yt kanał misji
Archiwa

Jola z Niemiec

Przygody Joli – część 1

——————————–

3 marca 2005 miał być wielkim dniem. Dniem lądowania w Afryce! Już w „przednoc” wyjazdu słuchałam z niepokojem dramatycznych komunikatów o burzy śnieżnej, zatorach na drogach, poblokowanych autostradach..

Krótko po drugiej w nocy szwagier zabrał mnie i pojechaliśmy na lotnisko. Bez przygód, choć w głębokim śniegu dotarliśmy do Hannoveru. Sytuacja była zła, ale na szczęście nie tragiczna. Szybko przeszłam przez kontrole Straży Granicznych i bezproblemowo „zaczekowałam” się do samego Kamerunu. Nie dostałam niestety miejsca przy oknie, z czego byłam bardzo smutna. Tak bardzo chciałam patrzeć na Saharę!! Ale i tak wszystko szło jak z płatka…jakoś za dobrze…

Rzucili mi się w oczy dwaj wagabundzi. Byli ubrani, podobnie jak ja, tylko i wyłącznie w rzeczy „funkcjonalne”. Podejrzewałam, że mamy podobny cel podroży. Moje rozmyślania przerwał komunikat. Nie możemy wystartować. Nie mamy zgody z Paryża, ponieważ sytuacja na CDG jest tragiczna. Powiało grozą! Zaczęłam w panice liczyć godziny i stwierdziłam, że być może zdążę jeszcze się przesiąść w Paryżu… Po godzinie oczekiwania, wszyscy, którzy mieli dalszy lot z Paryżu zostali poproszeni o opuszczeniu gate (bramki). Z samolotu przywieźli nasze bagaże. Jednym słowem: lot trzeba przełożyć. Nie polecimy dziś. „Ładnie się zaczyna” – pomyślałam tylko. Szwagier odjechał, Axel w pracy, jak się dostanę z powrotem do domu???

Stanęłam na końcu dość długiej kolejki i zaczęłam się przysłuchiwać o co wykłócają się „moi wagabundzi”. Kątem ucha wychwyciłam „Yaounde” i zdecydowanie zagadnęłam ich dokąd lecą. Okazało się, że lecą również do Kamerunu, a wiec postanowiliśmy trzymać się razem. Następny, proponowany lot Air France był za dwa dni!!!! Wagabundzi stwierdzili kategorycznie, że lot z Paryża jest również opóźniony. Ich koledzy lecą z Frankfurtu, wszyscy mieli spotkać się w stolicy Francji i na lotnisku we Frankfurcie podano takie właśnie informacje. Pani z Air France dala za wygraną i powiedziała, że sprawdzi te informacje, jednakże na wszelki wypadek zrobiła nam rezerwacje na następny lot w sobotę.

Czas nerwowego oczekiwania spędziliśmy na zapoznaniu się. Bjoern i Christian lecieli w odwiedziny do kolegi Markusa, który studiuje teologie w Yaounde. W Paryżu mieli dołączyć Mattihas i Janine, którym bliżej było do Frankfurtu niż do Hannoveru. W końcu do poczekalni wleciała pani i powiedziała, że lecimy! Lot w Paryżu faktycznie jest opóźniony! Więc znów „czekowanie”, bagaże na taśmę. Byłam spocona jak szczur, ale szczęśliwa, że coś się dzieje!!! Żartowaliśmy ze studentami, że mamy przedsmak Afryki.

Po lądowaniu zagubili się moi studenci. Postanowiłam spojrzeć na monitor, o której mam wreszcie ten odlot i ze zdziwieniem nie znalazłam lotu do Kamerunu. Pomyślałam, że jest widocznie przełożony na jeszcze dalsze godziny. W tym momencie stanęli za mną Bjoern i Christian, którzy poinformowali mnie, że samolot już odleciał… poczułam się niesamowicie bezsilna. Bez bagażu! Bez zmiany bielizny!! Z ciężkim plecakiem wyładowanym prawie tylko i wyłącznie lekarstwami dla O.Darka i dzieci z misji! Zaczęłam żałować, że zdecydowałam się polecieć do Paryża, mogłam, kurka wodna, poczekać do soboty!!

Rozpoczęliśmy poszukiwania parki z Frankfurtu. Przylecieli oni wcześniej i nawet widzieli przez chwile samolot do Yaounde… mogli mu niestety tylko pomachać. Cieszyli się na nasz widok, bo byli przekonani, że my jednak zdążyliśmy i będą musieli lecieć sami. Ustawiliśmy się w dlugaśnej kolejce do Informacji Air France. Takich poszkodowanych jak my było wielu. Każdy petent był załatwiany godzinami. Ludzie podenerwowani. W poczekalni ciągnęło jak w Irkucku na dworcu. Zaczęłam drętwieć z zimna! W końcu stanęliśmy przed miłą panią, która chciała rozmawiać tylko po francusku. Na szczęście Bjoern władał trochę tym językiem.

Okazało się, że następny lot do Yaounde, czyli w sobotę, na który początkowo mieliśmy rezerwacje jest pełny!!!! Następny w poniedziałek!!! Zaproponowała nam wobec tego lot do Johannesburga (!!!!!!!), stamtąd do Nairobi i kenijskimi liniami lotniczymi dalej do Yaounde. Roześmiałam się i powiedziałam, że na taką opcje nie zgadzam się absolutnie! Studenci byli mojego zdania. Wobec tego pociągiem do Brukseli. Nocleg tam na własną rękę i rano samolot do Yaounde. Prawie przystaliśmy na ta opcje, klnąc „globalizację” („niby globalna wioska, a do głupiej Afryki nie można się dostać!!”), gdy pani się przypomniało, że nie mają więcej umowy z Sabeną.

Zostaliśmy znów na lodzie… i nie wiedzieliśmy co dalej. Pani z Air France była też bezradna. Pomógł przypadek! Spotkaliśmy Kameruńczyka Johna, który też nie miał jak dostać się do rodzinnego kraju. Zaproponował on nam lot do Douali, która jest stolicą gospodarczą Kamerunu i która ma codzienne połączenia z Europa.

Naczytałam się wiele złego o Douali! Zaśmiecone lotnisko, 98% wilgotność powietrza, klimat absolutnie nie do wytrzymania dla Europejczyka!! Wysoka kryminalność!! Każdy przewodnik odradzał pobyt w tym mieście, a już dla podróżujących po raz pierwszy do Afryki szczególnie!! Mimo tego opcja lotu „już” następnego dnia wydala się BARDZO pociągająca.. John zapewniał, że z Douali jeżdżą expresowe autobusy do Yaoundy, ale nie wierzyliśmy mu ani na słowo. Byliśmy wystarczająco oczytani i braliśmy poprawkę na wszystko co mówi Afrykańczyk, co zresztą się potwierdziło…

Pani z Air France odetchnęła z wyraźną ulgą, wydrukowała nam wejściówki na pokład i zdobyłam nawet miejsce przy oknie! Ucieszyłam się, że tyle dobrego z tych przygód, że zobaczę przynajmniej Saharę!!! Dostaliśmy również super hotel, oczywiście na koszt linii lotniczych, choć szukanie wolnych miejsc trwało bardzo długo i Bjoern zaczął żartować, że zaproponują nam na pewno hotel w Hannoverze, dokąd mają tanie loty! Uśmialiśmy się, bo co nam pozostało??? . Uuuuf! Dostałam wreszcie pokój, normalnie dla dwóch osób. Z wielgachnym łożem i wanną!!! Żyć nie umierać ? (…jakoś nie wierzyłam w lot następnego dnia. Zrobiłam sobie herbatę, plądruję mini-bar, kąpię się w gorącej wodzie, nacieram ramiona woltarenem. Bez skrupułów wykorzystuję wszystkie poduszki i kołdry. Mam wrażenie, że ktoś się ze mnie nabija. Taki luksus przed Afryką??? Chyba po to, aby kontrast potem był jeszcze większy ? )

Przepakowuje plecak. Będę miała jutro przedsmak Afryki. Musze ubrać całkowicie przepocone ciuchy.

04.03.2005

(w samolocie)

Lecę! Nie mogę jeszcze w to uwierzyć!! We wspomnieniach zostaną mi cudnie, ośnieżone Alpy, bliskie na wyciągniecie ręki!! Przelecieliśmy już Saharę!! 3 godziny rożnych odcieni żółtości! Jestem zachwycona!! Jest godz. 15.17, zostało jeszcze jakieś dwie godziny lotu. Oglądam 2 cz. „Bridget Jones”. Wyschnięte rzeki i spalona ziemia w dole działają na moja podświadomość. (Wołam stewardesę, bo BARDZO zachciało mi się pić ? Towarzystwo w większej części czarne. Ubrane dosyć dziwacznie, biorąc pod uwagę „europejski standard”. Domyślam się, że u krewnych w Afryce zrobią duże wrażenie. Są oni elegancko ubrani, w kolorowe garnitury. Na pewno będą zadawać szyku. Jem pyszny obiadek z przystawkami (mozarela i suszone pomidory), kurczaka z kaszka kuskus, ciasto, sery, wino – w końcu to Air France. Przelatujemy nad Niamey (Niger), który znam tylko z literatury. Nie chce mi się Wierzyc, że jestem już w głębi Afryki!!! Nie zdaję sobie zupełnie z tego sprawy!! Tyle, że słońce mocno przygrzewa przez szybę i jest mi bardzo ciepło. Modlę się, aby mój bagaż doleciał razem że mną, choć podświadomie czuję, że jest inaczej. Nie martwię się tyle o bagaż co o formalności i utrudnienia. Języka też nie znam… Wylecieliśmy z chmur. Jak okiem sięgnąć wszędzie spalona żółtoczerwona ziemia. Zastanawiam się, czy ktoś tam na dole żyje??? Przecież to niemożliwe w tych warunkach!!

Wlatujemy znów w chmury. Robi się bardzo ciemno i niemiło. Nagle samolotem trzepnęło! Ale jak! Ludzie zaczynają krzyczeć histerycznie. Bardziej przestraszyłam się tego krzyku niż trzepnięcia. Już tak mam, że w momencie największego zdenerwowania zachowuje absolutnie zimna krew. Dosłownie i w przenośni. Czuje jaki mam zimny czubek nosa. I lodowate dłonie.

W końcu wylatujemy z chmur i zbliżamy się do lądowania. Jestem oszołomiona widokiem!! Niesamowicie gęste i BARDZO zielone lasy jak okiem sięgnąć. Wiem, że jest jedna definicja zielonego. Zielone to zielone i basta. Trzeba to zmienić!!! Proponuje nowa nazwę: zielony tropikalny ?

Las poprzecinany jest rzeczkami o brązowej wodzie, dymią się cale połacie, na „uwolnionych” od chaszczy powierzchniach dzieci grają w piłkę. Jak okiem sięgnąć boiska do piłki nożnej, dym i zieloność.

WYSIADAMY! W „rękawie” w Paryżu było mroźno. Rzuciłam ze śmiechem do studentów, żebyśmy pooddychali po raz ostatni orzeźwiającym powietrzem. Po opuszczeniu kabiny samolotu ZATYKA MNIE! Byłam przygotowana na gorąco, na duszność, ale to przerasta moje wyobrażania!! Sauna to nic w porównaniu! Łaźnia parowa to też nic! Mam wrażenie, że oddycham przez watę, nie mogę złapać powietrza. Duszny upał dosłownie zwala z nóg! Duchota jest podbarwiona nieznanym, egzotycznym zapachem..nie potrafię go jeszcze sprecyzować. To sa wiec te słynne tropiki ????????????? Boże! Gdzie ja jestem????!! Welcome słynna Douala! W ciągu paru sekund jestem mokra! Nie wiem jak ludzie mogą egzystować w takich warunkach! Obserwuje czarnych. Cierpią tak samo jak ja. Pracownicy na lotnisku sa również ZLANI potem. Jasne! Do czegoś takiego nie można się przyzwyczaić!!

Mimo to kontrola „żółtych papierów” (świadectwo zdrowia – z wpisanymi obowiązkowymi szczepieniami, którym trzeba się poddać przed przyjazdem do Afryki – jest koloru żółtego) przebiega bezproblemowo, dwie czarne zostały zatrzymane. Widoczny jest swoisty rasizm wobec swoich żyjących w Europie.. celnik uważnie ogłada mój paszport, stempluje, głęboko i uważnie patrzy mi w oczy. Patrzę spokojnie i obojętnie. Kiwa, że mogę iść dalej. Przechodzę do hali. Czasy rozkwitu zostawiła już dawno za sobą. Nie ma klimatyzacji. Jest tak samo jak na zewnątrz. „okna” sa bez szyb. Robi się ciemno i zwabione światłem, nadlatują roje moskitów. Na taśmę zaczynają wjeżdżać pierwsze bagaże i mojego oczywście nie ma! Przeczucia potwierdziły się! Już wiem, dlaczego nie chciałam lecieć z Air France! Moi studenci też goli i weseli. Spędzamy godziny na lotnisku. Pracownicy biegają, szukają i oczywiście nic nie znajdują. Podświadomie cieszę się, że nie tylko mój bagaż zaginął. Nie wiem co zrobiłabym gdybym miała zostać sama… brrrr…ciągle ktoś do mnie podchodzi, cos mi proponuje. Odpowiadam niezmordowanie „Non, merci”, choć nie wiem o co chodzi. Po studentów wyjechał ich kolega z Yaounde bierze mnie w ramiona i mówi że śmiechem: „Witamy w Afryce!”. O yeah! Postanawiam sprawdzić, czy po mnie też ktoś wyjechał, zgodnie z obietnica O.Darka i wychodzę na zewnątrz. Celnicy od bagażu znudzeni już poszli do domu. Można wynieść bezkarnie pół lotniska. Z daleka macha mi 17-letnia Yvette. Trzyma wyrwaną z zeszytu kartkę papieru z moim imieniem. Kiwam do niej i do żołnierzy na zewnątrz, pokazuję na migi aby ją wpuścili. Yvette ściska mi rękę i mówi ślicznym niemieckim: „Serdecznie witamy”. Wchodzi z nią 27-letnia Marianne, katechetka z misji. Formalności przedłużają się. Z dziewczyn też leje się pot. W końcu mogę wejść do biura i zaczynam doceniać uroki cywilizacji! Jest klima!!! Wdycham cala piersią powietrze. Tankuję siły na opuszczenie lotniska. Urzędnik wystawia mi protokół o zaginięciu bagażu. Mowię mu, żeby wysłali walizkę do Yaounde. Obsługuje on bardzo stary komputer, coś tam wstukuje jednym palcem, a ja nie wierzę, żeby miał jakiekolwiek połączenie ze światem i że kiedykolwiek zobaczę moje rzeczy. Zostawiam moje dane, numer telefonu, pod którym jestem w Kamerunie. Nie wiem po co, bo przecież i tak nikt nie zadzwoni. Niby jutro wieczorem będę mogła odebrać walizkę na lotnisku w Yaounde. Tym lotem miałam przylecieć, gdybym została w Hannoverze….. Temperatura na zewnątrz jest powalająca z nóg! Marianne jest bardzo niespokojna. Dzwoni O.Darek i mówi, że po zapadnięciu zmroku w Douala jest bardzo niebezpiecznie. Nie podnosi to mego nastroju. Ze zdenerwowania zaczyna boleć mnie brzuch. Lotnisko już dawno opustoszało. W końcu i my zbieramy się do wyjścia. Żegnam się że studentami, Markus ostrzega mnie, abyśmy nigdzie nie podróżowały po nocy. Mój nastrój jest całkiem do bani. Jestem bliska paniki. Pytam Yvette co robimy. Odpowiada zdecydowanie, że jedziemy do Yaounde. Po czym patrzy na mnie uważnie i pyta: „Boisz się?”. TAK ! – prawie krzyczę. W odpowiedzi słyszę śmiech. No cóż. Afryka !. Chciałabym być przynajmniej czarna!!!!! Boje się okrutnie. Z drugiej strony chcę jak najszybciej opuścić to straszne miasto!! Jedziemy taksówką na „dworzec PKS”. Wszędzie pachnie DYMEM, pieczonym mięsem, grillowanymi rybami i…. czymś zupełnie nieznanym i nie określonym… Podoba mi się ten zapach!!! Dojeżdżamy do dworca. Nie widzę żadnego napisu, ale wszyscy widocznie wiedzą, że to tu, bo stoją tłumy z bagażami. Mamy wielkie szczęście, bo bus jest prawie pełny i zaraz ruszamy. Pan sprzedający bilety dyskutuje z Marianne. Nie wiem o co chodzi – pokazuje na mnie. Cos mu się nie podoba. W końcu Marianne daje mu wypitą do połowy butelkę coca-coli i możemy wsiadać! Autobus jest bardzo zniszczony, z siedzenia wystaje sprężyna, dziewczyny wciskają się obok mnie. W autobusie jestem jedyną białą. Pasażerowie lustrują mnie dokładnie, lecz nie natarczywie. Leje się ze mnie pot. Z nich również. Wachlujemy się. Yvette mnie pociesza, że w Yaounde jest inaczej. Wierzę jej na słowo. Po przedsionku piekła może być tylko lepiej! Moja białość aż razi, ale w duszy jestem już Murzynem. Siedzę cierpliwie i czekam. Co ma być, to będzie. Po co się denerwować ??? Jak autobus ruszy to będzie jechał. Jeśli nie, to stoimy i czekamy dalej. Ha! Ruszamy! Powiewek wiatru! Rozsądek nakazuje mi założyć kurtkę, owinąć się szczelnie. Ale jestem tak spragniona „chłodku”, że nie myślę o ewentualnym przeziębieniu, za co bardzo odpokutuję.. ale to będzie potem. Kiedyś tam. Teraz najważniejsze jest, że jest trochę chłodniej! Kierowca jeździ po mieście, trąbi, nawołuje pasażerów. Dziwne. Wydawało mi się, że autobus jest pełny, ale widocznie nie wg. standardów afrykańskich. Kierowca zatrzymuje się i idzie do pobliskiego baru na posiłek. A my ??? My się POCIMY!!! W końcu pasażerowie zaczynają nawoływać kierowcę, wyzywać go. Przychodzi powoli, żuje jeszcze coś, ale w końcu ruszamy. Mdli mnie trochę. Autobus zarzuca na wertepach. Biorę tabletkę i przysypiam. Yvette przytula się do mnie i kimamy! Budzą nas tylko policyjne kontrole, ostre światło stawia na nogi. Przykrywam się kurtką i udaje murzyna. Obserwuję, że popaduje deszcz, przez to robi się jeszcze bardziej duszno. W końcu bus stanął na dobre, a moja mała tłumaczka informuje mnie, że dojechaliśmy do stolicy. Wychodzę na zewnątrz. Nie widzę żadnych domów, jakieś pola i jak zwykle czuję dym. Wsiadamy do jednej z oczekujących taksówek i jedziemy do hotelu. Taksówkarz trąbi parę razy, wychodzi zaspany strażnik, Mariannę idzie do środka i wraca z hiobową wieścią, że nie ma wolnych miejsc. Jestem już tak przyzwyczajona do złych wiadomości, że nie robi na mnie wrażenia to, że jest druga w nocy, że nie mamy gdzie spać, że po ulicach grasują gangi. Taksówkarz jest bardzo miły, wiezie nas dalej i nie chce zostawić samych. Przy kolejnym hotelu Marianne wychodzi i mówi, że miejsca są. Zaspany portier prowadzi mnie do pokoju. Jest bardzo zniszczony, ale za to nawet z łazienką, co mnie bardzo cieszy i dosyć czysty. Dziewczyny będą spać piętro niżej, wiec zostawiają mnie samą. Najpierw dokładnie zaglądam w każdy zakamarek. Zaglądam nawet pod łóżko. Otwieram rozwalającą się szafę. Balkonu nie otworzę (KOMARY!!), choć jest bardzo gorąco. Śmierdzę jak skunks! Koszulka, bielizna, skarpetki sa tak mokre, że mogę je wykręcać! Jedynie spodnie zdają egzamin. Zdążyły już wyschnąć na mnie. Piorę majtki i koszulkę kawałeczkiem mydła leżącego na umywalce i wchodzę pod lodowaty prysznic. Ciepłej wody oczywiście nie ma, ale nie liczyłam na to ani przez chwile. Czuję się zdecydowanie lepiej i wreszcie mogę wyciągnąć się na łóżku! Poduszki są twarde, więc biorę pod głowę mojego polara. Jak dobrze czuć cos swojskiego!! Zasypiam w końcu.

Budzi mnie zdecydowane pukanie. Wchodzą dziewczyny. Mówią, żebym się szykowała i idziemy na śniadanie. Jestem zapuchnięta z gorąca, ale wszystko to nic w porównaniu z wilgotnością w Douali!! Wskakuję szybko pod prysznic. Bielizna zdążyła już wyschnąć. Koszulka jest nadal mokra i zdecydowanie śmierdzi. Nie mam wyboru, wiec ją wkładam. Przewiązuję torbę na brzuchu, łapiąc niezadowolone spojrzenie Marianny. Ruszamy!

Chaos, kolorowe ciuchy, SMRÓD z rynsztoków, dzieci przewiązane w chuście, banany, ananasy, papaje na ulicy. Kolorowo (znów o nową definicję kolorowości poproszę ;)), zielono, GŁOŚNO, kurz i spaliny oto jest Afryka i taką ją znamy z obrazków. Idziemy spory kawałek i nie widzę ani jednego białego. Ludzie wytykają mnie palcami i krzyczą na mój widok „La Blanche”. Śmiać mi się chce, bo wiem już jak czuje się Murzyn w Europie. Próbuje nie łapać kontaktu wzrokowego i nie reagować na zaczepki. Dziewczyny prowadzą mnie jak ochroniarze. Marianna idzie przodem, ja za nią, Yvette osłania mnie z tylu. Zaczynam przeklinać moją białą skore! W końcu dochodzimy do hotelu. Naprzeciwko drużyna rozgrzewa się do meczu. Podziwiam ich jak w takim upale maja ochotę na taki wysiłek. Ledwo dycham. Jest wcześnie rano, a gorąco już daje się we znaki. Na śniadanie podają nam smażone omlety z cebulą, świeżutkie bagietki i dżem truskawkowy. Tak mi zbrzydł zapach smażonego, że moja porcje oddaje dziewczynom. Zalewam gorącą wodą Neskę. Drugiej filiżanki z mlekiem w proszku nie tykam. Za to Yvette się rozkoszuje i wrzuca do mleka parę kostek cukru. Z powrotem jedziemy taksówką. Jestem za to bardzo wdzięczna, bo nie przestawiłam się z zimy na klimat zdecydowanie bardzo letni, zmęczenie daje mi się we znaki, krążenie świruje a przede wszystkim zmęczona jestem ogólnym zainteresowaniem. O. Darek. Rozmawia z Marianne i mówi do mnie, że one boją się chodzić że mną. Musze torbę zostawić w hotelu, a pieniądze dać Marianne. Czuje się niepewnie. Drzwi do pokoju można otworzyć na pych, nawet nie trzeba specjalnie kopnąć w drzwi. Boję się kradzieży, ale zapewniają mnie, że mam zabrać tylko paszport i idziemy na targ. Muszę koniecznie kupić koszulkę, bieliznę na zmianę i jakieś gumowe klapki. W martenach za kostki długo nie pociągnę. Z tęsknotą myślę o koszulach funkcjonalnych, które są gdzieś w Paryżu???? Ruszamy i znów ten obraz jak z książki: kolorowa ulica, zgiełk, hałas, trąbiące samochody, kosze, torby na głowach i nieśmiertelne „MADAME BLANCHE!!”, do którego już się przyzwyczaiłam. Co chwila ktoś łapie mnie za rękę. Niektórzy są bardzo agresywni i wyraźnie szukają zaczepki. Marianne ostro na nich pokrzykuje. Widzę, że chyba też ma dosyć. Kupujemy szybko to co potrzebne i do taksówki! Po drodze dosiada się bardzo młoda kobieta z może rocznym bobasem. Mały nie spuszcza że mnie wzroku. Wpatruje się we mnie wielkimi, rozszerzonymi, czarnymi oczętami, w których maluje się niesamowite osłupienie!!! Matka się śmieje i zagaduje coś do Marianne. Z potoku słów wyławiam dobrze mi znane „blanche”. Malec nigdy nie widział białego człowieka;))

W hotelu włażę pod lodowaty prysznic. Trochę boli mnie żołądek, nie ma czym oddychać, ale nie jest aż tak bardzo wilgotno! Po Douali nieprędko coś mnie wzruszy! Leżymy na łóżku. Mariannę rozłożyła się na kaflowej posadzce. Myślę, że to niegłupi pomysł. Jednak trochę obawiam się o moje nerki. Yvette ogląda „Mangas” i ślicznie podśpiewuje po francusku. Wypytuje mnie co jemy w Europie, czy mam męża i dzieci. Widzę, że tak jak my postrzegamy Afrykę jako całość, tak Afrykanie postrzegają Europę.

Wieczorem jedziemy na lotnisko. Idziemy do restauracji. Jest klimatyzacja, lotnisko jest nowsze i o niebo czystsze niż w Douali, więc podoba mi się wszystko. Toalety w restauracji są czyściutkie. Jestem pozytywnie zaskoczona.

Wychodzimy na zewnątrz. Mamy jeszcze mnóstwo czasu. Myślę o tym, że gdy przyleci walizka (w co intuicyjnie nie wierzę !!!) ruszymy w nocną podróż przez dżunglę do Bertoua. Robi mi się jakoś tak dziwnie w żołądku. Obawiam się trochę o tę jazdę po wertepach i do tego w nocy…ciągle się zastanawiam, czy nie poprosić O.Darka abyśmy zostali jeszcze dzień i jechali dopiero na następny dzien.

Zaczyna robić się niewesoło. molot wylądował, próbuję przedrzeć się przez tłum. Żołnierze blokują przejście. Pokazuje zaświadczenie z Douali. Celnik patrzy znudzony, lustruje mnie od stóp do głów i wreszcie skinieniem ręki pozwala wejść. Pokazuję na Yvette, lecz on stanowczo ją odpycha. Wchodzę sama. Wjeżdżają bagaże. Mojego oczywiście nie ma ! Stojący obok biały mężczyzna zaczyna dyskusję z pracownikiem Air France. Domyślam się, że jego walizka też nie dotarła. Wtrącam się do rozmowy i okazuje się, że Włoch też wczoraj przyleciał do Douali i jego bagaż też gdzieś wędruje po świecie. Włoch jest bardzo miły, tłumaczy mi z francuskiego na angielski to co mówią znudzeni czarni pracownicy Air France. W końcu przychodzi celnik i mówi, że jego walizka się znalazła ! Ale mu zazdorszczę !! Bardzo niemiła murzynka mówi do mnie, żebym zadzwoniła w PONIEDZIAŁEK (jest sobota), wtedy może przyleci mój bagaż. No teraz już wierzę, że jestem w Afryce! Nikogo nie obchodzi, że muszę jechać dalej, że koczuję w stolicy. A teraz przede wszystkim musimy dostać się do miasta!! Lotnisko leży jakieś 35 km za Yaounde. Na zewnątrz ciemna noc i Włoch proponuje, że nas odwiezie!! Dzwoni O.Darek i zdecydowanie mówi, że mamy natychmiast wyruszyć do Bertoua, wyśle kogoś później po walizkę. Muszę załatwić upoważnienie. Oddaję telefon Włochowi i panowie obmyślają plan działania! Mam wszystkie kwity oddać Massimo! On pracuje w Yaounde i będzie co wieczór jeździł na lotnisko sprawdzić, czy nadeszły moje rzeczy! Zaczynam wierzyć w Opatrzność i wierzę, że spotkałam anioła!! Kamień spada mi z serca!!! Nie musze jeździć więcej na lotnisko! Massimo wychwytuje z naszej rozmowy „Bertoua” i pyta z niedowierzaniem czy mamy zamiar w nocy jechać do Bertoua. Potwierdzamy, na co on stwierdza stanowczo, że nie ma mowy! Zawiezie nas do swojego hotelu, mamy się tam przespać, o nic nie martwic i jutro po śniadaniu możemy ruszyć WRESZCIE do Bertoua! Czuje się jakby mi ktoś z pleców zdjął furę kamieni!! Dziewczyny też się cieszą!!! Wchodzimy do hotelu, dziewczyny chichrają. To luksusowy hotel! Marianne obdzwania krewnych i opowiada z podziwem coś. Wychwytuje z nabożeństwem powtarzane co chwile słowo TROPICANA!!! (dzielnica gdzie mieście się nasz hotel). Odkrywam klimatyzację. Włączam ja na maksa, ustawiam się pod nią z wyciągniętymi rękoma. Dziewczyny pękają że śmiechu!!! Yvette wchodzi do łazienko. Po raz pierwszy widzi wannę!! Vivat cywilizacja:)

Rankiem z balkonu mam okazje bezpiecznie oglądać kameruńskie życie codzienne. Pranie w miskach przed glinianymi chatkami, gdzieniegdzie widzę umięśnionych młodzieńców uprawiających poranne biegi. Ludzie myją obtłuczone z wszystkich stron auta. Robię parę zdjęć i schodzimy na śniadanie. Kelnerka jest znudzona. Przypominają mi się restauracje w Polsce z czasów ciężkiej komuny. Dopiero gdy chwalę, naprawdę wyśmienitą kawę, rozjaśnia oblicze w uśmiechu. Zabieramy rzeczy i wychodzimy w upał.. jedziemy na dworzec. Marianne ma gęsią skórkę, trzęsie się z zimna mimo gorąca i mówi, że boli ją brzuch. Martwię się o nią. Na dworcu, najpierw szukamy „toalety” dla Marianne. Jest to dziura w betonie, nad którą krążą stada much. Trzymamy z Yvette parę desek, które robią za drzwi, aby ja osłonić. W końcu wsiadamy do małego busika i czekamy aż się zapełni. Moim zdaniem on jest już pełny!!! Do okien podchodzą sprzedawcy. Towar mają ułożony na głowie i proponują nam różne rzeczy. Napoje, banany, orzeszki ziemne, zegarki, „złotą” biżuterię, radyjka etc. Kupuje futerał na telefon, Yvette nabywa kurtkę. Na dach ląduje coraz to więcej bagażu. Jest już tam motocykl i „wózek inwalidzki”, kiście bananów, skrzynie, torby i walizki. Nie mam pojęcia jak ruszymy z miejsca, ale WIERZĘ (chce wierzyć) w doświadczenie kierowcy i mam wielką nadzieję, że nie ma on skłonności samobójczych… jestem jak zwykle jedyną białą, ludzie patrzą na mnie ciekawie, lecz życzliwie. Uśmiecham się, oglądam towar oferowany przez sprzedawców, z grubą mamą przymierzamy bransoletki i wybuchamy śmiechem. Kameruńczycy to bardzo wesoły naród. Do busika wsiada matka z dwójką malutkich dzieci. Są one bardzo brudne i obdarte. Chłopczyk ma może niecałe dwa latka, dziewczynka z roczek. Dziewczynka płacze, co wywołuje duże zniecierpliwienie i utyskiwanie mężczyzn. Kobieta milczy. Chyba nie zna francuskiego. Na pewno nigdy nie chodziła do szkoły. Na twarzy jej maluje się duma. Trzyma przy piersi dziewczynkę, która się poci!! Ale jak! Nigdy nie widziałam, tak spoconego dziecka! „Woda” wychodzi jej wszystkimi porami. Myślę, że dziecko ma gorączkę. Chłopczyk siedzi obok mnie i ciekawie się wpatruje. Ma w ręku woreczek z wodą i co chwila pociąga z niego łyka. Jest bardzo poważny i się nie uśmiecha. W Afryce dorasta się wcześnie. Uczę się od niego cierpliwości. Podziwiam stoicki spokój. Europejskie dziecko wydzierałoby się już w niebogłosy. Robi się dwunasta. Słońce przygrzewa coraz mocniej. Pomocnik kierowcy zagłada do środka, liczy pasażerów i mam wrażenie, że niedługo ruszymy… biegnę do dziury z betonem na ostatnie „siku” i w końcu jedziemy! Bus trzeszczy i kwiczy. Jest załadowany do granic niemożliwości. Czeka nas 140 km asfaltowej drogi i ponad 250 polnej przez busz… Modlę się i wierzę, że dojedziemy cało i zdrowo, choć rozsądek mówi mi co innego.. Jestem już trzeci dzień w Afryce i jeszcze nie dotarłam do Bertoua… Zdaję się całkowicie na Opatrzność!

Część 2 – Jazda do Bertoua

No to jedziemy! Mamy przed sobą najpierw 150 km asfaltowej drogi! Busik MKNIE jak zwariowany, kolebie się na boki, trzeszczy, wydaje dziwne dźwięki, powiew wiatru z otwartych okien omiata nas przyjemnie. Na złamanie karku bierzemy zakręty, wyprzedzamy dziko pojazdy przy dźwiękach klaksonu, a ja w swojej naiwności myślę o tym, że w końcu asfalt mógłby się skończyć, to kierowca zwolni jazdę!!!

Co jakiś czas zatrzymujemy się na posterunkach kontrolnych. W tym samym momencie nadbiega stadko dzieciaków, trzymających obrane i poporcjowane części ananasa w woreczkach, prażone orzeszki ziemne. tysiące rączek wciska się przez okna busa i proponuje posiłek. Kierowca decyduje się na ananasa i ruszamy dalej. Jest bardzo gorąco i każdy postój to tragedia! Bus nagrzewa się błyskawicznie, nie ma czym oddychać. Jesteśmy upchnięci jak sardynki, każdy ciężko oddycha. Wypacam resztki wody w organizmie. Pociągam małymi łykami wodę z butli. Nie muszę się martwic o niemożliwość skorzystania z toalety. Wszystko wypocę. Mamy przed sobą daleką drogę i staram się pić dużo, bo krążenie i tak mi strajkuje. Po prawie trzech godzinach wariackiej jazdy z klaksonem dojeżdżamy do miasteczka Ayos.

Kierowca zjeżdża na bok, wszyscy wychodzą, leniwie przeciągają się w upale i kurzu, jedynie muzułmanin bez nóg zostaje w pojeździe. Ludzie z wioski zbiegli się, stoją i patrzą na nas. Jestem znów w centrum uwagi, więc biorę Yvette pod rękę. Chcę należeć do ich wspólnoty. Cholera! Nie chcę być biała! Nie chce aż tak się odróżniać!

Dziewczyny prowadza mnie pod wiatę, która służy za restaurację. W garnkach, różnych kotłach gotują się potrawy. Marianne zagląda to tu, to tam, w końcu zamawia porcje. Nie wygląda to zachęcająco, ale pachnie smakowicie. Wielkie kawałki ryby w sosie własnym z cząstkami papryki. Kręcę głową na nie, ale dosiadam się i przyglądam jak ludzie się posilają. Podłoże usiane jest ościami. Ludzie wypluwają je po prostu pod nogi. Pod stołami koczuje mnóstwo strasznie chudych kotów, które polują na lepsze kąski. Ich cierpliwość jest rzadko nagradzana. Ości są wycackane do białości, dopiero po tym lądują na ziemi. Proszę Marianne aby kupiła mi banany. Nie chcę ryzykować rozwolnienia w podroży. Nie wiem jak długo będziemy jechać, więc banany wydają mi się najlepszym rozwiązaniem. Marianne krzyczy na chłopca, który nieśmiało podchodzi, ale szczęśliwy i stremowany ofiarowuje mi do wyboru różne kiście. Uśmiecham się, aby go trochę ośmielić, wybieram, co ładniejsze. Mały dostaje pieniążek i w podskokach leci do mamy, ciesząc się i głośno coś opowiadając. Sprzedał banany białej! Będzie miał, czym szpanować przed kolegami! Nie przepadam za tym owocem, ale te są słodkie, dojrzale, no i to prostu „z drzewa”. PYCHA!!!

Idziemy w kierunku busa, są już wszyscy- możemy jechać. Cieszę się na dalszą jazdę. Byle do przodu! Zaraz za zakrętem oczy stają mi w słupki!! TO NIEMOZLIWE!!! PO TYM????? Po czymś takim będziemy dalej jechać?????? Wertepy, wąska polna droga, bo bokach głębokie rowy, bez żadnego pobocza!!! Nie chcę myśleć, co będzie, gdy kierowcy „omsknie” się koło. Przecież się zabijemy!!! Co gorsza droga idzie ostro pod goórę !! Tylko ja wydaję się być zszokowana. Yvette mówi spokojnie „schlechte strasse” i patrzy spokojnie przed siebie. W krótkim momencie paniki chce mi się płakać. 7 godzin jazdy po takiej drodze?????? Mam cały czas nadzieję, ze coś źle zrozumiałam.

W buszu nie mamy zasięgu. Nie można nigdzie zadzwonić, „gdyby co”. Staram się nie dopuszczać do złych emocji, ale właśnie jedziemy z góry!!!!!!! Kierowca pędzi na złamanie karku!! Jestem przerażona, a jeszcze z naprzeciwka nadjeżdża ciężarówka wyładowana drzewem!!! Łapię się za przednie oparcie, zamykam oczy i głośno odmawiam „Pod Twoja obronę”. Wierze, ze P. Bóg nie pozwoli mi tak głupio umrzeć w rowie, w dżungli!!! Mam nadzieje, ze te góry się skończą i po płaskim w razie wypadku mamy większą szanse na przeżycie!! Ale na takie rozmyślania nie mam za wiele czasu, bo minięta ciężarówka zostawia taki tuman kurzu, ze kaszlemy i krztusimy się wspólnie. Przykładam do ust chusteczkę, która momentalnie robi się czerwona. Jestem już dokładnie pokryta czerwonym pyłem! Przecieram okulary z kurzu, aby coś widzieć i kolebiemy się dalej! Wyjeżdżamy wreszcie na „prosta” drogę, jedziemy bardziej po płaskim, od czasu do czasu kontrole. Kierowca uiszcza opłaty, do okien pchają się rączki z ananasami, wokół gliniane chatki, śmieszne, małe świnie biegające w obejściach, machające do nas, nagie dzieci. Wrosłam juz w krajobraz. Mam wrażenie, ze znam to wszystko!!

Nagle w głębokim lesie STOP! Na drodze stoi bus podobny do naszego i równie jak nasz wyładowany! Pękła mu ośka i stoi rozkraczony. Zatrzymujemy się i musimy zabrać wszystkich ludzi i bagaże. W dżungli nie zostawia się nikogo, a ja zastanawiam się, w jaki sposób ludzi z dwóch załadowanych busików uda się upchnąć do jednego!!! Jako pierwsze zostają przeładowane bagaże.

Korzystam z okazji i wskakuje miedzy drzewa. Jestem zachwycona ciszą i różnymi, nieznani dźwiękami! Fruwają, wielkie kolorowe motyle, bzykają owady. Jak ślicznie!!! Tylko muszę chować się do cienia. Słońce jest niemiłosierne!!

Marianne zorientowala się, ze brakuje jej torebki! Robi głośną awanturę. Kierowca twierdzi, że na pewno jest gdzieś na dachu pomiędzy bagażami.

W końcu możemy wsiadać…. mam plecak między nogami, jestem ściśnięta. Dobrze, ze siedzę przy oknie, więc łapię jak ryba wyrzucona na piach powietrze. Mogę poruszać jedynie palcami w czubkach buta. Znów nachodzą mnie czarne myśli. W razie wywrotki zadusimy się na nic…. bus trzeszczy bardzo niebezpiecznie. Myślę, ze do pęknięcia „naszej” ośki też niedaleko. Zdecydowanym plusem całej sytuacji jest to, że kierowca zdecydowanie zwolnił tempo! Przy każdym najmniejszym dole, auto robi „quik quik” i przestaję mieć nadzieję, że dojedziemy przed zapadnięciem zmroku…przestaję mieć nadzieje, że w ogóle dojedziemy!! Jedziemy dosyć wolno, wyprzedzają nas teraz busy, auta – wzniecając potworne tumany kurzu. Nie widzimy nic, machamy rękoma, a w kierowcy obudziła się ambicja i zaczął ścigać pojazd, który właśnie nas wyprzedzil!! Jedziemy wiec non stop w tumanie potwornego kurzu i dopiero dosyć spore wzniesienie przychodzi nam na ratunek. Kierowca stwierdza, ze nie ma żadnych szans pod góre….oddycham z ulgą… parę kilometrów dalej w rowie leży ścigany pojazd. Kierowca z satysfakcją ich mija. Nie zabieramy juz nikogo, ale w następnej wiosce informujemy o wypadku…

Za każdym razem, gdy się zatrzymujemy na posterunkach, dopadają mnie ataki klaustrofobii. Muszę natychmiast wyjść! Mam wrażenie, że się uduszę! Na szczęście wszyscy chcą, choć na chwilę rozprostować nogi, więc każdy przystanek się przedłuża. Stoimy, przeciągamy się. Słońce juz zachodzi, więc nie przygrzewa tak mocno. Jest mi głęboko obojętne, na którą zajedziemy. Czas PRZYSZŁY przestał dla mnie istnieć. Ważne jest TERAZ! Zaczynam rozumieć mentalność tubylczą…. co im po domach, „posiadłościach”, dobrach doczesnych, gdy w każdej chwili tak łatwo można stracić życie! Jestem przepełniona podziwem dla tych prostych ludzi, którzy żyją i radzą sobie w tak ekstremalnych, z mojego punktu widzenia, warunkach.

Zapada zmrok i mijając wioski widzimy tylko gdzieniegdzie palące się ogniska. Bez prądu, bez wody radzą sobie i żyją z pokolenia na pokolenia. Ba! Na swój sposób są na pewno szczęśliwi. Dużo się śmieją. Mam wrażenie, że żyję we wspólnocie. Dosłownie i w przenośni jedziemy na jednym wózku. Jestem pod wrażeniem i pełna wdzięczności, że mogę brać udział w ich życiu.

Niestety często robi mi się słabo i wreszcie pytam Yvette jak długo jeszcze będziemy jechać. „Ile kilometrów czy ile godzin?” – pyta rezolutnie, po czym dodaje:, „conajmniej 4 godziny”. Nie wierzę w to!! Jesteśmy cały dzień w drodze i końca nie widać! W następnej wiosce dosiada się starsza, biała kobieta i dwóch jej towarzyszy. Wymaga to niemałej akrobacji, bo miejsca NAPRAWDĘ juz nie ma! Część ludzi STOI zgarbionych, jedna kobieta siada na siedzeniu OBOK kierowcy i jedziemy dalej!! Leje się z nas w dalszym ciągu, dzieci biednej kobiety wybuchają głośnym płaczem. Dziewczynka zanosi się. Ma na pewno malarie. Ludzie są wkurzeni. Mówią cos niemiłym tonem do niej. W busie słychać tylko głośny, rozpaczliwy płacz dziecka. Wypakowuję z kieszeni glukozę, którą zawsze noszę na wszelki wypadek, ściągam z niej folię, lamię na pól tabletkę i podaję w kierunku maluchów. „FOR BABY!” – mowię groźnie, bo mężczyzna, juz wkładał sobie cukier do buzi. Niechętnie podaje on dalej białe kawałki dzieciom, które natychmiast milkną i z namaszczeniem liżą kostkę… Wszyscy patrzą na mnie z wielka sympatia i uśmiechają się. „Nareszcie słychać radio a nie ryk dzieci” – komentują. Chłopczyk się do mnie uśmiecha!! Prawie chce mi się płakać. Jestem rozchwiana emocjonalnie. Wyciągam z torby paczuszkę cukru. Wymaga to nie lada wysiłku w tym ścisku i wciskam kobiecie, która błyskawicznie ukrywa ją w fałdach sukni. Kiwa mi głową w podziękowaniu i uśmiecha się nieznacznie. Głaszczę spoconą dziewczynkę, która wniebowzięta ssie cukier. Kolebiemy się dalej, radio głośno gra, śpiewam razem ze wszystkimi „mama lecki”. Nie mam pojęcia, co to znaczy, ale pasuje mi rytm.

Na zewnątrz od dłuższego czasu jest ciemno, jestem przepocona i mokra, nic w tym klimacie nie schnie, więc wkładam kurtkę. I tak już mnie gardło boli. Jest podrażnione wiatrem, różnicą temperatur i PYŁEM. O nim nie da się zapomnieć. Co jakiś czas systematycznie muszę przecierać szkła okularów. Nawet teraz, gdy słońce zaszło mam je na nosie. Zawsze to jakaś ochrona…

Jedziemy przez busz, widzę, ze padał deszcz. Powietrze przez to jest lepsze, ale nagle wjeżdżamy w kałużę!! Czujemy się jak na lodzie!! Mokra, ubita glina jest bardzo niebezpieczna! Auto wykonuje karkołomne manewry, staje lekko w poprzek, kierowca zdecydowanie skręca i wyjeżdżamy na drogę! Uuuuf! Zatrzymujemy się w wioskach. Bus stopniowo się opróżnia. Bagażu też juz mniej, auto juz nie kwiczy, a tylko trzeszczy. Robi się luźniej. Jest nawet przyjemnie. Nawet droga jakby się poszerzyła i wreszcie po wielu godzinach, wyjeżdżamy na ASFALT!!! Cieszę się jak wariatka, śpiewam z innymi juz w głos, teraz możemy jechać nawet na koniec świata!!! Do Bertoua już niedaleko, czuje wielka ulgę! Wjeżdżamy na rogatki miasta i STOP kontrola. Tym razem żołnierze zaglądają do środka. Przyczepiają się do starszego białego mężczyzny i chcą zobaczyć jego książeczkę szczepień. Pechowo Belg nie ma jej przy sobie. Żołnierz stwierdza, że w takim razie musi go zabrać na posterunek! W tym momencie siedzący pasażerowie nie wytrzymują nerwowo i zaczynają krzyczeć, ze Kamerun potrzebuje turystów! Jeśli będzie się ich tak traktowało, nikt nie będzie chciał tu przyjeżdżać! Żołnierz spłoszony wycofuje się i …. możemy jechać dalej;))

Wjeżdżamy do miasta, a ja myślę tylko: NARESZCIE!!! Teraz (SIC!) Zaczynam się zastanawiać nad tym, jak będzie w misji, jaki będzie O. Darek. W końcu poznałam go przez internet. Może to jakiś ortodox i po dwóch dniach będę chciała uciekać??? ;)))

Do busika podbiegają ludzie, jest tłoczno, juz ktoś siedzi na dachu i podaje bagażu. Marianne ciągnie mnie za rękaw i nagle staję twarzą w twarz z O.Darkiem- „Witamy! Nareszcie! Ale masz przygody!” – padamy sobie w objęcia. „Wytrzymasz jeszcze trochę??” – pyta Darek i leci załatwiać formalności związane z kradzieżą torebki Marianne. Stoję przed pick-upem misyjnym, na pace siedzą dzieci, które teraz zeskakują, podchodzą do mnie i podając rękę przedstawiają się grzecznie. Salome próbuje mi po francusku coś opowiadać. Rozumiem, że pyta, jaką miałam podroż i cieszy się, że dobrze zajechalam. Dzieciaki wypychają Nelly, która uczy się niemieckiego i zamieniamy kilka zdań. Dziewczynka bardzo się wstydzi, wybuchamy śmiechem. Staram się zapamiętać, jak kto ma na imię. Mylą mi się czarne twarze, więc staram się zapamiętać po włosach. Jednak wszyscy są jednakowi, więc patrzę na ubrania. Dzieci odpytują mnie co chwila. Dobrze, ze pamiętam trochę twarzyczek ze zdjęć. Wybuchamy często śmiechem.

Wszystkie obawy, co do tego jak będę przyjęta, jak się z nimi dogadam, pryskają jak banka mydlana. Wiem, ze, bedzie wszystko dobrze! Dzieci są bardzo ciekawe, mile i bardzo dobrze ułożone. To wielka zasługa Ojca Darka. Inaczej wałęsałyby się po ulicach, a co starsze dziewczyny niańczyłyby juz potomstwo… w końcu Darek przychodzi, ładujemy się wszyscy do samochodu i ruszamy! Jeszcze jakieś 10 minut jazdy i stoję przed celem: POLSKA KATOLICKA MISJA W KAMERUNIE.

Przygody Joli – część 3

Gladys otwiera bramę, dzieci zeskakują z pick-upa. Jestem! Jestem! Przepełnia mnie radość! Ostoja cywilizacji w środku lasu tropikalnego! Darek prowadzi mnie do mojego pokoju. Misja jest zbudowana w kształcie litery „U” i moje mieszkanie jest na samej górze, po prawej stronie literki. Po zapaleniu światła w pokoju budzimy popłoch w karaluchu wielkości MYSZY: ” O proszę! Tu jest łazienka, a to jest karaluch!” – mówi Darek.

Cieszę się na prysznic. Mam własną łazienkę! W pokoju stoi łóżko, szafeczka i szafa. Spartańsko, ale czego mi więcej potrzeba? Nie mam żadnych rzeczy do rozpakowania oprócz paru kosmetyków w plecaku. Błogosławię pomysł zapakowania moskitiery do podręcznego bagażu.

Darek stwierdza, że najpierw muszę coś zjeść i idziemy do kuchni. Przy bagietce z pomidorami i pasztetem upieczonym przez siostry zakonne Darek zwierza mi się, że rozmyślał już o…. transportowaniu zwłok do Europy!

Tak długo jechaliście. Nie mogłem się nigdzie dodzwonić i już myślałem, że rozbiliście się w buszu – opowiada mi o swych „różowych myślach”. Tym bardziej dziękuję Opatrzności, że dojechałam cała i zdrowa.

Po kolacji dostaję na drogę latarkę i mogę udać się na spoczynek. W łazience widzę moje odbicie w lustrze i wybucham śmiechem. Widać mi tylko oczy! Jestem cała pokryta czerwonym kurzem: w nosie, w oczach, na całej twarzy mam czerwony pył. Myję się, rozwieszam moskitierę nad łóżkiem, gaszę światło, kładę się nareszcie i przyświecając sobie telefonem komórkowym (w latarce zamokły baterie) upycham szczelnie siatkę… i… zasypiam…

Budzi mnie szczekanie psów i rozmowy. Wychodzę na werandę. Życie już się toczy, a Darek pyta, czy się wyspałam. Jest bardzo gorąco i wilgotno. Minie pewnie jeszcze trochę czasu, zanim się przyzwyczaję do klimatu. W kuchni czeka na mnie jajecznica. Wsuwam, aż mi się uszy trzęsą. Jestem bardzo głodna. Chwalę głośno pyszne śniadanko. Na mój przyjazd Darek kupił nawet Nescafe. Jakie luksusy! Marianne podskakuje i klaszcze w dłonie. Cieszy się, że mi smakuje. Postanawiamy jechać na targ. Trzeba kupić coś do jedzenia. Skończyły się zapasy i… pieniądze. Przelew nie dotarł na czas.

Jedziemy do biura parafialnego wydębić parę groszy. Poznaję Ewę Gawin – świecką misjonarkę, która miała po mnie wyjechać na lotnisko. Mogę już zacząć się śmiać z moich przygód. Ewa to cudowna osoba! Deklaruje, że może pożyczyć mi parę ciuchów. Ale to wydaje mi się nieważne, a nawet śmieszne. To co mam na sobie jest OK. Mam tabletki przeciw malarii, parę innych, niezbędnych leków, moskitierę, krem przeciw słońcu, szczoteczkę do zębów i jest OK! Śmieję się sama z siebie, że tak mnie przeraziło to zagubienie bagażu. Po wariackiej jeździe przez busz cieszę się po prostu, bez zbytniej egzaltacji, że ŻYJĘ.

Idziemy na targ. Jestem oszołomiona różnorodnością oferowanych towarów. Ludzie przyglądają mi się dyskretnie. Są zazwyczaj bardzo brudni, ale ja też jestem brudna. Po krótkim marszu już pokrył mnie wszechobecny kurz. Niektóre kobiety mają tylko jeden but, albo podarte i podniszczone kreacje sylwestrowe. Na pewno z darów. Nikomu to nie przeszkadza i nikt nie zwraca na to uwagi.

Bertoua leży na granicy lasu tropikalnego z sawanną i widać wyraźnie co oferuje busz. Ananasy, banany, papaje, różne rodzaje zielska, a także… wędzone w całości małpy! Pamiętam, że widziałam taki obrazek w GEO i zalewałam się łzami. Po paru dniach w Afryce, po dzikiej jeździe przez busz, przez bardzo biedne wsie, nie robi to na mnie wrażenia. Ludzie muszą przecież coś jeść. Zabrzmi to może banalnie, ale takie są prawa dżungli. Jedz albo będziesz zjedzony… Opowiadanie TUTAJ o ochronie środowiska, o wirusach przenoszonych przez małpy graniczy z absurdem. Gdy nie ma wyboru, trzeba jeść to, co się ma. Pardon, to co oferuje dżungla.

Zwracam uwagę na chłopca w podartej koszuli. Ma może 15 lat. Jest umysłowo chory. Bełkocze coś, ślini się, ssie kawałek trzciny cukrowej.

To na pewno jego jedyne dzisiejsze pożywienie – mówi Darek. – I tak cud, że się do tego wieku uchował na ulicy.

Kupujemy warzywa, ryby, wędzone mięso. Mamy już pełne siaty. Upał wciąż nieznośny.

Wchodzimy do baru, czyli rozwalonego baraku. W emaliowanych miskach wnoszą gotowane mięso. Dostrzegam, że pokryte jest jeszcze szczeciną. Darek je ze smakiem. I na zdrowie! Mnie jednak odradza konsumpcję. Twierdzi, i wierzę mu na słowo, że przygotowanie „potrawy” nie ma nic wspólnego z higieną. On ma już żołądek ze stali i zahartowany przebytym durem, tyfusem i malarią. Marianne znów na mnie krzyczy, że muszę coś pić i jeść! Wypijam więc gęste i słodkie piwko karmelkowe. Gasi pragnienie i koi głód. Darek zamawia wino palmowe. Uzyskuje się je w bardzo prosty sposób. Wystarczy naciąć palmę daktylową i podstawić naczynie. Uzyskana w ten sposób ciecz fermentuje i – voila – wino gotowe. Mam spróbować, ale nie za dużo, bo może to się skończyć rozwolnieniem. Dostaję brudny słoik z oderwaną nalepką. Zamykam oczy, staram się nie myśleć o mikrobach i bakteriach na słoju i pociągam łyk. Wino jest białe, lekko musuje i przypomina mi w smaku sok z kapusty. Orzeźwia jednak doskonale.

W drodze powrotnej zajeżdżamy do „asocjacji” Gołąb Pokoju, w której działają Marianne i Lidia (pracownice misji). W samej Berotua jest ok. 200 „asocjacji”. Są to stowarzyszenia, kluby. Ich działanie jest właściwie niezgodne z zasadami… bankowości. Kobiety wpłacają składki i wypłacają sobie pieniądze raz na jakiś czas. Są to niebagatelne sumy, ale na taką wypłatę trzeba czasem czekać po parę lat.

Na mój widok kobiety klaszczą i śpiewają, że przygnał mnie „dzwon”. Nie wiem, jaki to dzwon pokierował mnie do Kamerunu, ale jestem szczęśliwa, że jestem z nimi. W dłonie wciskają mi motykę, to miotłę, maczetę – symbole ciężkiej pracy kobiet kameruńskich. Wykonuję symboliczne ruchy, wywołując mnóstwo śmiechu. Robimy zdjęcie.

Śmieję się i podryguję w rytm. To niesamowite, ile radości i serdeczności jest w tych ludziach! Kobiety zapraszają nas na mecz piłki nożnej, który odbędzie się wieczorem w wigilię „Dnia Kobiet” (!!!) i pytają, czy wezmę udział w defiladzie, która odbędzie się nazajutrz. Pytanie okazuje się całkowicie retoryczne. Darek informuje mnie, że szyją mi już tradycyjną kabę. Czuję się zaszczycona i podekscytowana tym „wystąpieniem”.

W południe niespodzianka – telefon z lotniska w Douali. Jestem zaskoczona, że ktoś zadzwonił. Wylądował mój bagaż! Pytają, co mają z nim zrobić. Darek nakazuje wysłać go następnym samolotem do Yaounde, a ja po krótkiej euforii znów mam przeczucie, że bagaż tym razem przepadnie na zawsze. Szkoda mi przede wszystkim tych wszystkich rzeczy, które zakupiłam i zorganizowałam (w tym miejscu specjalne podziękowania dla dziewczyn z gazetowego forum „30+”, które masowo nadsyłały mi paczki) dla dzieci z misji…

Wieczorem jedziemy na „stadion”. Nie dowierzam własnym oczom, gdy widzę rozgrzewające się KOBIETY! Kibice śpiewają i walą w wielkie bębny. Jestem zachwycona! Co za dźwięki! Niesamowita atmosfera tego klepiska (eee…stadionu – przepraszam bardzo!) udziela mi się. Żałuję, że nie ma ze mną mojego Taty! On kocha futbol, a w takim miejscu i wykonaniu to prawdziwy rarytas!

Wychodzimy wcześniej, bo jedziemy na wieczorną Mszę świętą. Odbywa się ona inaczej niż w Polsce. Inne pieśni, ludzie tańczą i grają na bębnach. Teraz wiem już na pewno, że jestem w Afryce.

Udaję się na spoczynek i widzę mojego „znajomego” karalucha. Budzi we mnie odrazę, ale i zachwyt. Jest taki wielki, porusza wąsami (?). Nie widziałam nigdy takiego „stwora”. Jednak spędzenie z nim wspólnej nocy nie wchodzi w rachubę! Mówię do niego głośno:

Przykro mi, stary, ale zaraz zginiesz.

Pokonuję obrzydzenie i walę w niego gazetą. Teraz mogę się spokojnie umyć. Spływa ze mnie czerwona woda. Dostrzegam sens mycia się w Afryce. W Europie zmywamy najwyżej zapach potu (jeśli ktoś oczywiście nie pracuje w kopalni) i odświeżamy się. W Afryce zmywamy brud! Ze ścian przyglądają mi się jaszczurki. Żywią się moskitami, więc nie przeganiam ich. Ściągam przepocone spodnie, śmierdzącą koszulkę, piorę majtki kawałkiem szarego mydła. Wielką, przydziałową kostkę dostałam zaraz przy przyjeździe od ojca Darka. SZARYM mydłem myją się dzieci, piorze się rzeczy, więc i ja myję się „mydełkiem FA”, jak nazywa je ojciec Darek.

08.03.2005 – Dzień Kobiet.

Ktoś powiedział, że to święto komunistyczne. Tu nikt nie słyszał o takich wynalazkach, ale Kameruńczycy uwielbiają defilady i wszelkie „namacalne” święta. Wczesnym rankiem ściągam ze sznurka skarpetki, które suszą się już trzeci (!) dzień i jeszcze są mokre. Przypominam, że temperatura otoczenia wynosi ponad 30°C. No, ale ta wilgotność… Rozwieszam skarpetki w pokoju. Przynajmniej jest (mała) szansa, że trochę podeschną.

Po śniadaniu jak na złość chmury rozstąpiły się i nad nami rozciągnęło się niebieściuteńkie niebo. Będzie jeszcze większa smarówa! Na mopedzie przyjeżdża Marianne wystrojona w kabę uszytą specjalnie na Dzień Kobiet. Rzuca mi reklamówkę, w której jest moja suknia. Z pewną ulgą przebieram się. Zaczynam nienawidzić butwiejącej koszulki! Jedynie spodnie są warte swojej ceny. W stu procentach spełniają swoją funkcję, niemniej zaczynają również śmierdzieć, ale w końcu będę mogła je wyprać! Dzieci śmieją się na mój widok. A Darek z aprobatą stwierdza: „No, możesz tak chodzić!”. Zauważam, że obszerny krój kaby również spełnia swą funkcję. Jest przewiewna, chroni przed upałem i wszechobecnymi insektami. W fałdach odkrywam nawet kieszeń. Zmieści się tam litrowy bidon z wodą! W kuchni Lidia próbuje różne wersje wiązania chustki i narzeka na moje gładkie, lśniące włosy. Kunsztowne wiązania bez wątpienia lepiej trzymają się na głowach afrykańskich. Decyduję się na wersję a la żołnierz Legii Cudzoziemskiej. Chcę mieć dodatkowo kark zasłonięty przed palącym słońcem.

Wyjeżdżamy. Mijamy tłumy kobiet wystrojonych w jednakowe sukienki. Darek objaśnia, że i po strojach poznać różnice w mentalności. Europejskie kobiety chcą być ubrane niepowtarzalnie, afrykańskie jednakowo. Rozróżnia je tylko kolor chusty na głowie – deklaracja przynależności do danego stowarzyszenia. Moja asocjacja nosi kolor żółty.

Rozczulają mnie małe dziewczynki, przystrojone również w sukienki.

Słońce pali niemiłosiernie. Co chwila pociągam łyka z bidonu. Czuję jak po skórze płyną mi kropelki potu, a jest jeszcze wcześnie rano. Wzbudzam niesamowity entuzjazm! Kobiety cieszą się, klaszczą w ręce, pokazują kciuka do góry. La Blanche jest jedną z nich! To słowo słyszę non stop, ludzie fotografują mnie. Nie lubię być w centrum uwagi, ale udziela mi się ich radość i serdeczność. Afrykanie są tacy inni niż „zimni” Europejczycy! Może to kwestia klimatu, ale zdecydowanie znalazłam się w innej strefie kulturowej.

Główna „aleja” jest zapełniona kobietami, przygrywa głośno muzyka, skrzyżowania są obstawione policją, w loży honorowej zasiadł gubernator prowincji i miejscowi prominenci odstawieni w garnitury i LAKIERKI. Mam wrażenie, że znalazłam się w południowych Stanach po wojnie secesyjnej. Takie to wszystko nierealne i jak z obrazka. Kobiety obwieszone są sztuczną, złotą biżuterią. Marianne wciska mi również bransoletkę na rękę, abym nie wyglądała za biednie. Modlę się w duchu, żebym nie dostała uczulenia od metalu. Przecież nie będę tłumaczyła tym ludziom walczącym o przetrwanie, co to jest alergia! Nie zrozumieliby i tak, albo uznali, że to kolejne dziwactwo białych. Ojciec Darek tłumaczy, że miejscowi uważają za śmieszne wydawać pieniądze na prawdziwe złoto! Im tańsze i bardziej się błyszczy, tym lepiej. Gdy się znudzi, to kupuje po prostu nowe. Po co wywalać kasę na prawdziwe złoto? Po krótkim namyśle stwierdzam, że nie jest pozbawione to logiki.

Stoimy w tłumie. Jesteśmy numerem 80 (!) w kolejce. Cierpię w słońcu i obawiam się, że zemdleję. Kobiety widzą to i trzymają nade mną transparenty. Cień nie istnieje. Jesteśmy przecież prawie na równiku. Jestem tym bardzo wzruszona. Pocą się wcale nie mniej ode mnie. Tyle, że ich skóra jest przystosowana do tego cholernego słońca! Mam nieść transparent na przedzie. Boże! Ledwo powłóczę nogami, a tu takie coś! Transparent wykonany jest z kawałka drewna i waży swoje. Odmowa jest nie do pomyślenia, więc koncentruję się z całych sił, aby nie upaść pod ciężarem i z wyczerpania… Jestem mokra od potu, nie mam czym oddychać… Marianne pokazuje mi grupkę stłoczonych kobiet pigmejskich. Pigmeje traktowani są jak niewolnicy i pracują często za parę papierosów cały tydzień na polu „lepszego” czarnego, czyli Bantu.

Wreszcie ruszamy! Na przedzie kobieta z flagą Kamerunu, za nią ja w rzędzie z Lidią, która ciągle psyka i pokazuje, abyśmy równały krok i do kogo obracać tablice. Po paru krokach czuję, że poruszam się jak w zwolnionym tempie, a do loży jeszcze tak daleko! NIE MOGĘ JEDNAK ZEMDLEĆ! Mobilizuję wszystkie siły i nawet udaje mi się kurczowo uśmiechać do wiwatujących tłumów. Wszyscy ciągają się za rękawy i w osłupieniu wskazują w moim kierunku. Towarzyszy temu nieśmiertelne La Blanche! Szczególny zachwyt wzbudzam w dziewczynkach w wieku szkolnym, które w ślicznych, aczkolwiek bardzo przybrudzonych szkolnych mundurkach, wykonują podskoki na mój widok.

Przy loży uśmiecham się do kamery, według wskazówek odwracam transparent, z ulgą idę jeszcze parę kroków i wreszcie koniec! Obowiązkowe zdjęcie grupowe, pojedyncze to z tą koleżanka, to z tą. Jak małpka w ZOO daję się obracać i fotografować: uśmiech, skłon, objęcie – biała tu nieczęsto defiluje z czarnymi. Darek się śmieje jak wariat, a ja zauważam, że trzęsę się z wysiłku.

Idziemy do baru się napić. Co za ulga! Miejscowi jedzą lody, Darek również, ale mnie odradza. Zresztą nie ruszyłabym ich za nic na świecie. Od przyjazdu do Kamerunu „czuję” mój żołądek. Piję pyszny sok z pampelmuse, przykładam do szyi zimną butelkę.

Wstępuje we mnie nowa energia. Ruszamy do baru, którego właścicielka jest szefową stowarzyszenia. Jest już pełny wiwatujących kobiet. Każdy podaje mi rękę życząc miłego święta. Przedstawia mi się żona ambasadora Kamerunu we Włoszech, która należy również do mojego „stowarzyszenia”. Nawet ambasador zaszczycił nas na krótko swoją obecnością. Darek proponuje mi wypicie piwa Guiness, które robi tu zawrotną karierę i pomaga na… żołądek. O tym, że ma rację, przekonałam się niejednokrotnie.

Jemy szaszłyki od przygodnego sprzedawcy, który ma towar rozłożony wprost na… papierowym worku po cemencie. Mięso jest panierowane w orzeszkach ziemnych, a ja staram się nie myśleć o moim żołądku. Każdy kęsek mięsa zagryzam połówką cebuli i mam nadzieję, że są w nich „antybiotyki”, które zabiją bakterie w nieznanego pochodzenia mięsie.

Lidia wyciąga kulkę i podaje ją w obieg. Każdy odgryza kawałek i żuje z namaszczeniem. Darek szepcze mi do ucha, że to koka. Patrzę z przerażeniem na kawałek „korzenia” i stanowczo odmawiam. Przecież nie będę się narkotyzowała! Darek twierdzi, że to nic strasznego. Nie można tego zaliczyć nawet do „miękkich” narkotyków, nie muszę się bać. Jednak w obawie o mój żołądek nie mam ochoty na dalsze eksperymenty. Wieczorem czytam w przewodniku, że popełniłam OGROMNY nietakt towarzyski. Cholera!

Po kilku leniwych godzinach spędzonych w cieniu drzewa wracamy do misji. Stwierdzam, ze zdumieniem, że koszulka powieszona rano jest wreszcie sucha!! Hallelujah!! Wchodzę pod lodowaty prysznic, woda robi się momentalnie czerwona. Myję się gruntownie w zimnej wodzie. Innej tu nie ma, ale to żaden problem. Co za odprężenie! Spływa ze mnie brud. Z niepokojem obserwuję, że dekolt, twarz i ramiona mam spalone słońcem.

Wieczorem…

Pompa się zepsuła. Nie mamy wody. Hm… Przygód ciąg dalszy. W Afryce można bez ciuchów na zmianę przeżyć bez problemu, ale bez wody? Ojciec Darek stwierdza, że nieprędko naprawią. Niby ma jutro ktoś przyjść, ale pojęcie czasu w Afryce jest bardzo względne.

Cholera jasna! – klnie całkiem nie po księżemu i bacznie obserwuje moją niepewną minę.

W końcu mówi, że podziwia mnie za stoicki spokój. Inna już na lotnisku w Douali dostałaby histerii, a ja z dwiema Kamerunkami przejechałam kraj z zachodu na dziki wschód miejscowymi środkami lokomocji. Teraz najważniejsza jest dobra organizacja. Dobrze, że mały „basen” w podwórzu wypełniony jest do połowy wodą deszczową. Będzie na codzienny użytek.

Wodę pitną trzeba zorganizować. W dzielnicy jest wspólna pompa, musimy chodzić po wodę kilkaset metrów. Każdy dostanie do dyspozycji po dwa wiaderka dziennie. Jedno z zieloną wodą na spłukiwanie „brudów”, drugie z wodą czystą do mycia. Błogosławię mój pomysł ścięcia długich włosów specjalnie na ten wyjazd. Jakbym coś przeczuwała. Dlatego może nie dziwi mnie nic? Wody tej jednak nie można pić. Należy ją przefiltrować i gotować 10 minut. Zastanawiam się, co z niej zostanie po takim długim gotowaniu?

Idziemy na kolację, którą specjalnie dla nas przygotowała Lidia. Robi się swojsko. Jemy gołąbki z nadzieniem mięsnym i… makaronem! A dlaczego właściwie nie? Smakuje super! Choć mój żołądek uciska, oj uciska… zapobiegawczo łykam Immodium.

Po wieczornej Mszy uczę się historii plemion. Żyje ich w Kamerunie ponad 200! Ojciec Darek pokazuje mi wśród dzieci różnice w wyglądzie. Faktycznie, różnią się układem głowy, drobnymi bądź wydatnymi rysami, a dzieci plemienia Kepere mają dodatkowo blizny na policzkach. Są nacinane po urodzeniu żyletką, najczęściej przez babcie. Taki to sposób upiększania.

Darek zarządza zbiórkę, bierzemy starsze dziewczyny i jedziemy na dalsze świętowanie. Chata wybudowana w polu, bez okien, służy za dyskotekę. Nikomu nic nie przeszkadza. Najważniejsze, że głośno gra muzyka. Na ziemi śpią zmęczone dzieci. Tańcuje tu każdy! Maluchy nie potrafią chodzić, trzymają się ściany i wywijają bioderkami. Starsze, bardziej nieśmiałe i przeganiane przez dorosłych, stoją pod ścianami i przyglądają się wygibasom starszych. Tyle w nich radości życia, a ja po raz kolejny zastanawiam się czego właściwie chcę? Po co ta ciągła pogoń za dobrami doczesnymi w Europie? Przecież do szczęścia potrzeba tak niewiele.

Zostaję entuzjastycznie powitana. Kobiety ściskają mi rękę i dziękują za przybycie. Przewodniczący rady parafialnej stara się prowadzić ze mną konwersację po angielsku i pyta, czy jadam jajka. Potwierdzam, na co on podaje mi jedno, obrane brudnymi paluchami. Gdy w przerażeniu odmawiam, on nie rozumie, co jest grane. Później w przewodniku czytam, że w języku Kameruńczyka nie istnieje przeszłość i przyszłość. Liczy się teraźniejszość. To wiele tłumaczy. Miejscowy policjant siedzi na parapecie i zaśmiewa się, a i ja się śmieję z mojej głupoty i strachów przed wyjazdem:

Jadę z wieloma strachami, stereotypami, z wielką obawą aby nie zachorować. Nie wiem jak zniosę klimat. Ciekawe czy potwierdzi się „mój obraz” Afryki. Postanowienie numer jeden: nie jeść mięsa, co przez podróżników kwitowane jest śmiechem. W Afryce często można jeść tylko mięso… Pocieszam się, że w dżungli będzie wystarczająco owoców. Moje wyobrażenia są na pewno bardzo naiwne. Właściwie jestem przygotowana na najgorsze. Boję się kontroli celnych, częstych lądowań, nie wiem jak sobie poradzę bez znajomości francuskiego. Właściwie cała jestem strachem.

Nie wiem, czy zabrałam wystarczająco rzeczy na pobyt? Czy starczy mi lekarstw. Mam nadzieję, że dobrze zniosę malarię. Same wahania i mnóstwo wątpliwości. We wschodnim Kamerunie popaduje już deszcz (pora deszczowa (mała) na całego zaczyna się w kwietniu, ). W mojej głowie powstaje natychmiast obraz: MNÓSTWO MOSKITÓW! Ponieważ nie ma dużo białych, pewno wzbudzę niesamowite zainteresowanie (wśród moskitów). Autan powinien mnie skutecznie chronić. POWINIEN!

Potwierdziło się jedno. Faktycznie jestem bardzo naiwna:)

Przygody Joli – część 4

Moje codzienne życie w misji

Dzwonek rozbrzmiewa o 5.30. Dzieci wstają, robią porządki, idą w pole. Uprawia się na nim maniok, banany, papaje, ananasy, trzcinę cukrową – podstawowe składniki żywienia dzieci. O 6.15 zbieramy sie w kaplicy misyjnej na krótką modlitwę. Jest jeszcze zmrok, komary tną niemiłosiernie, dookoła panuje cisza. Jest czas na skupienie i zastanowienie się. Później, do siódmej, mam czas na korespondencję.

Jeśli mamy prąd, nie pada deszcz i wokół nie grzmi burza, kontaktuję się przez Internet ze światem. O siódmej jem z ojcem Darkiem wspólne śniadanie, dzieci szykują się w tym czasie do szkoły i przedszkola. Salome smaruje dla najmłodszych bagietki z masłem.

Przenoszę się do biura misyjnego i do obiadu pracuję. Wszędzie umieszczone są wentylatory skierowane na komputery bez osłonek. Darek twierdzi, że kurz nigdy nie zaszkodził, ale wszechobecna wilgoć wykończyła mu już niejeden sprzęt.

Pracuje się przyjemnie. Od czasu do czasu ktoś do mnie zagląda, pokazuje mi coś na migi. Komunikacja bez francuskiego udaje się znakomicie. W zasięgu ręki mam wielki kubol herbaty z cytryną, z którego przed upiciem łyka zgarniam jakieś insekty. Są wszędzie, więc szybko przyzwyczajam się do ich obecności. Po napiciu się należy kubek czymś przykryć, aby robactwo nie nalazło do środka. Skaczą na mnie piętnastocentymetrowe „koniki polne”. Są przepiękne, mimo to boję się, że nabawię się jakiegoś tiku, spędzając i odganiając ciągle owady. Mam na sobie długie spodnie, koszulę z długimi rękawami, na szyi zawiązałam sobie chustę, stopy i twarz spryskałam autanem. Tak odstrojona mogę w miarę spokojnie pracować. Wkurzają mnie tylko termity, które uparcie przykrywają mi monitor komputera, lecąc do światła.

W południe jemy obiad, później udajemy się na popołudniową sjestę. Jest bardzo gorąco. Myślenie w tych warunkach jest bardzo trudne. Kładę się pod moskiterą i prawie natychmiast zasypiam.

Po południu zasiadam znów przed komputerem i pracuję do kolacji. Zmrok zapada nagle i zawsze o te samej porze, ok. godz. 18. O 21-ej idziemy spać.

10.03.2005

Jest bardzo gorąco. Chodzę w zwolnionym tempie. Na obiad jemy mięso w sosie orzeszkowym, do tego świeżo utarty piment i gotowane banany. Pycha! A wieczorem…

A wieczorem boli mnie brzuch… i to tak na bardzo poważnie. Nie tracę nadziei, że to „tylko” od ostrego jedzenia. Mój europejski żołądek jest najwyraźniej zupełnie niedostosowany. Darek daje mi lokalne tabletki. Twierdzi, że po takiej dawce szybko mi przejdzie. Nie dopytuję się o składniki. Mniej wiem – lepiej śpię.

Z Yaounde zadzwonił Massimo. Jest moja waliza! Lydia natychmiast udała się po nią do stolicy. Przy dobrych wiatrach wróci za dwa dni.

Czuję się źle. Boli mnie gardło. Przyszedł czas odpokutować jazdę przy otwartym oknie…

11.03.2005

Wstaję zasmarkana. Darek się śmieje, że przeziębiłam się w Afryce. W płucach mi rzęzi, z nosa leci, głowa pęka. Psy szczekały całą noc, a ja przestraszona opowieściami o napadach prawie nie zmrużyłam oka. Jestem zdecydowanie nie w humorze. Ale przyjechałam tu do pracy, a nie żeby mieć muchy w nosie, choć jedno wcale nie wyklucza drugiego…

Humor poprawia mi sie wyraźnie, gdy starszy mężczyzna z parafii przynosi mi prezent! Rozczulam się i dziękuję mu pięknie! Jest to zabita kura, z głową, piórami i skrępowanymi kończynami. Doceniam ten podarunek i daję dzieciom. Będą miały ucztę!

Darek opowiada mi o swoim marzeniu. Marzy mu się piernik. Taki nasz, polski. No problem! Niezawodna mama przesyła mi przepis na taki trochę „oszukany” piernik. Marianne dokupiła parę koniecznych rzeczy i możemy zabrać się do dzieła.

Najpierw trzeba utłuc cukier, który w wilgotnym klimacie przypomina bryłę, za to margaryny nie trzeba roztapiać. Leje się sama. Dzieci się przyglądają i notują. Pachnie smakowicie i swojsko. Wszystkie łyżki, miski, kubki zostają wylizane. Śmiejemy się ze zdania mamy: „Wrzuć wszystko do miksera” – nie ma tu takiej możliwości, ale za to dużo rąk do kręcenia. Postanawiam zrobić jabłecznik. Zagniecenie ciasta kruchego jest prawie niemożliwe. Ciasto przelewa mi się przez palce. Dobrze, że jest lodówka. Odstoi swoje i po drodze krzyżowej pieczenia ciąg dalszy. Jabłka są tu bardzo drogie i ojciec mówi ze śmiechem, żebym sobie podgryzała papaję, a jemu zostawiła takie rarytasy.

Duchota staje się nie do zniesienia, niebo pokryły czarne chmury. W panice wyłączamy komputery, zamykamy bramy przed rozszalałym wiatrem. Rzeczy rozwieszone fruną, łapiemy je w pośpiechu i nagle… lunęło! Chwytam za kamerę i filmuję ten huk i ścianę wody. Darek twierdzi, że do prawdziwego deszczu dużo mu brakuje. Musimy się przekrzykiwać. Nic nie słychać! Na mnie robi to mimo wszystko wrażenie. Wystawiamy na zewnątrz wszystkie naczynia, kotły i beczki. Wody nadal nie mamy, trzeba łapać okazję. Do pompy ma ktoś przyjść o 15-ej, ale jestem już doświadczoną Afrykanką i wiem, że gdy przyjdzie za tydzień, to dobrze.

Wieczorem

Idziemy na Drogę Krzyżową. Wędrujemy przez cały cartier, procesja z wielkim krzyżem, jak się należy.

Leje deszcz. Mam na sobie kurtkę z goreteksu i pocę się pod nią bardzo. Dzielę z Carolyn parasol. Rozkoszuję się tym spacerkiem! W czasie, gdy pada deszcz, jest tak orzeźwiająco! Wszechobecna zieleń spłukana z kurzu ukazuje swą krasę. Jest tak pięknie! Gdzieniegdzie lepianki, rozwalone chałupy, lecz, o dziwo, ludzie wygladaja na szczęśliwych. To nie Europa i nie ten standard.

Po przyjściu do misji czeka mnie w moim pokoju niespodzianka. Moja waliza przyjechała! Nie mogę w to uwierzyć! Oklejona, zabezpieczona przez Massimo i ubłocona jak nieboskie stworzenie. Ale zawartość nienaruszona! Rzeczy pachną!Pachną tak swojsko, domowo i… czystością. Zdaję sobie sprawę, jak bardzo śmierdzę. Wyciągam podkoszulek, który w domu przeznaczyłam do spania. Wlałam na niego odrobinę wody Axela. Jaki zapach! Ile mam rzeczy! Kiedy mam to nosić? Jestem bogata! Boże Narodzenie, urodziny i imieniny w jednym! Czuję się trochę jak osiołek, któremu w dwa żłoby dano i zdechł z głodu, bo nie mógł się zdecydować – tak i ja zamykam szczelnie walizkę. Niech sobie rzeczy popachną! Do moich brudnych spodni się przyzwyczaiłam. Chętnie zmienię tylko butwiejącą koszulkę.

Przynoszę z dworu wiadro pełne krystalicznie czystej deszczówki i namydlam się obficie. Płuczę się za pomocą kubeczka. Mycie się w pięciu litrach wody mam opanowane do perfekcji. Włosy wymyte taką wodą są mięciutkie w dotyku, a ja decyduję się jeszcze na zgolenie zbędnego owosienia tu i tam. No cóż, europejskie nawyki dają o sobie znać. Obcinam paznokcie. Tak, tak, obcinacz był w walizce, jak i maszynka. Co za skarby! Czuję się jak człowiek. Jak niewiele potrzeba mi do szczęścia… Dziewczyny śmieją się z ogolonych nóg. One dla odmiany golą sobie… głowę, a wszystko poza tym jest kaprysem i niemądre.

Zanoszę do Darka lekarstwa, herbatę, ubrania dla dzieci i zabawki. Jest wniebowzięty. Wstawiam szarlotkę do pieca, smarujemy konfiturami piernik. Częstujemy dzieci, rozdaję zabawki. Jest dużo pisków i śmiechu! Co za radość! Prawdziwe święto! A przed spaniem… a przed spaniem pisałam to i wdychałam całymi, zaziębionymi płucami cudowny zapach mojego czystego podkoszulka! I am happy!

Przygody Joli – część 5

W dżungli

Wchodzimy w gęstą, mroczną zieleń. Uderza mnie w twarz niesamowite gorąco, wilgoć i zapach zgnilizny. W lesie tropikalnym wilgotność powietrza wynosi 100 procent. Szklarnia rozgrzana w lipcowym słońcu to małe piwo! Mimo to zapinam szczelnie kurtkę, wkładam kapelusz i błogosławię pomysł zabrania go na wyprawę. Już wiem, po co Indiana Jones nosił szerokie rondo!

12.03.2005

Wstaję rano i… mam sraczkę. Zastanawiam się czy brać immodium. Rozwolnienie jest dobre na pozbycie się bakterii. Tak zaleca mój niezawodny przewodnik i doświadczeni podróżnicy. Szykuję mieszankę izotoniczną. Nie mogę dopuścić do odwodnienia, a mam wielkie plany na dziś.

Co roku w Wielkim Tygodniu odprawiany jest marsz pokutny. Organizują go siostry zakonne. Zastanawiam się, co może oznaczać „pokutny” dla tubylców – dla mnie egzystencja w tym klimacie to już niezła pokuta. Z ochotą zgadzam się jednak na uczestnictwo w marszu przez dżunglę.

Po porannych modlitwach i krótkiej Mszy ruszam z siostrami do buszu. Dwie toyoty wyładowane pielgrzymami z Bertoua pędzą po czerwonych drogach. Mam na sobie skórzane buty za kostkę, długie spodnie, koszulę, kurtkę i kapelusz z wielkim rondem. Umieram z gorąca. Jest jeszcze ciemnawo, ale upał daje się już we znaki.

Przejeżdżamy przez wioski. Wszędzie dominuje kolor czerwony pomieszany z zielenią tropikalnych drzew. Dojeżdżamy do Yoko Betougou. Oczekuje nas już szef wioski i główny katechista – Pierre, którego syn studiuje medycynę i specjalnie na tę okazję przyjechał do Yoko. Na co dzień mieszka w Yaounde, stolicy kraju. Nie mogę się nadziwić, że tak łatwo można się przestawić z cywilizacji na… erę kamienia łupanego. Wszędzie dymi ogień. Ten zapach towarzyszy mi od chwili lądowania w Kamerunie.

Student zna angielski i zabawia mnie rozmową. Cieszę się, że wreszcie mogę sobie z kimś w miarę swobodnie porozmawiać. Zauważam jednak, że student mnie… hmm… podrywa. Zaczynam opowiadać mu o moim mężu, aby nie robił sobie złudnych nadziei.

Bose dzieci stoją jak skamieniałe i przypatrują się wielkimi, nieruchomymi oczyma. Uśmiecham się do nich, co je jeszcze bardziej onieśmiela. Widać, że żaden biały, oprócz misjonarzy, tu nie dociera. Nikt nie żebrze, wszyscy są bardzo mili i gościnni. Cieszą się z wizyty i ciągle powtarzają, jak bardzo są zaszczyceni. Robi mi się trochę głupio, bo nie lubię zwracać aż takiej uwagi.

Wchodzimy do rozwalonej chałupy pokrytej blachą, krzywe ściany podparte są „pustakami” z gliny. Mam nadzieję, że chałupa nie zawali się w ciągu najbliższych minut. Dowiaduję się, że jest to… KOŚCIÓŁ! Wraz z ponad setką wiernych będę szła przez dżunglę w marszu pokutnym. Cieszę się i równocześnie ogarnia mnie strach. Droga jest niebezpieczna, między wiernymi będą szli ochroniarze z maczetami. Katecheta apeluje o rozwagę, zwraca uwagę na niebezpieczeństwa czyhające w dżungli i mówi, że… diabeł może przyjąć różne formy. Dokładnie w tym samym momencie do sali wpada becząca koza! Towarzystwo zamiera, a ja wybucham śmiechem. Za chwilę trzęsie się ze śmiechu całe bractwo!

W końcu nieźle „nastraszeni” ruszamy. Z niedowierzaniem patrzę na „wejście do buszu”. Przez takie chaszcze mamy się przedzierać? W głowie kołacze mi się niespokojna myśl, że ten marsz pokutny jest dla tubylców! Oni żyją w dżungli, więc jakie to „atrakcje” nas czekają?

Wchodzimy w gęstą, mroczną zieleń. Uderza mnie w twarz niesamowite gorąco, wilgoć i zapach zgnilizny. W lesie tropikalnym wilgotność powietrza wynosi 100 procent. Szklarnia rozgrzana w lipcowym słońcu to małe piwo! Mimo to zapinam szczelnie kurtkę, wkładam kapelusz i błogosławię pomysł zabrania go na wyprawę. Już wiem, po co Indiana Jones nosił szerokie rondo! Całą drogę strzepuję wielkie mrówy, które spadają znienacka. Zaciskam troki przy szyi, aby nic nie sypało mi się za koszulę, odkrywam przy nogawkach spodni podobne „zaciskacze”. Spodnie są super! Dopiero teraz odkrywam ich prawdziwe przeznaczenie i funkcjonalność.

Siostra jest już pogryziona przez czerwone mrówki. W tym klimacie każda ranka jątrzy się i nie chce goić. Wszędzie roi się od insektów. Raz po raz przecieram twarz autanem. Na przedzie idzie kilku mężczyzn z maczetami, którzy torują dla nas drogę, a mnie ogarnia uczucie klaustrofobii. Przez gęste konary drzew nie przebija się słońce.

Jest około dziesiątej. Słońce normalnie grzeje z całych sił, a w lesie jest ciemno, wilgotno, ale nie ponuro! Idziemy gęsiego, człapiemy w mokrych liściach i błocie. Coraz to zapadam się, zaczepiam o pędy roślin. Każdy ruch to wielki wysiłek. Za mną i przede mną ciągnie się śpiewający rozgłośnie sznur pielgrzymów. Przechodzimy parę rzeczek, trzymając się lian. Mam dobry zmysł równowagi, jestem wysportowana, ale tu wszystko jest mokre, ocieka, woda wlewa mi się do uszu. Jestem zupełnie mokra i… paruję. Pnie są obślizgłe. Boję się, aby nie wpaść do brązowej wody, w której żyją krokodyle i wszelkiego rodzaju robactwo. Udaje mi się! A za mną… plusk, śmiech i szybkie wyciąganie „topielca”. Również się śmieję, ale… z samej siebie.

Na tę „wycieczkę” zabrałam paszport. Nie wiem, kto miałby mnie tu kontrolować. Może małpy? Mam wrażenie, że znalazłam się w studio hollywodzkim! Wszystko jest tak nierealne: ogromne baobaby, drzewa żywiczne, zwisające fantazyjne liany, powalone pnie, powykręcane konary, a na nich wielkie, nieznane w barwie grzyby, latające ogromne różnokolorowe motyle. Słyszymy pohukiwania, piski, jęki – dżungla żyje i dopuszcza nas do tego niezwykłego widowiska. Przez wszechobecną wilgoć wszystko się błyszczy.

Mimo to, nie mam czasu na podziwianie. Duszny upał przywołuje do rzeczywistości. Muszę się koncentrować na oddechu, trzymać tempo, co wcale nie jest łatwe, patrzeć pod nogi, na boki, coraz to odgarniać wilgoć z twarzy, zgarniać mrówki, pająki, odgarniać kolczaste gałęzie, uważać na ostre trawy, które rozcinają mi dłonie i… pić regularnie. Bolą mnie nerki, pot drażni oczy. Wszystko, co wypijam, wypacam. Mam kłopoty z oddawaniem moczu i przez tę wyprawę boję się zaognienia sytuacji. Zaczepiam się o gumkę od spodni na krzaku, co wytrąca mnie z równowagi. Idący za mną mój „ochroniarz” błyskawicznie przyskakuje z maczetą i… w ostatnim ułamku sekundy wstrzymuje ruch. Śmiejemy się głośno! Refleks ma dobry. Konar, który mnie „przytrzymał” to nie niebezpieczeństwo, ochroniarz pomaga mi się odplątać. Przynajmniej wiem, że jest „zwarty i gotowy”.

Przechodzimy przez gniazda i drogi termitów. Tu wskazany jest pośpiech! Przeskakujemy jak antylopy, na paluszkach, gnając dalej. Siostra straszy, że gdy oblezą one człowieka, to ratunek musi być bardzo szybki, inaczej biada…

Naszą stacją końcową ma być wielka, czarna, granitowa skała. To właściwie prawdziwa „czarna wyspa” w dżungli. Afrykanie bardzo się boją takich miejsc. Związanych jest z nimi mnóstwo zabobonów i wierzeń ludowych. Szef wioski i katecheta mówią, że wejdą pierwsi. Gdyby czyhało tam niebezpieczeństwo, to oni jako nasi opiekunowie UMRĄ pierwsi. Chce mi się śmiać, myślę, że to takie żarty, jednak widzę powagę na twarzach moich towarzyszy. Komuś ukazał się duch przodka, innemu straszny potwór. Normalnie pewnie bym machnęła ręką na takie „pogańskie bajdy”, ale jestem całkiem sama w centralnej Afryce, w samym środku dżungli równikowej i robi mi się nieco… nieswojo.

W końcu możemy wejść! WOOOOOOW!!!!! Wreszcie „wolna” przestrzeń! Żegnaj klaustrofobio, podstępne mrówki i pająki! Ściągam kurtkę, mój podkoszulek można wyżymać. Słońce pali z całą siłą, ale to dobrze! Wywracam kurtkę na drugą stronę – niech podeschnie, ściągam kapelusz, mam mokrutkie włosy. Można wreszcie usiąść na rozgrzanej skale. Co za ulga! Wyschną mi rzeczy wśród wszechobecnych aloesów i innych nieznanych mi kwiatów. Ludzie zaczynają się posilać, wyciągają z chust zapasy i… niemowlaki! Robimy piknik! Na kolanach trzymam parotygodniową Baby-Rosanne, która sika mi na spodnie. Ale co tam, i tak są mokre. Odprawiamy celebracje, dziękujemy Panu…

Dwie siostry zakonne – organizatorki tego marszu – z niepokojem obserwują rozwój sytuacji. Wprawdzie ustawiono ołtarzyk z krzyżem, ale katecheta coraz to zmienia język z francuskiego na… plemienny. Szepczę do siostry, że zaraz zaczną składać ofiary duchom. Po co nieśliby banany, maniok, ananasy, różne liście, makabo, kukurydzę tą całą drogę? Siostra wprawdzie niepewnie, ale jeszcze twierdzi, że to datki dla katechety. Śmieję się pod nosem i obstaję przy tym, że właśnie bierzemy udział… w ceremonii obłaskawiania duchów, a nie w nabożeństwie! Moją teorię potwierdza to, że gdy zabieramy się do odejścia, każdy składa pokłon i „dary” zostają na skale. Siostry są zbulwersowane, zdegustowane i przyznają mi rację. Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek. Jestem rozbawiona tą sytuacją. Zabieram ukradkiem kawałek odłupanej skały na pamiątkę. Nikt nie zauważył. I dobrze, bo zmusiliby mnie do zostawienia na miejscu…

Drogę powrotną wszyscy znosimy źle. Godzina 14. Niesamowity upał w tej wilgotności. Łyk wody to natychmiastowe wypocenie. Kręci mi się w głowie, wody mam marną resztkę. Przeliczyłam się, niestety, w zapasach. Siostry także są umęczone. Musimy się często zatrzymywać. Opadliśmy z sił. Na mostach z pni mój ochroniarz musi mnie już trzymać, nie jestem w stanie przejść samodzielnie. Wszystko wiruje. Jestem tak odwodniona, że ledwo trzymam się na nogach. Dziękuję mu co chwilę za pomoc, jest mi głupio – nie dość, że biała, to jeszcze mięczak. A on w końcu mówi, żebym się nie odzywała i nie zabierała płucom tlenu!

Wreszcie wychodzimy z „zielonego piekła”! Jesteśmy znów w wiosce! Czuję napływ adrenaliny. Ktoś kiedyś powiedział, że człowiek wchodzący do dżungli równikowej czuje dwie radosne chwile. Pierwsza – gdy w nią wchodzi. Gdy chce zdobyć naturę, gdy chce wziąć udział w tym niesamowitym, pełnym zasadzek widowisku, jakim jest las tropikalny! A druga chwila – to ta, gdy się z dżungli wychodzi… Bogowie są potężni, ale potężniejsza i okrutniejsza jest dżungla. Nie dziwię się tubylcom, że nie rezygnują z własnych rytuałów i zwyczajów! Swoje spostrzeżenia zachowuję jednak dla siebie.

Zasiadamy przy ogniu, szef częstuje nas bananami. Nie przepadam za nimi, ale przysięgam, że NIC, nigdy w życiu tak mi nie smakowało! Zbieramy się powoli do odjazdu. Okazuje się, że przebiliśmy oponę, ale no problem. Miejscowi już zabierają się za zmianę koła.

W misji czeka na mnie ojciec Darek z dziećmi. Opowiadam nieskładnie o moich wrażeniach. Co za niezapomniany dzień! Dzieci przerywają mi i mówią, że jest WODA! Lecę więc szybko pod prysznic, namydlam się i… po wodzie. Łapię resztki wody w umywalce i staram się, o ile to możliwe, wypłukać szampon. Wody mam może z… pół litra. W tych mydlinach myję się cała. W kuchni smaruję bagietkę masłem i posypuję grubo solą. Do szklanki wlewam wodę, wyciskam sok z cytryny, wrzucam parę kostek cukru i garść soli! Darek pyta, czy to napój na wymioty. Fakt, smakuje obrzydliwie, ale po jakimś czasie zaczynam obserwować powrót sił witalnych. Robię jeszcze jedną szklankę takiego „koktajlu”.

Wieczorem, po zgaszeniu światła, słyszę… dżunglę. Jak w filmie przewijają mi się obrazy. Ale słyszę również dziwne głosy. Jestem pod wrażeniem przeżyć dnia i zaczynam się bardzo bać! Siadam w panice pod moskitierą i zastanawiam się, czy nie wyrzucić… kawałka skały. Wierzenia udzieliły mi się. Robię sama sobie wyrzuty, że przez własną lekkomyślność narażam się na gniew przodków! Chce mi się płakać. Jestem w panice. W końcu tłumaczę sama sobie, że jestem chrześcijanką, powinnam się wstydzić, poza tym wyjście teraz w ciemności nie wchodzi w ogóle w rachubę. Udaje mi się w końcu zasnąć. Umęczona, ale szczęśliwa, śnię o czarnej skale…

Przygody Joli – część 6

Doły i wyżyny w Bertoua

Wychodzę na zewnątrz. Słońce w całej krasie, niebieskie niebo. Od samego rana odbywają się nabożeństwa, do kościoła nadciąga młodzież, dorośli i dzieci z okolicy. Niedziela to dzień wolny od pracy i szkoły, więc trzeba go uczcić. Idę na mszę. Siadam na niskiej ławce bez oparcia. Kościół jest zapchany.

13.03. Niedziela

Jestem chora. Ciężkie zapalenie oskrzeli. Boję się zapalenia płuc. Oddech sprawia trudność, rzężę, chrypię, smarkam. Nic dziwnego. Płacę za jazdę przy otwartym oknie, alternatywnie mogłam się udusić, WILGOĆ, wszechobecny kurz i, niestety, Autan, który ciągle drażni mi drogi oddechowe, ale do wyboru mam malarię, więc… wyboru nie mam.

Wychodzę na zewnątrz. Słońce w całej krasie, niebieskie niebo. Od samego rana odbywają się nabożeństwa, do kościoła nadciąga młodzież, dorośli i dzieci z okolicy. Niedziela to dzień wolny od pracy i szkoły, więc trzeba go uczcić. Idę na Mszę. Siadam na niskiej ławce bez oparcia. Kościół jest zapchany. Dużo ludzi mnie nie zna, więc jestem jak zwykle z ciekawością taksowana. Kręci mi się w głowie, więc siedząc kładę tułów na swoje kolana, odsłaniając kawałek pleców. Nagle czuję, że ktoś nieśmiało mnie dotyka. Wodzi palcem po nieznanej mu białej skórze, dotyka włosów. Zamieram i kątem oka dostrzegam może 2-letniego malucha, który zafascynowany „bada” białasa. Widząc, że ojciec dziecka chce go zdzielić po łapach, mrugam znacząco i kiwam głową na „nie”, aby go zostawił.

Po nabożeństwie tańcuję w kółeczku, gram z chłopcami na bębnach. Czuję się jak ostatnia niezdara. Aby mieć TEN rytm we krwi, trzeba urodzić się czarnym. Marianne prowadzi mnie do kaplicy, gdzie tańczy starsza młodzież. Oczywiście chwaląc przy tym Pana. Klaszczemy w kółeczku, zostaję wyciągnięta na środek i… zwrot języka na plemienny!!! Nie rozumiem, co śpiewają, ale najwyraźniej nabijają się z mojej białej skóry i blond włosów. Co i raz ktoś podchodzi, ciągnie mnie za włosy i podszczypuje w udo! Śmiejemy się. I zmiana. Teraz „naśmiewamy” się z innego nieszczęśnika.

Upał jest nieziemski, a tu jeszcze każdy chce się ze mną fotografować! Żartobliwie zastanawiam się, czy nie zacząć pobierać opłat. Ksiądz obiecuje każdemu odbitkę. Jest wesoło i na chwilę zapominam o mojej chorobie.

14.03. Poniedziałek

W biurze misyjnym przeglądam bogatą biblioteczkę. Dominują książki o tematyce religijnej, o misjach. O. Darek się śmieje, że czytał to kiedyś, zanim 15 lat wcześniej wyjechał do Kamerunu. Teraz ma to wszystko na co dzień, sam jest w stanie ocenić sens życia religijnego wśród „dzikich”. Moją uwagę zwraca książka bardzo odbiegająca tematycznie, a mianowicie „ABC kierowcy rajdowego”. Śmieję się głośno, a Darek stwierdza z powagą, że to jedna z najbardziej przydatnych książek w Kamerunie. Jest w niej wiele cennych rad i dzięki niej wyszedł już nieraz z opałów.

O tym, że ma rację, przekonam się niedługo…

15.03. Wtorek

Czuję się źle. Czyżbym osiągnęła ten sławny dół tropikalny? Płaczę bez powodu.

Obserwuję siedzącą na ławce przed misją kobietę, która karmi niemowlę z butelki. Jest to bardzo rzadki widok w Kamerunie. Taki rodzaj żywienia wśród biedoty świadczy o tym, że matka jest chora na AIDS. Możliwość zarażenia się dziecka w ciąży i przy porodzie od zainfekowanej matki jest wbrew pozorom bardzo niska, ale pokarm matki może być dla malucha powolną śmiercią. Mleko sztuczne jest bardzo drogie i praktycznie niedostępne dla przeciętnego mieszkańca. W misjach jest rozdawane mleko z darów, ale zazwyczaj popyt przewyższa podaż. Pytam Darka, co będzie, gdy matce lub misji zabraknie pieniędzy na mleko w proszku. W odpowiedzi słyszę, że matka będzie karmić piersią. Ponad 210.000 dzieci w Kamerunie straciło oboje rodziców przez AIDS.

Smutno mi tak okropnie. Jestem przytłoczona ogromem nieszczęścia.

Widzę wszędzie okropną biedę, owrzodzone nogi, rozlatujące się gliniane chatki, chorych na AIDS. Według statystyk liczba zachorowań wzrosła po akcjach propagujących prezerwatywy. Kolejny afrykański paradoks? Tubylcy uwierzyli, że cienka gumka ma właściwości czarodziejskie i uchroni ich przed wszelkim syfem. Wstrzemięźliwość okazuje się jednak najskuteczniejsza?

W misji oprócz sierocińca znajduje się przedszkole dla maluchów i przychodnia lekarska, prowadzone przez polskie siostry zakonne. Rozmawiam z lekarką, dopytuję się, czy oni sobie zdają sprawę, co to naprawdę znaczy AIDS. W głowach wielu Europejczyków dominuje pogląd, że Afrykanie są prymitywni i myślą tylko o seksie, nie zdając sobie sprawy z możliwych konsekwencji. Lekarka zapewnia, że wiedzą doskonale. Lekarze często mają dylemat, czy informować pacjenta o zakażeniu HIV, ponieważ zachorowanie to także śmierć społeczna. W Kamerunie prawie nikt nie jest ubezpieczony. Nie istnieje system zabezpieczeń socjalnych. Oznacza to, że za wszelką pomoc lekarską trzeba płacić natychmiast i gotówką. W szpitalu chorzy są zdani na łaskę (i niełaskę) rodziny. Nie ma kuchni, nie ma żywienia pacjentów. Odwiedzający przynoszą jedzenie, myją i dbają o krewniaka. Gdy rodziny zabraknie, chory jest skazany, oprócz dolegliwości, na głodowanie.

Chorzy na AIDS, odizolowani społecznie, nie chcą umierać powoli, męcząc się w okropnych warunkach i często, dowiadując się o infekcji, popełniają samobójstwo. Potrzebna jest więc pomoc psychologiczna. Przychodnia nie ma jednak środków na taki „ekskluzywny” etat, więc często dla ich dobra (!!!) nie informuje się pacjenta o infekcji. Statystyki są wstrząsające. W ostatnich badaniach (Misja zorganizowała odczynniki i miejscowi za symboliczną opłatą mogli się przebadać) wyniki były przerażające: 74% badanych było zarażonych. W całym kraju zarażona jest 1/8 mieszkańców. Codziennie w Kamerunie wirusem HIV zaraża się ponad 600 osób. Tendencja wzrostowa.

Z listu do przyjaciółek:

Codziennie uczę się pokory. Nie myślcie o mnie: „To ta, co wyjechała do Afryki i ją powaliło!” To jest krańcowe doświadczenie. Właśnie skaczą na mnie dziesięciocentymetrowe koniki polne, czy inna szarańcza. Na szczęście nie mam lęków, jeśli to nie jadowite i mnie nie gryzie. Mieszkam z jaszczurkami, ale one wpieprzają moskity, więc to są moi przyjaciele. Już mi nie żal wielkich karaluchów i, niestety, giną bez pardonu. Wyłażę sama na Quartier, nie patrzę ciągle pod nogi w poszukiwaniu węży. Dziś po tygodniu przyszła woda i nawet zdążyłam się umyć, zanim się skończyła. Zresztą, nie ma wody, ale jest Guinness!

Naprawiam bazy danych w głównym banku w mieście, patrzę na tę biedę z nędzą i czuję, że tu wrócę. Jestem u siebie!

Już wiem, co myślicie!! Porąbało ją z upału!

Myślę, że ktoś celowo sobie ze mnie drwi (programiści Matrixu?). Zdążyłam się przyzwyczaić do dwóch koszulek i jednej pary spodni, to przyszła waliza. Uniezależniłam się od wody, a raczej od jej braku, to ciura w kranie! Takie mam małe problemiki w kraju, gdzie ludzie jeszcze mieszkają w lepiankach ze świniami.

Codziennie przewartościowuje mi się świat.

Dziś miałam straszny kryzys… Już z tego wyłażę.

Ściskam Was wszystkie mocno!

16.03. Środa

Dylematy afrykańskie:

Gdy smarkam w chusteczkę, parują mi okulary. Co to za zjawisko? Takie coś zdarza mi się w Europie w zimie, gdy mój oddech jest dużo cieplejszy od temperatury otoczenia. Czy to znaczy, że teraz jest o wiele zimniejszy?

Z listu do przyjaciółek:

Znów dopadła mnie sraczka, ale nażarłam się Immodium i innego dziadostwa i jakoś się trzymam. Pożarły mnie muszki mutumutu (niewidoczne dla oka), i zareagowałam lekko alergicznie.

PS. Dziś wody znów nie ma, ale opanowałam technikę mycia się (łącznie z włosami) w puszce wody po oleju Elf.

To byłam ja – czysta i pachnąca (wyjątkowo).

Przygody Joli – część 7

Zakupy, krawcowa i seminarium

Idziemy dalej. Wszędzie brud, upał, kurz i ten nieodłączny, specyficzny ZAPACH AFRYKI… Przy stoisku z przyprawami wybieram i przebieram. Rozkoszuję sę zapachem świeżego pieprzu. Po raz pierwszy założona koszulka Wolfskina sprawdza się w stu procentach. Chłonie wilgoć spoconego ciała i wysycha błyskawicznie.

Środa, 16.03.2005

Katar zelżał. Mogę oddychać. Po porannych modlitwach udajemy się do kuchni, gdzie czeka na nas „suto” zastawiony stół. Ojciec Darek żegna się znakiem krzyża i mówi:

Pobłogosław, Panie, ten dżemik i musztardę!

Siadamy, patrzymy na siebie i wybuchamy głośnym śmiechem. Eee tam, gorsze rzeczy się jadło, ale trzeba znów jechać na zakupy. Darek, jak zwykle, nie dostał na czas pieniedzy z Europy. Przelew gdzieś „utknął”. Wiadomo, Afryka. Tym razem jednak jest nadzieja, że wyrobiłam mu znajomości w banku. Dyrektor był wniebowzięty, że odzyskałam mu dane. Jako zapłatę dostanę samochód z szoferem (!), który odwiezie mnie na lotnisko. Ufff, odpadło zmartwienie, jak dostanę się do Yaounde. Boję się tylko, aby nie zaczęło na poważnie padać, bo wtedy zostanę odcięta od świata! Drogi będą rozmyte i nieprzejezdne. Deszcze popadują, ale i dosyć szybko wszystko wysycha… Już za sześć dni, w Wielkim Tygodniu odlatuję… Robi mi się nijako…

Aby mnie trochę rozweselić Darek daje mi dzień wolnego i każe wskakiwać do auta. Jedziemy do miasta. Wchodzimy do supermarketu – bardzo „ekskluzywnego”, jak na miejscowe warunki. Handel mają w swoich rękach Libijczycy, uznani w Kamerunie za very białych. Sklep przypomina ciemny magazyn, produkty są zakurzone, gdzieś tam przyświeca obsrana przez muchy żarówka.

Jesteśmy jedynymi klientami. Kupujemy czekoladę do smarowania na chleb. Oglądam produkty „europejskie”. Ceny przewyższają nawet czterokrotnie ceny w Niemczech. Pytam, kto tu kupuje. Słyszę, że biali krezusi z przemysłu drzewnego. Chcemy płacić, ale to nie taka prosta sprawa. Sprzedawca długo i mozolnie wypisuje FAKTURĘ! Kobieta sprawdza, podlicza, mamrocze coś pod nosem z poważną miną. Trzeci sprzedawca rzuca okiem na sprawdzoną fakturę i pakuje nam słoik w woreczek. Wszyscy siedzą przy jednym biurku! Śmieszy mnie groteskowość tej sytuacji.

Na ulicy zauważam sprzedawcę „instrumentów muzycznych”. Chcę kupić dzwony, ale sprzedawca, bezzębny Pigmej, rzuca taką cenę dla Blanche, że Darek mnie odciąga. Marianne przyjdzie za dwa dni i kupi mi te dzwonki. Jestem trochę zła i pytam:

A jak ich już nie będzie?

Darek wybucha śmiechem:

Zwariowałaś? Kto to ma kupić?

No, niby racja. Sprzedawca biegnie za mną, proponuje mi kupno spódniczki z trawy, w jakich tańczą pigmejskie kobiety. Nie chcę? To może bransolety na nogi? A może bęben? Bęben chętnie bym kupiła, ale jest takich rozmiarów, że musiałabym mieć tragarza.

Zatrzymuję się dłużej przy stoisku z materiałami. Co za kolory! Ten „przemysł” należy do islamskich sprzedawców z północy Kamerunu. Muzułmanin zaprasza mnie, abym usiadła i pokazuje przeróżne materiały. Lydia wdaje się w rozmowę i wnioskuję, że postanowiono uszyć dla mnie nową kabę! Nie mam nic do gadania. Mam tylko wybrać materiał. Wybieram i idziemy do krawcowej! O, matko!

Słaniam się. Upał ścina z nóg. Idziemy między rozwalonymi budami. Wszędzie leżą odpadki, w rowach ścieki i brudne mydliny rozkładają się w prażącym słońcu. Niesamowite, jak każdy rozkręca interes, stara się coś sprzedać lub oferuje różne usługi. W jednej budzie odkrywam zamrażarkę! Nikt mnie nie zatrzyma! Wbiegam do środka, pochylam się nad wielką lodówą i wdycham zimny zapach ryb. Co za ulga! Sprzedawca śmieje się. Ach, ci biali…

Krawcowa urzęduje w rozwalonej budzie. Ma pomalowane paznokcie tylko u lewej ręki. To zjawisko zauważyłam już wcześniej. Marianne wyjaśnia, że prawa ręka jest do pracy. Gotuje, zmywa, pierze, szyje, wobec tego bez sensu jest malować paznokcie u „pracowej dloni”. W ten sposób oszczędza się lakier!

Najpierw zaczynam targowanie. Krawcowa rzuca cenę. W odpowiedzi Marianne głośno PIERDZI! Oznacza to: „Do dupy z taką ceną!”. W końcu dziewczyny obgadały sprawę i gruba mama zaczyna mnie mierzyć. Siadam przy maszynie, aby trochę odpracować szycie kaby. Śmiejemy się głośno. Moje smutki odleciały precz!

Darek chce mi pokazać miejscowe „atrakcje” i jedziemy na lotnisko. Budynek jest w miarę nowoczesny, ale bez szyb. Nie widać nikogo. Pas startowy to zwykłe klepisko. Pytam, czy coś tu przylatuje? No, czasem. Raz na pół roku.

W drodze powrotnej u przydrożnego sprzedawcy kupujemy grilowane i wędzone mięso. Szukamy miejsca w cieniu. Lydia przynosi mięso z antylopy w pachnącym smakowicie sosie, Marianne kupiła gdzieś obligatoryjną kulę kuskusa. Jest pora obiadowa. Wszędzie płoną ogniska, każdy coś gotuje, miesza w wielkich kotłach. Przeważnie nie na własny użytek, a na sprzedaż.

Siadamy przy stole pod parasolem. Po jakimś czasie wychodzi zaspany właściciel. Przynosi nam zimne piwo. Upał jest nieznośny. Jesteśmy mokrzy. Rozkładamy nasze zdobycze na stole. Próbuję wędzonego mięsa. Smakuje niesamowicie! Pytam Darka, co to jest, jednocześnie zastrzegam, że jeśli coś obrzydliwego, to niech lepiej mi nie mówi. Darek śmieje się głośno i mówi, że w takim razie jest to WOŁOWINA. Nie wnikam więc w szczegóły i jem ze smakiem. Po drodze kupujemy pieczone na węglach makabo. Pycha! Przypominają w smaku ziemniaki. Różnią się tylko kolorem i są bardziej sypkie.

Idziemy dalej. Wszędzie brud, upał, kurz i ten nieodłączny, specyficzny ZAPACH AFRYKI… Przy stoisku z przyprawami wybieram i przebieram. Rozkoszuję sę zapachem świeżego pieprzu. Po raz pierwszy założona koszulka Wolfskina sprawdza się w stu procentach. Chłonie wilgoć spoconego ciała i wysycha błyskawicznie. Następnym razem pojadę wyłącznie z taką odzieżą! Nic innego nie ma sensu. Śmieję się, bo w Europie rękawy koszulki wydawały mi się dziwacznie skrojone. W Afryce ten „głupi krój” chroni idealnie moje spalone słońcem ramiona.

Zwiedzamy seminarium duchowne wybudowane na obrzeżach miasta. Wszędzie rozstawione są bębny i tamtamy. Płoszymy rozgrzane na betonie bajecznie kolorowe jaszczury. Darek pyta, czy nie chcę zrobić im zdjęcia. Odpowiadam automatycznie:

Eee tam. Ładniejsze mam w pokoju.

Zdaję sobie sprawę z tego, co powiedziałam i wybuchamy śmiechem. Ale to prawda!

Seminarium jest puste. Klerycy mają ferie. Wchodzimy do kościoła i jak zwykle lecę z Marianne do bębna. Co za dźwięk! Roznosi się po pustym kościele. Odstawiamy koncert na cztery ręce.

Wracamy przez dzielnice, kołysząc się po wertepach. W mieście, oprócz głównej ulicy, nie ma asfaltowych dróg. Spotykamy dzieci z misji, które właśnie wracają ze szkoły.

Kolejny dzień dobiega, niestety, końca…