yt kanał misji
Archiwa

Poznania Ani z Poznania

KOLOROWE SNY

W Afryce jestem już dwa tygodnie. Już? Oczywiście, jestem dopiero dwa tygodnie. I gdy będę wyjeżdżać za prawie trzy miesiące, też będę mogła powiedzieć- byłam tu zaledwie trzy miesiące.
Nie będę więc pisała o Afryce, bo cóż mogę o niej powiedzieć, ja Europejka przeżarta europejskim patrzeniem na świat, racjonalnym, zawsze najlepszym, wszystko klasyfikującym i doczepiającym etykietki.
Będę próbowała jedynie dzielić się moim tu i teraz.
TU – to „Foyer St. Dominique” czyli teren ok 2000 m2, ogrodzony wysokim murem na przedmieściach Yaounde, dokąd prowadzi już tylko bita droga, no może w porze deszczowej raczej rozbita.
TERAZ – to, chwila, w której opisuję to miejsce, jego mieszkańców i moje odczucia, bo przecież wszystkko co będę opisywała będzie subiektywne jakkolwiek bym się nie siliła na obiektywizm.
Moje dzisiejsze tu i teraz będzie dotyczyło wcorajszego wieczora. Jemy z O. Darkiem kolację, .rozmawiamy o dzieciach, mówię, że tak wcześnie wstają jeszcze przed piątą choć Msza jest dopiero o szóstej. O. Darek odpowiada,- one tak wstają z zimna, wolą wstać i się kręcić, cokolwiek robić niż marznąć leżąc. Rzeczywiście, łóżka trzy kondygnacyjne, jeśli tak można powiedzieć, dzieci maja od niedawna. Wcześniej spały na podłodze. Materace na łóżkach liche, do granic możliwości – sama gąbka już mocno zużyta, brak prześcieradeł, kocy, przykryć, poduszek, na dodatek troje dzieci jeszcze się w nocy moczy, co dodatkowo utrudnia sprawę. W tym domu dzieci są od marca, wszystko jest nowe lecz tylu rzeczy brakuje. Były przecież ważniejsze potrzeby, budowa domu, a wcześniej zakup gruntu pod dom. Nowa duża inwestycja, a przecież jeszcze funkcjonuje stary dom w Bertua, gdzie są dzieci, dodatkowo studenci, doktoranci, rodziny, którym O. Darek pomaga, a wszystko z tych samych pieniędzy, których niestety nie przybywa, i są tylko od darczyńców – ludzi dobrej woli. Przybywa jedynie potrzebujących. Od jakiegoś czasu przychodzą z malym dwu-miesięcznym dzieckiem, – mówi O. Darek – ale jak ja mam wziąć, kto się nim zajmie, to niemożliwe.
Teraz w Foyer jest szesnaścioro dzieci, od 7-letniej Patrycji, po 22-letnią Epiphanie. W tym czterech chłopców. Szesnaście światów, szesnaście historii życia, szesnaście cierpień, tęsknot i bólu, szesnaście marzeń. Tych szesnaście światów nakłada się tu w Foyer na siebie, tu się spotkały aby przeżyć czas niesamodzielny swojego życia, a potem pójść własną drogą. Jakie będą te drogi tego nie wiemy? Możemy jednak dziś zrobić coś aby te drogi były bardziej proste, aby nie były labiryntem bez wyjścia.
My jesteśmy głodni nowych newsów, wrażeń, sensacji, tu dzieci i nie tylko są zwyczajnie głodne, po prostu z braku pożywienia.
Pytamy nasze dzieci, co chciałyby robić w przyszłości. Jeden z chłopców Jack Andrzej, odpowiada – chciałbym zawsze mieć co jeść.
Sama mam czworo dzieci i moim taka odpowiedź nigdy nie przyszłaby do głowy. Twoim dzieciom, Tobie, chyba także nie?
Jeśli to czytasz i masz co jeść, gdzie spać, masz swoją poduszeczkę i kołdereczkę to może pomyślisz, i dotrze do Ciebie, że w Afryce też czasem jest zimno, i właśnie Ty możesz kogoś ogrzać, i czyjeś sny na poduszce od Ciebie staną się kolorowe.

PIERWSZE KOTY…

Dziś najmłodsze dziewczynki Michu, Ingrid i Patrycja przyniosły swoje pierwsze testy sprawdzające ich poziom wiedzy przyswojonej dotychczas. Test dotyczy matematyki, francuskiego oraz angielskiego. Sprawdzana jest umiejętność rozwiązywania zadań, myślenia analitycznego, logicznego, rozumienia i pisania tekstu, słownictwo j. angielskiego, budowa zdania, wymagania całkiem spore jak na ten wiek. Tak więc nasze gwiazdy miały te swoje pierwsze koty… Patrycja rzeczywiście wypadła jak gwiazda, na 20 punktów zdobyła 14. Natomiast pozostałe dwie kompletna klapa, jedna 0/20, druga 4/20. Wstyd, płacz i tyle wszystkiego gdy trzeba było przedstawić testy do podpisu Marianne, która jest opiekunką dzieci. Patrycja najmniejsza, najdrobniejsza, chucherko kompletne, stała z taka miną jakby też była czegoś winna, zupełnie nie wyglądała na bohaterkę mimo, że jej gratulowano i podziwiano. Taka mała ale sprytna myszka, jej postura może zmylić ale po krótkim poznaniu widać, że umie walczyć skutecznie o swoje i gotowa jest „przywalić” przeciwnikowi choć z pozoru nie ma szans, nie odstrasza jej ani wielkość ani wiek adwersarza. Podziw dla Patrycji jest podwójny. Pierwszy za to, że taka niepozorna i „zmylająca” przeciwnika, drugi, za to, że w takich warunkach, taki rezultat. Patrycja jak reszta dzieci około piątej rano jest już na swoich malutkich nóżkach. Najpierw musi zejść z „pierwszego piętra” łóżka, ubrać sie choć jeszcze ciemno i zimno (a tak zimno jest rano, nawet 11 st.) Znaleźć ubranie szkolne, trochę się ochlapać wodą, przygotować swój mocno nadwyrężony tornisterek (najpierw przeznaczyłam go do kasacji tak fatalnie wyglądał, potem jednak pozszywałam i jakoś żyje). O szóstej Msza, przebieranie do szkoły, ostatnie porządki i wymarsz do szkoły, na 7:30. Na szczęście nie daleko, ale to dla mnie, jednak dla takiego 7-letniego człowieczka droga wydaje się dłuższa. W szkole cały dzień do prawie szesnastej. W domu trochę zabawy, drobne pranie, mycie się i czas na odrabianie lekcji. O 17:30 codzienny różaniec, cała część, czyli jak to się u nas mówi 50 „zdrowasiek”. Tego Patrycja najczęściej nie wytrzymuje, monotonny, jednostajny rytm modlitwy skutecznie staje się kołysanką, która pozostawia ją uśpioną na ławeczce. Budzi się dopiero zapachem jedzenia. Myślicie może, że w rozkładzie dnia Patrycji coś pominęłam, wypadło śniadanie i obiad? Ależ nie! Ten wieczorny posiłek to pierwszy i jedyny w ciągu całego dnia, może coś uda się zjeść rano albo po lekcjach, ale nie jest to planowane. Obrońcy wszystkich biednych i uciśnionych pewnie kipieli by z oburzenia. No cóż, tu tak jest drodzy Państwo, nie wszystkie dzieci w tym kraju mają nawet ten jeden posiłek. Nasze, zapewniam na umierające z głodu nie wyglądają. Nauka jeszcze trwa do ok. 22. Jak to wygląda? Jeden na kolanie, drugi na ławce zeszyt sam na posadzce, trzeci przy jedynym stole i tak na zmianę. Nie ma tyle stołów ani krzeseł. Pokoje 3X3m dla trojga albo nawet czworga dzieci nie nadają się do nauki, nawet nie ma w nich stołów. To kolejna bolączka Foyer Saint Dominique, miejsce i warunki do nauki. A szkoła to naprawdę priorytet dla o. Darka, dzieci posyłane są do różnych szkół czasem nawet odległych, aby zapewnić im najlepszy start i życie. Nie wszystkie szkoły są bezpłatne a nawet w tych bezpłatnych ciągle trzeba za coś płacić (to akurat bardzo dobrze znamy z naszego kraju) – także w sprawie podręczników, które są jeszcze droższe niż w Polsce. Tak oto, opisałam dzisiejszy szkolny dzień z akcentem na Patrycję. Mam nadzieję, że jeśli to czytasz, to masz komputer, ładne biurko czy stolik, przyzwoite krzesło lub fotel, nocną lampkę, miękki dywan i całą resztę niezbędnych przedmiotów. I bardzo dobrze, i tak ma być, to prawo każdego z nas, na to ciężko pracujemy. Mamy jednak jeszcze jedno prawo, nie obowiązek ale prawo, wolnego człowieka do tego aby się swoimi dobrami podzielić. Nikt nie może nam tego nakazać, to prawo naszej wolnej woli i prawo godności każdego z nas. Możesz skorzystać z tego prawa i pomóc Patrycji oraz jej koleżankom i kolegom, jej rodzinie, bo tu wszyscy są jak rodzina. Akurat Patrycja jest półsierotą bez mamy, ojciec ma nową rodzinę i jej nie chce. Możesz też stać się jej rodziną przez pomoc albo adopcję serca (zobacz jak na naszej stronę www.misja-kamerun.pl). A niech tam, Twoje pierwsze koty niech też pójdą za płoty, skorzystaj ze swojego prawa do pomocy.

WIATR I SŁOŃCE

Tego już dosyć.
Kolejna gwiazda przyniosła test z wynikiem 1/20. Tym razem dokładniej mówiąc to gwiazdor, i wcale nie jest to zabłąkany przedwcześnie jegomość w czerwonym paltociku i czapeczce oraz workiem prezentów pod pachą.
Co robić więc z tą plagą nieuctwa i braku zapału? Przygotować lepsze kije do wbijania wiedzy poprzez odpowiednią część ciała? Wydłużyć czas nauki?
Jaką groźbą czy karą mobilizować to oporne na wiedzę towarzystwo?
Zrobiliśmy burzę mózgów. Burza jak to burza, zapowiada się tu a pojawia gdzie indziej. Może więc nie karać ale nagradzać?
Na początek zorganizujemy wielki konkurs na mistrza tabliczki mnożenia.
Jako, że matematyka królową nauk, od jaśnie pani zaczniemy walkę o edukację naszych dzieci. Sprawdziłam już ich wiedzę w tym temacie, słowa tabliczka mnożenia sa znane, reszta już mniej. Po półgodzinie od rozdania kartek z przykładami mnożenia w zakresie do 4, przyniesiono mi napisane wyniki ale i te nie zawsze były prawidłowe.
Każdy dostał więc zeszyt z zapisanymi działaniami w zakresie do 100 i nakaz nauczenia na pamięć. Biedaki i owszem nad zeszytami siedzą, ale z głowa raczej w chmurach niż w liczbach. Stąd konieczność burzy mózgów i decyzja o konkursie i nagrodzie dla zwycięzcy. Nagroda dość przyziemmna, niezbyt wyrafinowana ale miejmy nadzieję, że będzie skuteczna. Jeden tysiąc tutejszych franków czyli ok 6,5pln. Nasze dzieci nie dostają kieszonkowego więc będzie to dla nich wielka radość móc samodzielnie zagospodarować taką kwotą a dodatkowo będą się uczyły jaka jest wartośc pieniądza. Gdy wszystko co potrzebne tylko dostają nie wiedzą ile to wymaga wysiłku i pracy.
Dla trzech najstarszych dziewcząt będzie konkurs, gdzie wygrana już odpowiednio 10 tys. Fanków. Mamy tu problem z utrzymaniem czystości, w pokojach i na zewnątrz budynku. Zadaniem dziewczyn będzie więc przez tydzień każda, pilnowanie aby zawsze było czysto. Która ten porządek najlepiej wyegzekwuje, ta wygra.
Średniaki, czyli nastolatki też nie mogą być poszkodowane. Dla nich konkurs z wiedzy religijnej. Wiszą tu na ścianie teksty dziesięciu przykazań, sakramentów, akt wiary nadziei i milości. Też opornie bardzo przyswajane. Będzie więc okazja do przyspieszenia- warta 2tys. Franków.
Jeśli to poskutkuje zaczniemy wdrażać tę metodę nagradzania i rywalizacji zarazem.
Pamiętam kiedys w nasej polskiej TV, oglądałam taki krótki filmik animowany.
Wiatr i słońce załozyli się widząc człowieka w płaszczu idącego drogą, kto będzie w stanie szybciej i skuteczniej nakłonić go aby płaszcz zdjął.
Rozpoczął wiatr, dmuchał, gwizdał, czlowiek się przewracał, kulił, chował głowe w płaszcz, wreszcie usiadł, cały się otulił płaszczem i próbował w ten sposób przetrwać nawałnicę. Udało się, bezsilny wiatr szalał jeszcze ale w końcu musiał ustąpić.
Potem wyszło sońce i zaczęło coraz mocniej i mocniej przygrzewać. Skulony człowiek wyprostował się, przeciagnął, zdjał wreszcie płaszcz. Było już zbyt ciepło aby dalej w nim siedzieć. Czlowiek położył płaszcz na trawie, sam sie na nim wyciągnął i grzał się na słońcu.
Dla mnie ta historyjka miała zawsze taki wydźwięk, że wygrać można tylko dobrem, a nie zlem, nagrodą , a nie karą. Z tym, że wszystko trzeba mądrze rozważyć i wybrać nagrody naprawdę mobilizujące i uczące dobrego.
Tym razem zadam pytanie. Co o tym myślisz? Podziel się z nami.
Jak widzisz taką metodę w przypadku naszych dzieci?
Może masz jakiś inny bardziej skuteczny sposób i pomysł?

HAUT COUTURE

Dziś będzie o modzie. Na szczęście nie wypowiem się na temat sezonu jesień-zima w Paryżu czy Mediolanie, ale może co nieco o sezonie przełomu pory deszczowo-suchej w Yaounde.
Zacznę od głowy, czyli rzecz o fryzurach. Głowa jest tu bardzo ważną częścią ciała i słusznie, myślę nawet, że najważniejszą. Wnioskuję to po:
a). Ilości salonów fryzjerskich
b). Niezliczonej ilości przeróżnych spotykanych fryzur.
Nazwa salon to może zbyt dużo, choć właśnie takie nazwy widnieją. Najczęściej bowiem jest to malutki pokoik, w którym siedzi pani i może bez przesady ma dwa grzebienie. W tych fryzurach zresztą nie o grzebienie chodzi. Żadnej umywalki też tam nie uświadczysz, bo i ta zupełnie niepotrzebna.
No to co u licha potrzebne?
Głowa cudza, znaczy klientki – o to co na pewno. Jakość włosów, długość włosów, też nie ma znaczenia. Przychodzisz z krótkimi, wychodzisz z włosem powiewającym do pasa. Tu w zabiegach liczy się głównie: czas, cierpliwość i zasobność portfela.
Można wpaść do salonu na szybkie uczesanie, czyli zaplecenie na całej głowie cienkich warkoczyków, cienkich z racji tutejszych włosów. Kobiety tu najczęściej mają włosy liche, tylko rozczesane wyglądają jak przysłowiowe już „ jakby piorun w miotłę strzelił” – dosłownie bardzo. Trzeba więc je okiełznać. Te warkoczyki to sposób najprostszy i najtańszy. Ale klientka, może zechcieć wyjść z włosami do pasa, wtedy musi mieć czas, cierpliwość i kasę. Taką fryzurę można robić pół dnia. Potrzebne są obce cieniutkie warkoczyki, które wplata się we własne włosy. Obce tzn. Albo sztuczne albo z włosów prawdziwych sprowadzanych najczęściej z Brazylii.
Warkoczyki mogą mieć różne kolory, fryzura wtedy też jest kolorowa, ale nie upstrzona wszystko na raz lecz albo cała fioletowa, blond, rudy itd. Nigdy bym nie powiedziała, że tu tyle blondynek chodzi po ulicach, to bardzo tu modny i ceniony kolor, trudno się dziwić.
Jeśli ktoś nie chce warkoczyków, bo to bardziej prymitywne rozwiązanie może doczepiać włosy proste. Jest to tak zrobione, że na pierwszy rzut oka nie widać, że to sztuczne włosy. Są więc tu rusałki z długimi prostymi włosami, krótkimi też prostymi w różnych kolorach a wszystko jest właśnie doczepiane. Nie jest to żadne prostowanie, bo ich włosów się nie wyprostuje, poza tym te włosy są naprawdę wyjątkowo cienkie, słabe, takie kędzierzawe piórka. Doczepione zaś włosy są sztywne i nawet długie są jak czapy. Nie są to niestety nasze delikatne, lejące się wręcz, słowiańskie włosy.
Nigdy nie pomyślałabym, że tyle można wycudować na głowie. My jesteśmy pod tym względem kopciuszkami, u nas robi się tyle przedziwnych zabiegów i zmian ale nie umywa się do tego co widzę tutaj, biorąc pod uwagę jakość włosa.
Panowie nie są już tak wymagający i tu jeszcze niczym nie byłam zaskoczona.
Młodsze dzieci, dziewczynki jak i chłopcy często są obcięci do skóry, ze względów głównie higienicznych. Nasze niamaniama tak właśnie wyglądają poza Michu, która ma zdecydowanie najładniejsze włosy ze wszystkich w ogóle. Małe dziewczynki noszą też śmieszne fryzurki, dużo sterczących warkoczyków wyglądają jak kosmitki albo jeżyki.
Jeśli chodzi o garderobę, tu też istnieje podział na pret-a-porter czyli ubrania seryjne współczesne oraz stroje tradycyjne. Ta współczesna podobna do spotykanej u nas na ulicach, bardziej może monotonna , gorsza jakościowo i mniej wyrafinowana.
Jednakże na pewno kobiety chcą tu być kobiece i lubią to podkreślać. Zdecydowanie nie ma tu tzw. Babo-chłopów, czyli kobiet niezdecydowanych, w która stronę wyruszyć bardziej męską czy damską. U nas niestety plaga ta coraz bardziej się rozszerza i wędruje do nas z bardzo już babo-chłopskiego zachodu, szczególnie z Niemiec, gdzie jest to ulubiony styl wielu pań.
Drugi styl tradycyjny, to suknia zwana kaba. Z wzorzystych, bardzo kolorowych, afrykańskich deseni. Kaba jest szeroka, góra to krótki staniczek a dalej namarszczony i szeroki dół. Wygląda to podobnie jak suknia ciążowa. Ma krótki rękawek albo bez. Muszę się pochwalić, że będę szczęśliwą posiadaczką kaby. Już zdjęto ze mnie miarę. Wybieram się bowiem na ślub i wesele i kaba jest wtedy obowiązkowa. Finansuje to dla wszystkich gości pan młody, podobnie jak ubiór dla mężczyzn.
Tak trafiłam do mężczyzn. Otóż ich strojem tradycyjnym jest taki wzorzysty garniturek. Z tego samego materiału koszula z krótkim rękawem, bez kołnierza i nierozpinana oraz spodnie. Jak dla nas przypomina to … piżamę. Oprócz strojów tradycyjnych, panowie noszą się podobnie jak u nas. Wszystko zależy od zasobności portfela i gustu. Jako, że to stolica, czyli różne urzędy, widuje się dużo mężczyzn w garniturach. To już właściwie koniec tej opowiastki o modzie. Może jeszcze kilka słów o stroju szkolnym. Dzieci i młodzież szkolna do 14 lat to ważna część społeczeństwa Kamerunu, bo jest ich aż 41%. Każda szkoła ma swój strój, są one śliczne , kolorowe, proste i bardzo wdzięczne. Dla dziewczynek może to być bluzka i bezrękawnik albo sukienka. Różne fasony i kolory nawet różowe,pomarańczowe, jedno i dwukolorowe. Dla chłopców koszula i spodnie i też różne kolory te same co dziewczęta. Rano gdy wszystkie dzieci idą do szkoły widok jest, zapewniam przepiękny. Od razu widać kto jest uczniem i z jakiej szkoły.
W tej sprawie zapraszam naszych decydentów z Ministerstwa Oświaty na wycieczkę do Kamerunu – wiele by się nauczyli.

ESTETKA I FINISTERRA

Lubię piękno wokół siebie. Piękne wnętrza i przedmioty, szlachetne tkaniny, cenne bibeloty. Zawse też lubiłam sama kształtować moje otoczenie, od dawna interesuję się modą i stylami wnętrz, wszelkimi nowinkami w sztuce wystroju wnętrz. Sama maluję meble, zajmuje się tapicerką, decoupagem, techniką malowania shaby chic. Sama szyję,dziergam, wyszywam, projektuję. Przed wyjazdem szykowałam się na warsztaty witrażu ale odłożyłam to na później. Tak więc jestem na pewno estetką. Co więc ta estetka robi tu na końcu świata, bo tak dla przeciętnego Polaka na pewno jawi się Kamerun?
To inna historyjka i na inną opowiastkę dla wytrwałych podglądaczy tego co się u nas dzieje.
W każdym razie każdemu estecie skrzydełka tu szybko opadają. Biedak patrzy i oczom nie wierzy i ciągle sobie zadaje pytanie, ale nie czy to jest miłość czy to jest kochanie jak w piosence Marka Grechuty, tylko „co ja tutaj robię”, jak śpiewają Elektryczne Gitary; co to za bajka, jaka zła wróżka mnie tu przeniosła?
Estetka po przyjeździe dostaje pokój do swojej dyspozycji na czas pobytu, 2,5X2,5m, małe okienko z drewnianymi szprosami, regalik z bambusa, stolik ze zwykłych desek nieoszlifowanych, pomalowany jedynie na błękitno. Krzesło plastikowe, łoże małżeńskie w stanie użytecznym, materac, cienki sama gąbka, prześcieradło, dwa cienkie śpiwory. Jedna czynna jarzeniówka. Dodatkowe wyposażenie: mysz sztuk-1, pająk, karaluchy słusznej budowy, muchy, komary, insekty nierozpoznawalne, sztuk – ilość nieoszacowana. Podłoga – wylany i wygładzony beton z wyraźnymi wżarciami czerwonej ziemi, aha i miotła z rózeg. Sufit jest, jedno gniazdko elektryczne także. Estetka zadziwiona i zaniepokojona, a gdzie łazienka, a gdzie toaleta? A jakże, gospodarz czyli O. Darek jest nadzwyczaj uprzejmy prowadzi do toalety i łazienki według życzenia. 2 w 1, no cóż może być i tak, ale zaraz? Żółta, plastikowa kotarka w drewniano murowanym baraczku. Nawet płytki do połowy ściany, dziura w posadzce, także płytki. Wiadra z wodą i czerpaczek, czyli umywalka + bateria + prysznic. Gwoździe solidnej wielkości jako wieszaczki i wszechobecne muchy bo pomieszczenie jest otwarte i nic nie utrudnia im wlatywania. Oto więc łazienka z toaletą, chcesz załatwiasz sprawy, chcesz nad tym samym się myjesz i woda od razu ścieka. Proste, łatwe ale czy przyjemne ? Estetka stoi nieco wystraszona, czy to taki nowy design? A autor tego dzieła czy chociaż on znany i uznany?
Tak oto pokój i łazienka przedstawione. Zostaje kuchnia, salon i cały budynek z pokojami dzieci.
Kuchnie są dwie, o to luksusowo. A mianowicie? Tak, mianowicie pierwsza kuchnia z desek nieoszlifowanych na zewnątrz, druga przedłużenie pierwszej w formie wiaty z miejscem na palenisko. W kuchni zamkniętej kuchenka dwupalnikowa z butlą na gaz, duża zamrażarka, półki z desek nieoszlifowanych. Na nich garnki, talerze, sztućce w pojemniku, w workach różne ziarna, przyprawy. W kuchni otwartej też parę półek z desek, też garnki, obok drewno, do porąbania. Niedaleko beczki z wodą do prania i mycia naczyń. Woda do nich nabierana jest ze studni. To są więc kuchnie. Teraz oglądanie pokojów dzieci. Gospodarz pokazuje to co się kryje za kolejnymi drzwiami. W każdym pokoju łóżka trzy-poziomowe, duży surowy regał z takich samych desek jak wszystko inne. Czasem w pokoju jest stół czasem nie ma. Materace na łózkach, cienkie z samej gąbki, cienkie śpiwory a i tak już sfatygowane. Na regałach ułożone ubrania,czyste w jednym miejscu brudne w drugim. Ubrania dzieci mają swój czas świetności dawno za sobą czyli jest to tw. Second a może i third hand.
Wszystkie pokoje są podobne, jedynie te starszych dziewczynek bardziej zadbane i czyste. Jeszcze został salon, żeby nie było zaskoczenia, salon to taki sam metrażem pokój jak cała reszta. Salonowość polega jedynie na tym, że stoi w nim zestaw wypoczynkowy, sofa trzyosobowa, dwa fotele i sofa dwuosobowa, ława szklana na środku oraz przy oknie turystyczna lodówka. Tak oto całe domostwo zostało zaprezentowane. Estetka otrzymała jeszcze kostkę szarego mydła do prania uprzedzająco dla zbędnych pytań o pralkę. Jako, że ubrania, które miała na sobie były na niej przez dwie doby, najpierw poszła sprawdzić łazienkę a potem działanie pralki czyli swoich rąk.

ŚWIĘTY MARCIN W KAMERUNIE

Dziś niedziela 11 listopada, u nas już po Mszy świętej. Postanowiłam trochę się poruszać, zobaczyć co w wielkim świecie, czyli za naszą bramą. Mam chyba manię chodzenia,”pieszochod” jakiś jestem, jak się nie nachodzę i nie zmęczę to ciężko mi żyć i łatwo wtedy u mnie u smutek i przygnębienie. Świat jest poza tym pełen przeróżnych niespodzianek i nawet małe rzeczy mogą wywołać wow zachwytu, a ja lubię się zachwycać, szukam więc gdzie te zachwyty się pochowały i próbuję je wynaleźć. Wyruszyłam więc aby połączyć przyjemne z pożytecznym.
W niedzielę ruch nie różni się praktycznie od tego codziennego, nie ma dzieci idących i wracających ze szkół, ale reszta taka sama. Niedaleko nas podjechała właśnie śmieciarka i wywożą kubły ze śmieciami. O. Darek, mów, że jeszcze kilka lat temu tego nie było, na ulicach o prostu walały się śmieci gnijące i śmierdzące. Nawet nie umiem sobie tego wyobrazić bo i dziś czysto to tu nie jest.
Na ulicach więcej ludzi prawie wszyscy odświętnie ubrani, idą lub wracają z przeróżnych kościołów, zborów czy czego tam jeszcze. Idąc dalej mijam właśnie taki dom modlitwy. To jakaś sekta opierająca się na Biblii, sporo tu takich. Dziś brama otwarta i słychać śpiew. Przyjeżdżają tu różni wyznawcy, różnych religii i właśnie takich sekt i każdy ciągnie w swoją stronę. Powstają także rodzime na bazie różnych rozłamów czy też „objawień”. Jest kościół ewangelicko-augsburski czyli luterański, są wyznawcy prawosławia no i oczywiście kościół powszechny czyli rzymsko-katolicki. Katolików jest najwięcej w całym Kamerunie, biją na głowę nawet muzułmanów. Muzułmańska jest głównie północ, tu u nas przeważają katolicy.
Mijam już dobrze znane sobie miejsca, sklepiki pootwierane. W niedzielę przydrożne knajpki wcześniej niż zwykle zapraszają na łyk zimnego piwa dla ochłody.
Nie mam wyraźnego planu mojej marszruty, po prostu idę, za każdym razem staram się iść trochę dalej. Postępuję więc jak typowy kot. Nagle w mojej głowie pojawia się myśl, a może pójdę dziś do kościoła. Akurat w tym kierunku jest kościół. Tylko gdzie dokładnie? Byłam tam dwa razy z O. Darkiem, tzn. Nie w kościele ale u naszych polskich sióstr, które mieszkają vis a vis kościoła. Samochodem jednak droga wydaje się inna a teraz idę pieszo. Błądzę więc, idę za daleko, jeszcze trochę a wyjdę z miasta. No cóż trzeba wracać, bo i chmury coraz ciemniejsze. Rozglądam się jednak może ujrzę niewielką wieżyczkę kościoła, nagle jest, widzę ją, skręcam więc w stronę kościoła. Wokół sporo samochodów, drzwi otwarte. No tak, jest Msza, a to sobie wchodzę. Kościół dosyć duży, wypełniony ludźmi, wszystkie miejsca siedzące zajęte oraz balkon. Od razu czuję wzniosłą atmosferę. Dużo ministrantów i służby liturgicznej w rożnych kolorowych sukienkach, wg roli jaką kto pełni. Śpiewa chór dziecięco-młodzieżowy, także w odpowiednich strojach. Muszę zostać. Bardzo lobię obserwować to czego nie znam, jak tylko mam możliwość korzystam wszędzie gdzie tylko jestem. Coraz bardziej mi się podoba, chór ładnie śpiewa liturgia prowadzona godnie i z namaszczeniem. Wciskam się do ławki. Mimo otwartych wszystkich drzwi i wiatraków zawieszonych u sufitu, czuję jak cała się lepię i wręcz świecę od potu. Mam wrażenie, że jestem w saunie, nie ruszam się aby nie potęgować gorąca. Widzę ludzi w swetrach i szalikach. Nie wiem jak oni to robią, że z rękawów nie płynie im pot.
Staram się zachowywać jak wszyscy, jednocześnie nie mogę sobie odmówić aby nie robić zdjęć, taka okazja może się nie powtórzyć. Tak czy siak wszyscy się na mnie gapią, jestem jedyną białą, sprawdziłam. Szczególnie dla dzieci jestem atrakcją ,patrzą na mnie jak na UFO-ludka. Najśmieszniejsze jest to, że ja już w ogóle nie czuję,że jestem inna. Na ulicy spotkałam się nawet z tym,że ludzie mnie dotykali, jakby chcieli sprawdzić czy nie jestem może z białej waty. Mniejsza o to.
Msza mocno rozciągnięta, potem mnóstwo ogłoszeń, ale tu tak ma być. Uprzedził już o tym O. Darek, że kazanie to przynajmniej 40 min. Ludzie wtedy mają świadomość,że uczestniczą w czymś ważnym.
Po Mszy postanawiam zawitać do naszych sióstr, Aliny i Natalii. Dyskretnie pukam, są w domu razem z siostrą Adrianne, która była wychowanką O. Darka jeszcze w Bertoua.
Dziś święto, siostry jak zwykle przygotowane, mają nawet rogale marcińske. Dla Poznaniaków bowiem dzień św. Marcina bez rogali z białym makiem to dzień stracony. Na stole z okazji święta Odzyskania Niepodległości leży rozłożony szalik z orłem w rodzimych barwach. Piękne to, że my Polacy nawet na obczyźnie tak dalekiej pamiętamy o naszych najważniejszych momentach dziejowych/ Muszę powiedzieć, że osobiście czuję wielką dumę, że jestem Polką, że wywodzę się z tego narodu, którego historia tak pięknie wpisała się w dzieje Europy i chrześcijaństwa.
Rozmowa przy kawie i rogalach oraz wypiekach S. Natalii upływa bardzo miło. Siostry są w Kamerunie już kilka lat, były wcześniej w Bertoua i Ngaoundere. Teraz zajmują się głównie dziećmi, których rodzice przyjeżdżają do pracy w charakterze nadzoru budów bogatych ludzi. Po prostu mieszkają na tych budowach i pilnują aby nikt niczego nie ukradł. Samo przez się jasne jest, że warunki ich życia są bardzo surowe i prymitywne, ale i tak są szczęśliwi, że mają pracę. Dzieci są w różnym wieku i są bardzo zaniedbane, siostry uczą je i prowadzą szkółkę.
Nie mogę dłużej nadużywać gościnności sióstr, zwłaszcza, że jeszcze gdzieś wyjeżdżają. Umawiamy się, że w tygodniu mogę przyjść na Adorację Najświętszego Sakramentu. U nas nie ma jeszcze kaplicy. Wracam dosyć się śpiesząc bo szykuje się burza.
Dziękuję za ten piękny spacer, za tyle wrażeń co krok, dowodów Bożej – Ojcowskiej miłości.

RODZINA, ACH RODZINA

Przyjechaliśmy na …, a niech będzie, że dworzec autobusowy, chociaż tyle to ma wspólnego, że autobusy stoją. Rozjeżdżona ziemia, co jakiś czas jakiś kocioł z jedzeniem, drewniane budy, pełniące rolę barów. Przy nich drewniane, krzywe ławy z podartymi obrusami, przy nich plastikowe krzesła, różnego wzoru i koloru.
Czekamy na autobus z Bertoua, którym ma przyjechać rodzina Achilla.
Autobusu jeszcze nie ma i kiedy będzie też nie wiadomo, kupujemy więc piwo i siadamy przy „stole”. Tym razem nie podano żadnych szklanek. Szklanka to już swojego rodzaju luksus, więc nie zawsze się ją otrzymuje.
Niebawem do sąsiedniego „stolika” dosiada się rodzinka: ojciec, matka z niemowlakiem ok 3-miesięcznym i chłopczyk około 2 letni. Chłopczyk staje przy ojcu. Obydwoje rodzice są wysocy, kobieta przy tym masywna, taki babo-chłop, niczym czołg. Od razu jak ją zobaczyłam, pomyślałam sobie, że ta na biedną, zahukaną żoneczkę nie wygląda i w razie czegoś tam, swojego chłopa usadzi jednym machnięciem ręki, chociaż i on nie chuchro. Za chwilę stawiają przed nimi talerz z rybami i czymś co mi na maniok albo pataty wyglądało, do tego miska z wodą do płukania rąk. Oczywiście nie zabrakło wszechobecnego piwa. Obydwoje zaraz wzięli się do konsumpcji. Ryby i dodatek znikały szybko i rytmicznie. Dziecko stało przy ojcu, ale jakoś nikt go nie widział. Chłopczyk wyciągał rączki do ryby ale gdy już coś chwycił, za chwilę, któryś z rodziców zabierał to i sam zjadał. Następna próba małego i ponowna sytuacja, no może coś tam udało mu się polizać. Stał jednak spokojnie, może liczył, że cichutko stojąc więcej zdobędzie dla siebie. Ale to już tylko moje domysły. Ryba dalej znikała w ustach najwyraźniej głodnych dorosłych, razem ze skórą, pletwami, głową i całą resztą, aż nadziwić się nie mogłam tej gospodarności i dbałości o szczegóły. Chłopczyk dalej próbował zagospodarować coś dla siebie, raz wychodziło to lepiej, raz gorzej. Na szczęście maluch na rękach mamy, był jeszcze w tym wieku, że smażona ryba nie była w centrum jego zainteresowania. W jego interesie było aby mama zjadła jak najwięcej, a przez to zaspokoiła jego potrzeby.
W końcu ojciec jakby zainteresował się synkiem, oho pomyślałam, rychło w czas, przecież tu już prawie nic nie zostało. Oj, duża taka i nic nie rozumie, dziecku po prostu chciało się pić i dobry tatuś napoił je piwem z butelki. Mały ciągnął śmiało, najwyraźniej ten smak był już jemu dobrze znany. Talerze opustoszały, z ryb zostało parę wyssanych dobrze ości, ciągle nie mogłam wyjść z podziwu dla tej dokładności. O. Darek, nie był zdziwiony i przytoczył przykład z własnego podwórka, gdy to z podanego kurczaka nie zostaje, żadna kompletnie kosteczka. Dzieci z Foyer też mają opanowaną technikę wymiatania do czysta.
Ciekawa jestem co na to nasi rodzice, szczególnie ci, jakże przeżywający problemy ze swoimi odmawiającymi jedzenia dziećmi. Nianię naszą narodową muszą biedacy prosić o pomoc aby ich Tadka – niejadka na dobrą drogę sprowadziła i zaczął biedactwo jeść, zamiast pluć, kopać, wierzgać, no i rodziców wykańczać.
„Nie ma brzydkich kobiet, tylko wina czasem brak” – śpiewał kiedyś Shakin’Dudi. Nie, nie na mawiam do pojenia dzieci piwem jak to uczynił wspominany tatuś. Tylko może u nas rozsądku czasem brak, i od tych „dzikich” wciąż dla nas, może właśnie w pewnych sprawach trzeba było by się rozsądku uczyć.

STUDNIA BEZ DNA

Nie ukrywam, że ten artykulik ma ukryty choć może nie aż tak bardzo cel.
Będę pisała o studni, o pompie, o naszych potrzebach i będę prosiła o wsparcie finansowe i to bardzo konkretnie. Obecnie w naszym domu, w którym przebywamy wodę niezbędną dla wszystkich czerpiemy ze studni na posesji. Woda ta służy do mycia się, do prania, mycia naczyń, podłóg itp. Ma więc wielkie znaczenie jest po prostu niezbędna do życia. Aby mogła być trzeba ją wyciągać ze studni. Robią to głównie dzieci. To ich codzienny obowiązek. Przed kuchnią stoją dwie wielkie beczki na wodę, trzeba je napełnić. Także wiadra w dwóch toaleto-łazienkach muszą mieć wodę do mycia. W końcu myje się tu codziennie 20 osób więc wiadomo, że muszą być napełniane kilka razy dziennie. Ile więc razy dziennie, dzieci muszą iść do studni, wyciągać wodę i chodzić z wodą do miejsc jej rozlania? Nie ma u nas niestety żadnych Pudzianów ani innych siłaczy. Poza tym, że jest to wysiłek to dodatkowo zabieracz czasu w ciągu i tak napiętego planu dnia.
Oczywiście jest rozwiązanie. Nie piszę o wszystkich trudnościach po to aby pokazać ilu tu mamy męczenników z powodu samej wody.
Piszę po to aby prosić o wsparcie. My Polacy XXI wieku zapomnieliśmy co to znaczy problemy z wodą. Woda? Odkręcam kurek i mam jaką chcę od zimnej do gorącej. Skąd jest woda? Każde dziecko wie, że z kranu. Tu dzieci w większości kranu nie widziały i nie wiedzą co to jest.
Czy my jakoś specjalnie zasłużyliśmy na tak łatwy dostęp do wody? Na pewno nie. Po prostu mamy to szczęście, że urodziliśmy się we właściwym miejscu na kuli ziemskiej, nic innego.
Możemy jednak pomóc tym, którzy tyle szczęścia nie mieli ale mają nas chętnych do pomocy. Już tłumaczę czego pomoc konkretnie dotyczy i jak wygląda rozwiązanie, które tak bardzo ułatwi życie w Foyer.
Potrzebna jest pompa, która wypompowywałaby wodę ze studni, rury, którymi woda byłaby transportowana do wielkiego plastikowego zbiornika o pojemności 2000l wody. Zbiornik musi znajdować się na rusztowaniu metalowym o wys. 10m. Siłą grawitacji woda będzie spływała rurami odprowadzającymi na dół gdzie byłby zamontowany kran. Woda w tutejszym klimacie szybko się nagrzewa tak więc będzie ciepła, a w porze suchej nawet gorąca, gdyby zbiornik był czarny. System prosty a jakże ułatwiający życie. Ciepła woda na zawołanie. Teraz wszyscy myją się w zimnej podobnie jest z praniem, myciem garnków i talerzy. Nawet w tym klimacie zarówno mycie się jak i pranie w zimnej wodzie nie jest przyjemne, poza tym jest oczywiście mniej skuteczne.
Teraz to co najważniejsze i wstrzymuje jak na razie marzenia o ciepłej wodzie w zasadzie bieżącej. Koszt. Koszt całości to wydatek ok. 20tys. Złotych.
Właśnie taką sumę musimy zebrać aby dzisiejszym i przyszłym mieszkańcom Foyer było łatwiej. Wychodzi to obecnie jakby 1000zł na każdą osobę, o to chcemy prosić licząc na zrozumienie i dobra wolę.
Jeśli jesteś chętny pomóc, pokaż naszą stronę znajomym, przekaż tę informację do jak największej ilości ludzi, opowiedz o dzieciach w Foyer St. Dominique, razem można tak wiele. Tak jak pisałam wcześniej,- dziś Ty mnie jutro ja Tobie. Nigdy nie wiemy kiedy będziemy potrzebować pomocy i od kogo.

SKRZYDEŁKO CZY NÓŻKA

Może dobrze byłoby opowiedzieć film z Louis’em de Funes’em pod tym właśnie tytułem i problem byłby rozwiązany. Ale czy właśnie ten dylemat spędza sen z oczu naszym dzieciom? Wybrać skrzydełko czy nóżkę?
Mamy w Foyer trzy kury ale żadna z nich do gara się jeszcze nie wybiera, ani na ochotnika ani z typowania. Kurczaka, nasze dzieci, na talerzu nie widzą za często.
To co widzą? Bo o jedzeniu właśnie chciałabym napisać. Opisać ich posiłek nie jest tak trudno, boj jak już kiedyś nadmieniłam – jest on tylko jeden, takie obiado-kolacjo-śniadanie. Śniadanie w formie szybkiej czasem może się udać ale to w ramach własnej organizacji. W sobotę i niedzielę jest lepiej bo zjeść mogą nawet trzy posiłki.
Swój codzienny posiłek, dzieci przygotowują po przyjściu ze szkoły czyli ok.16. Rozpoczyna się rozpalanie paleniska w kuchni zewnętrznej. Jeśli jest woda w beczce to już dobrze, jeśli nie, to trzeba jeszcze ją ze studni zaczerpnąć i przynieść.
Częstym posiłkiem są pataty albo maniok, w różnej postaci. Pataty są gotowane, więc, najpierw trzeba je obrać, pokroić i wrzucić do wody. Ilość mus być dość znaczna bo w końcu musi wystarczyć dla dwudziestu osób. Mogą być same, albo z jakimś sosem, dodatkiem może też być ryba smażona bądź gotowana, fasola. Maniok jest gotowany jak pataty, podobnie podawany, może też być maniok suszony i mielony. Otrzymuje się wtedy mąkę, którą zalewa się wrzącą wodą, formuje coś na wzór cepelinów czyli owalnych dużych klusek. Można to jeść również z sosami czy innymi dodatkami. Dzieci bardzo to danie lubią, bo są do niego od małego przyzwyczajone. Jest szybkie do przyrządzenia i tanie. Nazywa się to kuskus, nie ma nic wspólnego z kuskusem, który my znamy. Z manioku można też jeść liście. Myje się je, drobno kroi i gotuje, dodaje się do niego rożne ostre głównie przyprawy. Można jeszcze dodać krewetki. Kamerun jest bowiem krajem krewetek ale nie tych, o których zaraz pomyślimy ale takich bardzo malutkich, które żyją tu w każdej rzece. Wymieszane z liśćmi manioku są niewidoczne a bardziej wyczuwalne. Wszystko to razem wymieszane, przypomina mi włoskie zielone pesto, i tak to danie nazywam. Ziemniaki nie są rozpowszechnione i rzadko goszczą w menu, poza tym są drogie. Często natomiast spożywany jest ryż, z fasolą, „pesto”, rybą, mielonymi orzechami arachidowymi. Moim ulubionym daniem zostały smażone plantany, lekko słodkawe w smaku. Plantany wyglądają jak banany bo właściwie nimi są. Jedzone na surowo nie są najsmaczniejsze, twarde jeszcze bardziej mączne niż te znane u nas. A tak dla ciekawości, bananów jest przeszło 200 odmian. Aż trudno nam w to uwierzyć, którzy głównie znamy jedną. Z innych owoców papaja, arbuz, ananas.
Zdarzają się także rarytasy, co do których zdania mogą być podzielone, moje całkowicie na nie. Cóż to więc za rarytasy? Bardzo proszę, np. Robaki przypominające wyglądem nasze gąsienice ale brązowe i większe. Są one suszone i mogą być spożywane w takiej postaci, ale można je też ugotować i podawać w ostrym sosie. Ponoć przysmak, niestety nie mogę potwierdzić, jako, że nie kosztowałam. Podobnie rzecz ma się z pędrakami. Tłuściutkie, żółtawe, kupuje się na targu, gdy sobie jeszcze wierzgają i kręcą się w misce. Procedura ich przyrządzania również nie jest mi znana. Jako danie finalne mogą być podawane same albo w sosie, mogą też im towarzyszyć inne robaczki np. Te omawiane poprzednio. To już zależy od zamiłowania konesera ich smaku. Ja na pewno do nich nie należę.

VANITY FAIR

Pierwszy obraz jaki się pojawia, to ludzka zbita masa, przeciskająca się między sobą w każdym możliwym kierunku. Nawet ciężko cokolwiek odróżnić czy też powiedzieć co to właściwie jest. Jakby ktoś zawołał, oto Hunowie wrócili aby niszczyć i mordować, bez zastanowienia mogłabym powiedzieć, – tak, szybko, uciekajmy.
Wzrok zaczyna się jednak przyzwyczajać, odróżniam już pewne wątki tego co przed moimi oczami. Ktoś trzyma kury za nogi, w jednej ręce kilka w drugiej też, wymachując nimi. Biedne kury wiszą głowami do dołu, nawet się nie odzywają, pewnie ledwo żyją ze strachu i wycieńczenia. Ktoś inny niesie na głowie stertę ręczników czy kocy, wyższą prawie od niego samego. Inni pędzą z taczkami, na nich jakieś worki, kartony.
My siedzimy w samochodzie i chcemy przejechać, chcemy gdzieś zaparkować, trzeba więc chyba rozjechać ten tłum, innego wyjścia nie ma. Czy w Kamerunie ludobójstwo jest prawnie dozwolone?
Achille wjeżdża w tłum bez zastanowienia, co teraz?
Krew się leje, ludzie krzyczą, fruwają ręce i nogi, czyjaś oderwana głowa uderzyła w naszą szybę?
Nic z tego, miłośnicy horrorów muszą chyba sięgnąć po inną lekturę.
Ludzie się spokojnie usuwają z drogi, taczki rozjeżdżają, ktoś szybko zwija swój przenośny straganik. Jedziemy powoli ale do przodu, nagle stajemy, Achille znalazł miejsce do zaparkowania.
Tak, znaleźliśmy się na targowisku miejskim. Urzęduje ono codziennie, dziś sobota, ludzi pewnie więcej. To o czym jechaliśmy to właściwie nie było samo targowisko ale droga dojazdowa. Ci, którzy się nie zmieścili na placu, albo których nie było stać na opłatę, kręcą się właśnie po drodze wyłapując klientów. Po drugiej stronie drogi są miniaturowe sklepiki,spożywcze, drogeryjne, gospodarstwa domowego, materiały,ubrania, nawet fryzjer. Trzy osoby wejdą i nie można się ruszyć. W jednym z nich Marianne kupuje napoje, olej jakieś worki, nie wiadomo z czym. Zaraz znajduje się chłopak z taczką i pakuje na nią zakupy. Czyli po to są taczki. Teraz będzie już wszędzie nam towarzyszył. Idziemy na plac targowy. Same warzywa i worki z czymś sypkim, jakaś drobnica. Marianne kupuje krewetki malutkie i wysuszone. To te, które znajduję potem w potrawie, którą nazwałam pesto. Idziemy po pomidory, worek kukurydzy, wszystko ląduje na taczce. Przechodzimy dalej aby kupić orzeszki arachidowe. Gdy czekam stojąc obok, widzę jak kobieta coś czyta, w książce obrazek z jakimś świętym. Przyglądam się bliżej. Kobieta odrywa wzrok od książki widząc moje zainteresowanie. Pokazuje, tak, to kameruński kandydat na ołtarze – Baba Simon. Kobieta mówi, że czyta Biblię, pokazuje też kalendarz, w którym ma zapisane czytania z dzisiejszego dnia. Bardzo dobra lektura na targu, gdy się czeka na klienta. Myślę, że można by się założyć, że w Polsce nie znalazło by się żadnego handlarza na targu z Biblią w ręce. Przecież Polska to taki porządny katolicki kraj(sic!)
Idziemy dalej, teraz kolej na cebulę białą i czerwoną oraz czosnek. Wychodzimy z tej części targu, taczka cały czas z nami. Przechodzimy na drugą stronę. Idziemy po ryby. Hala z zamrażarkami, a w nich różne ryby. Mnie przypadł do gustu karp olbrzym, obok normalny taki jak u nas. Ten olbrzym jakieś trzy czy cztery razy większy. Łypie zamrożonym okiem, a ja robię jemu zdjęcie. Na taczkę zostają załadowane dwa duże kartony z rybami.
Przyjechałam z torbą, którą miałam zawieszoną przez głowę. W pewnym momencie została mi zabrana, wzięła ją Fifi, siostra Achillea, tłumacząc, że to niebezpiecznie. Białych rabują, jeszcze kazała mi zdjąć łańcuszek z medalikiem, chociaż materialnie był prawie bez wartości. Biały to łakomy kąsek, takie tu jest ciągle myślenie, a zabrać potrafią tak szybko, że nie zauważysz.
Jeszcze raz idziemy na plac. Teraz, drewniane stoły, na nich mięso. W Kamerunie jest to głównie wołowina, wieprzowiny prawie nie ma. Marianne wybiera wielkie kawały mięsiwa, które są na drewnianym pniu rozrąbane na mniejsze kawałki. Na stole waga, taka z szalkami obok odważniki. Kiedy u nas tak było? Pamiętam z dzieciństwa, a swoje lata przecież mam. Ten niedzisiejszy dla mnie obraz też uwieczniłam aparatem.
. Idziemy jeszcze do pasmanterii po nici do wyszywania i kosmetyki. Mamy już chyba wszystko, jeszcze po drodze kapusta i papryka.
Taczka jest już wypchana po brzegi. Wreszcie dochodzimy do samochodu, gdzie wszystkie sprawunki zostają załadowane. Wsiadamy i tą samą drogą wyjeżdżamy. Kury dalej wiszą głowami do dołu, taczki jeżdżą, ktoś macha butem a na głowie ma przenośny kramik . My czasem mówimy, np. mam cały sklep na głowie (właściciel), ale przecież nic nie ma. Tu dosłownie tak jest.
Vanity fair. Targowisko próżności i różności. Wszystko ma ustalone zasady, mięso sprzedają mężczyźni, także czosnek, cebulę, ryby. Kobiety siedzą przy warzywach i owocach. Razem z nimi dzieci, obok jedna drugiej zaplata warkoczyki.
Cały dzień w upale i bałaganie. Bo ten targ to jeden wielki rozgardiasz i bałagan. Ludzie tu widać ubodzy, każdy chce coś sprzedać aby móc przeżyć.
Inni przyszli aby połowić na takich jak ja –białych – łakome kąski.
My wracamy do domu.
Jutro będzie nowy dzień i wszystko zacznie się od początku.

CZEGO JAŚ SIĘ NIE NAUCZY

Rano, gdy nasze dzieci wychodzą do szkoły, robi się kolorowo.
Jakiś specjalny blask czy też kolorowa tęcza wiedzy od nich nie bije, o to nie ma zmartwienia.
Kolorowo jest od ich szkolnych mundurków. Dziewczynki njama njama bordowe bezrękawniki i kremowe bluzeczki, chłopcy njama njama czekoladowe spodnie beżowe koszulki. Warren i Aida na zielono, kołnierze marynarskie. Sonia, pomarańczowa sukienka, Natasza i Epi, białe bluzki, chabrowe spódnice, a reszta dziewczyn niebieskie sukienki. To wyraźnie pokazuje, że chodzą do różnych szkół.
Ponad 40% społeczeństwa stanowią dzieci do 14 roku życia, czyli mieszczą się w tym uczniowie szkoły podstawowej. W części francuskiej językowej szkoła podstawowa trwa 6 lat, od 6 do 12 roku życia, w części języka i systemu angielskiego – 7lat, od 5 do 12 roku życia. Szkoła podstawowa jest obowiązkowa i bezpłatna. Jednakże nie znaczy to, że wszystkie dzieci chodzą do szkoły. Nikt przecież tego nie kontroluje i nie ma żadnych kar za nieposyłanie dzieci. Podaje się, że chodzi ponad 80% ale dokładnie nie wiadomo. Na wsiach sytuacja jest o wiele gorsza niż tu w Jaunde. Za mundurki i podręczniki też trzeba płacić, a wszystko jest droższe niż w Polsce. Pomimo dużej ilości szkół klasy są 50 i więcej osobowe, a w całej szkole potrafi być kilka tysięcy dzieci. Wydaje się to nie do przerobienia, można sobie wyobrazić bandę 60 pierwszoklasistów naraz. Bo to rzeczywiście banda, dzieci jeszcze niedostosowane, zdezorientowane. W okolicach Bertoua jak podaje O. Darek, są szkoły gdzie jest jeden nauczyciel na trzy klasy jednocześnie, a w każdej klasie setka dzieciaków. Taki nauczyciel to faktycznie kamikadze, a dzieciaki pewnie po roku nauki jeszcze nie załapały, że już chodzą do szkoły . Często bowiem miejsce to szkoły nie przypomina ale jakieś przypadkowe, akurat wolne baraki.
Założenia owszem są, testy cząstkowe także. Pisałam już o takim, w którym ujawniła się nasza gwiazdorska załoga. Założenia sobie, życie sobie jak wszędzie. Gdy się weźmie podręczniki do ręki, nawet tych maluchów, zawartość wydaje się być bardzo ambitna, niestety nie idzie w parze z ambicją uczniów, a także często, nauczycieli. Tych ciągle brakuje, nie są dobrze wynagradzani oraz wykształceni. Wielu przedmiotów nie ma. Czego uczyć np. na historii, gdy wszystko sprowadza się do niewolnictwa, kolonializmu i kilkudziesięciu lat niepodległości.
Szkoła średnia dzieli się na niższą i wyższą czyli jakby nasze gimnazja a potem licea albo technika. I tu też są pewne różnice w systemie brytyjskim i francuskim. Dotyczą jednakże głównie podziału na ilość lat szkoły średniej niższej i wyższej a nie samego zakresu materiału czy poziomu wymagań. Obydwie opcje na poziomie wyższym kończą się maturą. Szkoła średnia nie jest obowiązkowa i jest już w pełni płatna co znacznie ogranicza ilość uczniów, szczególnie na wsiach. Lekcje rozpoczynają się we wszystkich szkołach o 7:30 i kończą ok.16. W Jaunde gdzie obowiązuje system francuski, w środy lekcje trwają do 13. Sobota jest dniem wolnym.
Licea i technika na rok przed maturą mają tzw. Pre-maturę. Zakres jej obejmuje prawie to co normalna matura. W liceach trwa pięć dni od 8:00 do 16:00 i obejmuje francuski, historię, matematykę, geografię, wychowanie obywatelskie i moralne. W technikach trwa pierwszy tydzień tak jak w liceach, a drugi tydzień obejmuje przedmioty profilowe.
Na samej maturze dochodzi jeszcze język angielski oraz filozofia. Matura jest w czerwcu, wyniki są ogłaszane w sierpniu. I to jak , jeśli ktoś nie zdał albo zdał kiepsko, to lepiej żeby sobie na sierpień przygotował dobrą kryjówkę. Wyniki matur są bowiem odczytywane w radio. Codziennie zamiast normalnego programu spiker odczytuje rezultaty każdego ucznia po kolei, ze wszystkich szkół całego kraju.
Jak się już to wszystko przeżyje i dożyje, to jak kogoś stać może się kształcić dalej.
W 1962 roku powstał pierwszy uniwersytet w kraju, właśnie w Jaunde.
Obecnie są uniwersytety w kilku miastach oraz szkoły wyższe zawodowe czy techniczne. Powstały także szkoły wyższe prywatne. Szkolnictwo wyższe jest dwustopniowe tak w systemie angielskim jak i francuskim. Pierwszy stopień to licencjat, drugi magisterium. Ukończenie drugiego stopnia uprawnia do rozpoczęcia studiów doktoranckich.
Ze względu na to, że jest tak dużo ludzi młodych, średnia wieku w kraju to 18 lat, poza tym panuje wysokie bezrobocie, nawet studia nie dają żadnej gwarancji znalezienia pracy. Kamerun jest także krajem o jednym z najwyższych poziomów korupcji, na każdym szczeblu i w każdej dziedzinie. Dodatkowo normalnym tu zjawiskiem jest nepotyzm. Myślenie, że lepiej zatrudnić kogoś z rodziny, znanego sobie i sprawdzonego jest odbierane ze zrozumieniem. Nie można przy tym zapominać o wyjątkowo silnych tu więzach i zależnościach rodzinnych, zapleczem człowieka jest jego rodzina, jego klan, z którego się wywodzi.
Start życiowy naszych dzieci tym bardziej jest utrudniony. Większość jest sierotami, wszystkie pochodzą z Bertoua albo okolicznych wsi trudno wyrobić w nich potrzebę kształcenia, potrzebę zdobywania wiedzy. Owszem siadają i codziennie odrabiają lekcje, uczą się ale bardziej dlatego, że biały im kazał, że jemu jest to do czegoś potrzebne. Tu poza tym nie myśli się perspektywicznie, żyje dniem dzisiejszym. Drugi już tydzień wałkujemy tabliczkę mnożenia a rezultaty…..inny zestaw pytań proszę.

MELANCHOLIA

Dziś do obiadu cały czas pisałam przy komputerze, jak wstaję przeważnie kręci mi się w głowie i muszę chwilę odczekać. Poza tym byłam jakby to powiedzieć, zasiedziała, bo wczoraj niegdzie nie wychodziłam. A to u mnie zdecydowanie wpływa na samopoczucie. Jak ponoć Polak głodny to zły, tak u mnie jak się nie namęczę, nie nachodzę to nastrój się obniża. Wyszłam więc by naprawić nastrój. Pogoda też nie sprzyjała, niebo wisiało nisko i zapowidało burzę albo przynajmniej deszcz. Do tego jeszcze całe ciało swędzi, juz nawet nie wiem jak się drapać i gdzie najpierw. Sprawcami głównymi są robale tak małe, że prawie niewidoczne gołym okiem, ja bynajmiej ich nie widzę, za to widzę czerwone placki, które w niedługim czasie zaczynają nabrzmiewać i okrutnie swędzieć, tak, że można dziurę w ciele zrobić a potem dopiero to zauważyć.
Za bramą nie było lepiej, ba nawet gorzej, jakby mroczniej i mniej przyjaźnie. Pewne jednak elementy mijanej rzczywistości dziwnie wyostrzone, jakby narzucające się i próbujące za wszelką cenę zwrócić moją uwagę.
-Jak tu brudno i obskurnie wokół,-tak sobie myślalam idąc-przecież prawie codziennie tędy przechodzę i nie przeszkadzało mi to?
– Przecież tu śmierdzi, gnije i wala się pod nogami, czysta ohyda.
Zajęta swoimi rozmyślaniami na temat widzianego brudu, nawet nie zauważyłam, że ktoś zbliża się w moją stronę. Nie był to nikt stąd.
Tajemnicza postać na pewno była la blanche, do tego ubrana w ciemną suknię jak w ciemne myśli. Otulona szarym szalem jak mrocznym narzekaniem, biadoleniem i oskarżeniem. Niosła w ręce jakiś przezroczysty ale ciemnej barwy kamień, przez który spoglądała. Spróbowałam zaglądnąć co pokazuje. Świat w nim ciemniał jeszcze bardziej, ponurość wychodziła z niego i spogladała nieprzyjaźnie.
Melancholia, smutna, rozgoryczona pani wyniosła w swoim wiecznym niezdowoleniu i jednoczesnym fatum nieuniknionej klęski.
Jak mogłam jej nie rozpoznać od razu.? Przecież to częsta towarzyszka życia większości z nas.
Czy rozmowa z nią miała sens? Zresztą ona nie patrzyła na mnie, tylko mówiła, jakby do siebie ale myślę,że chciała być słyszana.
Monodram? występ jednego aktora?
– Jaki sens ma przebywanie tu? Po co to wszystko? Przecież to kompletna głupota, stracony czas i pieniadze. Gdzie nie wyjdziesz wszędzie brud i smród. Śmieci walają sięna każdym kroku, papiery, zgniłe odpadki. Parchate psy wylizują swoje wyliniałe ciało, pogryzione przez choroby i robactwo. Oberwane dzieciaki biegają między śmieciami. Nikomu z tych niby dorosłych nawet nie przyjdzie do głowy aby choć trochę ogarnąć miejsce swojego życia. Niczego się tu nie szanuje, jest to jest, rozwali się to cóż, może ktoś da.
– Daj, daj, bo jesteś biały to masz. Jak nie dasz to ukradnę, nie będę wiedział do czego, to zniszczę albo wyrzucę. Ale dlaczego ty masz a ja nie.
Idzie taki jeden, coś żre ( bo nie je przecież), papier w ręce. Co z nim zrobi? Naiwny człowiecze. Pod nogi sobie walnie. Tak, właśnie to zrobił. Przecież to normalne.
Proszę, stoi i sika, nawet się nie schował w bok, pod krzak jakiś, przy samej drodze stoi i sika. Czy kogoś to dziwi z przechodzących dżentelmenów, hi,hi,hi. Ależ skąd, bo jeśli tego jeszcze nie zrobili to zaraz zrobią.
A tu siedzą tłuste matrony, jedna drugiej zaplata te postrzępione resztki włosów. Włosów, jakich? nie powiem przez wrodzoną wrażliwość i kulturę. Tak samo jak nie powiem co jeszcze można by tu widzieć oprócz sikających, ale po co mówić i tak każdy wie o co chodzi.
A te ich fryzury małpie, byle na głowie, a w głowie choćby wiatr hulał. Nie ma znaczenia.
Ta z kolei dziaciaka niesie na plecach, drugi brudny i obsmarkany pędzi, a ona jescze brzuch przed sobą niesie. Każde z innym tatusiem (chołota kompletna). Przecież inaczej nie podobna, wbrew tradycji by było. A kto ma potem pomagać, biały. Przecież i tak wiadomo, że to jego wina.
Straganiara pomarańcze jakieś skapciałe sprzedaje, zdziera z nich skórę brudnymi łapami, i na brudnej ceracie rozkłada. Wokół kurz, brud i smród. Skóry od pomarańczy gdzie, a pod nogi sobie. Przecież myślenie skaża tę beztroską niczym niezmąconą tępotę.
Najgłupsi to już ci misjonarze. Nie dość, że swoje życie marnują i zdrowie tracą to jeszcze innych tumanią. Żebrząc to na łóżka, koce, materace, dach nad głową, dla tych co i tak wszystko zniszczą a swojego „dobrodzieja” okradną albo zatłuką.
Co za naiwność, sto lat minie a i tak nic się nie zmieni.
Melancholia cały czas szła obok mnie, zupełnie nie zwracjąc na mnie uwagi. Nagle skręciła w bok nie przerywając swojego monologu.
Jak tak jej słuchałam, momentami wydwało mi się, że ma rację. Przecież wszystko to co mówiła było prawdą, sama to widziałam. Jednakże nie mogłam się z nią zgodzić do końca. W głębi siebie słyszałam cichy ale wyraźny głos.
– Byłem głodny, byłem nagi, spragniony, przechodniem, byłem….
Te słowa, czy one dziś mają tę samą moc? Przecież to było dawno temu. Czy tu też są aktualne, wśród tych istot? Czy można je odrzucić i żyć spokojnie, planując kolejne wycieczki, uzupełniając pękającą w szwach szafę.
Byłem ……nie mówił – ktoś był…, jakiś obcy…, nieznany mi czarny, brudny, niedouczony, śmierdzący …!. Mówił – Byłem !.
On, Jezus, ciągle Jest, ciągle Jest obecny w każdym, we mnie, której się jakoś powiodło i w nim, czarnym i brudnym, któremu się nie powiodło.
Może trzeba lat, może jedno życie nie wystarczy, może sie nie uda i efekt będzie inny niż się chciało, może….
Powiedział też Jezus, że będzie z nami aż do skończenia świata i będzie właśnie w tym spragnionym, niedouczonym, bezdomnym i czarnym.
Dobrze, że Melancholia odeszła…..
Wróciłam do Foyer, przybiegły dzieciaki, bawią się, śmieją, będą przygotowywać kolację……

MAŁPI GAJ

Jako dziecko uwielbiałam wszelkie karuzele, huśtawki, wesołe miasteczka. Nawet w domu miałam huśtawkę zawieszoną na futrynie drzwi.
Moje dzieci też uwielbiały huśtawki i karuzele, żadnej nie pozostawiły bez wypróbowania . Czasem wydawało mi się ile można i czy koniecznie każda musi być sprawdzona, ale przecież to właśnie przywilej dzieci.
Dla nas to takie normalne wszędzie dziś pełno placów zabaw z wymyślnymi uciechami dla dzieci. Każde dziecko chyba zna karuzelę, zjeżdżalnię, godzinami może siedzieć w piaskownicy wozić piasek na wywrotkach, przesiewać na kolorowych sitach czy stworzyć sobie cukiernię z przeróznymi piaskowymi babami.
I znów to co dla nas normalne i „oklepane”, tu zupełnie nieznane.
Yaounde miasto dwumilionowe, nie ma tu żadnej karuzeli, zjeżdżalni, huśtawki, placu zabaw, trampoliny, dmuchanych zamków, wymieniać można bez końca, to czego
Tu nie ma. Większość nawet by nie wiedziała o czym mówimy, co to takiego jest? Myślenie poszło by w kierunku jedzenia bo zawsze w tym kierunku idzie. Jak dla starożytnych rzymian wszystkie drogi prowadziły do Rzymu, tak dla kameruńczyków wszelkie myślenie koncentruje się wokół jedzenia.
Wracając do uciech dziecięcych, ponoć jedynie na święta Bożego Narodzenia coś się pojawia. Co to jeszcze mam nadzieję zobaczę. Ale i tak pojawia się aby za chwilę zniknąć, a większość dzieci nawet w stolicy tego nie zobaczy i co najważniejsze nie wyprobuje, bo wejście jest płatne.
Tak więc nasze dzieci, mimo, że niektóre z nich to już 20 i 22 letnie panny i kawalerowie, nie znają huśtawek.
Przyjemność wprawiania huśtawki w ruch, prostowaniem i zginaniem nóg, aby mogła poruszać się do góry i na dół coraz to wyżej i wyżej. Gdy wiatr rozwiewa włosy, owiewa twarz i mimo czeasem strachu wciąż chce się więcej i wyżej. Potem powstaje już swoiste prześciganie
– a ja umiem, wyżej, -a ja na stojaco, – a ja „bez trzymanki”.
Pomysłowość nie zna granic.
A nasze dzieci nic. Chodzą tylko po czerwonej ziemi, nie wiedząc, że bujanie w obłokach na huśtawce jest potrzebne aby być dzieckiem, i aby potem móc zostawić swoje dzieciństwo jako spełnione i szczęśliwe, i ruszyć w stronę dorosłości.
Wczoraj jednak zaszła u nas wielka zmiana. Przełom w życiu Foyer, choć przecież dotyczy sprawy niby błachej. Mamy –małpi gaj.
O. Darek dostał kiedyś mocne żółte taśmy do wyciągania z błota samochodów, leżały niewykorzystane. Znalazly teraz swoje najlepsze zastosowanie. Zostały zamontowane na palmach na terenie ośrodka. Jedne są hustawką inne linami do chodzenia, brykania, robienia koziołków i fikołków.
No i się zaczęło. Wszyscy fruwali w obłokach, także O. Darek i ja. Fikaliśmy koziołki i huśtaliśmy się pod niebo. Nasza huśtawka jest obok studni więc prawie można do niej wskoczyć dla ochłody. Ale to chyba niezbyt mądry pomysł.
Uciechy nie było końca, jeszcze po ciemku wszyscy kręcili się koło nowej atrakcji.
Jaka radość była w tych dzieciakach, w odkrywaniu całej lekkości dzieciństwa.
Zaczną się teraz wymyślania co jeszcze można zrobić na dwóch równoległych taśmach, rozpietych na dwóch wysokościach. Już teraz wchodzili, spadali, znów kombinowali. Trzeba przyznać, coś w tym jest na rzeczy, te dzieciaki mają wyjatkową chciało by się powiedzieć „małpią” zwinność. Nie boją się przy tym ryzykować i nic ich nie odstrasza.
Myślę sobie, jakie zawody można by przeprowadzić. Może zrobić dzien sportu i wymyślić różne konkurencje, nie związane nawet z małpim gajem jak skoki w workach, biegi, konkurencje z piłką. Pomysłów jest dużo, to już to już nie będzie trudne.
Najpiekniejsza jest radość w ciemnych oczach, błysk dziecięcej beztroski.

GROCH Z KAPUSTĄ

Czasem nam Polakom wydaje się, że jesteśmy narodem, który ciągle jest gdzieś gnany i przeganiany, ze wschodu na zachód i odwrotnie, a jeszcze dodatkowo po Europie i nie tylko.
W Kamerunie te nasze wędrówki wydają się niczym. My chociaż wszyscy jesteśmy Polakami i mówimy tym samym językiem. Natomiast tu mieszanka językowa jest wręcz niewyobrażalna. Współistnieje tu ponad 200 różnych plemion, które mają własne języki i tradycje. Obejmują one 55 języków afroazjatyckich, dwa języki nilo-saharyjskiej i 173 języki niger-kongijskijskie. Większość z nich jednak już tymi językami nie mówi, a też i plemiona wymieszały się między sobą.
Występuje 5 regionalnych, grup kulturowych, zawierających grupy plemion. I tak, są zachodni górale (zwani również grassfielders), należą tu Bamileke, Bamoun oraz wiele mniejszych grup w północno-zachodniej części; przybrzeżni tropikalni leśni ludze, która to grupa obejmuje Bassa, Doula, i wiele mniejszych grup na zachód; grupę południowych tropikalnych lasów, które obejmują Beti czyli Ewondo , Eton oraz Beulou; muzułmanów części północnej, półpustynnych regionów i wyżyny centralnej, która obejmują Fulani-20% populacji; oraz Kirdi, oraz nie-muzułmanie ludów północnej pustyni i wyżyny centralnej. Na wschodzie plemiona Baya, Maka, oraz grupa 40tys. Pigmejów Baka.
W dużych miastach różnice zacierają . Małe wioski jednakże często zachowały swoją odrębność plemienną i językową.
Oczywiście prawie wszystkie języki mają tylko formę mówioną, dlatego też i zachować je w obecnych czasach było trudniej. Kamerun jak na ogólną liczbę ludności ok 18 mln, jest krajem o olbrzymiej różnorodności. Do tego dochodzi drugi tutejszy ewenement – klimat i przyroda..
O Kamerunie mówi się, że to Afryka w pigułce, bo jak żaden inny kraj ma różne ukształtowania terenu, od gór po niziny i wreszcie dostęp do oceanu, oraz różny klimat także w zależności od miejsca.
Różnorodność tę obrazuje także flaga. Trzy kolory zielony, czerwony i żółty nie są przypadkowe. Zielony to kolor lasów na południu kraju, kolor czerwony to kolor zjednoczenia z umieszczoną centralnie gwiazdą zjednoczenia i jednocześnie kolor ziemi, która tu wszędzie na „czarnym lądzie” jest jak nazwa wskazuje – czerwona, kolor żółty obrazuje sawannę północy Kamerunu.
My znajdujemy się w klimacie tropikalnym z porą deszczową i suchą co wyraźnie już zdążyłam odczuć. Właśnie pora deszczowa się kończy i niedługo deszcz pozostanie tylko marzeniem gdy wszystko zacznie powoli usychać i wszędzie będzie mnóstwo kurzu.
Wracając jednakże do ilości występujących plemion, rodzi się pytanie, skąd się ta różnorodność wzięła?
Myślenie może pójść w dwóch kierunkach; wytworzenie sytuacji, w której jeden język zaczął się różnicować ale jednocześnie musiały by się zmieniać cechy charakterystyczne ludności przebywającej na danym terenie, może poprzez mariaże z okoliczną ludnością? Niestety taka wersja nie jest niczym poparta.
Drugi kierunek to nagromadzenie na obecnym terytorium Kamerunu, ludności z różnych części Afryki. Zaraz jednak pojawia się dalsze pytanie, skąd się tu wzięli?
Wytłumaczeniem są ucieczki niewolników i migracje. Tu się chronili uciekając ze statków, innych rejonów Afryki głównie centralnej i północnej. W Jaounde istnieje instytut języków afrykańskich i ich pochodzenia. Wciąż wiele jest niewiadomych a temat ten ściąga sporą liczbę białych zainteresowanych tym problemem. Sami Afrykanie interesują się tym w mniejszym stopniu.
Dziś niektóre plemiona przetrwały w formie szczątkowej, inne rozrosły się i posiadają wewnątrz siebie ukształtowaną przez lata hierarchię. Tak jest np. Wśród plemienia Bamileke, najliczniejszej grupy etnicznej w Kamerunie -25% populacji kraju. Głównie osiedleni w dużych miastach, z nich wywodzi się swoista elita kraju, stanowią grupę zamknietą i nie dopuszczają obcych. Zajmują się głównie biznesem na większą skalę, piastują wysokie stanowiska w administracji, dzięki dbałości o wykształcenie.
W Poznaniu mieliśmy ślub kobiety Bamileke z Polakiem, który w kościele dominikańskim błogosławił O.Darek. Byli ze sobą już kilka lat, ona pracowałą jako lekarz kardiolog wykształcony w Europie, on inżynier. Rodzina też nie bardzo chciała się zgodzić na ślub z nie-bamileke, ale że to biały w końcu odpuszczono. Na przyjęciu weselnym byli Polacy oraz Jacky, wychowanka o. Darka z sierocińca w Bertua, która obecnie w Polsce studiuje położnictwo. O. Darek, mówi, że gdyby nie to, że to w Polsce nigdy Jacky nie byłaby zaproszona na żadne przyjęcie do Bamileke, pochodzi bowiem po części z plemion Kapere i Pole i to już ją kompletnie dyskwalifikuje. Kameruńczycy znają swoje miejsce w hierarchii, tego uczy się od małego. Miejsce w rodzinie, grupie wreszcie z racji pochodzenia.
Oczywiście zdarzają się udane „przebicia” do lepszej części społeczeństwa. To nie są Indie. Urodzenie nie determinuje i nie skazuje na prestiż albo zamyka całkowicie drogę do awansu społecznego. Sam prezydent kraju Paul Biya jest tego przykładem, pochodzący z plemienia Boulou i nawet w nim nie wywodzący się z bardziej zamożnej rodziny.
W dużych miastach różnice się zacierają, jednak gorzej postrzegany jest ktoś pochodzący ze wschodu czy północy. Fizyczne różnice też się zacierają, chociaż w ramach dużych plemion można rozróżnić cechy charakterystyczne. Kobiety Bamileke są otyłe i często wyższe od mężczyzn. Na pewno wyglądem wyróżniają się Pigmeje, którzy nie należą do wielkiej grupy etnicznej Bantu ( cała środkowa i południowa Afryka) zamieszkujący południową i wschodnią część kraju, oni też stoją najniżej w hierarchii międzyplemiennej.
Można powiedzieć, że system kolonialny był dla Kamerunu dobrodziejstwem. Od końca XIX do 1916 był w rękach niemieckich, natomiast potem przeszedł po części do Francji i Wielkiej Brytanii, z przewagą terytorialną pierwszej. Rozwiązało to bowiem bezkrwawo problem językowy. Dziś urzędowym jest nadal francuski i angielski. Szkoły są w dużej mierze bilingwistyczne, ale z dominacją języka kraju, do którego dana część wcześniej należała. Kamerun jest też krajem, który jest stabilny pod względem politycznym bez zamieszek na tle plemiennym czy językowym. Na pewno jest to wielki atut bardzo ceniony przez samych Kameruńczyków, którzy mogą spać spokojnie.
Choć może kilkudziesiecioletnie już rządy prezydenta Paula Biya nie wszystkim do końca się podobają, jego argument –
„ja gwarantuję wam spokojne życie bez wojen, zobaczcie tylko na kraje sąsiednie”
jest mocno przekonujący, wart utrzymania status quo nawet za cenę pewnych niedogodności

ACH, CO TO BYŁ ZA ŚLUB…

Tak, to był ślub.
Ślubowanie a potem weselicho zajęło nam cały dzień. Młodym oczywiście dużo więcej licząc wszystkie przygotowania.
O ślubie dowiedziałam się dwa tygodnie wcześniej, bo miałam mieć szytą kabę aby móc wystąpić zgodnie z afrykańską tradycją. Nie był to bynajmniej mój wymysł ale zarządzenie odgórne czyli państwa młodych dla swoich gości.
Goście panny młodej i pana młodego mają różne kaby, tzn. Z różnych materiałów aby można było odróżnić kto jest od kogo. Panowie także ubierają się w uniformy z wyznaczonego materiału, a że jest on kolorowy więc uszyte wdzianko, spodnie i nierozpinana koszula przypomina naszą piżamamę. Za materiał i uszycie płaci wedlug tradycji pan młody.
Ja miałam być ze strony panny młodej. Młodzi obydwoje są przyjaciółmi Marianne i Achilla, którzy zostali też zaproszeni na świadków.
Nasi młodzi Julienne i Yves to nie tacy całkowici nowicjusze, są razem już niezłych parę lat skoro dorobili się dwóch córeczek.
W Kamerunie to zjawisko nikogo nie dziwi, wręcz odwrotnie, można powiedzieć, że szybko zdecydowali się na ślub.
Ślub cywilny odbył się w budynku merostwa czyli naszym ratuszu.Wyznaczono godzinę 10:00. My z domu wyjechaliśmy trochę po 10, jakby dziwnie?
O. Darek od razu jednak uspokoił, że to całkiem normalne i właściwie to wychodzimy za wcześnie.
Za wcześnie? To jak wiadomo na którą? Właśnie, nie wiadomo, ale na pewno nie na wyznaczony czas, bo to dużo za wcześnie, o godzinę przynajmniej,
Sprawdziło się według przewidywań, ceremonia, rozpoczęła się ok 11:30.
Pani mer, protokolantka oraz mistrz ceremonii, dwie pary ślubowały jednocześnie.
Z ciekawostek należy podać, że Kamerun jest państwem, w którym jest dozwolona poligamia. Mer zadaje pytanie nowożeńcom, jaki rodzaj małżeństwa chcą zawrzeć. Zarówno nasza para jak i druga obecna, zdecydowali się na monogamię. Zostało to przyjęte oklaskami. Tendencje w kraju idą w kierunku monogamii i taki wybór jest milej widziany. Oczywiście jesteśmy w stolicy na wsi pewnie jest inaczej podobnie na muzułmańskiej północy. Jednakże powszechnie wiadomo, że stolica wyznacza trendy a one z czasem przyjmują się dalej.
Cała ceremonia trwała około godziny. My wróciliśmy do domu ponieważ następny etap, czyli ślub kościelny miał być o 14:00. Właściwie to nie kościelny. Panna młoda jest ewangeliczką i młodzi, zdecydowali się na ślub w zborze luterańskim.
Oczywiście nie jechaliśmy na wyznaczony czas, to już wiadomo. Byliśmy ok. 15 i wcale nie wygladało byśmy byli na ostatni moment.
Dostaliśmy potem oficjalny program uroczystości i okazało się, że ślub był wyznaczony na 15:00, czyli my byliśmy grubo za wcześnie.
Ceremonia rozpoczęła się ok. 16:00. Ładnie to wszystko przygotowane, najpierw wprowadzenie pana młodego przez jego matkę, potem wprowadzenie panny młodej przez jej brata, który jest szefem rodziny. Sypanie kwiatów przez druhny, w tym córeczki młodych, obok druhowie, wszyscy jednakowo ubrani.
Śpiewy chóru: Martin Luther, także dobry poziom. Dwaj pastorzy, duża gromadka ludzi ale smutno ogólnie. Wiadomo, my katolicy bez Eucharystii, liturgii ani rusz.
Nawet chyba sobie nie zdajemy na co dzień sprawy, ile daje Eucharystia, jaka to wielka łaska i dziedzictwo Kościoła katolickiego. Nic nie zastąpi Pana Jezusa żywego w tabernakulum, cudu przeistoczenia i możliwości spożycia Ciała Pańskiego w Komunii Świętej.
Tak więc ceremonia była długa ale nie różniła się za bardzo od tej w merostwie. W zborze młodzi także podpisywali akt ślubu, i każdy dostał swój papier. Bardzo urzędowa procedura, a ta religijna prawie niewidoczna.
Na zdjęcia przed zborem nie pozwoliła pogoda. Jakby się chmura oberwała, świata nie było widać. Na szczęście niezwykle szykowny Chrysler wiozący młodych mógł podjechać prawie pod drzwi, niestety my goście musieliśmy brnąć w niezłym czerwonym błocie. Ale kolejny etap mieliśmy za sobą.
Zostało jeszcze wesele, które według planu było przygotowane na godzinę 20:00.
Wyruszyliśmy po 21, wiadomo na czas nie ma po co. Kolejny raz sprawdziło się, uroczystość rozpoczęłą się o 23:00. Ładnie byśmy sobie poczekali, a i tak trochę się nasiedzieliśmy.
Wszystko przygotowane na modłę Europejską, wystrój, ubiory, kaby zostały zamienione na sukienki lub spodnie.
Kameruńczycy mają pewną cechę wspólną z Polakami – lubią się pokazać. Nasze porzekadło „postaw się a zastaw się” jest tu dobrze przestrzegane. Każdy chce mieć najpiekniej, najbogaciej, wyjątkowo aby zaćmić gości i aby długo mieli co opowiadać.
Co trzeba oddać Kameruńczykom, umieją się bawić, kulturalnie, bez dużej ilości alkoholu, a nawet jak piją jest spokojnie. W Kamerunie pije się ogromne ilości piwa, o każdej porze i w każdym miejscu ale wszędzie jest spokojnie.
Bardzo ciekawy jest zwyczaj wręczania prezentów podczas wesela.
Wszyscy stoją w kolejce do młodych, poruszając się w rytm muzyki postępują do przodu, jest to widowiskowe, bo każdy chce się indywidualnie zaprezentować, a do tańca każdy ma niezwykły talent.
Jest przewidziana część artystyczna gdzie zapraszani są znani artyści, u nas była m.in. piosenkarka Lynda Raymond, której przebój bez przerwy jest w radio.
Podchodzenie do bufetu też nie jest przypadkowe, najpierw młodzi, ich świadkowie, przedstawiciele rodzin, potem szedł nasz stolik, czyli byliśmy ważnymi gośćmi.
Końcowym punktem programu były tańce. Wytrwaliśmy dzielnie do 4 rano, siedząc, obserwując tancerzy oraz wymieniając swoje uwagi.
Może niedługo znów niespodziewanie dowiem się, że chcą mi szyć kabę?

DOMINIKANIN I CIZIE

O. Darek od dluższego czasu szykował się na przyjazd Ciź. Informował mnie gdzie Cizie właśnie są, słyszałam więc- są w Mali, Burkina Faso, Cizie już w Nigerii, wreszcie w Kamerunie. Chcąc nie chcąc zostałam więc wciągnięta w tę tajemniczą wizytę i byłam jej bardzo ciekawa.
No właśnie Cizie, a to dopiero? Dominikanin wyczekujący przyjazdu Ciź.
Wreszcie są, dzwonią, że są w Yaounde i trzeba wyjechać i pilotować ich dojazd na miejsce. To jedziemy, do anteny mamy przymocowaną Polską flagę, która łopocze tak mocno, że aż postrzepiły się jej brzegi.
Jedziemy niezły kawałek, rozglądając się na wszystkie strony. Widzimy ich samochód, charakterystyczny wehikuł i zawracmy aby się z nimi spotkać.
Pierwsze spotkanie dotąd znaliśmy się tylko z widzenia i to nie w rzeczywistości.
Serdeczne przywitanie, Cizie nie da się ukryć zmęczone, a właśnie chyba bardziej zmęczeni? Zmęczeni?
Tak, bo nasze Cizie to Cizia – Paweł i Zyke – Norbert i to obydwaj z ukochanego mojego Krakowa. Przywitani, to jedziemy do naszego Foyer a chłopaki z nami.
W Polsce mało znany (ja nie znałam) Cizia Zyke stał się w pewnym sensie idolem Pawła, po przeczytaniu jego przewodniej książki – „Oro” czyli – „Złoto” i drugiej „Sahara”
Historia życia Cizi wywarła na Pawle takie wrażenie, że postanowił w jakiś sposób przeżyć samemu część przygód swojego bohatera.
Co było do tego potrzebne?
Mercedes z lat 80-tych zwany potocznie beczką, do tego bialy i koniecznie kombi, bo takim właśnie podróżował Cizia Zyke. Dobry byłby jeszcze kompan bo razem wiadomo zawsze raźniej. Wiesław Michnikowski w Kabarecie Starszych Panów, śpiewał, że nawet kochać jest lepiej we dwóch, co dopiero więc podróżować i to jeszcze po Afryce. Kompan znalazł się w osobie Norberta podobnie zwariowanego na punkcie podróży i przygód. Norbert „łyknął” książkę i powiedział, może nie sakramentalne w tym przypadku ale jednak – tak.
Samochód znaleźli w Bytomiu. Po bardzo dokładnych oględzinach i wielostronnym sprawdzaniu czyli kopnięciu w przednie koło „zaklepali” kupno. Jak dobrego dokonali wyboru dowiedzieli się już w drodze powrotnej do Krakowa gdy samochodzik postanowił strzelić pierwszego focha. W ten sposób do zakupionego za niecałe 4 tys.zł Wehikułu, musieli dorzucić, bagatela jeszcze 16tys. Zł, czyli zakup rzeczywiście dobry i udany.
Najważniejsze, że Charlie był. Potem zaczęła się reszta przygotowań i wybór trasy, oczywiście z Krakowa, przez Hiszpanię, Maroko i dalej na południe przez połowę Afryki aż do Kamerunu.
Nie była to trasa prawdziwego Cizi ale nie to było najważniejsze. Poza tym Paweł i Norbert są zapalonymi motorowcami i nie raz szaleli na swoich dwóch kółkach po Afryce. Tak poznali O. Darka, który jako szczęśliwy posiadacz dwóch motorów Kawasaki, śledzi co dzieje się w motorowym światku.
Postanowiono więc wspólnie, że podróż zakończy się w Yaounde, a potem już tylko odlot do domu. Oczywiście najpierw kilkudniowy odpoczynek w Foyer.
Wypada jeszcze powiedzieć trochę o samym Cizi, skoro to taki spiritus movens.
Cizia Zyke, a właściwie Jean – Charles Zyke, pół Grek, pół Albańczyk po ojcu. Niespokojny duch, łowca przygód i awanturnik, poszukiwacz złota, handlarz dziwnymi towarami, najczęściej nielegalnymi. Raz na wozie, raz pod wozem ale to było dla niego całą frajdą. To Afryka, Azja to Ameryka Południowa i Północna, zawsze tam gdzie niebezpiecznie, bezprawnie, wbrew temu czy tamtemu, pod górę i pod prąd.
Z samej góry spadał na samo dno aby znów drapać się wyżej. Przy okazji Cizia miał talent literacki. Zaczął wiec swoje przygody opisywać. Najpierw wydał przeżycia podczas poszukiwania złota w Kostaryce, czyli „Oro”. Bardziej znane jeszcze to „ Sahara” czy „Gorączka”. Łącznie opublikowano około 20 jego książek i tak wszedł na stałe do historii. Zmarł we wrześniu ubiegłego roku, mając 62 lata.
W pełni rozumiem decyzję chłopaków bo sama też uleglam podobnemu zauroczeniu. Przeczytałam pewną książkę i dosłownie mnie „zaczarowało” na punkcie jednego z jej bohaterów. Nie musiałam co prawda kupować mercedesa ale nauczyć się komunikatywnie włoskiego i pojechać w góry Sybillini niedaleko Adriatyku bo tam mój bohater własnoręcznie odbudował z kamieni kościółek poświęając na to prawie 40 lat swojego życia.
Wracam jednak do Ciź. Szybko się u nas zadomowili, dobrze poczuli i po należnym odpoczynku jak to ciekawe świata istoty zapragnęli poznać życie w Yaounde.
A, że w Yaounde za dużo do poznawania nie ma, zaczęliśmy od zwiedzania barów. Nie robiliśmy tego dokładnie bo czasu było niewiele a na odwiedzenie wszystkich trzeba by chyba kilku lat.
Najwiekszą wyprawą była noc najpierw w kabarecie Maeve, a potem w opisywanym już clubie Safari. Znów zabawiliśmy do 5 rano i nawet hałas mi nie przeszkadzał o dziwo.
Na niedzielę postanowiliśmy jechać do Kribi, miejscowego kurortu nad oceanem, ale o tym opowiem osobno.
A co z Charlie’m?
Otóż zostaje w Foyer. Mercedes na krakowskich numerach znalazł swój dom w Kamerunie. Co by pomyśleli o tym jego kolejni właściciele?
Nie będzie jednak próżnował, już mamy dla niego zajęcie ale póki co o tym cisza.
Wymaga trochę dopieszczenia, przejechał przecież 12tys. Kilometrów w miesiąc czasu ale i tak wygląda rewelacyjnie. Jak to O. Darek mówi, – igła.
Igła przejechała pół Afryki. Co bardzo smutne to pół Afryki to ziemia wciąż będąca w stanie wojen i zamieszek. Niebezpieczny świat gdzie życie ludzkie ma małą wartość. Jak przykro to odczuć i patrzeć na niepotrzebne zniszczenia i ludzki niepokój.
Obydwaj, Cizia i Zyke stwierdzili zgodnie, że dopiero w Kamerunie poczuli się bezpiecznie. Jak cenny jest pokój, możliwość powolnego ale rozwoju. Siłą pokoju może jest własnie róznorodność, ludzie różnego pochodzenia, języków nauczyli się w Kamerunie zgodnie żyć.
A nasi bohaterowie w czasie swojej ciężkiej i nebezpiecznej podróży nauczyli się lepiej siebie. Ich przyjaźń miała swój sprawdzian, wszystko było możliwe.
Sprawdziła się, już myślą o nowej wspólnej wyprawie.
Kto teraz da do niej natchnienie?

KRASNOLUDKI, BALET, KLASA NA 100 OSÓB I PLANYODGÓRNE

W Kamerunie kończy się pierwszy semestr szkolny. Na 10 dni prze dświętami zaczynają się ferie. Tak wypada w tym roku, bo piatek to 14 grudnia. Dzieci wrócą do szkoły dopiero 3 stycznia. Nie ma żadnych ferii zimowych jak u nas ale właśnie obecny czas wolny międzysemestralny połączony ze świętami Bożego Narodzenia. Semestr kończy się egzaminem pisemnym ze wszystkich przedmiotów, obejmujący wyrywkowo cały materiał przerobiony. Nie ma żadnych ocen z poszczególnych przedmiotów, miernikiem jest test. Biada tym, którym źle poszło, ocena z obecnego testu plus test na koniec roku w czerwcu to będzie wyznacznik – witaj następna klaso czy też wyjątkowego przywiązania do klasy obecnej, np. Ktoś może już trzeci rok być w piątej klasie. Takich delikwentów trochę jest, w naszym Foyer rownież.
Mimo, że szkoła podstawowa jest obowiązkowa nikt tego nie sprawdza i wielbiciel np. Piątej klasy mający 14 lat w końcu ją opuszcza aby zająć się pracą i zarabianiem bo naukowego już z niego nie będzie.
Ten przedłużony wstęp nie ma za celu rozwijanie mojego wywodu o wielbicielach pozostania w jednej klasie dożywotnio. Będzie zupełnie o czymś innym jak to w życiu, trochę radości trochę smutku.
Z okazji zakończenia semestru i jednocześnie przedstawienia z okazji zbliżających się świąt Bożego Narodzenia, O. Darek został zaproszony do szkoly katolickiej. Oczywiście ja również, zwłaszcza, że okazałam się gościem ważnym i rokującym, ale o tym dalej.
Dyrektorka szkoły siostra Sylwia jest byłą wychowanką O. Darka z Bertoua. Znają się już 18 lat, a siostra Sylwia była wtedy młodą licealistką, przebywającą w internacie sasiadującym z domem biskupim gdzie wtedy ojciec mieszkał.
Poprzez kolejne życiowe wybory, i decyzje przełożonych „wylądowała” w końcu w szkole Saint Kisito de MvogMbi w Yaounde jako dyrektorka.
Uroczystość została zaplanowana na godzinę 9 rano, oczywiście wyjechaliśmy po 10 a byliśmy ok 10:30. Zrozumiałe jest, że jeszcze nic się nie rozpoczęło. Czekały na nas miejsca w pierwszym rzędzie obok samej siostry dyrektor.
Plac szkolny niezbyt wielki, wejście z ulicy po schodach drewnianych. Chyba schodach to za dużo powiedziane, są to przypadkowe deski róznej wielkości i maści. Myślałam , że wchodzimy na plac budowy
. Ale pomysł, jestem tu już dwa miesiące i takie myślenie? Powinnam się nieco orientować. Nie było to żadne wejście prowizoryczne na żadną budowę tylko „normalne”.
Na placu szkolnym pełno ludzi, głównie rodzice, wystające z klas i balkonów, głowy uczniów. We właściwym czasie czyli plus, minus dwie godziny, rozpoczęła się uroczystość.
Najpierw krótka modlitwa, wciągnięcie flagi Kamerunu i odśpiewanie hymnu, potem przemówienie siostry dyrektor i część artystyczna.
Wszyscy goście honorowi czyli my także dostaliśmy program uroczystości.
Zapowiadało się dosyć długie posiedzenie, bo to balet, to przedstawienie i tak na przemian.
Pierwszy punkt programu to dosłownie był „wysyp” czarnych krasnoludków. Cały plac zapelnił się malutkimi, czarnymi ludzikami w białych sukienkach lub spodenkach i koszulkach, z czerwonymi czapeczkami na główkach. Mieli to chyba być Mikołaje i Mikołajki ale mi bardziej kojarzyli się z krasnoludkami.
Małe czerwono – czarno – białe istotki, zaczęły zabawnie podrygiwać w rytm muzyki. W Afryce taniec to wyrażanie siebie już od najmłoszych lat a nawet miesięcy. Maluchy, poczucie rytmu mają we krwi, ruchy ich nie były przypadkowe ale wyraźnie odpatrzone u doroslych. Przecież tu tańczy się przy każdej okazji i taniec jest wszechobecny.
Miejsce maluszków, zajęli starsi uczniowie, zapowiedziani jako balet.
Absolutnie nie mylić z rozumianym przez nas. Nikt nie wyszedł w baletkach i nie odtańczono „Jeziora łabędzi” ani „Dziadka do orzechów”. Wybiegli w białych T-shirtach i spodniach, i też w rytm muzyki afrykańskiej pokazali swoje umiejętności wyginania się na rózne strony.
My biali nie potrafimy tego podrobić, oddzielnie tańczy brzuch, pupa, nogi, część piersiowa oraz ręce. Kompletnie nie do powtórzenia. Po tańcach młodzieży znów inwazja krasnoludków tym razem płci pięknej w różowych topach i spódniczkach w rytm kolejnego przeboju.
Jeszcze podczas tańca młodzieży, weszła krasnoludka z bukietem kwiatów i siostra dyrektor wywołała mnie do odebrania tego pięknego wyróżnienia.
Bardzo to było miłe i dalo okazję do wspólnego tańca z maluchami na tle baletu.
Dodatkowo dostałam stałe „zagospodarowanie” moich kolan. Przez pewien czas siedziały na nich nawet dwie, śliczne, małe krasnoludzice.
Trzeba koniecznie dodać, że te dzieciaki są śliczne. Potem jak dorastają róznie to wygląda ale jako dzieci są czarujace.
Zanim przyjechałam do Kamerunu, myślałam, że wszyscy czarni są podobni. Pewnie tak myśli większość białych i odwrotnie. Teraz wiem, że twarze są tak różne, zupełnie jak u nas. Nie wszyscy mają duże usta i płaskie nosy. Róznorodność jest zadziwiająca. Oczywiście nie umiem rozróznić plemion, poza niektórymi ale już bardzo charakterystycznymi z północy kraju.
Tak więc na moich kolanach siedziały małe, czarne aniołki i w ogóle się nie bały, wręcz przeciwnie, a nigdy chyba wcześniej nie widziały białej istoty.
Program arrtystyczny został urozmaicony czymś w rodzaju jasełek, odegranych przez uczniów młodszych klas, potem bylo jeszcze kilka wystepów krasnoludków i baletu.
Wreszcienastąpiło odczytanie wyników egzaminów. Słuchając tej prezentacji można było wywnioskować, że specjalnych orłów szkoła się nie dochowała. Na pewno jednak będzie kilkoro dzieci, może więcej, którym się w życiu powiedzie.
Do szkoły uczęszcza 1300 uczniów i co powiedzie się najwyżej kilkunastu? Czy to ie farsa czy też skrajna czarna wizja z mojej strony?
Ani jedno, ani drugie ale czysta statystyka.
W każdej klasie jest ok 70 i więcej uczniów. Szkola jest w biednej dzielnicy, otacza ją coś na wzór slamsów. Inny wynik jest tu niemożliwy.
Patrząc na zdjęcia szkoły nawet te robione przeze mnie absolutnie nie widać – rzeczywistości: drapanych murów, dziur, blaszanego, rozgrzanego do bólu sufitu, brudnych klas, w których małe okna, plus ilość uczniów, plus niewysokie sufity czy wspomniany blaszany dach, dają efekt sauny zupełnie nieoczekiwany w klasie szkolnej. Na dodatek dzieci przebywają w tych warunkacj od 7:30 do ok. 16. Nie można w takich warunkach wysiedzieć, a co dopiero, kojarzyć, myśleć, zapamietywać. Siedzą tak blisko siebie, że pisać może chyba co drugi.
Klasy nie mają żadnego wyposażenia poza starą, brzydką tablicą, jakich u nas nigdzie juz nie ma. Ławki to zbite z desek, nieoszlifowane i niepomalowane siedziska z blatem do pisania.
Weszłam do jednej z takich klas, okna pootwierane, drzwi także. Zresztą okna tylko dwa i to małe. Dzieciaki od razu wyskoczyły do mnie, śmieją się, machają. Nikt ich nie prosił o taki entuzjazm. Czasami zazdrość bierze jak się widzi ich radość z niczego. Wśród naszych dzieci taki spontaniczny odruch juz dawno zniknął, jaka szkoda.
Oglądając szkołę, chodząc po jej trzech kondygnacjach, mimo starań i myślę nie aż tak zduszonej, czy nieobecnej we mnie wyobraźni, nie mogę pojąć jak się tu taka ilość dzieci mieści.
Szkoła nie ma korytarza, wejście jest z zewnątrz po schodach i do klas wchodzi się z zewnetrznego balkonu. Na każdym poziomie jest pięć klas czyli razem pietnaście, jedna taka klasa to dodatkowo jakby sekretariat i pokój siostry dyrektor.
Toaleta jest na zewnątrz, to drewniana przybudówka, z której rozchodzi się niezbyt przyjemny zapach, szczerze – smród po prostu.
Patrząc na zdjęcia z naszej wizyty mozna być lekko wygłupionym To co piszę i co widać na zdjęciach trochę nie pasuje do siebie.
Jak to, piszę, że brud i smród, że bieda, a dzieci niby ze slamsów w pięknych ubrankach?
Po pierwsze jak się patrzy na ich rodziców już tej wykwintności nie widać, po drugie często to co mają na sobie to ich jedyny kapitał, wizytówka. I tak na nic nie stać to chociaż ubrać się jakos trzeba. Dom to drewniana buda z wychodkiem na zewnątrz , zresztą kto w nim siedzi, pierze się, je, siedzi, głównie na powietrzu.
Zresztą pamiętamy sami czasy gdy u nas sukienka u tzw. prywaciarza kosztowała czasami całą pensję i trzeba bylo zbierać na nią przez parę miesięcy albo dokładała się do niej cała rodzina. Tak też to wygląda tutaj.
Ostatnim punktem wizyty był poczęstunek, przygotowany w jednej z klas. Czekał zastawiony stół z tradycyjnym menu poczęstunkowym: ryżem, kurczakiem, rybą, plantanami, owocami, piwem, colą i wodą.
Siostra dyrektor poza rolą dyrektorki pełni chyba także funkcję kelnerki bo cały czas gdzieś biega i przynosi kolejne potrawy, zachęca do jedzenia. Wreszcie trochę mogła usiąść przy nas, do mnie mówi trochę po polsku, pamięta jeszcze jak była młodą dziewczyną. Niezwykła.
Ojciec Darek prostuje potem, abym nie myślała, że kwiaty dostałam ot tak. Po prostu zainwestowano we mnie licząc, że znajdę pomoc dla szkoły i dzieci.
Pomoc, ale gdzie?
Gdzie? To może nie moje zmartwienie na teraz. Skoro „ Góra” zadbała o to, żebym się tu znalazła to ma swój cel i ma już to gdzieś, i ludzi, i środki, ja najwyżej będę musiała to wszystko powiązać. Jak to w życiu bywa.

AFRYKAŃSKIE BOŻE NARODZENIE

Był już Adwent, a wciąż nie dochodziło do mnie, że to grudzień i niedługo Boże Narodzenie. Nawet nasza codzienna msza była jakby adwentowa. Sprawowana o godzinie szóstej rano mogłaby być roratami, ale palmy obok i to nie w doniczce. Z drugiej strony nasza tzw. atmosfera przedświąteczna nie miała do mnie dostępu co było swoistym dobrem. Myślę tu atmosferze przedświątecznych zakupów, szału reklam, prześcigania się w zakupowym amoku.
Tu na ulicach o zbliżających się świętach przypominały mrugające gdzieniegdzie kolorowe lampki. Domokrążny sprzedawca, w czerwonej czapce z białym pomponem oraz sztuczną choinką w rękach. Akurat nasza część kraju jest w przeważającej mierze katolicka ewentualnie ogólnie mówiąc chrześcijańska. Zupełnie inaczej wyglądało by na północy gdzie mieszkają muzułmanie, tam zbliżających się świąt nie byłoby widać w ogóle.
Na parę dni przed Wigilią zagościły u nas kolorowe lampki nad oknami budynku. Na zewnętrznej ścianie kuchni, kolorowe gałązki choinki utworzonej z lampek. Dzień przed Wigilią pojawiła się palmowa choinka, z prawdziwymi bombkami, światełkami nawet malutkim, polskim żłóbkiem. Zaczynało być coraz bardziej świątecznie, tak jak się to w naszych polskich głowach przez lata wyobraża. Chociaż Boże Narodzenie bliższe jest palmie niż świerkowi oraz ciepłej porze roku niż krajobrazowi z bałwankiem i płatkami śniegu oraz świętym Mikołajem pędzącym na saniach, które ciągną renifery. Zresztą święty Mikołaj biskup z Hipony dawno przestał być święty, zamiast biskupiego infuału została mu czerwona czapka z pomponem, jakiś bliżej nieokreślony czerwony płaszcz z białym futerkiem i kij zamiast pastorału biskupiego. Do tego sanie i renifery przeniosły tego dziwnego przebierańca w śnieżną krainę Norwegii. Po pierwowzorze zostało mu imię i to, że chętnie rozdaje prezenty, lubiąc uszczęśliwiać ludzi.
W tygodniu pojechałyśmy z Marianne na targ po prezenty dla dzieciaków. Jest tu zwyczaj, że prezentem są nowe ubrania, które potem się dumnie obnosi przez święta. Zakupione zostały sukienki dla młodszych dziewczynek ora spodnie i koszulki dla młodszych chłopców. Nowe to tu przeważnie chińskie i to bardzo drogie. To samo u nas kosztuje grosze i nie wzbudza prawie żadnego zainteresowania. Tu jest przejawem dobrego statusu i pewnego prestiżu. Jak porównać to z przeciętnymi zarobkami to wychodzi prawdziwy koszmar. Jeśli znajoma nauczycielka zarabia 40 tys. fcfa a my zapłaciłyśmy 70tys cf to prawie jej dwie pensje. Ona akurat ma sześcioro dzieci, tyle dla ilu my kupowałyśmy. Wszystko jasne.
Starsze dzieciaki dostały pieniądze i same mogły sobie wybrać co chcą kupić. Nasze panny były wręcz wniebowzięte, zaraz zagospodarowały gotówkę i pokazywały potem swoje niezwykłe „łupy”. Ojciec Darek w roli św. Mikołaja zaopatrzył jeszcze całe towarzystwo w nowe buty, także wszyscy zostali ubrani w nowe rzeczy rzeczywiście od stóp do głów.
Na parę dni przed świętami zostały zrobione duże zakupy. Z Bertoua przywieziony został żywy prosiak i bynajmniej nie miał być gościem na wieczerzy. Jeszcze tego samego dnia został zaszlachtowany co tu dużo mówić w niezbyt już dla nas do przyjęcia sposób. Jednak jesteśmy w Afryce i nie wszystkie nasze zwyczaje i preferowane metody tu dotarły. Jedne dobrze, że nie, inne szkoda, że nie. Afryka w przeciwieństwie do Europy ma czas i czas nie jest w niej wart pieniędzy.
W samą Wigilię trwało już od samego rana na całego gotowanie i pichcenie. Na święta przyjechało czterech chłopaków z Bertoua oraz mała Jolanta, córka siostry Marianne. Do tego dwie mamy, mama Marianne i Achilla. I to mamy, dziewczyny oraz jak zwykle Jaśka czyli Jeanne, przejęły rządy w kuchni. Zresztą mężczyźni, a nawet chłopcy nie przekroczą za nic progu kuchni. To królestwo kobiet i dla płci tej niezbyt ponoć pięknej byłby to swoisty dyshonor. Honorowo za to jest przesiadywać w barze nad butelką piwa, choćby przez cały dzień.
Pasterka u nas zaczęła się o godzinie dwudziestej. Nie ma tu zwyczaju czekania do pierwszej gwiazdki z wieczerzą wigilijną. Wszystko wygląda inaczej. Msza była bardzo uroczysta, dzień wcześniej pod wodzą Marianne wszyscy ćwiczyli śpiewy. Bardzo lubię to tutejsze śpiewanie. Część jest w rodzimym języku, do tego bęben, a raczej pełniący jego rolę plastikowy, pusty kanister na wodę oraz tamburyno. Główne części śpiewa Marianne solo, swoim lekko ochrypłym jak dla mnie pasującym niezwykle afrykańskim głosem. Mimo, że tutejsza pasterka całkowicie nie przypominała naszej bardzo mi się podobała, te niezwykłe śpiewy światła lampek, palmowa choinka, czytania mszalne, nie było wątpliwości, że jesteśmy tu po to aby cieszyć i witać mającego się narodzić Pana Jezusa. Pasterka na podwórku, ciepłe powietrze, towarzystwo palm, rozgwieżdżone niebo. Tak musiało wyglądać prawdziwe narodzenia Pana Jezusa.
Jeszcze w czasie mszy o. Darek złożył wszystkim zebranym życzenia świąteczne a zaraz po niej zachęcił do świętowania. Do tego w tym kraju nie trzeba dwa razy zapraszać. Radosne okrzyki, śpiewy i taniec, aż nad wyraz pokazywały, że gotowość do świętowania jest w pełni. Zaczęło się ustawianie stołów, przynoszenie potraw. Nie można się było spodziewać żadnej nam znanej ale tym bardziej było ciekawie. Była co prawda smażona ryba ale zupełnie nieznana, szaszłyki, pieczony kurczak i mięso z prosiaka, który tu zakończył swoje życie, zresztą podobnie jak kury. Frytki do tego moje teraz ulubione smażone plantany, jakieś siekane liście z przyprawami, mogę podejrzewać, że był to maniok, który rośnie nawet za naszym płotem, wszechobecny pimont aby dodać ostrego, afrykańskiego smaku wszystkim potrawom. Potrawy stoją na jednym stole, najpierw podchodzą osoby najbardziej uprzywilejowane, aby mogły wybrać sobie najlepsze kawałki, potem ci mniej uprzywilejowani. Dzieciom potrawy zostały nakładane na talerze i tym razem każdy miał swój talerz ale maluchy i tak siedziały na posadzce, to ich ulubione miejsce. Był także gość –przybysz, pan nadzorujący sąsiednią budowę, mieszkający na jej terenie, dla niego to pewnie pierwsza i ostatnia Wigilia, jest bowiem bardzo chory.
Po jedzeniu zaczęły się tańce, to chyba druga ulubiona czynność w Afryce zaraz po jedzeniu. Każdy tańczył na swój sposób. Te rytmy i atmosfera udzieliły się także mnie, zaczęłam pląsać tak jak umiałam, na szczęście w tym jest kompletna dowolność.
Biesiadowanie i tańce trwały jeszcze po północy. Nasze dziewczyny były na pewno szczęśliwe, że mają wreszcie odpowiednie towarzystwo do tańca. Dziewczyny bardzo lubią się stroić, w czasie wieczoru przebierały się kilka razy. Nie mogłam nadążyć za zapamiętywaniem kto jak w danej chwili wygląda, może tej trudności sprzyjało jeszcze wszechobecne piwo. Dziś był go nie tylko dostatek w ilości ale nawet w różnorodności. Jest w Kamerunie duży wybór tego trunku, rodzimej produkcji ale także holenderskiej np. Amstel i irlandzkiej np. Guiness, których produkcja jest dokładnie nadzorowana przez przedstawicieli producentów, także nie odbiega niczym od produkowanych w krajach pochodzenia.
Mogę śmiało powiedzieć, że była to jedna z piękniejszych moich Wigilii. Oczywiście, że brakowało mi moich najbliższych, tych żywych i tych, którzy już odeszli, byłam cały czas z nimi modlitwą i sercem. Jednakże widok radosnych dzieci, z których większość nie ma rodziców albo jednego z nich, a które znalazły tu swój dom, troskę i miłość bardzo mnie uszczęśliwiał. To dla mnie prawdziwy wymiar świąt Bożego Narodzenia. Przychodzi do nas sam Bóg, nasz Pan Jezus Chrystus jako małe bezbronne Dziecię. On sam powiedział do nas: „Wszystko co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” Mt25;40

LAWINA W CENTRUM MIASTA

Wraz z początkiem ferii świątecznych czyli już 14 grudnia, rozpoczęło się Yafe czyli Yaounde en fete ( Świąteczne Yaounde) . Swoista tutejsza atrakcja, jedyny tego rodzaju festyn w całym Kamerunie.
Dzień Narodzenia Pańskiego po Mszy świętej i posiłku, my także całą ekipą pojechaliśmy na Yafe. Ścisk był w samochodzie okrutny, mimo, że Toyota jest bardzo pakowna ale z tyłu siedziało na dwadzieścia dwie osoby, w tym tylko siedmioro mniejszych dzieci. Ściski tego wieczoru pozostał normą. Samochód na szczęście udało się zaparkować. Ruszyliśmy tłumnie w tłum. Cała główna ulica ze sławetnymi trybunami dla dostojników z prezydentem Biyą na czele stała się na te dwa tygodnie deptakiem. Rzeczywiście ludzi było tyle, że nie trudno było deptać kogoś po piętach i vice versa, samemu być dosłownie zdeptanym. Posuwaliśmy się dzielnie naprzód, licząc na moc atrakcji. Przynajmniej ja na nie liczyłam, wysłuchując wcześniej, że w tym czasie można kręcić się na karuzelach. Bowiem urządzenie takie służące w zasadzie li tylko, żeby człowiekowi się w głowie kręciło, nie jest tu znane. Myślę sobie, że wynalazek ten właściwie to nie ma tu racji bytu. Po cóż bowiem tak zmyślne urządzenie specjalnie montować, dbać o nie, konserwować, skoro stan zawrotu w głowie można osiągnąć w sposób bardziej prosty i nie trzeba się daleko wybierać, może być własny dom albo ewentualnie pobliski bar. Pobliski dosłownie, każdy mieszkaniec Yaounde ma bowiem w swojej okolicy co najmniej kilka pobliskich barów. No właśnie, ale że karuzele to przecież nie dla dorosłych ale dla dzieci, to co jakieś piwo ma do tego? Pytanie niby nie bezzasadne i całkiem logiczne ale odpowiedź na pierwszy rzut oka nie bardzo. Sama już widziałam przecież, gdy piwo podawano niespełna dwulatkowi. Młodsi przecież na karuzeli nie jeżdżą i tak czyli wszystko jasne. Nasze dzieci jednakże piwa jeszcze nie piją więc chcieliśmy im ten zawrót głowy zafundować w tradycyjnie dla dzieci, znany nam sposób.
O dziwo albo inni też tak uznali albo może chcieli w celach badawczych osobiście sprawdzić czy efekt w obydwu przypadkach jest zbliżony, bo kolejka była gigantyczna. Właściwie to już nie była kolejka tylko można powiedzieć, że ok. jedna trzecia przebywających na Yafe, stała za specjalną barierką ciągnącą się z pół kilometra a prowadzącą do kas wejściowych. Widok ten jakoś łatwo nas przekonał, że nie warto do tego tłumku dołączać. Można by ostatecznie ustalić komitet kolejkowy i starać się poprzez pilnowanie miejsca wejść jutro, ale jeśli wszyscy stojący mieli by takie zamiary to nasze wejście byłoby chyba za parę dni, więc zrezygnowaliśmy.
Poszliśmy szukać miejsca przy stolikach, aby usiąść i trochę pogapić się na ludzi popijając jakiś napój. To gapienie się wydawało się być jedyną rozrywką skoro karuzele odpadły. Miejsc jednak nie było, ale były stoły, które zaraz przyniesiono, dostawiając do nich krzesła. Także cała nasza ekipa, dwadzieścia pięć sztuk, mogła sobie spocząć. Nawet jak cały czas obiektów gapienia się nie brakowało to ile czasu można patrzeć na przesuwające się przed oczami czarne twarze. Zauważyliśmy z o. Darkiem, że są to sami młodzi ludzie. Może to odkrycie nie było na miarę Nobla, bo w kraju gdzie średnia wieku wynosi 18 lat, to jacy ludzie mieli paradować przed naszymi oczami? Jednak my sprytni Polacy znaleźliśmy sobie atrakcyjne zajęcie, szukanie osób zbliżonych wiekowo do nas. Rozpoczęliśmy polowanie. Rzeczywiście musiało to być polowanie, bo nikt taki się nie pokazywał. Normalnie myślącemu człowiekowi pochodzącego z naszych obszarów geograficznych wydaje się to niemożliwe i brzmi jak bujda. W ogromnym tłumie, łącznie może stu tysięcy osób nie można znaleźć nikogo powyżej czterdziestki? Prze chwilę się cieszyliśmy z wypatrzonych ofiar, niestety zaraz okazywało się, że to handlarze z różnych straganów, a ci się nie mogli liczyć. W końcu parę sztuk zostało wyłapanych. Frekwencję podbijał albo i nie pewien pan powyżej sześćdziesiątki, który przemaszerował przed nami ze cztery razy, ale właśnie czy tę samą osobę można liczyć kilka razy?
Zmęczeni wyszukiwaniem czarnych, starszych twarzy, zwłaszcza, że zrobiło się ciemno i wszystko było czarne, wpadliśmy na pomysł wyszukiwania białych. Tu było jeszcze gorzej, biali widocznie sprytnie się pochowali i takie atrakcje ich nie nęciły. Wytrwałość nasza jednak została nagrodzona i licząc czas od przybycia aż do końca znaleźliśmy aż cztery sztuki.
Dla urozmaicenia postanowiliśmy skosztować lody. Poszłam do kolejki i zamówiłam dwadzieścia pięć porcji. Taka ilość wyczerpała szybko pojemnik w maszynie do tzw. lodów włoskich. Pan dolewał magicznego płynu, z którego po schłodzeniu miały pojawiać się kolorowe lody, jednak to co wychodziło było raczej skręconą kolorową mazią z poznańska zwaną, – glajdą. Nawet nie byłam wstanie tego jeść choć to ja byłam inicjatorką pomysłu lodowego.
Robiło się coraz później, ludzi jednak nie ubywało, ale jakby odwrotnie. Swoje odsiedzieliśmy, wypiliśmy, czas wracać. Jeszcze odbyło się liczenie zawartości paragonu i porównywanie ze stanem faktycznym. Ma się rozumieć, że przy zamówieniu dla dwudziestu pięciu osób mogły pojawić się pomyłki(sic!), oczywiście były, więc zaczęły się prostowania co też zajęło trochę czasu.
Wreszcie opuściliśmy stoliki i szliśmy ku wyjściu. Miejsce konsumpcyjne gdzie siedzieliśmy było bardzo zatłoczone, nie dość siedzących jeden przy drugim to jeszcze cały czas przesuwający się szpaler przechodniów i handlarzy, zabawiaczy jakimiś marionetkami, maskami itp. Wydostaliśmy się poza teren stolikowy, teraz około kilometra i będziemy przy samochodzie. Nagle rozpoczęło się coś co znam tylko z filmów katastroficznych czy też grozy.
Za nami jak lawina, pędził przerażony ludzki tłum. Rozlewali się jak domino wprawiając w ruch następnych. Poddając się zaraźliwej reakcji tłumu tez zaczęliśmy uciekać, zwłaszcza, że cała, stłoczona masa była tuż za nami. W mojej głowie pojawiła się tylko myśl i jakby zarzut: mój Boże dlaczego w taki głupi sposób i w tym miejscu? Zadeptanie wydawało się nieuniknione. Nagle cała rozpędzona masa, zatrzymała się. Wszystko zatrzymało się jakby odcięto prąd. Staliśmy zadziwieni jak wszyscy wokół. Patrzyliśmy kto z naszych jest obok, brakowało małej Patrycji. Zaczęły się nawoływania, ale w takim zamieszaniu i tłumie przecież nic nie słychać. Obok mnie była wystraszona Miszu, chwyciłam ją mocno za rękę. Uspokojenie nie trwało długo, prąd został ponownie włączony i cała masa znów ruszyła, ponowna paniczna ucieczka do przodu. I znów odłączono prąd. Sytuacja była nieprzewidywalna, stwierdziliśmy, że idziemy w stronę samochodu, rozglądając się ale trzeba wyprowadzić resztę młodszych dzieci. Ruszyłyśmy z Mizszu, byłam jedyną białą w tym chyba bez przesady milionowym tłumie. Cały czas naprzeciwko nas szli ludzie, którzy nie wiedzieli co się tu przed chwilą działo. Pierwszy raz miałam wrażenie wrogości, jakiegoś takiego dziwnego patrzenia na mnie, ale pewnie to mnie się tak wydawało.
Doszłyśmy z Miszu do samochodu, tam już czekała część naszych, była też poszukiwana Patrycja. Po chwili zjawił się O. Darek. Brakowało jeszcze Marianne i Achilla oraz starszych chłopaków. Wreszcie wszyscy przyszli. Jak się okazało Achille, poszedł do toalety i całą nawałnicę widział jakby z boku stojąc w drzwiach. Marianne czekała na niego i została wciągnięta przez lawinę. Przewróciła się i przebiegło po niej kilka osób. Na szczęście nic się jej nie stało. Ze strat to kilka zadrapań u dzieci, zgubiony but Jasona i rozdarte kompletnie spodnie Thibo, jednego ze starszych chłopaków.
Zaraz myślałam o dzieciach, których tak dużo widziałam, takich malutkich niesionych na brzuchu czy plecach przez matki. Widząc zniszczenia, które były obok nas, i słuchając tego co mówiła Marianne i chłopaki, można sądzić, że mogły być ofiary. Stoły, krzesła zostały połamane, powywracane i poniszczone stragany, lodziarnie, jakieś sprzęty elektryczne. Takiego małego człowieczka jest przecież łatwiej „uszkodzić” niż wymienione przedmioty.
Co się stało, że doszło do tej wariacji. Ludzie krzyczeli ponoć, że to koniec świata i dlatego uciekali a inni padali. Ojciec Darek mówi, że tu nie trudno zrobić takie zamieszanie celowo w celach rabunkowych. Widział coś podobnego nie raz na targu, ale oczywiście na małą skalę. Jeden coś krzyczy, biegnie reszta za nim, a inni kradną. Co to było naprawdę, raczej się nie dowiemy. Media na pewno tego nie podadzą, bo przecież Yafe ma trwać do drugiego stycznia i tłumy muszą przychodzić i będą. Afrykanie to nacje stadne i pojedynczo nie czują się najlepiej.