowie Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca rozdają po Mszach ulotki informacyjne na temat Misji-Kamerun, a ojciec Darek wygłasza w tych parafiach kazania opowiadając o pracy misyjnej i o życiu w Kamerunie. Cieszę się, że mogę w ten sposób pomóc tym, którym nie wiedzie się dobrze w moim kraju i którzy bardzo potrzebują pomocy z Polski. Bardzo wspomogli nas parafianie Poznania, Bydgoszczy, Szczecina, Nowego Tomyśla, Chodzieży i Tarnowa Podgórnego. Polacy są bardzo hojni i serdeczni. To piękne, że mają tak otwarte serca i są gotowi do pomocy. Prawie każdy dorzuca swoją „cegiełkę” do koszyka – daje tyle, ile może – nawet, jeśli ma niewiele. Zdarzało się kilkakrotnie podczas zbiórek, że ktoś nie miał przy sobie pieniędzy i tak ubolewał nad tym, że nie może nam pomóc, że szedł do domu po pieniądze i specjalnie cofał się do kościoła, żeby trafić na kwestę po kolejnej Mszy. To wzruszające, jak ci ludzie cieszyli się, że nas jeszcze zastali i że mogli włączyć się do pomocy w dzieło misyjne!

Nowinki z Kamerunu o podopiecznych

Szczególnie ciepło wspominam 3 poznańskie parafie (na os. Lecha, na os. Tysiąclecia i na Górczynie), w których ojciec Darek gościł już kilkanaście lat temu i z których wielu ludzi zdecydowało się wtedy na „adopcję na odległość”. Teraz, gdy o. Darek zawitał tam znowu (a ja po raz pierwszy), wielu ludzi podchodziło do nas i pytało o swoich „podopiecznych”, których wspomagają finansowo i w modlitwie aż do tej pory. Były to bardzo radosne i przyjazne rozmowy – w wielu przypadkach znałam dobrze dzieci, o które nas pytano. Właściwie część tych „dzieci” to już dorośli (również i studenci). Mogliśmy więc przekazać bieżące informacje o nich: co robią, jak się uczą, jak żyją. To takie niesamowite: przed polskim kościołem w zwyczajny dzień nagle usłyszeć z ust obcych ludzi nazwiska i imiona osób, które dobrze znam, a które są tak daleko…! To tak, jakby kawałek mojego kameruńskiego świata przeniósł się na chwilę na jedno z tych poznańskich osiedli… Ci ludzie tak bardzo cieszyli się z usłyszanych wieści na temat „swoich” afrykańskich dzieci, przekazywali pozdrowienia – czuło się, że o ile tak bardzo są od nich oddaleni geograficznie, o tyle z kolei sercem są przy nich bardzo blisko!!

Prawdziwa Murzynka

Te kwesty to dobra okazja do bezpośredniego kontaktu z tyloma obcymi ludźmi, z którymi na co dzień nie będzie miało się kontaktu, a którzy nieraz zapadną w pamięć na dłużej. Bo czasem podejdą, aby zagadnąć, o coś zapytać, czy życzyć powodzenia. To bardzo miłe… Szczególnie zapadła mi w pamięć sytuacja, jaka miała miejsce przed kościołem pod wezwaniem św. Antoniego z Padwy w Szczecinie (jedyna zbiórka poza Poznaniem w tym roku). Podeszła do mnie mała dziewczynka (może cztero- lub pięcioletnia) i z rozbrajającą szczerością wyznała: „Ojej!! A ja jeszcze nigdy w życiu nie widziałam prawdziwej Murzynki!!” To było niesamowite! W jej oczach i na całej buzi wręcz wymalowane było szczęście, że oto właśnie wreszcie ma okazję zobaczyć PRAWDZIWĄ MURZYNKĘ! 🙂 Dziewczynka była przeurocza w swej bezpośredniości!! 🙂

Wszyscy okazują nam wiele życzliwości

Bransoletka na szczęście

Na pewno zostanie mi też głęboko w pamięci niezwykle miłe wspomnienie z kwesty, która miała miejsce w pierwszy weekend czerwcowy. Tym razem zbieraliśmy pieniądze na naszą misję w parafii pw. Świętych Aniołów Stróżów w Poznaniu na os. Kosmonautów. Gdy tak stałam sobie i kwestowałam po jednej z Mszy, podeszła do mnie pewna pani, która wyszła właśnie z kościoła, poprosiła męża, aby zdjął jej bransoletkę z ręki, po czym sama …założyła osobiście tę bransoletkę na moją rękę mówiąc, że to podarunek na szczęście. To był prawdziwie spontaniczny gest wypływający prosto z serca! Takich odruchów serca i przejawów szczerej życzliwości doświadczyłam w Polsce bardzo wiele razy. To właśnie ci wszyscy ludzie sprawiają, że naprawdę dobrze się tu czuję.

Gorące serca Polaków kontrastują za to z pewnością z zimnym klimatem, jaki tu panuje. Dopiero w czerwcu zrobiło się prawdziwie ciepło.

Jacky

2010.12 Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku!

Witaj,

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia chciałbym życzyć Ci wielu łask Bożych, ciepłej i rodzinnej atmosfery, miłości, radości i wspaniale przeżytych świątecznych dni. Niech Nowy Rok przyniesie Ci spełnienie wszelkich planów i zamierzeń! Jako prezent załączam kolejny odcinek wspomnień naszej Jacky. Dowiesz się między innymi jak przeżywała zeszłoroczną zimę i jakim wyzwaniem jest jedzenie nożem i widelcem.

W Kamerunie przygotowujemy się do Świąt Bożego Narodzenia. Chciałbym dać dzieciom jakieś upominki, oraz nowe ubrania, co jest tutaj zwyczajem. Część prezentów będę pewnie rozdawał także po okresie świątecznym, gdyż dopiero 10 dni temu przyleciałem do Kamerunu i załatwiam wiele formalności, więc nie miałem czasu na zakupy. Jeżeli możesz dokonać choć niewielkiej wpłaty na ten cel, będę bardzo wdzięczny w imieniu naszych dzieci z Domu Dziecka. A teraz zapraszam do lektury wspomnień Jacky.

Z błogosławieństwem na Nowy Rok

Dariusz Godawa OP

WSPOMNIENIA JACKY

Polska pogoda jest taka zmienna!

Gdy w teorii wiosna wg kalendarza trwała od dawna, ja nie mogłam w to uwierzyć bo maj był taki zimny!! Przyzwyczaiłam się już wprawdzie do innych temperatur niż te, które na co dzień były w Kamerunie, ale jednak z niecierpliwością wyczekiwałam ciepłych promyków słońca i słonecznych letnich dni . I pogoda w Polsce jest taka nieprzewidywalna: jednego dnia potrafi kilka razy zerwać się prawdziwa ulewa, po czym po kilku minutach wychodzi słońce. I jak tu się ubrać?:)

Moja pierwsza zima – brr…!

Zima z kolei trwa tak długo i takie straszne są mrozy!! Długo nie mogłam do tego przywyknąć. Na początku zimy w moim pokoju musiałam mieć dwa dodatkowe grzejniki, żeby nie trząść się z zimna jak galareta. Najtrudniej było przyzwyczaić się do zimowych ubrań. Pierwszy raz w życiu musiałam tu w Polsce założyć zupełnie obce dla mnie wcześniej części garderoby, takie jak: czapka, szal, rękawiczki, zimowa kurtka i kozaki. I tylu warstw ubrania na sobie też nigdy przedtem nie miałam!! Najgorszy był szal – owinięta nim po sam nos z jednej strony cieszyłam się, że mnie grzeje, a z drugiej miałam wrażenie, że zaraz się przez niego uduszę! Nie byłam przyzwyczajona do noszenia czegoś, co otula całą szyję i uwiera w gardło! Chwilami aż nie mogłam przez ten szal oddychać. W końcu i do tego przywykłam i w najtęższe mrozy jedynie oczu nie miałam niczym zakrytych: czapka naciągnięta na całe czoło, szal aż po sam nos! 🙂 Oczyma wyobraźni widziałam w takich chwilach moje rodzeństwo, dalszą rodzinę, przyjaciół, którzy w tym czasie w Kamerunie dreptali sobie zapewne w japonkach i ocierając pot z czoła szukali cienia dla ochłody… Ciekawe, jakie mieliby miny, gdybym tak odziana przeniosła się do nich w przestrzeni na krótką chwilę 🙂

Różnice cywilizacyjne w kuchni.

Kolejna rzecz, jaka mi się nasuwa, to moje zetknięcie z polską kuchnią i tak odmiennymi zwyczajami przy spożywaniu posiłków. Przede wszystkim musiałam w Polsce nauczyć się jeść widelcem i nożem. Było to dla mnie dość egzotyczne, bo w moim kraju jada się rękoma. Początki posługiwania się przeze mnie sztućcami nie były łatwe: po posiłku na palcach wskazujących miałam mocno odciśnięte ślady od trzymania noża i widelca. Pozornie prosta czynność, ale dla moich rąk nie było to coś naturalnego i wykonywanego automatycznie, jak w przypadku Polaków, którzy tak jedzą od dziecka. Ja bardzo koncentrowałam się na prawidłowym operowaniu sztućcami, obserwowałam, jak robią to inni i skupiałam na tej czynności całą swą uwagę, a przez to bardzo kurczowo trzymałam nóż i widelec – nic dziwnego, że miałam wgniecenia na skórze palców:) Jednak bardzo szybko również dla mnie stało się to czymś automatycznym i naturalnym.

Europejczycy to łakomczuszki

Natomiast nie przywykłam i nie dorównam nigdy Polakom w konsumowaniu takich ilości jedzenia!! Tu niemal każde spotkanie towarzyskie czy rodzinne to przede wszystkim uginający się pod ciężarem poczęstunku stół – je się praktycznie bez przerwy. Skończy się jeść jedno (a i to nierzadko z trudem), a tu już wnoszone są kolejne dania czy przekąski! Gdzie to wszystko pomieścić?? Mój żołądek do takich ilości nie jest przyzwyczajony: w Kamerunie jadałam przeważnie raz dziennie (późnym popołudniem). Nieraz rano zdarzało się, że była mała porcja kleiku kukurydzianego lub kawałek bagietki i do około 17.00 nic więcej nie jadłam.

Polska kuchnia jest wspaniała!

Polska kuchnia jest bardzo smaczna, jednak nie wszystko dobrze znoszę; muszę unikać słodkich ciast i innych słodyczy, gdyż po ich zjedzeniu boli mnie żołądek. Bardzo smakują mi za to tradycyjne polskie potrawy, z których na bezspornym pierwszym miejscu stawiam żurek! Jest przepyszny! Poza tym bardzo zasmakowały mi pierogi i bigos.

W Polsce jest też bardzo dużo smacznych sezonowych owoców, tak bardzo dla mnie egzotycznych! W zeszłym roku latem po raz pierwszy w życiu jadłam tu między innymi truskawki, czereśnie, wiśnie. Czereśnie i truskawki od razu stały się moimi ulubionymi!

2011.01 Polska język trudna język – o zmaganiach Jacky

Witaj,

Wraz z Nowym Rokiem chcemy prężnie zacząć działalność zarówno tu w Kamerunie, jak i w Polsce. Dlatego zanim zacznę opisywać co u nas, chciałbym ogłosić apel! Tak jak w zeszłym roku szukamy ochotników do rozdawania ulotek w całej Polsce, informujących o tym że można swój 1% podatku przekazać na Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca, które pomaga naszej Misji-Kamerun. Jeżeli chcesz nam pomóc, proszę o zgłoszenie się poprzez e-mail. Podaj swój adres korespondencyjny oraz ilość ulotek, które możesz rozdać w najbliższych tygodniach.

Tymczasem u nas wiele się dzieje. Jeżdżę między Yaounde a Bertoua i pomagam okolicznym rodzinom. Bardzo dziękuję za finansowe wsparcie w okolicach świąt. Dzięki temu mogłem kupić naszym małym i dużym mieszkańcom Domu Dziecka nowe buty i ubrania. Dzieci bardzo się cieszyły. Przekazałem też część funduszy ubogim rodzinom w Bertoua, by i one mogły kupić swoim maluchom nowe ubranka.

Dzieciaki miały teraz trochę wakacji, ze względu na święta, a teraz wróciły do szkoły. Powoli zaczynamy wchodzić w normalną rutynę.

Jeżeli chcesz się dowiedzieć, jak nasza Jacky radziła sobie z nauką języka polskiego w Łodzi, przeczytaj załączone poniżej jej wspomnienia.

Serdecznie błogosławię.

Dariusz Godawa OP

WSPOMNIENIA JACKY

Polacy są tacy gościnni!

Gościnność polska jest naprawdę niezwykła. Polacy otaczają zaproszonych do swych domów gości imponującą troską: dbają do przesady, by nie było za mało jedzenia, pytają, czy smakuje i po kilkanaście razy zachęcają do nałożenia sobie na talerz większych ilości potraw lub spróbowania kolejnych jeszcze dań. Zupełnie nie jestem przyzwyczajona do takich sytuacji i trochę nie wiem, jak się wtedy zachować. Z jednej strony nie chcę nikogo urazić odmową, z drugiej z kolei czuję, że jeśli zjem coś jeszcze, to pęknę! Widać, że Polacy bardzo starannie przygotowują się do wizyty gości. W Kamerunie wygląda to na ogół inaczej. Tam wszyscy przebywają przez cały dzień na zewnątrz, nie trzeba zapowiadać wizyt, wpada się do siebie spontanicznie, a jeśli chodzi o poczęstunek, to stosuje się zasadę, że jeśli jest jedzenie dla jednej osoby, wystarczy go też i dla dwóch. Nikt nie jest zestresowany faktem, że oto przyszedł gość, a w domu nie ma dużo jedzenia.

Polska język – trudna język?

Osobny temat to moje zmagania z językiem polskim. Przede wszystkim muszę powiedzieć, że wcale nie okazał się taki trudny. Lubię się go uczyć, a z testów i sprawdzianów z języka polskiego mam bardzo dobre wyniki. Z każdym dniem uczę się czegoś nowego, a znajomi Polacy często mówią mi, że przyswajam język zadziwiająco szybko. Oczywiście nie mówię jeszcze perfekcyjnie i zdarzają mi się raz po raz różne śmieszne historie. Zanim rozpoczęłam w październiku naukę języka polskiego w Łodzi, uczyłam się języka we własnym zakresie – z książek, z Internetu. Opanowałam dość spory zasób słów i najbardziej przydatnych zwrotów, ale kompletnie nie rozumiałam zastosowania deklinacji! W języku francuskim nie odmienia się rzeczowników ani przymiotników. Mówiłam więc bardzo niegramatycznie i raczej wyrazami.

Jak zaskoczyłam nauczyciela języka polskiego

Jednak nawet to niezwykle mi się przydało, gdy w październiku rozpoczęłam naukę na Studium Języka Polskiego Łodzi. Okazało się, że w mojej 12 – osobowej grupie afrykańsko-azjatyckiej prawie wszyscy znają język angielski i dlatego nasz nauczyciel od języka polskiego właśnie po angielsku tłumaczył nam na początku różne zagadnienia. Nikt nie umiał jeszcze wtedy języka polskiego; dopiero właśnie mieliśmy zacząć się go uczyć od samych podstaw. Ja z kolei nie umiem języka angielskiego.

Jakież było zdziwienie naszego profesora, gdy na pierwszej lekcji odezwałam się jak gdyby nigdy nic po polsku, aby powiedzieć, że nie widzę wyraźnie, co jest napisane na tablicy. Od tej pory nauczyciel tłumaczył najpierw wszystkim dany temat po angielsku, a następnie podchodził do mnie i przekładał mi to samo na język polski. Mówił bardzo wolno i wyraźnie i na pewno rozumiałam więcej niż po angielsku.

Śmieszne pomyłki

Gdy wprowadzono już zasadę, że trzeba mówić po polsku, często zdarzały się różne zabawne sytuacje. Jednego dnia na przykład kolega spóźnił się na zajęcia i po wejściu do sali zamiast powiedzieć:” Dzień dobry. Przepraszam.”, zwrócił się z poważną miną do nauczyciela mówiąc: ”Dzień dobry. Do widzenia.” i skierował się do swojej ławki. Był przekonany, że „do widzenia”, oznacza „przepraszam”. Dopiero nasz zgodny wybuch śmiechu uświadomił mu, że chyba jednak coś pomylił;)

2011.01 Polska język trudna język – o zmaganiach Jacky

Witaj,

Wraz z Nowym Rokiem chcemy prężnie zacząć działalność zarówno tu w Kamerunie, jak i w Polsce. Dlatego zanim zacznę opisywać co u nas, chciałbym ogłosić apel! Tak jak w zeszłym roku szukamy ochotników do rozdawania ulotek w całej Polsce, informujących o tym że można swój 1% podatku przekazać na Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca, które pomaga naszej Misji-Kamerun. Jeżeli chcesz nam pomóc, proszę o zgłoszenie się poprzez e-mail. Podaj swój adres korespondencyjny oraz ilość ulotek, które możesz rozdać w najbliższych tygodniach.

Tymczasem u nas wiele się dzieje. Jeżdżę między Yaounde a Bertoua i pomagam okolicznym rodzinom. Bardzo dziękuję za finansowe wsparcie w okolicach świąt. Dzięki temu mogłem kupić naszym małym i dużym mieszkańcom Domu Dziecka nowe buty i ubrania. Dzieci bardzo się cieszyły. Przekazałem też część funduszy ubogim rodzinom w Bertoua, by i one mogły kupić swoim maluchom nowe ubranka.

Dzieciaki miały teraz trochę wakacji, ze względu na święta, a teraz wróciły do szkoły. Powoli zaczynamy wchodzić w normalną rutynę.

Jeżeli chcesz się dowiedzieć, jak nasza Jacky radziła sobie z nauką języka polskiego w Łodzi, przeczytaj załączone poniżej jej wspomnienia.

Serdecznie błogosławię.

Dariusz Godawa OP

WSPOMNIENIA JACKY

Polacy są tacy gościnni!

Gościnność polska jest naprawdę niezwykła. Polacy otaczają zaproszonych do swych domów gości imponującą troską: dbają do przesady, by nie było za mało jedzenia, pytają, czy smakuje i po kilkanaście razy zachęcają do nałożenia sobie na talerz większych ilości potraw lub spróbowania kolejnych jeszcze dań. Zupełnie nie jestem przyzwyczajona do takich sytuacji i trochę nie wiem, jak się wtedy zachować. Z jednej strony nie chcę nikogo urazić odmową, z drugiej z kolei czuję, że jeśli zjem coś jeszcze, to pęknę! Widać, że Polacy bardzo starannie przygotowują się do wizyty gości. W Kamerunie wygląda to na ogół inaczej. Tam wszyscy przebywają przez cały dzień na zewnątrz, nie trzeba zapowiadać wizyt, wpada się do siebie spontanicznie, a jeśli chodzi o poczęstunek, to stosuje się zasadę, że jeśli jest jedzenie dla jednej osoby, wystarczy go też i dla dwóch. Nikt nie jest zestresowany faktem, że oto przyszedł gość, a w domu nie ma dużo jedzenia.

Polska język – trudna język?

Osobny temat to moje zmagania z językiem polskim. Przede wszystkim muszę powiedzieć, że wcale nie okazał się taki trudny. Lubię się go uczyć, a z testów i sprawdzianów z języka polskiego mam bardzo dobre wyniki. Z każdym dniem uczę się czegoś nowego, a znajomi Polacy często mówią mi, że przyswajam język zadziwiająco szybko. Oczywiście nie mówię jeszcze perfekcyjnie i zdarzają mi się raz po raz różne śmieszne historie. Zanim rozpoczęłam w październiku naukę języka polskiego w Łodzi, uczyłam się języka we własnym zakresie – z książek, z Internetu. Opanowałam dość spory zasób słów i najbardziej przydatnych zwrotów, ale kompletnie nie rozumiałam zastosowania deklinacji! W języku francuskim nie odmienia się rzeczowników ani przymiotników. Mówiłam więc bardzo niegramatycznie i raczej wyrazami.

Jak zaskoczyłam nauczyciela języka polskiego

Jednak nawet to niezwykle mi się przydało, gdy w październiku rozpoczęłam naukę na Studium Języka Polskiego Łodzi. Okazało się, że w mojej 12 – osobowej grupie afrykańsko-azjatyckiej prawie wszyscy znają język angielski i dlatego nasz nauczyciel od języka polskiego właśnie po angielsku tłumaczył nam na początku różne zagadnienia. Nikt nie umiał jeszcze wtedy języka polskiego; dopiero właśnie mieliśmy zacząć się go uczyć od samych podstaw. Ja z kolei nie umiem języka angielskiego.

Jakież było zdziwienie naszego profesora, gdy na pierwszej lekcji odezwałam się jak gdyby nigdy nic po polsku, aby powiedzieć, że nie widzę wyraźnie, co jest napisane na tablicy. Od tej pory nauczyciel tłumaczył najpierw wszystkim dany temat po angielsku, a następnie podchodził do mnie i przekładał mi to samo na język polski. Mówił bardzo wolno i wyraźnie i na pewno rozumiałam więcej niż po angielsku.

Śmieszne pomyłki

Gdy wprowadzono już zasadę, że trzeba mówić po polsku, często zdarzały się różne zabawne sytuacje. Jednego dnia na przykład kolega spóźnił się na zajęcia i po wejściu do sali zamiast powiedzieć:” Dzień dobry. Przepraszam.”, zwrócił się z poważną miną do nauczyciela mówiąc: ”Dzień dobry. Do widzenia.” i skierował się do swojej ławki. Był przekonany, że „do widzenia”, oznacza „przepraszam”. Dopiero nasz zgodny wybuch śmiechu uświadomił mu, że chyba jednak coś pomylił;)

2011.01 Czy pomożesz nam rozdać ulotki?

Witaj,

Zastanawiam się czy mój ostatni list nie dotarł do adresatów, czy też mój nieśmiały apel o pomoc został zapomniany pod wpływem wrażeń ze wspomnień Jacky, czy już po prostu Misja-Kamerun nie ma przyjaciół?

Na mój odzew by pomóc w rozdawaniu ulotek mówiących o tym, że 1% podatku można przekazać na Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca, które wspiera Misję Kamerun odpowiedziały zaledwie 3 osoby.

Tymczasem mój list dociera do ponad 600 ludzi. Byłem przekonany, że to są Przyjaciele Misji-Kamerun. Czy się myliłem?

Mamy wydrukowanych 40 000 ulotek które czekają na rozdanie. Można je przekazać znajomym, można rozdać ludziom wychodzącym z kościoła, można powkładać do skrzynek pocztowych w bloku lub w dzielnicy. Jest wiele sposobów by w szybki sposób rozdać 100, 200 a nawet 500 ulotek. Pytanie tylko czy zechcesz nam pomóc?

Jeśli chcesz wesprzeć kameruńskie dzieciaki czynem, zgłoś się do pomocy! Podaj swój adres domowy i zadeklaruj ilość ulotek jakie rozdasz samodzielnie lub z przyjaciółmi.

Pamiętamy w modlitwie o wszystkich, którzy nam pomagają!

Serdeczne Bóg zapłać za okazaną pomoc!

Dariusz Godawa OP.

2011.04 Najlepsze życzenia świąteczne z Kamerunu!

Witaj!

Z okazji zbliżających się świąt Wielkiej Nocy, chciałbym Ci życzyć wielu łask Bożych, pomyślności i radości. Niech Zmartwychwstały Chrystus przyniesie Tobie i Twoim najbliższym wiele pokoju i błogosławieństwa.

Chciałbym też przy tej okazji serdecznie podziękować za wszelkie wsparcie finansowe i modlitewne, które od Ciebie otrzymuję ja i nasi podopieczni. My też pamiętamy w modlitwie o wszystkich naszych dobrodziejach.

Życzę jeszcze raz wspaniałych i udanych świąt i obiecuję napisać o tym co u nas słychać już w maju. Mam też mały prezent dla Ciebie, jeśli do ostatniej chwili zwlekasz z rozliczeniem podatkowym. Na naszej stronie www.misja-kamerun.pl można pobrać programik, który to ułatwia.

Szczęść Boże!

Dariusz Godawa OP

2011.06 Trudne warunki życia w Yaounde

Witaj,

Tak jak obiecałem w ostatnim świątecznym biuletynie, dziś chcę opisać jak wygląda nasze życie na placówce w Yaounde. Choć jesteśmy tu jakiś czas, to przez te kilka a nawet kilkanaście miesięcy nasze warunki życia niespecjalnie się zmieniają. Nie mamy naprawdę nic. Po prostu startujemy od zera i wszystko musimy stwarzać od nowa.

Jak wiesz, wynajmuję dla naszych podopiecznych dom. Oczywiście kosztuje to spore pieniądze, więc docelowo chcemy zbudować Dom Dziecka w okolicy i kupujemy ziemię – o czym napiszę trochę później.

Ale najpierw o tym jak wygląda nasze życie. Żyjemy bardzo ubogo, więc wynajmujemy dom ( w którym żadne drzwi się nie zamykają) ale już nie stać nas na umeblowanie. Nie mamy też bieżącej wody ani lamp w pokojach dla dzieci. Dzieci po prostu śpią na materacach a ubranka mają poupychane w wolnych miejscach na podłodze. Uczą się na betonie przy jednej lampie. Ja też wcale nie mam lepiej. Nie mam w pokoju ani krzesła ani stołu. Z laptopem mogę pracować tylko siedząc na łóżku, albo kładąc go na stary głośnik, który służy nam za podstawkę. Myję się polewając się kubeczkiem plastikowym wodą z wiaderka. Pastę do zębów Colgate kupiłem dopiero po 2 miesiącach po powrocie do w Kamerunu – pasta jest kilkukrotnie droższa niż w Polsce i aż żal było wydać na nią pieniędzy, ale nie mogłem dłużej żyć jak kloszard.

Oszczędzamy na jedzeniu. Najtańsze jedzenie to ryż – 50 kg kosztuje 120 zł, ale przy 20 osobach do wyżywienia nawet taka ilość znika bardzo szybko. Ryż jest tańszy nawet niż maniok, który też jadamy od czasu do czasu. Od święta jemy rybę, a coś lepszego czyli np kurczaka, tylko wtedy gdy ktoś nam podaruje. Żeby mieć jakie kolwiek witaminy jemy tutejsze liściaste rośliny.

Jemy jak typowi kameruńczycy – tylko raz dziennie. Normalne warzywa i owoce są bardzo drogie, ostatnio kupiliśmy 4 cebule które kosztowały nas aż 10 zł. Nie często możemy pozwolić sobie na taki luksus. W ciągu ostatnich kilku miesięcy schudłem 15 kilo. Dzieci na szczęście wyglądają w miarę dobrze.

W dodatku walczymy z myszami. Próbujemy je zwalczyć drogimi trutkami, bo robi się coraz gorzej. Ostatnio gdy nocował u nas w salonie na podłodze jeden znajomy ksiądz, te obrzydliwe zwierzaki zaczęły mu w nocy obgryzać palce. Nie chcę by zrobiły krzywdę naszym dzieciom, więc mam nadzieję że się jakoś tej plagi pozbędziemy.

Tak jak pisałem wcześniej musimy jak najszybciej wyprowadzić się z tego domu i zbudować własny Dom Dziecka, w którym będą godne warunki życia dla naszych podopiecznych. Z pieniędzy które uzbieraliśmy na 1% za zeszły rok udało nam się uzbierać konkretną sumę, która częściowo posłużyła pod zakup ziemi wartej ok 125 000 zł. Przez najbliższy czas co miesiąc musimy wpłacić ratę w wysokości 6250 zł. Ale do końca roku ziemia będzie naszą własnością i będziemy mogli zacząć na niej budować.

Praca z dziećmi, załatwianie wszelkich formalności, oraz codzienna walka o byt i miskę ryżu lub manioku, oraz niesamowicie wolny internet (połączenie mam kilkukrotnie gorsze niż dawniej z Bertoua) sprawiają, że mam problemy z utrzymywaniem regularnej korespondencji. Jednakże muszę prosić o pomoc bo strasznie ciężko tak żyć zarówno mi jak i wychowankom.

Będę bardzo wdzięczny za modlitwę i jakąkolwiek pomoc finansową, która pomoże nam wyrwać się z tej tymczasowej beznadziejnej lokalizacji do naszego własnego Domu Dziecka.

Błogosławię i pamiętam w modlitwie.

Dariusz Godawa OP.

P.S. Poniżej podaję numery kont:

Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca

ul. Listopadowa 2

60-153 Poznań

rachunek bankowy: PKO BP SA 03 1020 2498 0000 8002 0268 4942

Inteligo -Dariusz Godawa- 50102055581111120928000024

2011.08 Wieści z placu budowy Domu Dziecka

Witaj,

Serdecznie dziękuję za listy z wyrazami troski i wsparcia oraz za pomoc finansową (otrzymaliśmy aż 9000zł), która przybliżyła nas do naszego celu stworzenia w Yaounde Domu Dziecka. Nie wiem czy wspominałem, że aktualnie przebywamy w domu, który wynajmujemy za 1550 zł miesięcznie i już od jakiegoś czasu negocjujemy z właścicielką by ta cena została utrzymana, gdy tymczasem ona chce, byśmy zaczęli płacić 2000 zł miesięcznie. Na razie udało nam się wynegocjować aktualną cenę do końca listopada. Dlatego by uniknąć dodatkowych kosztów musimy przeprowadzić się do naszego Domu Dziecka jeszcze przed końcem tego roku.

Prace nad budową rozpoczęliśmy z wielkim rozmachem. Jak już wcześniej pisałem kończymy spłacać raty za ziemię, którą zakupiliśmy głównie za pieniądze uzbierane w czasie mojego pobytu Polsce, a także z zeszłorocznych wpłat z 1% podatku. W ostatnich miesiącach trwały prace nad budową ogrodzenia zapewniającego bezpieczeństwo naszym wychowankom, które zakończyliśmy z sukcesem. Poniesione koszty to około 43750 zł. Parę tygodni temu rozpoczęliśmy budowę samego domu. Zatrudniliśmy 10 murarzy i liczyliśmy, że prace bez przeszkód będą wykonane do końca roku.

Tymczasem okazało się, że akcja 1% nie przyniosła oczekiwanych rezultatów. Być może ze względu na brak mej obecności w Polsce i osobistego proszenia o 1% dla Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca, mniej ludzi postanowiło wspomóc naszą organizację. Choć suma, jaką otrzymaliśmy, jest znacząca, bo wynosi aż 31.733,58 zł, to jest to zaledwie 49% tego, co spłynęło do nas z Urzędów Skarbowych w zeszłym roku. Wlasnie na ten 1% liczyliśmy w kwestii naszej budowy. Tymczasem kwota, jaką dostaliśmy, wystarczy zaledwie na fundamenty i posadzkę. W związku z tym zwolniłem 8 murarzy i teraz zaledwie dwuosobowa ekipa powolutku będzie pracowała, gdy tymczasem my musimy jak najszybciej się wyprowadzić.

A potrzebujemy teraz łopat, taczek, piasku, pustaków, cementu, kamieni i oczywiście wyżywienia dla robotników. Do wybudowania domu pod klucz potrzebujemy minimum 80 938 zł (wg szacunków architekta, które już w kilku aspektach budowy okazały się zaniżone.) Modlę się do Boga o cud, bo akcja 1% okazała się również cudem, ale niestety połowicznym.

Apeluję do wszystkich o pomoc. Może znacie jakieś firmy, które zechciałyby zasponsorować nasze prace budowlane? Potrzebujemy inwestora, który uratuje nas przed katastrofą. Jeśli masz jakieś znajomości to, proszę, uruchom je. Każda złotówka, każda minimalna wpłata się liczy.

Gorąco pozdrawiam z placu budowy, gdzie praca wre.

Dariusz Godawa, OP.

P.S.1. Jeżeli możesz przesłać ten list do znajomych, firm i ludzi, którzy zechcieliby nam pomóc, byłbym bardzo wdzięczny.

P.S.2. Poniżej zamieszczam listę dotychczasowych wydatków (wydaliśmy 25 376,26 zł, a potrzebujemy jeszcze minimum 55 562 zł)- równanie terenu, kopanie fundamentów ( robocizna), transport materiałów budowlanych – 6893,75 zł

– 3 taczki = 468,75 zł

– 19 listew -142,50 zł

– 1 paczka gwoździ – 23,13 zł

– sznurek (do naznaczania linii prostych) – 31,25 zł

– 2 pisaki – 3,75 zł

– rurka do poziomowania – 78,13 zł

– cement 120 worków – 3720 zł

– pustaki 20x20x40 – 570 szt = 1246,88 zł

– pręty zbrojeniowe o śred. 8mm x 102 szt = 1912,50 zł

– prety zbrojeniowe o śred. 6 mm x 170 szt = 1965,63 zł

– drut do wiązania konstrukcji – 20 rulonów = 250 zł

– kamyki grube – 1 „zwózka” – 2250 zł

– kamyki drobne – 1 „zwózka” – 2312,5 zł

– piasek drobny – 1 „zwózka” – 875 zł

– piasek rzeczny – 1 „zwózka” – 1125 zł

  • 920 pustaków – 2078.13 zł

2011.09 Przygotowujemy się do szkoły

Witaj,

Mam nadzieję, że udało Ci się odpocząć w ciągu tych polskich wakacji. Tu w Yaounde wakacje miały tylko dzieci. Ja przez cały czas pilnowałem budowy i poganiałem murarzy. Udało nam się postawić mury do takiej wysokości, że by budować dalej trzeba już używać rusztowań.

Na wstępie mojego listu chciałbym serdecznie podziękować za wsparcie modlitewne i pomoc w pozyskaniu środków na budowę. Obecnie, ze względu na przygotowania do roku szkolnego, wbrew naszym planom musieliśmy budowę wstrzymać. Trzeba dzieciom opłacić szkołę, a nie mamy funduszy na jedno i na drugie. W zasadzie na nic nie mamy i jemy już tylko ostatnie zapasy manioku.

Nasza siedemnastka podopiecznych z sierocińca wyruszy we wrześniu do szkoły. Najmłodsze idzie do przedszkola, dziesiątka kontynuuje naukę w podstawówce, szóstka starszych będzie się uczyła w liceum, a głuchoniema Epi nadal będzie rozwijać naukę zawodu krawiectwa u sióstr. Koszty nauki w podstawówce to 281 zł pierwsza rata nauki, 94 zł druga rata nauki. W liceum jest drożej: pierwsza rata może wynieść nawet 344 zł, a druga aż 200zł. Przybory szkolne, a raczej cała wyprawka, w tym obowiązkowe buty i mundurek, zeszyty i długopisy, to wydatek około 150 -250 zł na jedno dziecko.

Opieką misyjną objęte są także dzieci z Bertoua oraz kilkoro studentów i studentek. Między innymi Yvette, która właśnie zrobiła magisterkę z prawa i od października zacznie robić doktorat oraz Marianne studiująca biochemię na Uniwersytecie Katolickim. Pomagamy im opłacić czesne za studia w wysokości około 4500 zł rocznie dla jednej osoby oraz wynająć skromne pokoiki, w których mogą zamieszkać.

W Polsce zdobywa wiedzę nasza wychowanka Jacky. Od nowego roku zacznie naukę w Wyższej Państwowej Szkole Zawodowej w Kaliszu na położnictwie. Niestety zabrakło tylko dwóch punktów do wyniku egzaminacyjnego uprawniającego ją do rozpoczęcia studiów medycznych. Jednak dyrektor studium w Łodzi (pan Lech Kaczmarek )zaproponował nam szkołę w Kaliszu i osobiście zarekomendował naszą podopieczną. Jacky składając podanie o przyjęcie do szkoły mogła dołączyć także bardzo dobrą opinię od opiekunki roku, pani Anety Romańskiej – Szeląg. Jestem tym ludziom osobiście bardzo wdzięczny za okazaną nam pomoc i życzliwość.

Dzięki staraniom Beaty Patrzykąt, wiceprezes naszego Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Słońca udało się uzyskać zgodę Ministerstwa Oświaty na naukę Jacky w Kaliszu oraz możliwość bezpłatnego studiowania! Jedyna formalność do spełnienia to dostarczenie oryginału świadectwa maturalnego, które wysłane zostało z Kamerunu do Ambasady w Niemczech. Niestety nie wiemy, do którego konsulatu ostatecznie ono dotarło i bardzo usilnie go poszukujemy.

Serdecznie pozdrawiam z gorącego Kamerunu. Jacky dołącza swoje pozdrowienia będąc jeszcze ostatnie tygodnie w Poznaniu u mojej rodziny. Jak zawsze będę wdzięczny za każde modlitewne i finansowe wsparcie. Każda złotówka się liczy, by nasze kameruńskie dzieciaki mogły zacząć bez stresu nowy rok szkolny.

Dariusz Godawa OP.

P.S. Wpłat można dokonywać na konta:

Stowarzyszenie Przyjaciół Dzieci Słońca

ul. Listopadowa 2

60-153 Poznań

rachunek bankowy: PKO BP SA 03 1020 2498 0000 8002 0268 4942

lub Inteligo -Dariusz Godawa- 50102055581111120928000024

Ojciec lekarz

O. Artur o swoim spotkaniu Chrystusa w Afryce

 

Zamieszczamy świadectwo o.Artura Hąci OP z wyjazdu do Kamerunu w 2006r. Artur w czasie pobytu u nas był diakonem a wcześniej już lekarzem. W szpitalu im. Raszei w Poznaniu odbył praktyki lekarskie, a po święceniach chciał wyjechać na misje. Ułożyło się trochę inaczej …

 

„Misja w Kamerunie”

W dniach od 30 czerwca do 4 sierpnia 2006 r. przebywałem w Kamerunie, w miejscowości Bertoua.

Ugościł mnie tam jeden z naszych wspołbraci, o. Dariusz Godawa.

Celem mojego wyjazdu było poznanie warunkow pracy i potrzeb misyjnych w tym kraju.

Poprzez rozmowy z pracującymi tam misjonarzami chciałem dowiedzieć się,

w jaki sposob najlepiej przygotować się do wyjazdu na misje do Afryki.

 

O tym, gdzie byłem

Kamerun to państwo w środkowej Afryce o powierzchni 475 440 km2,

połozone pomiędzy Zatoką Gwinejską, znajdującą się tuz nad rownikiem, a Jeziorem

Czad połozonym nieco na południe od Sahary.

Niektorzy nazywają ten kraj Afryką w miniaturze, poniewaz mozna tam spotkać prawie wszystkie elementy afrykańskiego krajobrazu, takie jak morze, gory, rowniny,lasy tropikalne, sawannę, a na połnocy strefę połpustynną.

W Kamerunie mieszka ok. 16 milionow mieszkańcow,z czego 20% posługuje się językiem angielskim, zaś 80% językiem francuskim. Poza tymi dwoma językami europejskimi występuje tam wielka liczba lokalnych dialektow. Mozna powiedzieć, ze kazda wioska posiada swoj własny lokalny język. Jednak duze rozdrobnienie plemion i uzywanych przez nie dialektow powoduje, ze wszyscy Kameruńczycy znają przynajmniej jeden z dwoch językow urzędowych. Jest to konieczne, poniewaz umozliwia porozumiewanie się z mieszkańcami sąsiednich wsi i ma to szczegolne znaczenie, jeśli zdamy sobie sprawę, ze w ostatnich latach nastąpiły istotne

przemieszczenia ludności na terenie Kamerunu. Jako języki urzędowe angielski i francuski są tez językami, w ktorych uczy się w szkołach.

Jeśli chodzi o religię, to chrześcijanie stanowią w tym kraju ok. 40% ludności, podobnie jak muzułmanie, natomiast wyznawcy religii miejscowych to w przyblizeniu 20% mieszkańcow.

 

O tym, gdzie zyłem 

Parafia pw. Świętych Apostołow Piotra i Pawła w Bertoua,ktorej proboszczem od 10 lat jest o. Dariusz Godawa OP, liczy ok. 6 000 wiernych. Wspolnota ta charakteryzuje się dynamicznym rozwojem i to pomimo pojawiających się wielu trudności związanych ze specyfiką afrykańskiej rzeczywistości.

Ojciec Dariusz swoją działalność duszpasterską kieruje przede wszystkim ku dzieciom i młodziezy. Tylko bowiem u młodych ludzi mozna dokonać prawdziwej przemiany. Nie zmienia to faktu, ze opieką duszpasterską objęci są wszyscy mieszkańcy parafii. Na terenie parafii działa wiele grup, jak choćby Chrześcijańskie Stowarzyszenie Rodzin, grupa modląca się za dusze czyśćcowe, Dzieci Świętego Dominika, Sprawiedliwość i Pokoj, Legion Maryi, Grupa Kobiet, Ministranci, Młodzi Świata, Rycerstwo Niepokalanej, Dzieci Świata (oaza dzieci), Chor św. Michała Archanioła i Chor „Głos Dawida”. Oba chory w niezwykle ekspresyjny sposob ubogacają liturgię sprawowaną w kościele. Parafianami na terenie wiosek podczas nieobecności o. Dariusza zajmują się specjalnie przygotowani katechiści.

Bardzo cennym dziełem prowadzonym przez o. Dariusza jest sierociniec. Przebywa tam obecnie 20 dzieci. Korzystają one z luksusu normalnych warunkow mieszkalnych.

Jak juz wspomniałem, zycie parafii ubogacane jest przez działalność młodziezowych grup czy chorow. Organizowane są rowniez pielgrzymki, ktore w trakcie trwania wędrowki rozrastają się, poniewaz dołączają się do nich ludzie z kolejnych mijanych miejscowości.

Odbywają się takze spotkania młodych. Uczestniczyłem w jednym z nich we wsi Mambaya.

Przybyło tam bardzo wielu młodych ludzi, ktorzy dzięki temu mieli mozliwość spotkania i pogłębienia swojej wiary. Takie zloty młodych ludzi to eksplozja muzyki, tańca i śpiewu. Wrazenie tego festiwalu uczuć, radości i szczerej prostej wiary pozostanie w mojej pamięci na długo. Zachęcają mnie one do powrotu w tamte strony.

Ojciec Dariusz wspiera parafian takze finansowo, szczegolnie w nagłych sytuacjach, takich jak cięzka choroba czy wypadek, gdy nie ma innej mozliwości i trzeba udać się do szpitala. Jednak ta pomoc pojawia się nie tylko w nagłych przypadkach. Organizuje się rowniez akcję spierania edukacji dzieci poprzez dofinansowywanie ich nauki w szkole.

Wazną rolę pomocową w działalności o. Dariusza, szczegolnie przy nauczaniu dzieci czy prowadzeniu licznych dzieł parafialnych, stanowią przyjezdzający z Europy wolontariusze.

 

O zyciu ludzi, ktorych pokochałem

Głoszenie Chrystusa i ukazywanie prawd wiary oraz nauka moralności zderza się w Kamerunie z miejscową mentalnością, śladami dawnych wierzeń i trudną sytuacją zyciową. W kraju tym większość ludzi zyje w skrajnym ubostwie. Wysyłanie dzieci do płatnych szkoł jest dla nich ogromnym problemem.

Podobną nie do pokonania przeszkodą są opłaty pobierane w placowkach publicznej słuzby zdrowia. W Kamerunie jest rzeczą normalną, ze ludzi zwykle nie stać na udanie się do szpitala.

Ojciec Dariusz opowiadał o wypadku autobusu w Bertoua, w ktorym rannych zostało ok. 20 osob. Zawieziono wszystkich pod szpital. Jednak do szpitala przyjęto tylko tych, ktorzy mieli w kieszeni pieniądze. Reszta umarła przed bramą szpitala.

Bardzo rozpowszechnione są tu roznego rodzaju przesądy. Mozna zostać łatwo oskarzonym o czary. Juz samo takie oskarzenie wystarcza, by przynajmniej na poł roku pojść do więzienia.

Za efekt uroku rzuconego przez nieprzyjaciela uznawanych jest wiele chorob, takich

jak malaria czy AIDS. Zresztą właśnie malaria i AIDS stanowią bardzo powazny problem w Kamerunie.

Oprocz nich powszechnie występuje takze wiele innych chorob, ktorych nie nalezy lekcewazyć:

cholera, tyfus, zołta febra, wirusowe zapalenie opon mozgowych.

Statystyczny okres zycia mieszkańcow Kamerunu to ok. 50 lat. Śmiertelność noworodkow to 150 zgonow na 1000 urodzeń (dla porownania w Polsce jest to stosunek 7 do 1000).

Trudną sytuację pogłębia jeszcze wielodzietność rodzin połączona z nędznymi dochodami.

Częstym zjawiskiem jest poligamia. Jeden męzczyzna zyje z kilkoma kobietami, ktore egzystują ze sobą w harmonii, dopoki mąz z rowną uwagą traktuje kazdą z nich. Poza tym kobiety posiadają dzieci z wieloma męzczyznami dlatego czasami trudno ustalić, jakie są stopnie pokrewieństwa pomiędzy poszczegolnymi członkami rodziny.

Spotkałem rodzinę, w ktorej jeden męzczyzna miał 54 dzieci z 10 kobietami. Bieda i skomplikowana sytuacja rodzinna powodują, ze dzieci bardzo szybko starają się usamodzielnić. Niestety niejednokrotnie kończy się to w przypadku dziewcząt prostytucją oraz kradziezami w przypadku chłopcow.

Ciekawym doświadczeniem dla Europejczyka jest proba zrozumienia, czym dla Afrykańczykow jest czas. Mają oni zupełnie inne poczucie czasu. Nigdzie się nie śpieszą. W ich rodzimych językach nie ma czasu przyszłego, jest jedynie tu i teraz oraz to, co juz było. W wyniku tego Afrykańczycy nie mają zmysłu przewidywania oraz zabezpieczania swojej przyszłości – zyją teraźniejszością.

Bardziej świadomi mogą wybiec w przyszłość maksymalnie na dwa lata. Dlatego tez nie ma się co dziwić, ze np. decydując się na jazdę autobusem, trzeba pamiętać, ze autobus wyruszy, kiedy będzie pełen pasazerow i to co do ostatniego miejsca. Czasami trzeba czekać kilka godzin, ale nikogo to nie denerwuje. Kazdy siada i czeka. Czekanie bowiem to swoisty zwyczaj Afrykańczykow. Oni się wtedy nie nudzą, nie tylko nie marnują czasu, ale w ich odczuciu „produkują czas”. Trudno to zrozumieć Europejczykowi.

Pokochałem tych ludzi pomimo ich wad, niegospodarności, lenistwa i zycia chwilą obecną.

Ujęła mnie jednak ich szczerość i otwartość, radość zycia, a nade wszystko wzajemna troska o siebie.

 

O Chrystusie, ktorego spotkałem w Afryce

Chrystusa spotkałem przede wszystkim w biednych: w umierającej na AIDS młodej dziewczynie, ktora przed śmiercią przyjęła chrzest, w sześcioletniej Natu, ktora porzucona przez matkę mieszka w sierocińcu prowadzonym przez o. Dariusza. Widziałem Go tez w chorej na malarię kobiecie, ktora będąc w szpitalu, umierała bez pomocy, poniewaz nikt nie chciał się nią zająć – była zbyt biedna, by zapłacić lekarzowi za wizytę.

Widziałem Go takze w misjonarzach. Często trwają oni na misji, mimo ze wiedzą, iz kto inny zbierze plon ich pracy. To są bohaterowie wiary. Jak bardzo musi być potęzna ta wiara, skoro nie podcina jej cała beznadziejność afrykańskiej codzienności. Bo nadal wiele młodych dziewczyn będzie się prostytuować. Nadal wielu młodych chłopcow będzie kraść.

Po ludzku rzecz biorąc, szanse na to, ze cokolwiek w Afryce moze się zmienić są niewielkie.

Jednak tylko po ludzku, bo Kościoł w Afryce się rozwija. Ma mniej więcej 100 lat, a przeciez widać wyraźny postęp, nawet kultura – co prawda powoli – zaczyna się chrystianizować.

Chrystus staje się obecny w ich zyciu. Być moze dopiero na łozu śmierci, ale przeciez decyzja wiary jest aktem dojrzałości.

W naszej parafii owocem działalności misyjnej o. Dariusza jest między innymi przekonanie parafian o skuteczności i wazności sakramentu chorych. Teraz wzywają o. Dariusza o kazdej porze, kiedy tylko uznają, ze potrzebne jest udzielenie tego sakramentu. Nauka ta trwała dobre kilka lat. Dziś przynosi jednak owoce.

Niejednokrotnie jeździliśmy do chorych z tą posługą w nocy.

Patrząc na działalność duszpasterską ojca Dariusza w Kamerunie, byłem pod wielkim wrazeniem jego gorliwości i ojcowskiej troski, z jaką reagował na kazdą prośbę o pomoc. Wciąz myśli o nowych sposobach docierania do tych ludzi, o tym, jak im pomagać i umacniać ich wiarę. Z ich strony spotyka się to ze zrozumieniem i wdzięcznością. Parafianie zapraszają go na roznorodne swoje święta i wazne uroczystości rodzinne.

Sam uczestniczyłem m.in. w uroczystym przekazaniu darow w zamian za zonę.

Na koniec pozostaje zatem pytanie: czy warto jechać do Afryki?

Oczywiście. Oni tam na nas czekają.

Artur Hącia OP

Z lat 2000-2005 zapiski

Boże Narodzenie 2000

Po Adwencie, przyszło jak co roku Boże Narodzenie. Tego roku do wieczerzy wigilijnej usiedliśmy, zresztą tak jak w zeszłym roku i w poprzednim, z naszymi siostrami. 

 

zdjecie

 

Było 12 dań jak w Polsce i siano z naszej 2-metrowej trawy pod obrusem i jedno wolne nakrycie, … ale i tak nikt nie dołączył, bo tutaj „polska wigilia” nie jest zupełne znana. W kameruńskiej rodzinie wieczór 24 grudnia niczym nie rożni się od innych wieczorów. No może tylko (aż) tym, że Polacy zaczęli wprowadzać Pasterkę. W pierwszym roku po objęciu przez nas parafii na pasterce było może 20 osób. Tego roku było ich już przeszło 300. Pasterka zaczęła się o godz. 20 miejscowego (i polskiego, bo „waszą” zimą mamy taki sam czas) czasu.

Gdyby ktoś z was „spadł nagle z nieba” na nasza pasterkę, to łzy popłynęły by mu z oczu. Dlaczego? Bo nie ma żadnej kolędy, nic, zwykle murzyńskie tańce i śpiewy, …a to jest dobre na wieczorek folklorystyczny, ale nie dla Polaka na Pasterkę. Oczywiście te ichnie śpiewy i przyśpiewki to są właśnie ichnie kolędy. Ale czy Polak potrafi…, przeżyć pasterkę bez: „Wśród Nocnej Ciszy”, „Bóg się rodzi”, „Cicha Noc” ? …no potrafi, ale musi mieć więcej wiary niż tradycji w sobie, bo naprawdę jest trudno. Dopiero po 7 tak przeżytych pasterkach zaczyna się już wszystko rozumieć, i po katolicku przeżywać, to co jednak przecież „Gwiazdka” z sobą „wnosi” do serca. 

 

zdjecie

 

Główna Msza Święta Bożonarodzeniowa odbyła się oczywiście 25 grudnia 2000 o godzinie 10:00. I o dziwo prawie wszyscy byli na czas. „Okłamaliśmy” ich że Msza będzie o 9:00. Gościliśmy, tradycyjnie już, naszego Arcybiskupa Roger Pirenne, więc nie wypadało pokazać się ze spóźnialskiej strony. Tutaj prawie nikt nie ma zegarka, wiec spóźnienia na Msze niedzielne dochodzą do 100 minut (1godz 40 min). By zatem skrócić spóźnienie do 40 minut, rozpoczęcie Mszy Św., zwłaszcza tak uroczystej, trzeba niekiedy ogłosić na godzinę wcześniej. No i wtedy wszystko jakoś przyzwoiciej wygląda.

Ktoś może spytać jak to można się spóźnić na Msze Św. 100 minut, ano można bo każda niedzielna Msza Św. trwa co najmniej 160-180 minut, wiec to tak jakby się w Polsce spóźnił 25 minut, na Komunie Św. zawsze jeszcze zdąży. … Ah jak niewielu tu komunikuje ! 

W zwykłą niedziele mam dwie Msze Św. Pierwsza o 8:00 w języku miejscowym, a druga o 10:30, czasem z poślizgiem do-godzinnym, po francusku dla dzieci i młodzieży. I cieszę się bo jest tych młodych coraz więcej w kościele. No nie są to jeszcze tłumy, bo parafia jest półwiejska-półmiejska, i na przedmieściu, raczej jeszcze mało zabudowanym, ale jest coraz lepiej, wiec nadzieja jest !

Po długim kazaniu, bo musi być długie, biskup ochrzcił 13 dzieci i wybierzmował 15 młodych. Po Mszy Św. uroczysty obiad z biskupem i siostrami i zasłużony odpoczynek. 

 

zdjecie

 

Zaraz na drugi dzień rozpoczęliśmy, na wzór australijskiej, naszą parafialną olimpiadę sportową. Trwała przez cały tydzień. Było 31 dyscyplin sportowych, ok. 300 uczestników w rożnym wieku, od 5 do 24 lat. Jako, że ze względów finansowych musieliśmy ograniczyć się tylko do dyscyplin niewymagających niczego, żadnego sprzętu, mięliśmy takie dziwne „typowo olimpijskie” dyscypliny jak:

Rzut piłką do wiadra, 

Wciąganie językiem cukierka na sznurku,

Wyścigi konne (dziecko na barkach drugiego dziecka),

Pompki,

Przeciąganie liny.

 

zdjecia

 

Były też takie prawdziwe, „tanie” dyscypliny olimpijskie jak:

Biegi na rożnych dystansach w rożnych klasach wiekowych, 

Chód,

Podnoszenie starej osi samochodu ciężarowego (ciężarów),

Rzut oszczepem,

Pchnięcie kulą,

Piłka ręczna,

No i oczywiście jak na mistrzów Afryki i mistrzów olimpijskich z Sydney przystało – Piłka Nożna, królowa i bogini Kamerunu.

 

zdjecie

 

Było wspaniale, dzieciaki się bardzo ubawiły i wszyscy czekają na następną olimpiadę w 2001 roku (bo nasze są co roku).

Cdn…. 

 

24 lipca 2001

Szczęść Boże !!! 

Bardzo wszystkim dziękuję za zainteresowanie nasza działalnością misyjną i akcja „Adopcja na odległość”. Bardzo się cieszę na wrażliwość Waszych serc. Wielkie Bóg zapłać !!!! Pamiętamy o Was podczas naszych nabożeństw i Mszy św. 

Jak ten czas leci. Ani się nie obejrzałem, a tu już czerwiec 2001 i to „Z ostatniej chwili” staje się raczej „Z ostatniego pół-roku”. 

…a „wszystkiemu winny czas afrykański”. Ciągle zapominam, że w Europie żyje się inaczej – tak prędzej. Nie wiem czy Afryka (nie)powinna tu pójść za przykładem „starego kontynentu” i zacząć „szybciej” żyć ?! Co więc się u nas wydarzyło przez te ostatnie pół roku ? Rok 2001 zaczął się uroczystą Mszą Świętą 1 dnia stycznia. Kiepsko jest z frekwencja tego dnia, bo świętowanie zaczyna się 31 grudnia wieczorem i kończy 2 stycznia rano, tak że można tylko liczyć na dzieci, które wcześnie poszły spać i osoby starsze, które wcześnie wstają. W pierwszym tygodniu stycznia wyjechałem z naszym katechistą, panem Gilbert’em do Yaoundé na uroczystości zakończenia Jubileuszowego roku 2000. Tutaj słówko o funkcji katechisty, która jest może mniej powszechna w Europie. Katechista – w odróżnieniu od katechety – który uczy dzieci religii, to taki „wikary świecki”. Szczególnie na wioskach gdzie ksiądz bywa rzadziej – katechista w dużej części go zastępuje: 

odprawia niedzielne „msze” – tak są nazywane potocznie wspólne modlitwy niedzielne, którym przewodniczy katechista (ciężko jest miejscowej ludności wytłumaczyć, że w odróżnieniu od Mszy Świętej, celebrowanej tylko przez kapłana, wspólnotowa modlitwa niedzielna, której przewodniczy w wiosce katechista – nie jest Eucharystią. 

„Z drugiej strony” – jak mawiał Tewje z filmu „Skrzypek na dachu” – po tłumaczeniu, niektóre „małowiarki” mogłyby przestać w ogóle chodzić na te „msze” – jak to nie są Msze, więc raz więcej naciskamy z tłumaczeniem, a innym razem mniej.) nadzoruje katechetów prowadzących katechezę z dziećmi i przygotowujących dorosłych do sakramentów. Często też sam zajmuje się katechezą dorosłych, chrzci umierających, „chowa” umarłych (tu by dużo dużo pisać o tygodniowych pogrzebach, ale to innym razem) służy „duszpasterską” pomocą wszystkim we wiosce. ( napisałem w cudzysłowie, bo w seminaryjnych książkach jest napisane, że duszpasterzem może być tylko kapłan.) jest przede wszystkim takim „zastępcą” proboszcza tam, gdzie proboszcz może dojechać najwyżej raz na parę miesięcy. 

To tyle o katechiście.

 

Wracając do stycznia i uroczystości w Yaoundé, to była to moja wizyta w stołecznym mieście po paru miesiącach. Zmiany na lepsze dały się szybko zauważyć. Miasto odmalowane, czyste, jak z obrazka, a wszystko dlatego że w połowie stycznia miały tu ściągnąć na spotkanie z francuskim prezydentem, głowy większości państw afrykańskich. (Państw w Afryce jest 52.) Ale nie o tym. My pojechaliśmy na Uroczyste Zakończenie Roku Jubileuszowego. „Zamykanie” trwało kilka dni. Były konferencje, wspólne modlitwy i codzienna wspólna z wszystkimi biskupami Kamerunu, Msza Święta. Ostatniego dnia odbyła się uroczysta konsekracja Sanktuarium Maryjnego na wzgórzu Mvolyé w Yaoundé (tam też stoi do dziś jeden z pierwszych kościołów w Kamerunie, wybudowany w początku tego wieku przez niemieckich ojców Pallotynów, wśród których byli też i Polacy). Uroczystość trwała 5 godzin, a zgromadziła kilkadziesiąt tysięcy wiernych. Przewodniczył jej arcybiskup Yaoundé – Mgr André Wouking (Mgr – to Monseigneur, nie magister). Po kilku dniach wróciliśmy z wielkiego świata naszą polną droga do naszej prowincjonalnej parafii. Oprócz duchowego i intelektualnego ubogacenia, wspaniałych wspomnień bogatej liturgii przywieźliśmy kilka paczek gwoździ, kilka kur, jedną indyczkę i kilka królików. Zaczynamy małą hodowlę przyparafialną, może coś z tego wyrośnie do garnka.

Luty to już od połowy stycznia Święto Młodzieży. Co roku 11 lutego (nie wiem dlaczego właśnie tego dnia) obchodzone jest w całym kraju drugie po narodowym (20 maja) święto Kamerunu – Święto Młodzieży. 75 % ludności Kamerunu ma poniżej 25 roku życia, może dlatego !? Od połowy stycznia, nie ma już zajęć w szkołach, tylko ćwiczenia marszruty by ładnie przemaszerować, za miesiąc, przed gubernatorem. Skąd my to znamy ? Ach… z pochodów pierwszomajowych, … tak, dokładnie tak to wygląda, niestety ! Dzieci się cieszą, że nie ma szkoły, … ale co później ?! Cztery osoby na 40 zdaje maturę, na przykład. Maszerują wszystkie szkoły, a trochę tego jest w Bertoua. Defilada zaczyna się „punktualnie” o godzinie 10:00 (z afrykańskim poślizgiem oczywiście). Maszerują wszystkie szkoły, ale nie wszystkie dzieci. Tylko te wybrane, które mają pieniądze na nowe buty, często nowy mundurek (tutaj każda szkoła ma swój krój i kolor mundurka szkolnego) etc… Defilada trwa aż do 12:30-13:00, pomimo że dzieci idą po sześciu w rzędzie, rząd za rzędem, szkoła za szkoła, bardzo szybkim jak na defiladę krokiem (i tu jest jedyna różnica miedzy naszymi ex-pochodami pierwszomajowymi). Wszystko to dość ładnie wygląda, szkoda tylko, że dzieci przed trybuną honorową wyciągają prawe ręce w geście dokładnie przypominającym Brunera z filmu o J-23, … no ale można im wybaczyć. Oni tego nigdy nie widzieli ani nie „odczuli”. Pytałem raz, dorosłego już chłopaka, czy słyszał kiedyś o Adolfie H. Przyznał się, że to imię i nazwisko słyszy po raz pierwszy w życiu, …więc niech tak maszerują, jak im z tym wygodnie. 

 

zdjecia

 

W środę popielcową frekwencja sięga zenitu. Nawet w Niedziele Wielkiej Nocy nie ma tylu osób w kościele. Każdy chce mieć posypaną głowę popiołem. Przychodzą starcy, dorośli, młodzi, dzieci i nawet 1-dniowe niemowlęta. Jest w tym sypaniu, coś z ich wierzeń: z tygodniowych pogrzebów, pokut z tym związanych, rzucaniem się w geście rozpaczy w proch ziemi, sypaniem popiołu na wdowy, etc…. Dlatego kościół pęka w szwach tego dnia.

 

zdjecia

 

W marcu jeździliśmy po wioskach naszej parafii z przedstawieniem teatru-pasji, przygotowanym przez Rycerzy Niepokalanej z naszej parafii („Rycerstwo Niepokalanej” założył, w 1917 r , Św. Maksymilian Maria Kolbe). I tu nigdy nie mogę zrozumieć reakcji widzów. To nie tylko w czasie przedstawienia Pasji, ale nawet w czasie filmu Jezus z Nazaretu, który często „pokazuję” po wioskach, ….tak się zastanawiam, dlaczego…. W momentach kiedy należałoby płakać, tutaj reakcja jest zupełnie odwrotna. Największą radość i lawinę śmiechów „na sali” (pod drzewem, z prądem z agregatu prądotwórczego) wzbudza chłosta i krzyżowanie Pana Jezusa – w czasie przedstawiania teatralnego, i rzeź niewiniątek w czasie projekcji filmu „Jezus z Nazaretu”.

 

zdjecie

 

Marzec i pierwsza połowa kwietnia 2001, to czas Wielkopostnej Drogi Krzyżowej, rekolekcji i w końcu Triduum Paschalnego i Nocy Wielkiej przez Zmartwychwstanie. W naszej Drodze Krzyżowej „dźwigamy” krzyż przez trzy kilometry. Kiedyś dźwigaliśmy naprawdę, bo krzyż był z dwóch słupów telegraficznych, teraz jest mniejszy, ale i tak potrzeba ok. 5-6 osób by go ponieść. Ludzi jest bardzo dużo, każdy chce nieść i żeby nie było bałaganu to od stacji do stacji niesie kolejno każda grupa parafialna. Tak są później problemy, że jakaś grupa nie niosła krzyża,…bo jest więcej grup w parafii niż stacji.

 

zdjecie

 

Niedziela Palmowa była, jak na tytuł przystało, z palmami, a nie jak w „innych częściach świata”, z gałązkami wierzbowymi. W ubiegłym roku przyprowadziliśmy z pieszej pielgrzymki do Betare-Oya, dwa osły. Okryliśmy więc jednego z nich czerwonym płaszczem i tak Pan Jezus (tzn. ja zamiast Pana Jezusa), wjechał do Jerozolimy, na prawdziwym osiołku. Dokładnie takim jak Pan Jezus jechał, taki z krzyżem na plecach – takie ma umaszczenie (zaintere- sowanych odsyłam do encyklopedii albo do atlasu ssaków Afryki: Osioł Somalijski), i dzieci u nas mówią że dlatego ma ten krzyż na sobie, bo wiózł Pana Jezusa i od tego czasu krzyż mu został na sierści).

 

zdjecia

 

Zaraz po Niedzieli Palmowej mieliśmy parafialne rekolekcje. Niestety z braku „wolnych” księży wierni musieli słuchać raz jeszcze swojego proboszcza. Tłumów nie było, ale jak mówią, nie ilość się liczy….

Triduum Paschalne, zawsze ściąga dużo osób na Mszę Św. Jest jakoś inaczej i każdy chce zobaczyć jak ksiądz będzie mył nogi „uczniom”, jak będzie leżał krzyżem, i później będzie się całowało Krzyś Św. 

Wreszcie ta Wielka Noc. U nas odprawialiśmy pierwszą Msze Św. Wigilii Paschalnej w sobotę wieczorem o 20, a Główną Mszę Św. Rezurekcyjną w Niedzielę o 10:00 (proszę nie wierzyć w te dwa zera po dwukropku). Po Najuroczystszej w roku Mszy Świętej, jak zwykle co roku, tańcom nie ma końca,… dopiero jak katechista Pan Gilbert każe już iść do domu to się wszyscy z trudem rozchodzą. 

 

zdjecie

 

Przez trzy tygodnie tego roku odprawiałem tę samą Mszę Św. Rezurekcyjną, te same czytania, prawie takie samo kazanie,…, jak to na misjach, nie tylko jest kościół parafialny ale jeszcze paręset kilometrów wiosek i wszyscy chcą przyjąć Pana Jezusa do swego serca w Ten Dzień. Nie ważne, że dwa-trzy tygodnie po fakcie. Teraz już nie spowiadałem, chyba że „nagłe wypadki”. Spowiedź Św. Była w Wielkim Poście.

6 maja 2001 mięliśmy w parafii kolejna wielką uroczystość – kilka chrztów dzieci, jednego pana w dużej „sile” wieku i Pierwszą Komunię Świętą dzieci trochę starszych od tych chrzczonych. Cały tydzień poprzedzający Komunię odbywały się egzaminy przed-sakramentalne i niekończące się „procesje” dzieci na plebanię, którym brakowało jeszcze „parę groszy” do białej sukienki, czy do butów. Każdy chce jakoś wyglądać na takie święto. 

Czerwiec to już wakacje które tutaj zaczynają się praktycznie od 20 maja, czyli od kolejnej defilady, tym razem z okazji Święta Narodowego. To też miesiąc wielkich radości z przejścia do następnej klasy dla jednych, a płaczu dla drugich – bo od września trzeba będzie, po raz już kolejny, powtarzać 4 klasę.

Święto Piotra i Pawła to nasz parafialny odpust. Niestety tego roku nie było z tej okazji rekolekcji, i tu to Święto było nieudane. Udane natomiast było już w sam ten dzień uroczysty. 

 

zdjecia

 

Wypastowaliśmy dwie potężne prawie 30 kg każda, hebanowe statuy Świętego Piotra i Pawła i mieliśmy z nimi iść w procesji przed Mszą Świętą. Ale pasta nie chciała wyschnąć i jak ministranci już się cali pobrudzili, to zrezygnowaliśmy z towarzystwa naszych kochanych świętych, by sobie odpoczęli na straży parafii, przed ołtarzem. W uroczystej koncelebrze wzięło udział 4 księży, co na nasze warunki jest czymś rzadko spotykanym, dwóch braci zakonnych, trzy siostry dominikanki i wielu wielu parafian. Celebransem głównym był Mgr Roger Pirenne CICM, nasz arcybiskup. Biskup postawił nam raz jeszcze Jezusowe pytanie skierowane do uczniów: „Pour vous qui suis-je ?” (biskup mówił po francusku, a tłumaczył na Ewondo, nasz niezawodny katechista-poliglota pan Gilbert Samba) …A dla ciebie Piotrze,… Paulino, Macieju, Julio, Agato… Kim Jestem ?! …zwiesiliśmy głowy, bo praktyczna odpowiedź nie pokrywała się z teoretyczną…

cdn…… 

z Panem Bogiem 

o. Dariusz Godawa OP

 

 

Boże Narodzenie 2001

Ten 3 list Misyjny jest kolejnym naszym (moim i dzieci z naszej parafii) podziękowaniem za wszystko co dla nas robicie: za modlitwy, ofiarowane cierpienia i post, i oczywiście za tę pomoc materialną. Dzięki akcji „Adopcja na odległość” już teraz prawie 800 dzieci może każdego ranka dumnie brać swój tornister i iść do szkoły. 

Od ostatniego listu minęło „trochę” czasu i coś tam się wydarzyło, więc spróbuję pokrótce zdać Wam relację z tych kilku kolejnych miesięcy 3-go tysiąclecia. 

Jaką wielką łaską jest to, że Pan nas wybrał by je zacząć! Tylko czy nie będziemy się musieli wstydzić za paręset lat, przed następnymi pokoleniami, że źle im zaczęliśmy to tysiąclecie ?

Czy nasza wiara jest już na poziomie tego milenium, czy ciągle pozostajemy w tyle, na poziomie 1-go, albo 2-go tysiąclecia? Czy jesteśmy już na miarę naszych czasów ?

Te pytania powinniśmy chyba sobie stawiać codziennie. To my chrześcijanie, jesteśmy odpowiedzialni za World Trade Center, za Afganistan, Pakistan, Sudan, Indonezję, Nigerię. Nie szukajmy winy na zewnątrz, to my jesteśmy pełni grzechu, nie islamiści. Przecież poznaliśmy Chrystusa, a żyjemy jak poganie i jak poganie zaczynamy przyszłym pokoleniom to

3-cie tysiąclecie.

Popatrzcie co się dzieje w krajach Europy Zachodniej: burzenie kościołów, śluby homoseksualistów – mało tego – nawet dzieci mogą teraz adoptować, destrukcja rodziny, klonowanie człowieka – niby z miłości do innego, chorego, eutanazja (nasz były biskup, emeryt jest holendrem, ma 81 lat i pozostał na resztę życia w Kamerunie – łatwo się domyśleć dlaczego nie chce wrócić do swojej ojczyzny), Sodoma i Gomora !

Cały lipiec spędziłem, jak to się u nas mówi w brusie, tzn. jeździłem po wioskach należących do naszej parafii z posługą duszpasterską. Spowiadałem, odprawiałem Msze Święte, namaszczałem chorych. Słuchałem, podpowiadałem, radziłem. Niewiele z tego dociera, bo życie od wieków takie same – ciężko jest zmienić je na inne. Wiara w przodków, w wszelakie złe i dobre duchy (ciekawe, że tych drugich jest znacznie mniej), uzdrowiciele, czarownicy, alkohol i wszystko co możliwe przeciwko VI przykazaniu – począwszy od 13 roku życia. Takie jest życie codzienne, pełne strachów, zabobonów i śmierci dokoła… i na to wszystko ten ksiądz, który przyjeżdża raz na jakiś czas i opowiada niestworzone rzeczy o jakimś Rzymskim Kościele. Wszyscy przytakują „Oui, mon Pere”, i później życie toczy się dalej, po naszemu, po afrykańskiemu. Patience, mon Pere! Cierpliwości, ojczulku! – codziennie muszę to sobie powtarzać! – to jeszcze nie to milenium!

Na krótką metę, nasi parafianie są „silni w wierze”. Jak jest jakieś święto, to staną na głowie by wypadło jak najlepiej. Jak jest jakieś nowe nabożeństwo w kościele, albo jak założymy jakąś nowa grupę akcji katolickiej, albo nowy chór, to są setki chętnych i uczestników. Po tygodniu już ostygnie wszystko i trzeba by znowu wymyśleć nowe nabożeństwo, nowa grupę, albo założyć kolejny chór parafialny. 

Sierpień to czas pielgrzymek. Także i u nas, jak corocznie już od 4 lat, mamy i naszą diecezjalną pieszą pielgrzymkę. Tak się składa, że głównym organizatorem, od samego poczatku jestem ja, wiec wymyśliłem, że każdego roku będziemy pielgrzymowali do innej parafi Maryjnej. I tak w 1998 byliśmy u Notre Dame des Pauvres (Matki Ubogich), w Nguelemendouka 153 km, a w 1999 w Belabo, w powstającym Sanktuarium Czarnej Madonny, które jest pod opieka tych samych Ojców Paulinów co na Jasnej Górze. Prawie taki sam dystans jak w 1998 roku – tez 151 km. Od 2000 r., by zredukować trochę koszty, chodzimy w obie strony. Zaczęliśmy pielgrzymką do Betare Oya 183 km x 2 = 366 km, do Notre Dame de Lourdes (M.B. z Lourdes), a tego roku byliśmy w Batouri w tamtejszym sanktuarium Matki Bożej z Bougauguau – 90 km x 2 = 180 km. Tym razem było nas ok. 300 osób, głownie młodzieży, choć byli i zaawansowani staruszkowie i kilka dzieci. 

Pomału tworzymy nasza pielgrzymkowa rodzinę, coraz bardziej zżytą i rozmodloną. Oby tak dalej!

Wrzesień to wytężony czas „pracy bankowej”. 

Tego roku już ok. 800 dzieci mogło rozpocząć normalnie rok szkolny i to dzięki „swoim polskim rodzicom”.

Porozdzielać jednak pieniądze takiej liczbie maluchów pomieszanych z młodzikami i licealistami nie jest, wierzcie mi, rzeczą łatwą. Zaangażowanych było tego roku w tej pracy 5 osób.

Ponadto we wrześniu robiłem przegląd generalny ruchów, których jestem duszpasterzem diecezjalnym, tj. Oazy Dzieci i Rycerstwa Niepokalanej. Jeździłem od parafii do parafii i wspólnie z nimi robiliśmy plan działania na nowy rok szkoły . Jakoś to wyszło. Dzieciaków są tysiące zaangażowanych w Oazie, w każdej parafii i w większości wiosek, a i Rycerzy mamy już w diecezji prawie 300 konsekrowanych. Oaza Dzieci istnieje w Kamerunie jako Cop’Monde (Copin du Monde – Przyjaciel Świata) już od 1973 roku. Rycerstwo przeniosła z Polski do Kamerunu 8 lat temu, Siostra Paulina Kuśmierzak, pasjonistka. Najpierw zaczęła z małą grupą młodzieży ze swojej parafii Św. Wawrzyńca w Bertoua-Tigaza, a później założyła małe grupy w kolejnych parafiach naszego miasta. Kilku „naszych” wyjechało do szkół na drugi kraniec kraju, i „zaraziło” Maksymilianową pobożnością swoich kolegów. Tak powstała grupa Rycerzy w Bafoussam, jakieś 600 km od Bertoua. Są już więc Rycerze Niepokalanej w Bertoua, Garoua-Boulai, Betare-Oya, Ndoumbi, Dimako, no i tam daleko w Bafoussam. Przygotowujemy się by „zaatakować” i „rozejść się” też po małych wioskach. Święty Maksymilian nam pomoże, a Niepokalana dokona reszty. Pomódlcie się w tej intencji. 

Październik 

Kolejną formą pomocy dzieciom z naszej parafii, a szczególnie tym z wiosek, jest Internat, który otworzyliśmy nieuroczyście (bo na razie tytułem próby) – 1 października. Dzieci, które nie mają rodziny w mieście (tzn. nikogo u kogo mogłyby mieszkać na czas roku szkolnego), a skończyły już CM2 (piątą klasę) mieszkają z nami. Oczywiście nie wszystkie, ale na początek jest ich dziesięcioro. Zobaczymy jak nasz internat będzie rozwijał się dalej.

Może znajdą się kiedyś pieniądze na wybudowanie czegoś większego. Marzymy o internacie na 50 osób a może i więcej. Zapotrzebowanie jest przeogromne na taka formę pomocy. 

Około godziny 6-7 rano, dzieci wychodzą do szkoły i wracają ok. 16-17. Dwa posiłki dziennie (normalnie na wiosce, w domu, jest tylko jeden posiłek), a w dni wolne od szkoły, nawet trzy, czas na naukę własną, na sport i dobry wypoczynek. Nauka przy świetle elektrycznym to jest coś! 

W wolne dni dzieci uczą się u nas katechezy, jest trochę prac ręcznych, stolarki, murarki, etc…, co piątek wieczorem film (zwykle religijny, a jak nie ma to jakiś przedniejszy świecki).

Poza tym w październiku – kolejny objazd wiosek, a więc spowiedzi, Msze Św., Sakrament chorych, rady , porady etc… 

W domu zaczęły się problemy z wodą; zaczyna brakować, pomimo pory deszczowej; a co będzie od 15 listopada, jak zacznie się pora sucha.

Listopad 

Oprócz codziennej pracy duszpasterskiej, sporo czasu spędziliśmy na „zbieraniu” wody.

Studnia głębinowa, która jest u sióstr, ciągle się psuje, a jako że jest nas teraz więcej w domu, to i wody potrzeba więcej. Tej ze studni nie starcza wiec zbieramy tę z dachów naszych budynków. Niestety nie ma pieniędzy na zainstalowanie rynien na wszystkich dachach, więc jedynie jedna strona jednego dachu „zbiera nam” wodę do cysterny, która jest koło kuchni. I te wodę pijemy, w tej wodzie się myjemy, i w tej samej pierzemy.

Najpierw trzeba oczywiście wyciągnąć wodę z cysterny i reszta to już w miskach.

Zbieramy też wodę, która spływa z dachów, tych bez rynien, w wiaderka; zawsze to coś.

Już po 15 listopada, a wiec przestało padać,. 

Woda w naszej cysternie tylko na 30 cm i pełna larw komarów. Wlałem trochę chlorowanej wody, może cos pomoże. Chodzimy po wodę do rzeki jakieś 800 m. Chłopaki noszą na głowach. Do picia filtrujemy, a w reszcie się myjemy i pierzemy.

W ostatni piątek zaczęliśmy kopać studnie, tak zwykłą.Niestety na 3 m głębokości trafiliśmy na skale nie do przebicia.I ponoć ta skała jest pod całością naszych budynków. Nie zawsze „dom na skale murowany” jest najszczęśliwszy, hi hi hi. Spróbujemy jeszcze w innym miejscu. Jeśli też będzie skała to pozostanie nam tylko założyć rynny na wszystkich dachach, albo „ciągnąc” wodę z rzeki, 800 m – dość daleko. 

Jest 27 listopada, pora sucha zaledwie się zaczęła, nie będzie deszczu do kwietnia. Spadnie tylko 2-3 razy mały taki, żeby „poświęcić” to, co jeszcze przeżyło i to wszystko. 

Ciekawe co będziemy pili ?

W początku Adwentu, wszyscy księża i siostry z naszego miasta uczestniczyć będą w misyjnych rekolekcjach proponowanych przez naszego Biskupa. 

Wszyscy jesteśmy misjonarzami i tego ducha misyjnego winniśmy wskrzeszać codziennie w nas samych i zaszczepiać w każdym naszym bracie i siostrze.

Kościół jest misyjny, albo go nie ma. „Biada mi gdybym nie głosił Ewangelii – powie samemu sobie Św. Paweł”. Tymoteuszowi zaś napisze: „Bóg pragnie by wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy” ( – … to z 1Tm 2,4 i z mojego obrazka prymicyjnego).

Niedługo Boże Narodzenie. Chrystus jeszcze raz przyjdzie z Maryi Dziewicy. Pokażmy mu że jesteśmy silni, że my go nie zawiedziemy, że nie będziemy „ściągać” głupot z zachodu, bo to „zachodnie” więc dobre! My będziemy wierni, choć czasem ciężko i wiatr w oczy, bo On jest z nami, jak sam powiedział, aż do skończenia świata. 

Polecam was wszystkich moim modlitwom, a wy nie zapominajcie o nas i „naszych” dzieciach przy wigilijnym stole, zostawcie jedno nakrycie więcej – to dla nas. 

Que petit Jésus vous bénisse !!! 

Et Bonne Année 2002 !

O.Dariusz Godawa OP 

Cdn…. 

 

===========================

Wiosna 2002

Kochani przyjaciele naszej misji

20 maja 2002

Ten list jest kolejnym naszym (moim i dzieci z naszej parafii) podziękowaniem za wszystko co dla nas robicie: za modlitwy, ofiarowane cierpienia i post, i oczywiście za tę pomoc materialną, dzięki której, przeszło 800 dzieci, może każdego ranka dumnie brać swój tornister i iść do szkoły. 

Od ostatniego listu minęło „trochę” czasu i coś tam się wydarzyło w tym okresie, więc spróbuję pokrótce zdać Wam relację z tych pierwszych miesięcy 2002 roku w naszej parafii.

Styczeń 2002 

Ciągle jeszcze poświątecznie uroczyście, pierwszy piątek miesiąca, jak zwykle spowiedzi, różaniec jak codziennie od 6 lat o 17:30. W pierwsza sobotę miesiąca zmarł członek rady parafialnej Berthelemy Ndjana. Zostawił 5 dzieci i żonę, którą później rodzina oskarżała o spowodowanie jego śmierci, bo tutaj przecież nikt nie może umrzeć normalnie. 

 

zdjecie

 

6 stycznia Uroczystość Objawienia Pańskiego. Kościół jest pełen, bo świecimy kredę by każdy mógł napisać na dziwach swojego domu pierwsze litery imion Trzech Króli. Nasi parafianie to lubią więc przychodzą tłumnie, zresztą tak jak 2 lutego na święcenie świec i w Środę Popielcowa na sypanie głowy popiołem.. 13 stycznia jak co miesiąc od 6 lat Nabożeństwo Fatimskie, jak w klasztorze krakowskich dominikanów. 15 stycznia – spowiedź kleryków Wyższego Seminarium. 21 stycznia – Św. Agnieszki i dzień babci. Wprowadzamy takie święta pomału, żeby tez się babciom trochę miłości dostało. Urodziny obchodzone są dość często, jeśli tylko ktoś wie kiedy się urodził , ale o imieninach nikt nigdy nie słyszał. Wielu ludzi zna w przybliżeniu tylko rok swojego urodzenia, miesiąca i dnia nikt nie pamięta. Jedynie młodsi są zorientowani ile maja dokładnie lat, choć nie wszyscy, w wioskach jeszcze jest to rzadkością, nawet do tego stopnia że nie wiedzą czy mają 13 czy 16 lat. 31 stycznia jak zwykle na końcu miesiąca, spotkanie komisji ekonomicznej parafii. Omawialiśmy stan finansowy parafii za miesiąc styczeń.

Luty 2002 

…zaczął się pierwszym piątkiem. Sobota była bardzo uroczystym dniem w Bertoua. Nie tylko Święto Ofiarowania Pańskiego ale pierwszy raz w historii ludzkości, świecenia 4 księży na raz i wszyscy zostaną w naszej diecezji. Gille pracuje teraz w sekretariacie biskupa, Patrice w Biurze Pastoralnym, Justin jest wikarym w „starej katedrze”. Mamy nowa od 1995 roku, a stara została jako „stara” i jest Parafią Chrystus Króla. Proboszczem jest Ks. Laurent (Wawrzyniec). Niski ale wieki duchem i bożą miłością, Kameruńczyk oczywiście. Czwarty neoprezbiter – Richard, póki co jest wikarym w Diangu gdzie byliśmy zaraz po przyjeździe do Kamerunu w 1994 roku ; za rok ma jeszcze kontynuować gdzieś studia. 

Same święcenia były super uroczyste. Po Mszy Św., która trwała tylko 4 godziny + 1 godzina wręczanie prezentów, kawalkada samochodów wszystkich księży i sióstr z diecezji plus zaproszeni goście, skierowała się do Wyższego Seminarium gdzie świętowanie kontynuowaliśmy do popołudnia. 11 lutego – Święto Młodzieży, niekończąca się defilada młodych na placu defilad w mieście. Nasza młodzież maszerowała w koszulkach z napisem ” Aumonerie de Jeunes – Paroisse Sts Pierre et Paul Mokolo IV” Ładnie się prezentowali. Maszerowało tez Rycerstwo Niepokalanej, którego jestem duszpasterzem diecezjalnym. Popołudniu festyny , tańce etc.. 13 lutego – Środa Popielcowa, najpierw różaniec Fatimski, później Msza Święta z posypaniem głów popiołem, Kościół pękał w szwach. Dlaczego ? – pisałem już w ubiegłorocznej relacji . W tym roku było jeszcze więcej ludzi. 15 lutego pierwsza w Wielkim Poście. 

Droga Krzyżowa. Zmieniliśmy trochę trasę wydłużając o jakieś 300 metrów , tak że idziemy z ciężkim krzyżem niesionym od stacji do stacji przez rożne grupy parafialne – około 3 km . Każda stacja przygotowana jest przez młodzież, a rozważanie czytane po francuski i ewondo. Maszerujemy tak tą Drogą Krzyżową w hałasie miasta, wśród wycia rozklekotanych głośników pobliskich barów i kafejek, i często wyśmiewani przez rożne sekty, ale nikt na nich nie zwraca uwagi. Porządku pilnują Skauci (harcerze). Droga Krzyżowa zaczynała się w tym roku o 15:00 by dojść do „kościoła” na 17:30 ( kościół na poziomie fundamentów, a „kościół” to taka sala wielofunkcyjna w której wszystko się odprawia). Po drodze krzyżowej bezpośrednio jest Różaniec, a raczej Koronka do Miłosierdzia Bożego i Msza Święta. Wszystko wiec trwa, co piątek, od 15-ej do 19-ej. Wiernych jest około 150-200 osób. Kleryków zważywszy na drogę krzyżową, spowiadałem w tym miesiącu dzień. później niż zwykle. 

Marzec 2002 

8 Marca – Dzień Kobiet. Zaprosiliśmy na Msze Św. wszystkie panie i panny z naszej parafii. 

Marzec to Święty Czas przygotowania do Świętej Wielkiej Nocy.

21 marca – Msza Krzyzma w starej katedrze. U nas jest zawsze tydzień przed Wielkim Czwartek, aby księża, zważywszy na duże odległości, mogli sprawować liturgię Wielkiego Czwartku u siebie w parafii. Było nas 17 księży i prawie wszystkie siostry zakonne. Są u nas w diecezji Siostry „Córki Maryi” – z Yaounde, Siostry „Zmartwychwstanki” – z Konga Demokratycznego (dawny Zair belgijski), są „Siostry Św. Józefa z Cluny” (francuskie zgromadzanie , ale siostry Kongijki z Konga francuskiego – Brazaville), dwie siostry „Duchaczki” z Francji, włosko-brazylijskie siostry „Dominikanki Błogosławionej Imeldy Lambertini”, są tez polskie „Pasjonistki” z domu w Płocku i polskie „Michalitki” z Miejsca Piastowego i polskie „Dominikanki” z Krakowa – które są w naszej parafii i można je zobaczyć te na naszej stronie www.misja-kamerun.pl

Copiatkowa Droga Krzyżowa a w Wielkim Tygodniu rekolekcje parafialne. Nie ma jeszcze takiej ‚mody’ na rekolekcje jak u nas w Polsce, ale cos próbujemy robić.

Rekolekcje odbywały się w wielki poniedziałek ,wtorek i środę. Z konferencjami zaproszonych było 2 księży. Ksiądz Paul i Ksiądz Justin – neoprezbiter, ten co jest wikarym w starej katedrze. Wszyscy byli bardzo zadowoleni. Owoce mam nadzieje będziemy zbierać później. Chyba ze pora sucha wszystko wysuszy !

Święte Triduum Paschalne: 

Wielki czwartek, Msza Wieczerzy Pańskiej. Wyjątkowo dużo wiernych, cos tam widać Duch Święty zadziałał. Po Mszy świętej adoracja do 24-ej. Na straży ciemnicy 2 harcerzy na baczność w mundurkach, a na kolanach po kolei co pól godziny inna grupa parafialna. Oczywiście były tez nasze siostry które zawsze dzielnie adorują. 

Wielki Piątek, Liturgia Męki Pańskiej rozpoczynająca się bębnami w czasie gdy kapłan leży w pozycji adoracji Krzyża Pańskiego. Ołtarz bez obrusu, bez krzyża i świec. Też pełen kościół ludzi coś się będzie działo odmiennego od „zwykłych” Mszy. Wszyscy adorują trzymany przez księdza wielki krzyż. Każdy podchodzi klęka na jedno kolano i całuje. Nawet niemowlęta kilkudniowe całują u nas Pana Jezusa w ten dzień. 

Po tej cichej liturgii Adoracja Grobu Pańskiego, jak w czwartek co pól godziny inna grupa. Najpierw Cop’Monde, później Rycerze Niepokalanej, JM-Mlodzi Świata, Chór młodzieżowy „La Voix de David”. Ministranci, Legion Maryi, Assocap, Chór Archanioła Gabriela i po nim drugi Archanioła Michała, Stowarzyszenie Pań Apostolskich, i wreszcie na końcu rada parafialna i młodzież z naszego Foyer Saint Dominique. Chyba nikogo nie pominąłem.

 

zdjecie

 

Wielka Sobota. Uroczysta Msza Wigilii Paschalnej o godzinie 19:00. Jak zwykle padało, ale nasze ogniska nie dają się żadnej nawałnicy i było z czego mimo wszystko zapalić wielka święcę paschalną sprowadzoną na te okazję z Polski. Tę która jest symbolem Chrystusa Zmartwychwstałego, który jest naszym światłem w ciemnościach codziennego życia.

Ochrzciliśmy tej Wielkiej Nocy 12 niemowląt:

Oto ich imiona: Yvonne, Imelda, Leonel, Olivier, Raphael, Catherine, Therese, Herve, Mari-Paul, Catherine, Justin, Marie-Flaure.

Nie tylko chrzcimy u nas niemowleta, ale I mlodziez I doroslych. Tej nocy na starcie chrzescijanskiego zycia stanelo 14 mlodych ludzi :

Rolande Dikouba, Rosine Toumane, Rosine Tang, Laurentine Deweng, Mireille Nguete, Andre Kouykoet, Celestin Abdon, Bienvenu Mekati, Yanick Noukla, William Serma, Jean-Eudes Gneimo, Jean Ngbandjo, Fiacre Nassara, Thomas Zengmoui.

Po Komunii Świętej były tańce przy akompaniamencie bębnów balafonow i (technika wkracza do nas też) elektrycznego pianina (nie wiem dokładnie jak to się nazywa ta klawiatura co może „robić za” pianino, perkusje organy etc…) 

Skończyliśmy około północy.

Dla mnie, choć serce się radowało ze Zmartwychwstania Pana, była to noc raczej bólu. Już od rana tego dnia miałem potworne bóle brzucha spowodowane jakimiś bakteriami czy czymś tam. Po francusku nazywa się to Typhoide, a po polsku chyba jakaś postać Tyfusu, najprawdopodobniej Tyfus brzuszny, czyli chyba inaczej Dur brzuszny. 

Nie pierwszy raz to mam, ale tym razem było naprawdę źle. Cudem tylko przetrzymałem cala Msze Świętą.

Jak pisałem choroba „przyszła z wodą” . Pamiętacie jak pisałem że nie mamy wody i piejmy deszczówkę, a jak taka deszczówka sobie jeszcze „poleży” przez parę tygodni w jakimś zbiorniku w temperaturze afrykańskiej, to pewnie pod mikroskopem cała się rusza. Później całą Niedzielę Zmartwychwstania leżałem pod zimnym prysznicem na podłodze by nie zemdleć . Gdybym był kobietą, to pewnie bym to zniósł bez problemów. Mówią ze kobiety są bardziej wytrzymałe na ból. Siostra Klara dala mi antybiotyki, wziąłem całą serię 10 dni i nic, drugą serię 10 dni i nic, teraz jestem w trakcie trzeciej serii jeszcze silniejszych antybiotyków i niby jest lepiej. Zobaczymy jakie będą wyniki po zakończeniu leczenia.

Ale my sie nie damy !!!!

Niedziela Zmartwychwstania – Uroczysta Msza Święta o 10:00 z małym poślizgiem. 

Do Pierwszej komunii przystąpiło tego dnia 15 dzieci.

Oto oni: Dziewczynki (y): Prudence Aboyala, Jocelyne Bamio, Sabine Minkong, Raissa Matota, Julie Yemdol, Tatiana Namandi, Albertine Salandi, Sandrine Yanga.

Chlopaki: Paulin Danguele, Olive Haito, Paterne Kadja, Laurent Leba-Ngono, Achille Mbalbe, Ernest Ndanga, Guy Zang.

W te święta ochrzciłem więc 26 osób i Pierwszej Komunii udzieliłem 15 dzieciom. To tyle w mieście. Jak wiecie nasza parafia rozciąga się na paru dziesiątkach kilometrach, tak że jeszcze trzeba doliczyć chrzty i 1-sze Komunie z wiosek. Niestety na wioskach jeszcze nie byłem po Wielkiej Nocy, z powodu zepsutego samochodu. Pożyczyłem mój samochód jednemu księdzu, a ten spowodował wypadek i samochód został dość znacznie uszkodzony. Dopiero w końcu maja będzie sprawny. Myślę wiec ze zaraz jak tylko dostanę samochód wybiorę się z posługą kapłańską do buszu. 

Kwiecień 2002 

Oktawa Wielkiej Nocy. U nas Wielkanoc kończy się w jednym dniu, w poniedziałek zwykły dzień pracy. Wakacje wielkanocne zaczęły się 16 marca i zakończyły wraz z Niedziela Wielkanocna. Nie ma tu tak zwanego „drugiego święta”. Może dlatego ze „trzeba’ jeszcze obchodzić święta muzułmańskie i może by tego było za dużo. Jakby jeszcze doszedł do tego 9-cio dniowy polski weekend 1-3 majowy to nie byłoby kiedy pracować. Jeśli mowa o wakacjach to dzieci w Kamerunie są chyba najszczęśliwsze na świecie. Rok szkolny zaczyna się w początku września, ale można się zapisywac aż do grudnia. Później tydzień wakacji na Noel (Boże Narodzenie) i już w połowie stycznia nie ma lekcji tylko nauka marszruty na defiladę święta młodzieży które odbędzie się 11 lutego. Później dzień wolny jeszcze na urodziny prezydenta, i jeszcze dzień wolny bo Kamerun zdobył Mistrzostwo Afryki w piłkę nożną. Doliczyć do tego święta muzułmańskie których też jest niemało…. 

Dalej dwa tygodnie przerwy wielkanocnej i już maj, a jak maj to 20 maja święto narodowe i kolejna defilada i znowu parę tygodni wcześniej nie ma lekcji tyko marszruta. Po 20 maja już tylko egzaminy na koniec roku – praktycznie nie ma lekcji i wakacje do września , albo do grudnia, jak kto woli.

W kościele codzienne Msze święte , różaniec przed Najświętszym Sakramentem, .. jak cały rok

Wszystkie dzieci pierwszokomunijne i chrzczone już chodzące cala Oktawę przychodziły na różaniec i Msze Św.

7 kwietnia Niedziela Miłosierdzia Bożego – mamy obraz „Jezu ufam Tobie” (po polsku) w kościele, wiec przypomniałem jego historię i młodzież z naszego Foyer przeczytała z podziałem na role fragmenty Dzienniczka Siostry Faustyny. Wszyscy byli bardzo zainteresowani.

8 Kwietnia – Święto Zwiastowania Pańskiego. Msze Św. tego dnie celebrowaliśmy w nowym domu naszego przewodniczącego rady parafialnej. Po Mszy Św. Uroczyste poświecenie domu i kolacja. Śpiewał Chór młodzieżowy. Wróciliśmy do domu przed północą.

24 kwietnia – spotkanie dekanatu , wszystkich (aż 5-ciu) proboszczów naszego miasta zebrało się u biskupa by omówić kilka bieżących spraw. Na pierwszym miejscu zajęliśmy się problemem coraz liczniejszej rzeszy wyznawców Kościoła Gallikańskiego. Biskup obiecał nam list pasterski w tej sprawie. Pojawiła się tez potrzeba mianowania dla diecezji kapłana -egzorcysty. Ale tu raczej biskup był powściągliwy. Zobaczymy !

Maj 2002 

Święto Ludzi Pracy. W mieście proletariusze wszystkich krajów łączyli się we wspólnym pochodzie, a myśmy modlili się przez wstawiennictwo Św. Józefa. Wieczorna Msza Św. zgromadziła niemało wiernych . Każdy przyniósł swoje narzędzia pracy, i tak dzieci podnosiły do pokropienia woda święconą swoje zeszyty i długopisy a dorośli maczety, motyki, a co wyżej postawieni biurowcy, jak dzieci podnosili swoje BICi (dlugopisy). Kilku wyciągnęło ręce, bo to nimi pracują. 

9 Maja – Uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego. Msza Św. o godzinie 9 rano. Tutaj Ascension (Wniebowstąpienie) jest dniem wolnym od pracy, tak że na Mszy Św. było bardzo wielu ludzi. Kościół był pełen, więcej niż w Niedziele.

20 Maja – Kolejna defilada, tym razem z okazji Święta Narodowego Kamerunu.

Ciąg Dalszy Nastąpi…. 

Obejmujemy Was naszymi modlitwami, a Wy nie zapominajcie o nas i „naszych” dzieciach podczas letnich wakacji. U nas nikt nigdzie nie wyjedzie, bo nie ma gdzie ani za co. Takie samo życie tylko bez szkoły. 

Que Dieu Tout-Puissant vous bénisse !!!

O.Dariusz Godawa OP 

 

Czerwiec – Grudzień 2002

Serdecznie pozdrawiam wszystkich dobroczyńców, „rodziców” naszych dzieci i przyjaciół naszej misji. 

Oto kolejnych słów kilka z Bertoua ! Ostatnia moja relacja obejmowała miesiąc maj 2002, wiec zaczynam od czerwca 2002.

Czerwiec 2002

Skończył się miesiąc Maryi, a my ciągle uparcie odmawiamy różaniec. Zaczęliśmy 8 października 1996 roku i dzielnie trwamy na tej modlitwie codziennie, bez wyjątku – o 17:30. Świątek piątek, najmniejsze i największe święta, dzień w dzień, już 6 lat bez przerwy. Zachęcam i was wszystkich do codziennej modlitwy różańcowej. Wiem, że nie wszyscy macie czas, na 5 dziesiątek, gdy tu trzeba często walczyć o kromkę chleba od świtu do nocy, ale może, choć 3 Zdrowaśki dziennie, to już będzie coś. Pan Bóg wam będzie błogosławił, zobaczycie! Na początku było nas na tym codziennym różańcu trochę więcej, teraz jest trochę mniej, ale przecież nie ilość się liczy, tylko Miłość. 

Miesiąc czerwiec to u nas miesiąc egzaminów we wszystkich typach szkół. Było „gorąco”, nie wszyscy zaliczyli rok i przeszli do następnej klasy. Bardzo mi szkoda tych, którzy „oblali” ważne egzaminy, a niestety w tym kraju jest ich wielu. Nie, dlatego ze się nie chcą uczyć, ale dlatego że przy tak wielkiej korupcji, jaka jest w Kamerunie i niskiej pensji nauczycieli, by zdać egzamin nie wystarczy umieć, ale trzeba mieć. Niektórzy po raz trzeci oblali egzamin końcowy. Gorzej jak ktoś ma już 18 lat i po raz kolejny „oblał” CEPE (egzamin po pięciu klasach szkoły podstawowej, upoważniający do kontynuowania nauki w Gimnazjum). Jeśli jest drobnej budowy ciała, rodzice mogą jeszcze „za opłatą” „przerobić” Akt Urodzenia i takie „dziecko” może jeszcze raz próbować powtarzać klasę. Jednak, jeśli ktoś jest postawny, to niestety musi szkołę opuścić po 3 powtórkach klasy i już nigdzie go nie przyjmą, bo jest za duży. No i pozostaje dorosłe życie, często bez pracy. A mimo że nie ma pracy to trzeba coś zjeść, a żeby zjeść trzeba mieć pieniądze, albo swoje pole. Jak nie ma pracy, ani pola to pozostaje kradzież niestety. I tak się często dzieje.Ci, co nie zaliczyli egzaminu powtarzają niekiedy 2-3 razy każdą klasę. Niełatwo się nie zestarzeć w szkole podstawowej w Kamerunie. W maturalnych klasach trudno znaleźć kogoś, kto nie ma jeszcze dzieci. Jeśli się „odpowiednio postarać” to można być jeszcze w szkole w wieku prawie 30 lat. 

16 czerwca wyleciałem na miesięczny urlop do Polski. To już nie ten kraj, który zostawiłem w 1993 roku, ale zawsze ojczyzna…..Miałem wiele spotkań z rożnymi grupami misyjnymi w parafiach, głownie poznańskich ze względu na skrócony czas urlopu no i trochę wypocząłem od kameruńskich problemów. 

Lipiec 2002 

Z Polski wróciłem w drugiej połowie lipca. Na lotnisku w Yaounde, czekał na mnie przewodniczący rady parafialnej i prosto z lotniska pojechaliśmy do Bertoua, ….bo pracy po miesięcznym urlopie trochę się na miejscu nazbierało. Jechaliśmy prawie 6 godzin, i szczęśliwie dojechaliśmy o drugiej nad ranem do domu. 

Sierpień 2002 

Powinien się zacząć przygotowaniami do pielgrzymki. Tego roku chcieliśmy maszerować do Garoua-Boulai – 2 razy 250 km. Niestety tak się złożyło ze biskup zmienił proboszcza: „stary” wyjechał do Polski, a „nowy” się jeszcze nie zainstalował, tak ze proboszcza w Garoua-Boulai nie było i nie było nikogo, kto mógłby nas przyjąć. Tak, że tego roku, pielgrzymka się nie odbyła. Za późno było szukać innej „maryjnej” parafii, a i z pieniędzmi na organizacje pielgrzymki, też w tym roku nie wesoło. Pierwszy rok bez pielgrzymki, nie bardzo wiedzieliśmy, co z sobą zrobić, wszyscy byli bardzo zawiedzeni,….a co z tradycją, dziura w tradycji. 

Nie wiedząc, co z sobą zrobić, wzięliśmy się za wakacyjna katechezę dla chętnych i za prace polowe. Mamy przecież ok. 1000 bananowych drzewek na naszym polu i trochę prac pielęgnacyjnych wokół na pewno im nie zaszkodzi. A że u nas w sierpniu popaduje, a we wrześniu zacznie poważniej padać aż do 15 listopada – tak że czas na prace dobry. Szczególnie zaangażowały się do prac dzieci z naszego „Foyer Saint Dominique” (internatu). Wieczorem codziennie film na video. 

15 sierpnia pierwsze święto Wniebowzięcia z proboszczem. Jako że nie byłem na pielgrzymce mogliśmy świętować razem. Wymodliliśmy się tego dnia jak nigdy. Szczególnie zaangażowane były grupy maryjne, które działają przy naszej parafii: „Legion Maryi” i „Rycerstwo Niepokalanej”. 26 Września świętowaliśmy też w naszej przydomowej kaplicy klasztornej Święto Matki Bożej Częstochowskiej. Dostaliśmy od Ojców Paulinów piękny gobelin z wizerunkiem Czarnej Madonny. Wisi właśnie w tej kaplicy. 

Wrzesień 2002 

W początku września byliśmy, z bratem Jakubem w Douala ( prawie 600 km od nas) na tygodniowej kapitule naszego zakonu. Z Paryża przyjechał ojciec prowincjał Bruno Cadore, bracia zjechali się z całej Afryki Równikowej. Kilku braci złożyło swoje śluby zakonne, dwóch zostało wyświeconych na diakonów, wybraliśmy nowego przełożonego naszego Wikariatu, jego radę i obdyskutowalismy bieżące problemy zakonne i duszpasterskie. Właśnie w Douala gdzie odbyła się ta kapituła założyliśmy nowy klasztor pod wezwaniem Św. Józefa. Zmienił się też skład personalny domu w Yoko, ( na północ od Yaounde). Po kapitule bracia kapłani wrócili do swojej pracy duszpasterskiej a bracia studenci na swoje uniwersytety. Niektórzy studiują w Republice Południowej Afryki, inni na Wybrzeżu Kości Słoniowej, Jeszcze inne w Republice Demokratycznej Konga ( dawny Zair). Bracia nowicjusze przygotowują się do swoich pierwszych ślubów zakonnych – w Rwandzie. 

We wrześniu 2001 pisałem tak: 

„Kolejną formą pomocy dzieciom z naszej parafii, a szczególnie tym z wiosek, jest Internat, który otworzyliśmy nieuroczuście, ( bo na razie tytułem próby) – 1 października.”

Teraz w internacie mamy 17 dzieci, wszystkie kontynuują szkole, mieszkając razem z nami. Taka plebania-internat.

Nasz plan dnia wygląda następująco:

5:30 – pobudka, toaleta poranna;

5:45 – prace porządkowe. Każdy ma swoja „działkę” do wysprzątania;

6:15 – modlitwy poranne. Modlimy się z takich małych brewiarzyków dla świeckich.

6:30 – śniadanie;

6:45 – wyjście do szkoły;

16:15-30 – mniej więcej o tym czasie dzieci wracają ze szkół; 17:00 obiado-kolacja;

17:30 – różaniec;

18:00 – Msza Św.

19:30-21:30 – studium indywidualne (samokształcenie);

22:00 – cisza nocna

 

Trochę inaczej wygląda środa, gdzie dzieci wracają ze szkoły przed 13:00. Wtedy prosto ze szkoły idą do kuchni na obiad, a po obiedzie praca w polu od 15-17. Kolacja jest wówczas o 19:00. Tego dnia we Mszy Św. dzieci nie uczestniczą. W piątki wieczorem oglądamy film. Wczoraj na przykład trzygodzinny film o królu Salomonie. W sobotę od 7:30 rano – prace w polu do 12:30. O tej godzinie jest obiad i po obiedzie wielkie pranie. Każdy bierze swoje rzeczy do wielkiej torby albo worka i wszyscy wyruszają nad rzekę, każdy z kostką szarego mydła w garści. Niedziela, po Mszy św. o godzinie 10:00 jest dniem przeznaczonym na odwiedziny u rodziny, przyjaciół etc… Dzieci wracają na różaniec na 17:30.

Jakoś dziwnie w tym roku nie było większych problemów z woda. Pompa Studni głębinowej, która jest u sióstr obok, do której jesteśmy podłączeni, w tym roku mniej się psuła. W zeszłym roku chcieliśmy wykopać nasza studnie, taką zwykłą – i jak już pisałem – zaczęliśmy kopać, po kolei aż trzy studnie i zawsze na jakiejś tam głębokości trafiliśmy na skałę. Tak ze nasza pierwsza studnia została zasypana, drugą użyliśmy na śmietnik, też w końcu zasypany, bo pełny. 3 studnia póki co stoi sobie z pół-metrem wody na dnie. Jedynie żaby są z niej zadowolone. Na szczęście woda w kranie jest, tylko trzeba bardzo oszczędzać. Mam nadzieje ze teraz w porze suchej, która właśnie się zaczęła ( od 15 listopada już nie pada) wody tez nie zabraknie. Jeśli brakuje wody – to w porze deszczowej, śmiechu warte!. Wtedy, kilka razy dziennie mamy burze z piorunami i trzeba wyłączać pompę z prądu. Pompa nie pompuje, więc nie ma wody. W porze suchej nie ma burz, wiec pompa częściej pompuje i woda jest. 

Też w tym miesiącu, jak prawie w każdym – kolejny objazd wiosek, a więc spowiedzi, Msze Św., sakrament chorych, niekończące się rozmowy, rozwiązywanie konfliktów, rady i porady itp…. 

Październik 2002 

Pora deszczowa w pełni. Codziennie pada, nawet 3 razy dziennie i jeszcze całą noc. Wszystko zaczyna się wiatrem. Najpierw przychodzi silny wiatr, zawsze od wschodu, od kontynentu. Wiatr się ucisza i zaczyna padać. Tak porządnie jakby się oberwały wszystkie chmury. Po największym deszczu, jak już tylko kropi, zaczynają się grzmoty; potężne, niekończące się huki . Z zegarkiem w ręku można słuchać takiego jednego grzmotu trwającego nawet do kilku minut. Potężny nieustający grzmot jakby niebo miało się za chwilę zwalić na głowę,…i za nim -po chwili- drugi i trzeci ….prawie żadnych błyskawic, dopiero noc się rozświetla jak dzień – chyba tak będzie na końcu świata. Póki co, nigdzie indziej takich grzmotów nie usłyszycie. 

Niedobitki zapisują się jeszcze do szkoły. Niektórym się przypomina w październiku, że wakacje skończyły się w początku września. Ciągle jeszcze ktoś przychodzi, bo nie ma na zeszyt czy mundurek. Urwanie głowy! 

Listopad 2002 

2 listopada modliliśmy się razem z biskupem na naszym jedynym cmentarzu w mieście, przy starej katedrze na Nkolbikonie. Jest tam tylko kilkanaście grobów pierwszych misjonarzy i ich katechistów, ale zawsze to cmentarz. Tutaj chowa się zmarłych przy domu, albo nawet w domu. W mieście z reguły znajdą się pieniądze na trumnę, ale na wsi zawija się tylko ciało zmarłego w prześcieradło i tak wkłada do grobu. Grób ma nie więcej jak 1,5-2 m głębokości. Tyle wystarczy, bo ziemia jest tutaj zupełnie inna niż w Europie. Nie tyle że zupełnie czerwona, ale ma taką konsystencję, że można w niej rzeźbić jak w drewnie, mimo że nie ma w niej w ogóle gliny Niektóre plemiona drążą wiec jeszcze na dnie taka niszę w bok i tam chowają ciało, tak że z góry, jeszcze przed zasypaniem, ciała nie widać. Razem z zmarłym do grobu wrzuca się je jego rzeczy osobiste. Kiedyś wrzucano ponoć jeszcze jego żonę, ale tego już prawie nikt nie pamięta. Zmarłych chowa się albo jeszcze w dniu śmierci albo następnego dnia. Wtedy wszyscy, którzy go znali całą noc pija, śpiewają i tańczą wokół zmarłego. Po pochówku, nikt nie myśli odjeżdżać. Zostają na kilka dni; a ci którzy przyjechali z daleka, albo za późno – zostają nawet tydzień i dłużej. Rodzina zmarłego musi to całe towarzystwo wyżywić. Po „imprezie” szuka się winnego śmierci. Albo będzie to wdowa po nim, albo jakiś kuzyn, albo nawet brat czy własne dziecko. Miejscowy czarownik, niekiedy przy pomocnej sugestii, kogoś z rodziny zmarłego, komu bardzo na tym zależy, zawsze „bezbłędnie” znajdzie winnego (z czegoś musi żyć). Okazja zawsze się znajdzie by „trochę” popić i potańczyć. Taki jest często niestety – smutny kontekst naszego głoszenia Dobrej Nowiny. 

15 listopada spadł ostatni deszcz. Następny malutki by „pokropić” Boże Narodzenie i kolejny dopiero w kwietniu 2003. 

24 listopada kończymy rok liturgiczny uroczystą procesją i Mszą Świętą na cześć Chrystusa Króla Wszechświata. 

Grudzień 2002 

Zaczął się adwent, czas przygotowania na przyjęcie Zbawiciela. Wczoraj 8 grudnia 2002, przez akt publicznej konsekracji w czasie uroczystej Mszy Świętej – pięciu młodych ludzi uroczyście wstąpiło w szeregi Rycerstwa Niepokalanej. 

W najbliższą sobotę jednodniowe adwentowe rekolekcje dla sióstr i księży na biskupstwie. Nasze parafialne rekolekcje w poniedziałek 23 grudnia Ciężko „idzie” z tymi rekolekcjami. Nie ma takiej tradycji, dopiero zaczynamy ją wprowadzać i ludzie nie bardzo jeszcze wiedzą co to są te rekolekcje adwentowe, po co się ich woła jak oni wola iść na ryby, bo to już pora sucha i rzeki pomału wysychają wiec można łapać ryby prawie w ręce. Świętowanie Narodzin Pana Jezusa zaczniemy o godzinie 20:00 jasełkami w wykonaniu dzieci i młodzieży z naszej parafii. Po nich Uroczysta Msza Święta Pasterska, w czasie której ochrzczonych zostanie kilkadziesiąt niemowląt. W samo Boże Narodzenie o godzinie 10:00 Msze Świętą odprawi jak co roku nasz biskup Roger Pirenne. W czasie tej Mszy Świętej kilka osób przyjmie pierwszą komunię Świętą, a kilka sakrament bierzmowania. Proszę Was wszystkich o szczególną modlitwę w ich intencji. 

Z mojej strony zapewniam was, że nigdy o was nie zapominam, a w tę szczególną Noc Bożego Narodzenia złożę was wszystkich na ołtarzu Pana. 

Merci et Joyeux Noël ! 

Que petit Jésus vous bénisse !!!

…et Bonne Année 2003 !

O.Dariusz Godawa OP

 

Nowy rok szkolny 2003-2004

Poniedziałek – 8 września 2003 – Święto Narodzenia MB. „Nasze dzieci zaczęły nowy 2003/2004 rok szkolny.

Padało od pólnocy i rano jeszcze ciagle padało, wiec do szkoły nikt nie poszedł, bo tutaj jak pada to życie sie zatrzymuje.

Jak przestało padać, to i tak z rzadka tylko było widać uczniów na szkolnej drodze, bo wszyscy wiedzą, że przez pierwszy (e) tydzień trzeba przyjść do szkoły z maczetą i karczuje się wszystko co wyrosło na terenie szkolnym. ,….a pada od kwietnia ( pomalu ale pada) więc zielsko na 3-4 m wysokosci wszędzie gdzie tylko jest ziemia. Wiec do „takich” lekcji niekomu się nie spieszy !!! Dzieci , ktore mieszkają ze mną na plebanii też jeszcze nie poszły.

Wieczorem różaniec o 17h30 i po nim Msza Święta na urodziny Matki Bożej.

 

Wtorek – 9 września 2003 – Do szkoły poszedł tylko: Brice, Herman – to „starzy” (uczniowie w swoich szkołach); i „nowicjusze” , którzy od tego roku bedą chodzili do College Rurale na przeciwko : Ernest, Rodrigue, Prisca, Lisette, Gladys i Raissa. Każdy pomaszerował z maczetą oczywiście, zamiast tornistra. Thomas odchwaszcze teren naszego budujacego się kościoła, Charly pojechal taczką do babci po banany, a Salome, Laurentine i Chancelle są w kuchni,…może coś przygotują do jedzenia !? Jest 11:02

Po sjescia wszyscy poszli w pole, siejemy orzeszki ziemne i sadzimy manioc, cos trzeba jeść. Mamy 9 ha ziemi.

Pora deszczowa poważnie się zaczyna !

 

Środa – 10 września 2003 – Pada od 3 w nocy. Równiutko, ale skutecznie. Na niebie jedna wielka chmura, ani śladu błękitu. Szaro jak w Polsce. Na szczeście nie ma żadnego wiatru, zresztą wiatry bywają tu z rzadka, zwykle tylko by zapowiedzieć burzę. Oczywiście nikt nie poszedł do szkoły, bo i po co jak i tak żaden nauczyciel nosa z domu nie wychyli jak pada. Spływająca woda żłobi w czerwonej ziemi bruzdy coraz wieksze i większe, gdzie tyko się da. Jest 7:43 rano.

 

Czwartek – 11 września 2003 – Znowu pada całe przedpołudnie. Do szkoły nikt sie nie wybiera ! Kilku nawet zaspało na poranne modlitwy, tak było ciemno jak jesienią w Polsce. Ok 13 wyjrzało słońce, ludzie zaczęli się kręcić, kilku poszło na pole: siejemy, sadzimy. Jest cieplo i pada dość często deszcz to będzie szybko rosło. No i zaczął padac znowu jak bylismy na polu. Popracowaliśmy 2,5 godziny i zmylo nas do suchej nitki. Wieczorem jak codzień Różaniec i Msza Święta.

Szybka kolacja i projekcja filmu. Niektórzy oglądali poraz n-ty, inni pierwszy raz : „Jezus z Nazaretu” ( ten znany – Zefirelliego – wszyscy juz w Polsce z pewnością go oglądali. My z Jakubem oglądaliśmy dziennik TV ( w 2 rocznicę 11 września)

 

Piątek – 12 września 2003 – Nie pada, słońce jak za dobrej pory suchej, wszystko paruje, wilgotno ! Część poszła do szkoły. Ci, którzy mieliby męczyć się z chwastami wokół szkoły, (bo nie ma jeszcze nauczycieli wiec coś muszą robić), woleli zostać w domu i pracować na „swoim”. Przyszedł katachista, mięliśmy uzgadniać plan katechezy, ale okazało sie że jest chory – więc katechezę zaczniemy po afrykańsku, kiedyś później. Wieczorem siostra przełożona wyraziła zgodę by jedna z 4 mieszkających obok sióstr dominikanek (krakowskich) prowadziła katechezę. Jeszcze muszę kogoś poszukać ! brak personelu ! Mam dobrych wykształconych i pobożnych pogan, poligamów, konkubinarzy, którzy mogliby prowadzić katachezę, i nie tylko, ale ….. w kościelnych kwitach jest po europejsku, że katecheta, musi być ochrzczony, „komunikowany”, mąż jednej żony etc, etc….. . Musimy zatem poczekac, aż się wszyscy nawrócą ( tylko od czyjego przepowiadania, jak wszystkim zabronione) i wtedy ci nawróceni bedą mogli katechizować, tylko kogo…???

To tak sobie tylko głośno pomyślałem o tych, którzy nigdy w Afryce nie będąc wiedzą najlepiej jak to Dobra Nowinę czarnym głosić ! Zaczęło padać ok 17. Różaniec, a raczej Koronka do Miłosierdzia Bożego ( zawsze w piątki w miejsce różańca). Musielismy krzyczeć, żeby sie słyszeć, że się razem modlimy ! Msza Święta też przy ulewnym deszczu. Nikt nic nie słyszał, każdy tylko na mnie patrzył, kiedy uklęknąć , kiedy podniesienie, a kiedy „Ojcze Nasz”. Jak zrobiłem nad nimi duży znak krzyża i pocałowałem ołtarz, wszyscy wiedzieli że Msza się skończyła i chyba ktoś coś śpiewał „na wyjście”, bo widziałem jak otwierali usta. Ciekawe jak wielu moich drogich czytelników w Polsce domyśli się dlaczego taka „głucha” była ta „Koronka” i Msza Święta. Może ktoś już wie ? Jeśli tak, to proszę kliknąć tutaj.

 

Sobota – 13 września 2003 – Parę chmur na niebie, idziemy w pole. Kilku chlopaków będzie odchwaszczać (kolejny raz) teren pod budowę kościoła. Fundamenty już są od 3 lat, ale z murami schodzi sie przewielebnej Kurii i schodzi. Jest trochę pieniędzy z Rzymu, oczywiście może połowa zaledwie ( i przysłali, że już więcej nie mogą wysłać), ale jakoś trudno te pieniążki z kochanej kurii wyciągnąć. Tak trzeba po mału po malutku, po afrykańsku. A może tak lepiej,. żeby nie było, że proboszcz wybudował kościół i jest jego a nie nasz. Może trzeba żeby to bylo 46 lat jak w Jerozolimie, żeby ludzie poczuli, że to ich kościół, a nie hierarchii. Ja nie mam nic przeciwko ! Niech i tak będzie ! Chciałoby się tak po europejsku w parę miesięcy, maximum 2-3 lata, a tu zejdzie po afrykańsku może 6 lat jak dobrze pójdzie. A jak będzie 46 to chyba też nie będzie to główną przyczyną końca świata ! Jest 12:04. Dzieciaki wracaja z pola n a obiad. Sjesta, a później chyba jak zwykle będzie padać i znowu będzie na głucho tym razem Różaniec, tylko ( Msze w soboty są rano ). Jest12:06, w Polsce 13:06.

 

Niedziela – 14 września 2003 – Pierwsza Msza Święta zaczęla się o godzinie 8:00. Ustaliliśmy parę lat temu z Radą Parafialną, że w niedziele będą dwie Msze: pierwsza w Ewondo, o ósmej właśnie i druga po francusku o 10:30.

Ta pierwsza jest dla dorosłych, więc w języku miejscowym , a druga dla dzieci i młodzieży więc po francusku.

Tak naprawde to ten język „Ewondo” to nie jest miejscowy, tylko „przyszedl” tutaj na wschód z Yaounde w latach 40-50 razem z holenderskimi misjonarzami ze zgromadzenia „Ducha Świętego” ( w Polsce zgromadzenie to, ma swój główny dom w Bydgoszczy).

Do dziś, przynajmniej w Bertoua, Ewondo jest używany dość często jako język liturgii i w swojej formie uproszczonej, tzw. mongo-ewondo jako język komunikacji, zwłaszcza dla osób starszych. Musi być jakiś język do komunikacji między plemionami, bo tutaj co wioska to inne plemię i inny język. Mówią że w calym Kamerunie jest przeszło 200 języków. Dla przykladu podam, że na „naszej drodze” w Koume-Gofii mówi sie w Baya, Kako i w Maka. W nastepnej wiosce oddalonej o 5 km , która nazywa się Ekombitie mówi się już tylko w Maka, w kolejnych – Koundi i Yoko-Betougou też Maka; ale na tym się kończy. 3 km za Koundi w Mbethen mówi się już w języku Mbethen ( jak wioska). Za Mbethen kilka kilometrów jest Dondi i tam mówi się już w języku Pol ( wcale nie podobny do polskiego). Jedynie Viali, Yambeng, mogą dobrze się dogadać z mieszkańcami Dondi, ale już w Bombi mówi się inną odmianą języka Pol. Ci zaś dogadają się z wioską Kano, ale trudniej dogadać im się z Mambaya, oddaloną o 11 km, gdzie jak mówią, ten sam Pol, ale zupelnie inaczej wymawiany. 15 km za Mambaya jest jeszcze inny język zwany Kepere. To w kilku wioskach w okolicach Deng-Deng – dawnym niemieckim mieście, które dzisiaj liczy może z 40 domów i jedną aleję palmową zasadzoną jeszcze przez niemców przed 1918 rokiem.

Młodzi mówią coraz częściej w języku francuskim. Zwłaszcza w Bertoua, w mieście, gdzie spotyka się może 50 różnych języków i narzeczy, jedynym językiem komunikacji jest francsuki. Po swojemu mówi sie w domu, ale już na podwórku obowiązuje francuski. Angielskiego praktycznie, mimo że Kamerunu jest niby państwem z dwoma językami urzędowymi : francuskim i angielskim, nikt nie zna, a jeśli – to bardzo bardzo słabo.

Więc ( młodszym przypominam , że od „więc” się zdania nie zaczyna 🙂 pierwsza Msza była w „Ewondo” a druga po francusku. Obie z święta Podwyższenia Krzyża, tak jak jest w naszym diecezjalnym kalendarzu liturgicznym. W pierwszą niedzielę miesiąca po pierwszej Mszy rada parafialna ma swoje zebranie – wyjątkowo teraz było w drugą -, a po drugiej Mszy spotykają się młodzi z różnych grup dziecięco-młodzieżowych. Tak też było i dzisiaj …..

Jest godzina 15 z kawałkiem. Wszystko ucichło, wszyscy się rozeszli, nawet chłopaki z naszego „Foyer” wyszli na przechadzkę. Dziewczyny za karę musiały zostać w domu. W sobotę jadły poza godzinami posiłków w czasie jak chlopaki byli w polu. Ci się oburzyli i poprosili mnie, by je ukarać, bo dla niech już niewiele zostalo na wieczorny posiłek. I tak też się stało, dziewczyny zostały ukarane karą zaaplikowaną przeze mnie , ale „wymyśloną” przez chłopaków. Wesoło mamy prawda !?…. Tu nikt sobie „głowy nie zawraca” prawami dziecka ! W szkołach (nie wszystkich, na szczęście albo nieszczęście) kary cielesne są na porządku dziennym. I jakoś „dziwnie”, ale większość rodziców tam właśnie chce posyłać swoje dzieci.

 

Poniedziałek – 15 września 2003 – Wspomnienie Matki Bożej Bolesnej. Rano pobudka o 5:30, prace porządkowe. Modlitwa o 6:15 i po małym śniadaniu wszyscy do szkoły. Nie pada ! Msza Święta po różańcu jak codzień, z tym że bardzij uroczysta – śpiewana, tzn z chórem. Śpiewały „nasze dzieci” z „Foyer”. Nie był to chór poznańskich słowików, ale jakoś wypadło. Wieczorem duży wiatr i zgasło światło. Wszyscy poszli spać. Z Księdzem Eugeniuszem, przy lampie naftowej, omawialiśmy plany naszego budującego się kościoła. Dzieciaki śpią już od 20-tej. Normalnie w roku szkolnym od 19:30 do 21:30 jest samoksztalłcenie, …ale szkoła jeszcze się nie zaczęła na poważnie, więc niech sobie pośpią….

 

Wtorek – 16 września 2003 – Przyszli robotnicy robić pustaki. Ale jeden się skaleczył więc poszli do domu.

Środa – 17 września 2003 – Słońce od rana, pięknie. Odprawiłem Mszę Świętą o Robercie Bellarminie u sióstr o 6:30 ! Na śniadanie zjadłem chleb z dżemem i popiłem letnią wodą. Nie mogę ani kawy, ani herbaty. Chyba wrzód na żołądku; sam postawiłem diagnozę i zapisałem sobie leki. Jeszcze 4,5 tygodnia kuracji. Co wieczór dzieciaki robią mi jakąś miksturę z potwornie gorzkich kulek, owocopodobnych – niby ma pomóc. Zobaczymy czy pomoże i czy moja diagnoza była dobra ! Wszyscy w szkole. Wracają o 12:30. Środowe popołudnia nie ma lekcji, jak we Francji. Robotnicy robią pustaki. Jest 10:12. O 15:00 zapisy na rok katechetyczny 2003/2004.

 

 

Nowy rok szkolny 2004-2005

 

Nowy rok szkolny 2004-2005

 

 

WRZESIEN 2004

W poniedziałek, 6 września 2004 rozpoczął się rok szkolny. Ale oczywiście nie nauka. Jak wszystko w Afryce, i nauka musi się zacząć ze stosownym opóźnieniem. Oczywiście jak co roku, z nastaniem pory deszczowej, każda poważniejsza ulewa bardzo obniża motywację do pójścia do szkoły. Nie tylko uczniom. Nauczycielom czasem też.

Jako, że życie tu toczy się wolniej niż w Europie, pierwszy dzień roku szkolnego nie oznacza żadnego przyspieszenia, a uczniowie spokojnie ” rozpędzają się” do szkolnego trybu życia. Przez pierwsze tygodnie zapisują się do szkoły (zapisy w październiku są czymś normalnym, ale rekordziści potrafią to zrobić nawet w grudniu!!) Na szczęście ci, którzy jeszcze się nie zapisali w pierwszych dniach, wiele nie stracą, gdyż i w tym roku, zgodnie z tradycją pierwszy tydzień zacznie się od pracy fizycznej i karczowania z chwastów terenu szkolnego.

Dzięki Waszej pomocy finansowej mogliśmy w zeszłych latach wysłać do szkoły ok. 800 dzieci. W tym roku chcielibyśmy, by wszystkie mogły kontynuować naukę. Co więcej, jeśli będzie możliwość, postaramy się pomóc kilkunastu następnym. Nie wiem czy to się uda, bo nasi ” rodzice” czasami muszą zrezygnować z adopcji, ze względu na trudne warunki materialne. Ale za to wciąż pojawiają się nowi. Będzie jak Bóg zechce!

Serce się kraje, gdy dziecko chce się uczyć, a nie ma warunków finansowych. Tutaj chodzenie do szkoły i nauka wymaga naprawdę wysiłku i samozaparcia tych najbiedniejszych. Niektóre chodzą pieszo po 6-7 kilometrów aby dotrzeć do szkoły, dźwigając obowiązkowe 380 stronicowe zeszyty. Po szkole pomagają w polu. A potem dopiero mogą się pouczyć. Ale jak tu się uczyć, jeśli nawet nie ma stołu na którym można położyć zeszyty z notatkami? ( O książkach można zapomnieć. Są tak drogie, że mają je tylko najbogatsi.) Siada taki malec przy kiepsko świecącej lampce naftowej. Wokół cała rodzina. Obok uczy się czego innego starsza siostra. Młodsze rodzeństwo szaleje bawiąc się i chichocząc, za chwilę zaczynają bójkę. Mama coś je. A może też się uczy, bo tu przecież matką można zostać w wieku 16 lat, a podstawówkę ” ciągnąć” do 30….

Aby polepszyć warunki nauki, tym, którzy mają bardzo daleko do szkoły i pochodzą z najbiedniejszych rodzin stworzyliśmy nasz ” pięciogwiazdkowy” internat. Z każdym rokiem powiększa się nam gromadka. Teraz mamy 22 mieszkańców. To super, ale skrycie marzę o chwili, kiedy nasz internat będzie ogólnodostępny dla wielu dzieci, a nie dla kilkunastu czy kilkudziesięciu szczęśliwców.

Wczoraj oprowadzałem ” nowych” . Po raz pierwszy w życiu odkrywali takie zjawiska, jak woda bieżąca i kanalizacja. Trzeba ich wszystkiego uczyć od zera. Naprawdę!. Musiałem pokazać jak się odkręca kran. Trzeba było objaśnić chłopcom, że w pewnych sytuacjach podnosi się deskę klozetową. I naprawdę już nie dziwią mnie pytania takie jak ” A co to jest ta różowa wstęga co zwisa w łązience?”

Pozostałe dzieci otrzymują pomoc finansową. Bo szkoła to nie tylko czesne i zeszyty. Każde dziecko musi sobie sprawić obowiązkowy mundurek, strój gimnastyczny i buty sportowe, a często nie mają pieniędzy nawet na ołówki czy linijki. Ale pomalutku, powolutku z pomocą Boską i naszych kochanych ” rodziców” z Polski i nie tylko, dajemy sobie jakoś radę.

Ostatnio coraz bardziej pada i coraz częściej są burze. Muszę wtedy odłączyć się od internetu. Na szczęście nie na długo. Czasem trzeba sprawdzić co się w świecie dzieje.

Pozdrawiam Was wszystkich i z całego serca błogosławię.

Do zobaczenia w październiku!!!!

PAZDZIERNIK 2004

Ani się obejrzałem, a tu już październik się zbliża ku końcowi. Dzieciaki w naszym Foyer Saint Dominique powoli wpadają w tryb nauki. Nie zauważa się jak ten czas mija, szczególnie kiedy nic nadzwyczajnego się nie działo. Ostatnio dni podobne są jeden do drugiego. A taki ” dzień jak co dzień” zaczyna się o 5.30 porannym dzwonkiem na pobudkę. To Jacky 21-latka, najstarsza we Foyer, zrywa się rano i nie pozwala nam zbyt długo ” leniuchować” w łóżkach. Tu zmrok zapada bardzo szybko # ok. 18h30, tak więc lepiej wstać wcześniej by móc nacieszyć się dniem. Po pobudce, Jacky pomaga 7-letniej Alidzie i 4-letniej Hildzie ubrać się, a potem pędzi do szkoły. Dziewczyna musi się spieszyć, bo ma do przejścia 7 km, co zajmie jej pewnie około półtorej godziny. Tymczasem głuchoniema, 14 letnia Epiphanie odprowadza Alidę na taxi-moto do naszego sąsiada ( ma córkę w wieku Alidy i razem tą samą moto-taxówką jadą do szkoły) Hilda zaś z naszą najmłodszą Natou powoli wybierają się obok do przedszkola im św. Józefa, prowadzonego przez nasze siostry dominikanki. Reszta dzieci do 6.15 ma czas na wykonanie swoich obowiązków. Jedni karczują zielsko, inni zamiatają obejście lub myją werandę. Najstarsi i najsilniejsi noszą wodę do kuchni lub rąbią drzewo. W każdym pokoju jest dyżurny odpowiedzialny za pościelenie łóżek i umycie podłogi. Dodatkowo Salome i ja opiekujemy się naszymi pieskami. Ostatnio dostaliśmy od pewnego Greka z Yaounde bardzo sympatycznego owczarka niemieckiego, którego nazwaliśmy LoupLoup (Loup to po francusku Wilk; czyt. Lu-lu)

Podobnie jak na wsi, aby coś zjeść trzeba popracować od czasu do czasu na polu. Przeznaczamy na to 2 godziny w środę po południu (ze względu na standardowy podział ról – chłopcy pracują trochę dłużej niż dziewczyny) i cały sobotni ranek. Sobota po południu to czas prania, ale oczywiście najpierw wspólny sycący obiad o 12h30. Po pracy w polu wszyscy jedzą, aż im się uszy trzęsą. A potem już wielkie pranie, które bywa okazją do świetnej zabawy # woda, chlapanie itp. (Jeśli się jeszcze nie domyśliliście, to piszę – nie mamy tu pralki automatycznej.)

Pralki nie mamy, ale oczywiście mamy video. Bez pralki dzieci mogą przecież przeżyć, ale bez filmów ? Wieczorami oglądamy sobie różne mniej lub bardziej ciekawe ” dzieła sztuki” . Od czasu do czasu staram się pokazywać filmy nawiązujące do historii biblijnych. Potem urządzamy sobie quizy sprawdzające kto ile zapamiętał. Ostatnio oglądaliśmy filmy o Abrahamie, Józefie i Jakubie. A potem sprawdzaliśmy kto ma najlepsza pamięć . Pewnie nie wszystkie dzieciaki w Polsce znają odpowiedzi na pytania typu ” Jak miał na imię wujek Jakuba ?” ” Kto był ciotką Zaboulona?” ” Ilu i jakich synów urodziła Lea? ”

Oczywiście, dużym powodzeniem cieszą się najbardziej popularne filmy w stylu ” Zabili go a on uciekł” z udziałem gwiazd takich jak Arnold Shwarzeneger czy Sylwester Stallone. Gusty dziewcząt, które czasem chcą odpocząć od brutalności, też uwzględniamy. Parę tygodni temu, przeżywaliśmy ” powolne umieranie na ekranie” pt. ” Titanic” .

Nasze Foyer to taki mały klasztorek. Modlimy się codziennie na małym brewiarzu. Nasz liturgista wyznacza, kto będzie czytał czytania, kto śpiewał antyfony, kto będzie intonował kantyk Zachariasza czy śpiewy. Wieczorem po różańcu, jak co dzień, Msza Sw. W tygodniu krótsza w niedziele dłuższa. Po Mszy w niedziele, jest czas wolny. Zazwyczaj młodzi idą w podgrupkach na spacery lub odwiedzają najbliższych. Nasz ” mól książkowy” Mathurin od czasu do czasu dobiera się do naszej biblioteczki.

I tak mija dzień za dniem i tydzień za tygodniem. Za mniej więcej trzy tygodnie skończy się pora deszczowa i nie będzie już problemów z wyłączaniem prądu w czasie burz. Tak więc następne wiadomości będę pisał w nowej porze roku.

A tymczasem pozdrawiam Was wszystkich bardzo serdecznie i dziękuję za pamięć i wszelką pomoc.

Do zobaczenia w listopadzie!!!!

LISTOPAD 2004 

Wydawałoby się, że tylko co wysłałem list z październikowymi nowinami, a tu już się listopad kończy. W naszej polskiej tradycji jest to miesiąc szczególnie przypominający nam o świętych obcowaniu. Chyba prawie każdy wybiera się 1go listopada na cmentarz by odwiedzić groby najbliższych. Będąc w dalekim Kamerunie, w tym dniu szczególnie odczuwa się nostalgię za tym pochmurnym chłodnym wieczorem, wśród tysięcy zniczy i kwiatów na cmentarzu. Jak brakuje tej możliwości wypowiedzenia kilku słów modlitwy nad grobami najbliższych. Nad grobem mamy….

Jako, że mamy mały 4 grobowy cmentarzyk przyparafialny, przez całą oktawę Wszystkich Świętych chodziliśmy tam , jak przystało z procesją. Przez cały miesiąc odprawiałem nabożeństwa za zmarłych. Miałem też kilka pogrzebów, ludzi głównie zmarłych na AIDS i kilku 60-65 letnich staruszków. (mało kto dożywa 70-80)

Przez dwa pierwsze tygodnie miesiąca odwiedzałem również chorych, na tą nieuleczalną chorobę. To straszne patrzeć na tych, w większości młodych ludzi, którzy już nie mają szans na przeżycie. Brak wiedzy i edukacji oraz ich beztroski styl życia sprawia, że AIDS zbiera tutaj wielkie plony. Jedyne co mogę zrobić to starać się pomóc w najtrudniejszych chwilach chorym i ich najbliższym. Jednakże strasznie ciężko jest pocieszać w szpitalu ludzi płaczących ze strachu przed śmiercią. Tak naprawdę nigdy do końca nie wiem co mogę im powiedzieć by przynieść ulgę. Pobożne nadzieje często są zupełnie niezrozumiale dla kogoś kto po chrzcie świętym nogi w kościele nie postawił i przesiąknięty jest zabobonami i miejscowymi czarami do szpiku kości. W czasie pogrzebów by dodać otuchy rodzinie, mówiłem tylko, że wielką łaską jest umrzeć w listopadzie, a może do kogoś cos dotrze…..

Nie chcę jednak byście mieli wrażenie, że cały czas u nas jest smutno. W połowie listopada mieliśmy gości – ojców kapucynów. Byli to polscy zakonnicy, pracujący na misji w Gabonie, którzy nas odwiedzili. Ich wizyta trwała trzy dni. Podróż niewiele krócej . Wydawałoby się, że Gabon, który graniczy z Kamerunem jest tak blisko. Ale żeby do nas dojechać, trzeba spędzić w podróży całe dwa dni. Podczas tej krótkiej wizyty staraliśmy się jak najbardziej nacieszyć obecnością naszych gości. Dało nam to wiele radości, ale też wymagało ciągłego wysiłku, by zapewnić im jak najlepsze warunki pobytu.

Pod koniec miesiąc obchodziliśmy 10-lecie archidiecezji. Odbyła się wspaniała uroczystość. Honorowymi gośćmi byli czterej biskupi naszej prowincji kościelnej i miejscowy gubernator. Uczestniczyło w niej kilkudziesięciu księży, przeszło setka kleryków i tysiące ludzi. Po uczcie duchowej – eucharystii, nastąpiła uczta dla ciała. Wszyscy byli zadowoleni i objedzeni jak nigdy.

W międzyczasie płyną dni po kolei. Powoli zmienia nam się pora roku. W Polsce już ponoć padał nawet śnieg i robi się coraz zimniej, a u nas na odwrót. Teraz już prawie wcale nie pada i robi się coraz goręcej, a nawet uściśliłbym, że to gorąco robi się coraz okropniejsze. Teraz czeka nas prawie pół roku suszy.

Ostatnio zaczął się psuć nasz stary poczciwy samochód. Coraz więcej czasu spędzam na jego naprawie. Oprócz bycia księdzem, muszę być jeszcze mechanikiem, hydraulikiem, stolarzem i wychowawcą i nie wiem kim jeszcze. Ostatnie dni przyniosły ze sobą tyle pracy, że nie mam nawet czasu zająć się swoim zdrowiem – zaczął mnie dokuczliwie boleć ząb i daje się ostro we znaki. A ja już nie wiem za co się zabrać.

Dlatego tak bardzo serdecznie dziękuję Wam wszystkim za modlitwę i pomoc materialną. Bez Was bym w ogóle sobie chyba nie dał rady. Serdeczne Bóg zapłać za Waszą pamięć i troskę!

GRUDZIEN 2004

Trochę spóźniony list, ale mam nadzieję, że mi wybaczycie. W “grudniowych wieściach” należy napisać o Bożym Narodzeniu. I nagle robi się styczeń. Jak się domyślacie cały miesiąc zajęło porządkowanie dusz i mieszkań na przyjęcie Jezusa. W czasie adwentu objeżdżałem kolejne wioski i spowiadałem. Niestety spowiadają się tylko dzieci i młodzież do lat 13-14. Starsze dziewczyny są już często w związkach i z racji konkubinatu nie mogą się ani spowiadać ani przystępować do komunii. Czas spowiedzi (na szczęście tylko 1-2 godziny) mogłem potraktować jako adwentowe umartwienie, gdyż przez cały czas cięły mnie niemiłosiernie prawie niewidoczne muszki mut-mut.

Po spowiedzi odprawiam Mszę świętą z długim kazaniem i z wszystkimi zwrotkami wszystkich pieśni. Następnie odbywa się biesiada z katechistą i notablami wioski, oczywiście w jednym z najlepszych domów w wiosce. (“najlepszy” niekoniecznie znaczy “w dobrym stanie” .) Miejscowe jedzenie popijamy palmowym winem. Wino takie robi się w następujący sposób. Ścina się palmę, a następnie nacina. Z nacięć, do podstawionego naczynia, zaczyna ciurkiem lecieć ciecz o kolorze rozwodnionego mleka. Z jednej palmy zbiera się tego w sumie ok. 120 litrów, ta spływająca z nacięć ciecz w ciągu 2-4 godzin fermentuje i nadaje się już do picia. Jako “karafka” służy nam zazwyczaj plastikowy bidon, a jako “kieliszki” wykorzystujemy plastikowe kubki lub słoiki. Niestety wadą tego trunku, są bardzo licznie utopione owady, które trzeba zdmuchnąć nim rozpocznie się “degustację”

Objazd zacząłem od wioski Kano oddalonej o 55 km. Tutaj ubyło nam sporo wiernych, gdyż od 2 lat działa tam katolicki kościół gallikański. Tam Pan Bóg jest “bardziej miłosierny” , gdyż poligamia nie przeszkadza w przystępowaniu wiernych do sakramentu komunii świętej . Sam kościół we Francji ma tylko kilka tysięcy wiernych zgromadzonych w kilku zaledwie kościołach, ale tutaj, jak się domyślacie, zaczyna robić furorę. Żal tylko, że katechista z Kano (najbardziej światły), jest w konflikcie z poprzednim katechistą, co nie ułatwia nam utrzymania ludzi w naszym kościele rzymskim.

W innych wioskach bywa różnie. Czasami nie mam odpowiednich ludzi na katechistów, czasami są z nimi problemy. Kaplice też bywają różnej jakości. Niedługo napiszę o tym więcej.

W grudniu kończy się trymestr szkolny. Dzieciaki z foyer przyniosły świadectwa. I powoli zaczęły się zbliżać święta. Już na tydzień wcześniej zaczęły się wielkie porządki: zamiatanie pajęczyn, mycie ścian i podłóg, pranie nielicznych zasłon i firanek oraz ubrań, itp. Itd.

Najpierw, w ramach rekolekcji dla parafian, przeprowadziłem półtoragodzinną konferencję, następnie odmówiliśmy różaniec i odprawiłem Mszę świętą. W ramach jednodniowej “przerwy” porządkowaliśmy teren dookoła kościoła, a w międzyczasie spowiadałem. Następny dzień to były rekolekcje młodzieżowe. Od 7 rano: konferencja, różaniec, a potem praca w grupach na temat: “Młodzi i kościół” . Potem odprawiłem Mszę i o 13 zakończyliśmy wszystko wspólnym posiłkiem. Nazajutrz – 23go grudnia zorganizowaliśmy wieczorek kulturalno oświatowy. Atrakcją były występy chóru młodzieżowego, skecze, balet dzieci, oraz dwie scenki teatralne.

Dzień wigilii przeszedł spokojnie. O 17.30 odmówiliśmy różaniec. A jako, że wspólny wigilijny wieczór jest tu nieznany, poszedłem na kolację do sióstr. Połamaliśmy się opłatkiem, posłuchaliśmy kaset z kolędami, trochę przynuciliśmy i zjedliśmy parę dań “a la polonaise” .

Pasterkę zaczęliśmy o 20. Jest to czwarte co do wielkości religijne wydarzenie po Środzie popielcowej, Mszy Wielkiej Nocy i Mszy porannej w samo Boże Narodzenie. Tak najwięcej ludzi jest na Mszy w Srode popielcowa. Dlaczego ? …Napisze w swoim czasie. Tym razem na Pasterce było trochę mniej ludzi, gdyż nie było chrztów, które odbyły się nazajutrz 25 grudnia. Jak zwykle Msza była bardzo uroczyście celebrowana przez naszego biskupa –Roger. W koncelebrze był również ks. Andrzeja Kryńskiego – rektora Akademii Polonijnej w Częstochowie i ja. Jako, że nie było w tym roku nikogo do bierzmowania, biskup udzielił chrztu 17 dzieciom i jednemu dorosłemu.

Potem, zaprosiłem gości: biskupa, ks. Rektora Andrzeja i jego znajomego młodego belga, Adriana, na poczęstunek do plebanii. Na przekąskę były orzeszki arachidowe. Głównym daniem mięsnym była oślina (dzień wcześniej było osłobicie ). Dla części zaproszonych była to pierwsza degustacja… Na szczęście na deser były ananasy, arbuzy, papaje, i wspaniale przyjęte ciasta od sióstr – placek z makiem i babka.

A tym jak witaliśmy Nowy Rok napiszę pod koniec stycznia. Ale już Wam życzę wszystkiego najlepszego i z serca błogosławię!!!

STYCZEŃ 2005

Ze względu na to, że otrzymuję od Was wiele pytań, postanowiłem odpowiedzieć na najczęstsze. Mam nadzieję, że to wiele wyjaśni. Co więcej – może zechcecie zachęcić swoich znajomych by przyłączyli się do naszej akcji. Teraz będzie Wam o wiele łatwiej, gdyż sami będziecie mogli udzielić im informacji potrzebnych do podjęcia przez nich ostatecznej decyzji. Załączając ten list, lub kierując ich do naszej strony internetowej, odpowiecie na ich wszystkie wątpliwości – i mam nadzieję, zachęcicie do przyłączenia się do naszego łańcucha ludzkich serc.

O tym, co się u nas ostatnio działo, napiszę w liście “lutowym” .

Życzę miłej lektury i serdecznie Was pozdrawiam i błogosławię!!!

Que Dieu Vous benisse i do zobaczenia w lutym 2005

 

 

 

 

Podlaskie złote rączki – motorowcy Roberty

Cześć Darek!

 

Krok, po kroku wracam do zwykłego rytmu dnia, pracy… Nazbierało się wiele spraw – przeważnie zawodowych – które należą do tych, co były do załatwienia „na wczoraj”. Z trudem wypracowuję wolną chwilę, żeby napisać tych kilka słów, które napisać muszę koniecznie !!!

Przede wszystkim, to WIELKIE DZIĘKI ! – za zaproszenie, gościnę, pomoc przy załatwianiu dokumentów, ustalaniu trasy, załatwianiu noclegów i w końcu za pożyczony obiektyw do aparatu ! Burza emocji i doświadczeń jakie przywieźliśmy ze sobą do domu nie przemija, a przy oglądaniu zdjęć i filmików dodatkowo rośnie, hehe . Nie spodziewałem się, że spotkanie z Afryką okaże się „zderzeniem” z Afryką. Doświadczenie Afrykańskiej rzeczywistości chyba na zawsze wryło się w moje postrzeganie świata, życia, siebie samego…

Muszę Ci się przyznać, że pierwsze chwile u Was w Misji były trochę… szokujące. Wyrwany z europejskiego postrzegania świata, rodziny, relacji, itd. miałem ciągłą gonitwę pytań : dlaczego to…, dlaczego tak… Myślę, że chyba każdy przyjezdny przeżywał lub będzie przeżywał to samo ( taki lekki szok ), bo jak niby pojąć, że kilkuletnie dzieci muszą tyle i tak pracować że jedzą raz, dwa razy dziennie, wstają tak rano, itd… Dzisiaj wiem, że gdybym wyjechał od Was nie widząc życia poza murami Misji, to miałbym mieszane uczucia.

Dopiero 2 tygodnie podróży przez cały Kamerun pokazały mi, jak wiele szczęścia mają Wasze dzieciaki. Dopiero w konfrontacji z biedą, chorobami, głodem, opuszczeniem innych dzieciaków widać, że Epi, Sonia, Jason, Natasza i cała reszta małolatów wygrały „los na loterii” i otrzymały szansę na normalne życie.

Z całym przekonaniem dziś piszę : DOBRA ROBOTA, Dominikaninie !!!

W pierwszym momencie można się pogubić, bo przenosimy na grunt Kamerunu nasze 

EUROPEJSKIE kryteria, doświadczenia i oczekiwania, a przecież rzeczywistość jest Afrykańska… W pewnych sytuacjach trzeba postępować twardo i konsekwentnie ( tak trochę „bez serca” ), bo przecież nieubłaganie zbliża się czas, kiedy dzieciaki z Misji same będą musiały zmierzyć się z dorosłym życiem. Będą musiały być twarde, pracowite i jednocześnie wiedzieć, że siłę czerpie się z modlitwy i wypracowanych ciężko przyjaźni ! Dopiero z takiej perspektywy widać, że dzieci z Misji, to nie „ciepłe kluchy”, które trzeba będzie niańczyć przez całe życie, ale osoby dobrze przygotowywane do konkretnych realiów życia. Myślę, że to, że dzieci mają co jeść, gdzie spać, w co się ubrać, chodzą do szkoły i nie czują się samotne, to wielki sukces Twój i wszystkich ludzi, którzy Wam pomagają ( tu wspominam blond Anię i tych, których nie znam osobiście, a tylko z Twoich i Ani opowiadań ).

Ten dzisiejszy mail doczeka się jeszcze kontynuacji, bo bogactwo wrażeń i doświadczeń przywiezionych z Kamerunu nie da się zamknąć w jednym liście… Dziś chciałem tylko krótko opisać moje spotkanie z Wami, z rzeczywistością Waszego życia, zaskoczeniem – nawet lekkim szokiem – i w końcu zrozumieniem dlaczego życie w Misji musi być poukładane w taki to właśnie sposób.

Dziękuję za wszystko, co mnie dzięki Waszej dobroci i uprzejmości spotkało. Modlę się o wytrwałość dla wszystkich zaangażowanych w to dobre dzieło, szczególnie za Ciebie i ludzi ze Stowarzyszenia, by nie zabrakło gorliwości i wiary w słuszność Waszej ciężkiej pracy. Mam nadzieję, że jeszcze będzie mi dane spojrzeć osobiście w te kilkanaście czarnych, niezapomnianych par oczu… Pozdrów ode mnie i drugiego Roberta dzieciaki i całą resztę mieszkańców misji !